» Almanach » Mistrz Gry » Mity Cthulhu w kajdanach caratu, cz. 1

Mity Cthulhu w kajdanach caratu, cz. 1

Mity Cthulhu w kajdanach caratu, cz. 1
Motyw więzienia, choćby w formie smoczego lochu pełnego potworów i skarbów zgromadzonych w najgłębiej położonej komnacie, nieodmiennie towarzyszy grom fabularnym. Częstym sposobem temperowania graczy, zwłaszcza początkujących,  jest osadzanie ich w celi, powszechnym zaś zadaniem – ucieczka z miejsca przetrzymywania, względnie odbicie ważnego więźnia.

W twórczości H.P. Lovecrafta bezpośrednio z więziennictwem łączy się tylko jedno opowiadanie – Ostatnia próba - nienależące zresztą do najlepszych utworów pisarza z Providence. Często natomiast w jego twórczości, a w popkulturowym kanonie mitologii Cthulhu wręcz jako ikona konwencji, występuje szpital dla umysłowo chorych. Niewielu szaleńców w carskiej Rosji miało zapewnioną opiekę odpowiednią do ich stanu zdrowia (uznanie za obłąkanego było częściej jedną z form niszczenia człowieka niż diagnozą choroby, o czym świadczy chociażby los filozofa Piotra Czaadajewa). Jeśli nie stanowili bezpośredniego zagrożenia, jako "wariaci" i "wiejskie głupki" żyli na marginesach swoich wspólnot, jeśli natomiast popełniali przestępstwa, razem z poczytalnymi byli kierowani na odbycie kary do normalnych więzień. Wreszcie, pod wpływem warunków panujących w więzieniu, metod wymuszania zeznań, kar cielesnych szczodrze wymierzanych przez nadgorliwych strażników etc., wielu osadzonych podupadało na zdrowiu, także psychicznym, już po zakuciu w kajdany. Z tego powodu zakłady karne i miejsca odbywania katorgi mogą zostać z powodzeniem wykorzystane jako rosyjski odpowiednik nowoangielskich przytułków w konwencji lovecraftowskiego horroru.

Miejsca te otaczała atmosfera prawdziwej grozy. Jako symbol carskich represji Twierdza Pietropawłowska w Petersburgu czy Cytadela Aleksandrowska w Warszawie urastały do rangi przedsionka otchłani, gdzie ściany żywiły się bólem i krwią osadzonych, zaś nad wrotami do kazamat wielu chciało widzieć dantejski napis: "Ty, który wchodzisz, żegnaj się z nadzieją". Widmo białego piekła Syberii wycisnęło swe piętno tak na prześladowanych mniejszościach, jak na rosyjskich rewolucjonistach. Życie za murami twierdz albo pośrodku bezkresnych pustkowi Sybiru, wśród dzikich, pogańskich ludów, w oczach ówczesnych ludzi nabierało kształtów nadprzyrodzonego koszmaru. Dlatego też te miejsca świetnie służą do budowania atmosfery grozy.

W tym tekście opisuję przede wszystkim postępowanie w przypadku więźniów politycznych – zarówno z tego powodu, że to bardzo szeroki zakres "zbrodni przeciwko państwu" (od zamachów terrorystycznych po przeczytanie zakazanej książki), jak i dlatego, że zwykłych przestępców karnych podczas procesu nie traktowano tak perfidnie, co czyni ich losy gorszym materiałem na konwencję grozy. Przez to, co Badacze robią w czasie śledztw, jest po prostu dużo bardziej prawdopodobne, że w przypadku konfliktu z prawem zostaną potraktowani jako "polityczni".

Co może wydawać się zaskakujące, w pamiętnikach z epoki najgorszym okresem jest samo śledztwo i przejście tzw. etapami do miejsca uwięzienia. Rzeczywistość osadzenia w różnych więzieniach czy zesłaniu jest na tyle rozbudowana, że poświęcę temu osobny artykuł.

