» Recenzje » WFRP I edycja » Liczmistrz

Liczmistrz

Liczmistrz
Swoją przygodę z profesjonalnymi erpegami zaczynałem od Pierwszej Edycji Warhammera. Posiadam rozklekotaną podstawkę, w której każda, ale to każda, strona jest włożona luzem w poobrywane, ledwo czytelne okładki. Poza Podręcznikiem Głównym, który dostarczył mi wielu godzin niezapomnianych wrażeń, tylko jeden dodatek czytałem z takim zapałem i częstotliwością, że niemal rozleciał mi się w rękach - był to Liczmistrz.

Było ku temu kilka powodów. Po pierwsze, podobnie jak Podręcznik Główny i wszystkie inne wydawane w tym czasie przez wydawnictwo Mag produkty, dodatek ten był klejony. Jest to ważny czynnik, który sprawił, że zaglądając na stronę 22, mogłem ją sobie swobodnie wyjąć i przeczytać zawartość. Nie powiem, bywało to całkiem przydatne, ale szczerze się cieszę, że dzisiejsze publikacje są najczęściej szyte. Jest jeszcze jeden powód, dla którego mój Liczmistrz znajduje się w tak opłakanym stanie. Zawiera on jedną z najlepszych kampanii do WFRP, jaką dane mi było prowadzić.

Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę

Większość tych sesji miała miejsce nie mniej niż dziesięć lat temu, więc byłem pewien, że gdy wyciągnę zakurzone tomisko – choć może to być drobne nadużycie w stosunku do studwunastostronicowej broszurki w miękkiej oprawie - z zamiarem poprowadzenia przygody, będzie mnie czekać przykra niespodzianka. Coś, jak zdziwienie po odpaleniu emulatora Atari, że ten piksel na środku ekranu to samochód wyścigowy, który sprawiał, że przez całe dzieciństwo marzyłem, by zostać kierowcą.

Liczmistrz to pierwszy dodatek do Warhammera, jaki obok Galerii Bohaterów, pojawił się w Polsce w 1994 roku. Kosztował wtedy 195.000 zł. Łatwo policzyć, ile zostaje po przesunięciu przecinka o cztery cyfry w lewo, ale mija się to z celem, gdyż wtedy to był prawdziwy wydatek. Obecnie podręcznik można nabyć za podobną cenę, ale wyłącznie na portalach aukcyjnych, gdzie pojawia się jako towar, który - stosując mechaniczną nomenklaturę znaną z zasad WFRP - jest dostępny sporadycznie.

Okładka w przyjemnym, błękitnym kolorze, a na niej garść ciekawskich trupów, prezentujących cały arsenał nadgryzionych zębem czasu, zakrwawionych broni siecznych. Z boku trochę porzuconego ekwipunku i potrzaskany znak z napisem Frugelhofen. Jeśli zamierzasz poprowadzić swoim graczom Liczmistrza, masz dwa wyjścia: albo nie pokazuj im okładki, bo będą wiedzieć, co ich czeka, albo ją pokaż i niech wiedzą.

Na początku przygody otrzymujemy czytelny zarys zdarzeń, następnie kilka porad, jak wprowadzić do gry doświadczonych Bohaterów oraz jak połączyć kampanię z Wewnętrznym Wrogiem lub Potępieńcem, gdyż Liczmistrz, choć był wydany w Polsce jako pierwszy, powstał dopiero w 1990 roku, a więc później niż wyżej wymienione zbiory przygód.

Tło kampanii jest czytelne i inspirujące. Scenariusz czyta się jak dobre opowiadanie, co pozwala Mistrzowi Gry łatwo wczuć się w rolę narratora rodzącej się opowieści. A wszystko zaczyna się od niewinnego zlecenia w Górach Szarych…

Najmocniejszą stroną Liczmistrza jest perfekcyjne przedstawienie postaci i miejsc, które będą mieli okazję odwiedzić Bohaterowie. Przede wszystkim samo Frugelhofen, maleńka górska wioska, w której na początku znajdą schronienie BG, jest opisana niezwykle ciekawie i dokładnie. Ta część kampanii, która z punktu widzenia fabuły jest najmniej istotna, była dla mnie zawsze najciekawszym fragmentem do prowadzenia. Niewiele znaczące spotkania podczas drogi, budowanie poczucia lekkiego zagrożenia, przeplatane dużą ilością sielankowych elementów to w moim odczuciu największe zalety kampanii.