Państwo zawieszonego prawa

Orlando Figes w pracy Tragedia narodu. Rewolucja rosyjska 1881-1924 w ciekawy sposób porównuje podejście do działalności społecznej w Rosji i na Zachodzie: na Zachodzie to, co nie zostało zabronione, było dozwolone, w imperium Romanowów zaś odwrotnie – to, co nie było dozwolone, było zabronione. Państwo nie dowierzało swoim obywatelom, w każdej formie aktywności społecznej upatrując znamion antyrządowego spisku. Prowadzenie działalności charytatywnej, zakładanie przytułków i sierocińców, niesienie pomocy ofiarom klęsk żywiołowych, dociekliwość w szukaniu niesprawiedliwości tudzież nadużyć urzędników mogły się skończyć – i często kończyły – więzieniem, zsyłką lub katorgą. Dbając o odpowiednią opinię w europejskiej prasie, w zbiorach praw często nie zamieszczano najbardziej despotycznych przepisów, wchodziły one w skład tajnych instrukcji dla poszczególnych instytucji policyjnych. Z tego też względu można było złamać prawo, nie wiedząc o tym.

Niemniej do surowych, dyskryminujących przepisów, często sprzecznych z kolejnymi ukazami, organy ścigania podchodziły z bardzo wybiórczą gorliwością. W efekcie mogły minąć lata bezczynności, a nawet cichej aprobaty dla czyjejś działalności, aż nagle niespodziewanie spadały najcięższe represje. Szczególnym mieczem Demoklesa okazało się nieludzkie ustawodawstwo religijne, przybierające formę gwałtownych, choć krótkotrwałych prześladowań, wypełnionych samosądami, wybuchami szowinizmu i nienawiści oraz wysokimi karami dla innowierców.

W takiej rzeczywistości dawała się odczuć wszechwładza policji; w petersburskiej gwarze ulicznej policjantów określano mianem "faraonów", a choć dużo w tym określeniu i ironii, i pogardy, to odpowiadało ono charakterowi instytucji. Zresztą, na dowód niech posłużą często cytowane przez źródła przypadki, gdy pijani urzędnicy policyjni mówili o sobie więźniom: "ja Bóg, ja car!".

Bezpośrednią konsekwencją takiej polityki wymierzania sprawiedliwości były aresztowania dokonywane w środku nocy, często bez stawiania zarzutów. Wielu aresztowanym przedstawiano je po kilku dniach siedzenia w celi, a niektórym – tu można podziwiać perfidię komisji śledczej – po paru dobach od osadzenia posyłano czyste arkusze papieru; mieli oni oskarżyć samych siebie!

Odmawiano informacji rodzinom – często mówiono nawet odchodzącym od zmysłu bliskim, że taki a taki w ogóle nie został aresztowany, ale… skoro rodzina podejrzewa aresztowanie, to widocznie coś wie o ciemnych sprawkach tej osoby? Może zna wspólników albo sama współuczestniczyła w zbrodni? Lista osób dotkniętych przez carskie represje wydłużała się niekiedy o narzeczone, matki i siostry aresztowanych, których jedynym przestępstwem była próba przekupienia strażnika, by dostarczył list czy ustną wiadomość do więźnia.

W konwencji grozy nagłą interwencję policji w toku prowadzonego przez Badaczy śledztwa można rozmaicie interpretować. Czy zaczną się kolejne aresztowania, czy postacie graczy i ich bliscy znajdują się w niebezpieczeństwie? Czy rzeczywiście aresztowano ważnego Bohatera Niezależnego, skoro urzędnicy stanowczo zaprzeczają takiej pogłosce? Może zrobili to kultyści tylko podszywający się pod policjantów, a fałszywy alarm skupi na Badaczach uwagę licznych szpiclów i donosicieli na usługach władzy? Czy postawione zarzuty związane są z niecodziennymi, niepokojącymi zdarzeniami, które zwykle towarzyszą konwencji?

"Patrz, tu krzyż, tu sprawiedliwość!"

Komisja śledcza, niezależnie od tego, w jakim więzieniu obradowała, zawsze zbierała się przy stole przykrytym zielonym płótnem na którym stał złoty krucyfiks, a na jednej ze ścian wisiał portret panującego cara. Wprowadzonemu więźniowi pokazywano i krzyż, i portret, tłumacząc, że władza komisji bierze się zarówno z ziemskiego, jak i z nadprzyrodzonego źródła.

Członkowie komisji często bywali pijani, a przesłuchiwanie przeradzało się w długą litanię gróźb tortur i obelg pod adresem więźnia. Jeden z zasiadających w komisji oficerów zazwyczaj pozornie wstawiał się za więźniem, obiecując niski wymiar kary za przyznanie się – często taki "diabeł stróż" niby to dostrzegał w więźniu podobieństwo do swojego dalekiego kuzyna, rozczulał się na przykład nad młodym wiekiem podsądnego i jego pobudkami, prosząc swoich kolegów o łaskawość i miłosierdzie. Biorąc pod uwagę, iż nierzadkie były przypadki, że więźniowi nie przedstawiono zarzutów przed pierwszym posiedzeniem komisji, żądanie nazwisk, wrzaski i równoczesne wstawianie się za nim członków komisji wprawiało przesłuchiwanego w osłupienie.

Z niewyraźnych, świadczących o niezrozumieniu pytania odpowiedzi komisja tworzyła kolejne zarzuty, kazała podpisywać różne wersje zeznań, mniej lub bardziej obciążających sądzonego. W zależności od jego współpracy protokołowano i uwzględniano w dalszym procesie daną wersję wydarzeń.

Szaleniec za ścianą

Za murami twierdz więźniowie, wobec których toczyło się postępowanie, byli przeważnie umieszczani w pojedynczych celach, zwanych w gwarze więziennej numerami. Odizolowani od kontaktu ze światem zewnętrznym, na przemian mamieni bądź lżeni przez śledczych, mieli podupadać na duchu, by zgodzić się na podyktowane przez komisję zarzuty oraz podać nazwiska wspólników. Osadzeni jednak starali się komunikować ze sobą, trzonkami drewnianych łyżek długo wiercili dziury w ścianach do sąsiednich cel. Efekty swej pracy zatykali chlebem, by w czasie rewizji nie narazić się na zarzut "niszczenia skarbowych ścian". Przekupywali także strażników, by dostarczali oni listy i ustne wiadomości rodzinie. Z sąsiednimi numerami porozumiewali się zaś przy pomocy "języka murów" - szyfru, gdzie każda litera została zakodowana przy pomocy dwóch sekwencji od 1 do 5 stuknięć w ścianę, zaś odstępy między wyrazami sygnalizowano uderzeniem w szybę okienną. Podobno doświadczeni więźniowie dochodzili do takiej wprawy, że rozmowa w tej formie toczyła się niewiele wolniej od normalnej.

Prowadzono w ten sposób różne rozmowy, wymieniano się informacjami o postępach w śledztwach, przekazywano wieści o losach innych więźniów, zwierzano się z własnych życiorysów. Dyktowano sobie nawet wiersze, których uczono się na pamięć! Jasieńczyk (imienia niestety nie podano w jego pamiętniku) w czasie pobytu w Cytadeli Warszawskiej nauczył się na pamięć Marii A. Malczewskiego. Rozsypywał na stoliku grubą warstwę piasku (zabezpieczano nim świece w celi na wypadek rozprzestrzenienia się ognia), używał trzonka łyżki jako rylca i zapisywał po kilka wierszy dyktowanych przez więźnia osadzonego w sąsiednim numerze, któremu po ogłoszeniu wyroku pozwolono na trzymanie książek. Gdy Jasieńczyk przyswoił sobie treść "kartki", sąsiad wystukiwał mu kolejne fragmenty poematu, aż do wyuczenia całości.

W odosobnieniu więziennym, tak fizycznym, jak – bardziej nawet dotkliwym – duchowym, chciwie słuchano wszelkich opowieści, a rozbudzona wyobraźnia odmalowywała zasłyszane historie w formie żywych obrazów. A różnych ludzi można było mieć za sąsiadów! Dezerterów, sekciarzy, zbiegłych katorżników, rewolucjonistów, morderców, ludzi torturowanych, złamanych, oczekujących na wyrok bądź przygotowujących się do odbycia kary – nierzadko śmierci. Pozbawieni możliwości życia własnym życiem, "pogrzebani żywcem" osadzeni żyli wspomnieniami innych więźniów.