Bardzo podobał mi się też klimat narastającego z wolna napięcia, dawkowanego Bohaterom przy pomocy sugestywnych szczegółów, które sprawiają, że historia pochłania graczy jak gąbka wodę. Potem niewiele już trzeba robić, opowieść toczy się niemalże sama, wypełniana przez dobrze dozowane elementy przemocy i liczne możliwości interakcji Bohaterów Graczy z Bohaterami Niezależnymi.

Herosi nie mogą narzekać na nudę i rozgrywka szybko nabiera rumieńców. Gracze zwykle rozkręcają się wraz z nabierającą tempa akcją, wszystko napędza się może i w schematyczny, ale za to niewymuszony sposób. Trudno nazwać to wadą, raczej świadczy o znakomitej intuicji autorów. Gracze mają wrażenie kontroli nad rozgrywką, jest kilka momentów, w których ich Bohaterowie mogą się wykazać innymi umiejętnościami niż walką. Mistrzowi Gry może być jednak trudno nad wszystkim zapanować, szczególnie, jeśli jest w miarę skrupulatny i zależy mu, aby każdy na sesji miał swoje pięć minut.

Prowadzący, który lubi dużo otwartych wątków, nie znajdzie w Liczmistrzu zbyt wiele fabularnych piaskownic. Historia jest prosta i liniowa, gracze mają możliwość zrobienia czegoś albo zaniechania tego czy owego, ale ich poczynania nie mają wielkiego znaczenia dla głównego rysu fabuły. Ten element sprawia, że suplement jest znakomitą pozycją dla początkujących fanów Warhammera, ale ci bardziej wymagający mogą czuć lekki niedosyt.

W przygodzie występuje kilka bardzo typowych, wręcz filmowych scen, które mimo iż wydają się być ograne i przewidywalne, wywołują sporo emocji. Podczas czytania scenariusza łatwo je uznać za mało oryginalne, jednak na sesji sprawdzają się świetnie.

Kampania utrzymana jest w heroicznej konwencji. Gracze muszą w niej odgrywać prawdziwych Bohaterów albo ominie ich połowa fabuły. Warto zdać sobie z tego sprawę przed rozpoczęciem gry i - być może - poinformować o tym grających.

Poważny minus pojawia się w dziale Zakończenie przygody. O ile większość elementów scenariusza jest dobrze przemyślana i wyważona, to sugerowana ilość Punktów Doświadczenia, które mieliby otrzymać BG po ukończeniu poszczególnych części kampanii, jest po prostu niewiarygodnie wysoka. Punkty są przyznawane za wszystko, na zasadzie nazbyt matematycznej (np. "10 - za brak kaca", "5 - za każdy rozbity przez Bohatera garnek w konkursie rzutów do celu", "30 - za każdego Bohatera, który przeżył ten i ten epizod [tzn. jeśli przeżyło sześciu BG, to każdy dostaje 180 PD]", "10 - za każdego zabitego szkieleta", itp.). Dość powiedzieć, że za całość, którą można rozegrać w ciągu góra sześciu kilkugodzinnych sesji, przeciętna nagroda to około 1800 PD na głowę. Oczywiście z problemem tym można sobie łatwo poradzić, dostosowując ilość PD do swoich potrzeb. W polskim wydaniu znajduje się nawet uwaga tłumacza, który sugeruje, aby pulę doświadczenia rozdzielić pomiędzy wszystkich BG, co nie zmienia faktu, że autorom zabrakło w tej kwestii nieco umiaru.

Charakterystyki postaci podane są w sposób czytelny i przejrzysty, cieszy też krótki opis każdego Bohatera Niezależnego ozdobiony niewielką ilustracją. Dodatkowa profesja - pozbawiony umiejętności i schematu rozwoju mnich - i dwa, średnio przydatne, czary nekromantyczne nie są elementami szczególnie wartymi uwagi. Ciekawa jest za to Arca Chaotis, przy której podano tabelę losowych mutacji. Jej przydatność była tym większa, że wówczas nie wydano jeszcze w Polsce Wewnętrznego Wroga, precyzującego tę kwestię.

Mały zgrzyt występuje też przy przykładowych Bohaterach Graczy, gdyż rysunki dwóch pierwszych z nich (w sumie jest ich sześciu), przypuszczalnie na skutek błędu przy składzie, są identyczne.