W konwencji grozy łatwo wyobrazić sobie wykorzystanie tego motywu. Za ścianą może przebywać zbiegły zesłaniec, przy pomocy "języka murów" dający przejmujące świadectwo o nadnaturalnym koszmarze z którym zetknął się pośród śniegów syberyjskich albo zafascynowany okultyzmem sekciarz dyktujący frazy z bluźnierczego Necronomiconu. Można też wzbudzić w graczach  niepewność, kim jest nasz rozmówca, bo po wypełnionej dziwnymi odgłosami nocy rytm pukania z sąsiedniego numeru wydaje się nieco inny… To ostatnie stanowi przeniesienie nagłej zmiany tonu listów Akeleya z Szepczącego w ciemności.

Granice wolności – o strażnikach, robactwie i szczurach

Fiodor Dostojewski we Wspomnieniach z domu umarłych stwierdza, że przedstawicielom niższych warstw społecznych przyzwyczajenie się do więziennego drylu przychodzi praktycznie mimowolnie, bo wychowali się w społeczności, gdzie mieli dużo wspólnego z przemocą i niesprawiedliwością. Poza tym strażnicy wywodzą się z tej samej co oni grupy chłopskiej i życie w ubóstwie przyzwyczaiło ich zarówno do uległości wobec zwierzchności, jak i, mówiąc potocznie, kombinatorstwa. A że w więzieniu najważniejszą rzeczą jest zdobycie pieniędzy na opłacenie uprzejmości strażników, a także na umilające monotonię zakazane luksusy – tytoń, alkohol i kobiety – byli dużo lepiej przystosowani od współwięźniów pochodzących z dobrych rodzin.

W trakcie śledztwa oskarżonego spotykały liczne szykany ze strony strażników, którzy urządzali apele o każdej porze dnia i nocy, symulowali egzekucję, zalewali numer wodą w ramach "mycia" i zabierali prycz więzienną, każąc spać na mokrej ziemi, letnią porą nie opróżniali wiadra z nieczystościami (stąd też określenie kibel – od kubła służącego za szalet), nie wypuszczali na spacery, nie dopuszczali do kontaktu ze światem zewnętrznym. Wśród rozstrojenia nerwowego w jakie wpada nienawykły człowiek, komendy w rodzaju: "nie chodź po celi", "nie leż na pryczy", "nie dotykaj ściany" czy wreszcie absurdalne "nie myśl, bo będę strzelał!" mogły naprawdę uprzykrzyć życie. Tym bardziej, że strażnik często reprezentował sobą wszystko, co najgorsze w systemie opartym na przemocy – niewykształcony, wulgarny, agresywny i brudny (w pamiętnikach dość częstą była uwaga, że więzień nie potrafił poznać, czy strażnik nosił czarne rękawiczki czy… miał po prostu aż tak brudne ręce. Przy bliższej obserwacji nie stwierdzono rękawiczek).

Więźniowie dziwili się też, że strażnicy pozwalają im na zabijanie "skarbowych pcheł". Wszystko, co znajdowało się w więzieniu - łącznie z kajdanami i łachmanami dla więźniów - należało do skarbu państwa, co przypominano przy każdej okazji oraz bez okazji. Zatem pchły, pluskwy i wszelkiego rodzaju robactwo, które radośnie lęgło się wśród wszechobecnego brudu i nieczystości, także należały do cara. I kąsały niemiłosiernie, nie pozwalając na nocny odpoczynek. W ścianach między numerami miały swoje gniazda szczury, które także potrafiły skutecznie uprzykrzyć życie, choć w więziennej monotonii bywało i tak, że więźniowie oswajali te zwierzęta.

Najpodlejsze prace w więzieniu wykonywali aresztanci "na dożywociu", którzy mieli w kajdanach spędzić resztę swoich dni. Więźniowie ze zgrozą opisywali tych prymitywnych, niemal zezwierzęconych osobników o długich, zmierzwionych włosach, przygarbionych i wiecznie wylęknionych, którym przez cały czas pracy towarzyszyły kopnięcia i przekleństwa strażników. Rekrutowali się oni ze szczególnej grupy więźniów, chyba najstraszniejszego efektu carskiego więziennictwa – kary niewspółmiernej do winy, zwłaszcza w przypadku recydywy. Do rot aresztanckich w więzieniu można było trafić za picie na służbie (chyba że było się oficerem), niewielką kradzież (chyba że było się oficerem) czy zaśnięcie na warcie (chyba że było się oficerem).  Panujący tam nieludzki rygor i kontakt z prawdziwymi zbrodniarzami powodowały próby ucieczki, a te przeważnie kończyły się ujęciem więźnia, wytoczeniem mu kolejnego procesu i dłuższego wyroku w jeszcze gorszych warunkach. W połączeniu z częstymi karami fizycznymi, rózgami i kijami sprawiało to, że w niedługim czasie taki więzień "na dożywociu" stawał się cieniem człowieka.