Poza pomocami dla graczy na końcu książki zamieszczono, całkiem przydatne, pomoce dla Mistrza Gry. Może on notować sobie na nich wyniki większych starć, których z pewnością w przygodzie nie brakuje, co pozwala wziąć w ryzy bitewny bałagan.

Liczmistrz to pozycja niepozbawiona wad, ale z pewnością obowiązkowa dla każdego gracza i Mistrza Gry kochającego uniwersum Warhammera. Myślę, że ten dodatek, jako pierwsza polskojęzyczna kampania w Starym Świecie, ukształtował styl prowadzenia i przedstawiania Starego Świata wielu prowadzących, w tym także mój własny. I dobrze, bo to dobry wzorzec grywalnej przygody, do której prowadzenia z chęcią się powraca.
8.0
Ocena recenzenta
7.52
Ocena użytkowników
Średnia z 29 głosów
-
Twoja ocena
Tytuł: Liczmistrz (Lichemaster)
Linia wydawnicza: Warhammer FRP 1 ed.
Autorzy: Graeme Davis, Carl Sargent
Tłumaczenie: Artur Marciniak
Okładka: Gary Chalk
Ilustracje: Tony Ackland, Dave Andrews, John Blanche, Paul Bonner, Gary Chalk, Ian Cooke, Martin McKenna, Russ Nicholson, Stephen Tappin
Wydawca oryginału: Games Workshop
Data wydania oryginału: 1990
Miejsce wydania oryginału: Anglia
Wydawca polski: MAG
Data wydania polskiego: 1994
Miejsce wydania polskiego: Warszawa
Liczba stron: 112
Oprawa: miękka
Format: 205 x 295 mm
ISBN-10: 83-86572-05-2
Tagi: WFRP | Liczmistrz



Czytaj również

Młot na obłąkanych
Crossover WFRP i ZC - część trzecia
Konkurs Zbrodnia
VIII edycja konkursu na scenariusz WFRP WYNIKI
Młot na opętanych
Crossover WFRP i ZC - część druga
Prezentacja WFRP 3. edycja
Co w tej 3. edycji się gnieździ
- recenzja
Druidzi
Nowe spojrzenie na kapłanów Dawnej Wiary w WFRP

Komentarze


Vukodlak
    Ale nekromancja jest zakazana! ;)
Ocena:
+1
Fajnie, że takie rzeczy się tu pokazują. Wspomnienia powracają i niekiedy można się dowiedzieć czegoś nowego, mimo wszystko. Mam nadzieję, że recenzje innych podów do I Ed. są w drodze. Trzymam kciuki.
19-12-2009 12:20
karp
   
Ocena:
+1
Liczmistrz jest zawsze na czasie - zwlaszcza, ze pierwsza kampania do 3ed dopiero na wiosnę ;) Jesli ktoś nie znał tego dodatku, to może akurat się zainteresuje i po drobnych poprawkach poprowadzi - a dostać można na aukcjach internetowych ciut taniej niż obecne suplementy...
19-12-2009 12:32
~czaszek

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Całkiem w porządku scenariusz,gracze nie muszą za wiele myśleć,jest sporo tłuczenia,czasami jest trochę heroicznie,ale co najważniejsze bardzo łatwo się prowadzi ,i nie ma szans aby MG w którymś miejscu sie pogubił.Świetna wręcz przerwa pomiędzy wielowątkowymi intrygami ,no i szansa dla BG na rozruszanie swoich starych kości ;)
19-12-2009 13:51
Repek
    Fajne...
Ocena:
0
...wspominki. :) Dla mnie to do dziś wzorcowa kampania wprowadzająca. Miałem wtedy chyba kserówkę [wstyd :)], która pewnie się gdzieś pałęta po pudłach.

Sam pamiętam, że walka w miasteczku ze szkieletami Kemmlera to była masakra. Popełniłem błąd i postanowiłem prowadzić ja by the book. :)

Pozdrówka
19-12-2009 14:03
~Raziel

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
repku, też miałem kserowanego Liczmistrza ;)
19-12-2009 14:06
neishin
   
Ocena:
+1
Piraci!:D Ja miałem legalną wersję i muszę powiedzieć, że Liczmistrz do mnie przemówił. Prowadziło mi się to zarąbiście, a gracze zawsze szli tak, jak dyktował to scenariusz (nie do przecenienia, gdy się prowadzi to jako pierwszą kampanię i jednem z pierwszy RPGów w życiu). Słowej - szacunken dla autorów. Potem takiej rozrywki dostarczył mi tylko Potępieniec, a i on nie cały.
19-12-2009 15:24
Andman
   
Ocena:
0
Czy istnieją jakieś oficjalne konwersje zasad między edycjami?
19-12-2009 15:30
chimera
   
Ocena:
0
Pierwsza kampania w jaką grałem - bardzo pozytywne wrażenia.
19-12-2009 15:42
~Czarodziej.goblin

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
A dla mnie "Liczmistrz" był kampanią słabą. Było tam kilka scen, które wspominam bardzo dobrze, jednak to niewiele zmienia. Co innego "Potępieniec"... To to dopiero była zabawa!
19-12-2009 15:43
27532

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Liczmistrz był beznadziejny. Miałem chyba 15 lat, gdy go przeczytałem. Zastanawiałem się, czy poprowadzić graczom. Nie poprowadziłem.

Byłem durnym szczeniakiem (teraz już nie jestem szczeniakiem) ale i tak wydawała mi się żenująco kiczowata i szablonowa.

Miałem oryginał. Oddałem człowiekowi, którego widziałem czwarty raz w życiu, za friko.
19-12-2009 15:58
Beamhit
   
Ocena:
+1
No to mój oryginał krąży gdzieś w Gliwicach, i raczej nigdy go nie zobaczę. Chociaż kto wie.

Liczmistrza prowadziłem dawno temu i to były fajne sesje. Ale to było wtedy, dzisiaj jak człowiek sobie przypomni kilka brudnych chwytów z kampanii (a tu drogi mistrzu gry wystaw żmiję, niech koń się wystraszy, niech bohater gracza spadnie w przepaść, i niech wyda PP; chociaż może rzucać na Zr czy przypadkiem nie chwycił się gałęzi), liniowość (gracze chcą wyjść z wioski? No to niech nadejdzie burza, taka, by nie wyszli z tej wioski; a jak wyjdą, to niech zmokną, skręca kostkę, czy coś; a jak naprawdę wyjdą, to powiedz im że są dupkami i się obraź) i kilka mało istotnych bzdetów zapychających podręcznik (każdy wieśniak opisany, łącznie z tymi których zjadał niedźwiedź, gdy drużyna wchodziła do wioski), to czar trochę pryska.

Edit: Potępieniec jakoś wydaje mi się milszy.
19-12-2009 16:34
Repek
    @Re jeszcze
Ocena:
0
Za piractwo ówczesne się kajam. :D To już było dawno po wydaniu Młotka i dodatków [ja wychowywałem się na KC-tach], zanim coś mnie naszło na WFRP i pożyczyłem od ciotecznego brata jego podręczniki.

W zasadzie dwie rzeczy, jakie mógłbym tej kampanii zarzucić, to nadmiar mechaniki w walce o miasteczko [przeliczanie wszystkiego, co powoduje tonięcie w liczbach] oraz to, o czym wspomniał Beamhit - nadmiar NPCów. To częsta zmora scenariuszy w ogóle, ale w L naprawdę z tym przegięli. :)

Pozdrówka
19-12-2009 16:57
Krishakh
    dzięki za komenty
Ocena:
0
Ja także uważam, że "Potępieniec" to kampania lepsza od "Liczmistrza".
Niemniej, to moi gracze nauczyli mnie, że "Liczmistrz" ma potencjał- prowadziłem go 8 razy i zawsze gracze byli w 100% zadowoleni.
Jak dla mnie- o to chodzi w Mistrzowaniu.
Ale wiadomo- wszystko zależy od indywidualnych preferencji :).

@Vudkolak
Zajrzyj na pasek "Recenzje"- znajdziesz tam sporo pozycji, które mogą Cię zainteresować ;).
19-12-2009 17:06
~Bysior

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
SPOILERY

Liczmistrz był strasznie liniowy, ale pole do popisu było przy walkach. Przez całą noc(dosłownie) stawaliśmy dzielnie we Frugelhofen, a później w klasztorze.
O mało co by się bitwa we Frugelhofen nie zakończyła naszym zwycięstwem, bo Mistrz Liczenia dostawał już trafienia krytyczne z kuszy(dodam, że walczyliśmy przeciwko pełnej liczbie szkieletów i krasnoludów, bo zapomnieliśmy spalić zwłoki).
Walka w klasztorze też była emocjonująca...ale tutaj mam mały problem.

Czy gracze znaleźli sami z siebie ukryte drzwi do arki chaotis?
Bo my znaleźliśmy pierwsze, ale drugich już nie(dopiero po zniszczeniu Kemmlera).
Uważam, że jest zbyt mało czasu na znalezienie tych przejść i są zbyt dobrze ukryte. Poza tym jej użycie prawidłowe to tez ciężki orzech dedukcyjny do zgryzienia....cóż musiałem ubić nekromante własnoręcznie ostatecznie nie współopracując ze Skavenami.

Może i końcówka jest malownicza w teorii, ale przekombinowana.

A za okładkę powinni zastrzelić. Kątem oka ją dojrzałem i miałem o jedno zaskoczenie mniej :/

Przygoda zdecydowanie nie dla początkujących profesji. Bardzo łatwo tam o śmierć jeśli się zaczyna walkę, a nie ucieka i szuka innej drogi. (farma Werników dla 2 graczy to okrutnie ciezkie oblężenie).
19-12-2009 18:00
Drachu
   
Ocena:
0
Ha! Jedyny oficjalny dodatek do WFRP, który poznałem jako gracz.
Jako Mg później prowadziłem go dwóm drużynom (obu na WFRP 2ed - konwersja jest prosta). Raz wyszło fajnie, raz tak sobie.

W Liczmistrzu nie podobało mi się bratanie z wieśniakami - jak zobaczyłem to po raz pierwszy nie piałem z zachwytu - Kurde! Znowu festyn (po karnawale w Middenheim, karnawale w Boegenhaffen i festyniarskiej przygódce w Kreutzhoffen). Ale jakoś to przeszło :)

Co do Potępieńca - nie przepadałem. Było tam kilka fajnych scenariuszy, ale parę innych mi nie pasowało.

Dla mnie ideałem wciąż pozostaje Śmierć na Rzece Reik :)
19-12-2009 18:20
Repek
    @Drachu
Ocena:
0
Śmierć to klasyczna klasyka. :) Aż dziwne, że nikt o niej nie napisał podczas Karnawału. :D Mam wręcz wrażenie, że tak jak Liczmistrz zapisał się w pamięci jako jedna z pierwszych kampanii "wprowadzających" [pewnie razem z Potępieńcem - mnie też średnio podszedł], tak Śmierć do dziś uchodzi za wzór pełnej kampanii w ogóle.

Pozdrówka
19-12-2009 18:40
~musk

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+1
Recenzja jest napisanna lekkim piorem, ale ja, jako osoba, ktora nigdy nawet nie stala obok tej kampanii nie mam wciaz zielonego pojecia, czy scenariusz mialby szanse mi sie podobac, czy nie. Recenzja scenariusza pisana z silnym postanowieniem, ze si enie umiesci spoilerow jest chyba jednak zbyt karkolomnym pomyslem.
19-12-2009 19:44
A.K.A.
   
Ocena:
0
Rzeczywiście wspomnienia i to te najlepsze.

Liczmistrz to była pierwsza kampania jaką poprowadziłem. Kiedy zobaczyłem tę recenzję po prostu zacząłem się uśmiechać od ucha do ucha wspominając 3-osobową ekipę poznaną na wakacjach, z których tylko jedna osoba wcześniej grała, za to dwie pozostałe to były dziewczyny które bardzo mi się podobały :D

Może to żenada z mojej strony, ale nie doczytałem do końca chyba żadnego dodatku z Wewnętrznego Wroga, za to Liczmistrza czytałem tak długo i namiętnie, aż książka przestała być książką...

Dla mnie ideał i kwintesencja WFRP, świetny temat, świetne wykonanie i wcale nie za dużo NCP, po prostu wioska i klasztor tętnią życiem :)

Autor recenzji za wywołanie wspaniałych wspomnień ma u mnie duże jasne pełne, mam nadzieję że znów zacznę jeździć na konwenty i na którymś będę miał okazję sprezentować :)
19-12-2009 20:10
raskoks
   
Ocena:
0
heh - stare czasy. Liczmisztrz to jedna z niewielu przygód oficjalnych do młotka, którą miałem przyjemniość poznać od strony gracza - i dość dobrze wspominam :). Trochę przydługawe walki przez t liczenie - ale było nieźle - szkoda, że moja postać poległa gdzieś pod koniec
19-12-2009 22:13
Krishakh
    @ A.K.A.
Ocena:
0
Trzymam za słowo... ;)
19-12-2009 22:40

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.