Warto nadmienić, że więźniów z wyższych warstw społecznych po zakończeniu śledztwa przeważnie nie dotykały kary cielesne. Za to wymuszanie zeznań torturami należało do rzeczywistości carskich więzień.

W konwencji grozy łatwo sobie wyobrazić zarówno okrutnych strażników, jak i kłębiące się robactwo. H. P. Lovecraft w Skrzydlatej śmierci pokazał, że i na zwykłych muchach można zbudować opowieść grozy. O robactwie doprowadzającym do szaleństwa wspominają także syberyjscy podróżnicy, i nie ma w tym żadnej literackiej przesady, a cóż dopiero powiedzieć o warunkach więziennych, gdzie aresztowanych poddaje się torturom? Może w bzyczeniu owadów można będzie ze zgrozą odnaleźć, jak w wyciu lelków w Koszmarze Dunwich, dźwięk własnego oddechu? Może nagle zamrą w niecierpliwym oczekiwaniu, wlepiając tysiące oczu w przeciwległą ścianę, za którą słychać makabryczne krzyki?

O tym, do czego mogą doprowadzić tortury i wymuszanie zeznań, niewiele mogę dopisać, bo jest to motyw dość eksploatowany w behawiorycznej literaturze okresu ostatniej wojny i chyba nikt nie będzie miał problemów z wykorzystaniem go w toku swoich przygód. Jako przykład z epoki mogę podać jedynie Karola Levittoux, który stwierdziwszy, że nie wytrzyma więcej katowania przez oprawców, podpalił swój siennik i rzucił się na niego. Zginął straszną śmiercią. Musiał tarzać się po sienniku w kłębach brudnego dymu i w zasadzie nie tyle się spalił, ile udusił wśród zawilgotniałej, tlącej się nieledwie słomy. A jak wynika z dokumentów komendanta Cytadeli, miano go już więcej nie "badać", zapadł tylko wyrok wieloletniego zesłania…

Etapami na miejsce odbywania kary

Kary zesłania czy katorgi albo nakazy osiedlenia się w danej guberni w trybie administracyjnym (wtedy nie było nawet normalnej procedury sądowej) orzekano częściej niż wyroki więzienia, twierdzy bądź śmierci. W wielu wypadkach skazywano także na pójście w soldaty, czyli na wcielenie do wojska stacjonującego na drugim krańcu imperium. Wówczas szło się tzw. etapami na miejsce wykonywania kary. Za Mikołaja II, kiedy powstały koleje Wschodniochińska oraz Transsyberyjska, czasami część etapów pokonywano pociągiem, ale nawet wtedy  skuty kajdanami aresztant musiał przejść setki, jeśli nie tysiące kilometrów na własnych nogach. Niekiedy marszruta prowadziła do Archangielska czy innego północnego portu, gdzie trzeba było wsiąść na więzienny statek i przepłynąć niebezpieczne wody Morza Arktycznego. Łatwo sobie wyobrazić, że do transportu więźniów nie angażowano jednostek w idealnym stanie technicznym, co tłumaczy częste zatonięcia całych grup aresztantów. Więźniów szczególnie niebezpiecznych (oraz tych, którzy przekupili strażników) wieziono kibitkami.

Zakutego w kajdany aresztanta prowadzono po różnych kwaterach na noclegi, a jeśli myślał, że w miejscu przesłuchania widział najwięcej robactwa w życiu, to musiał zweryfikować swoje poglądy. Przejście przez miasta rodzimej guberni, pełne wspomnień, pogłębiało przygnębienie. Jeśli miał iść na katorgę, wypalano mu piętno bądź tatuowano go, wygalano mu też przedziwne fryzury, aby budził jak największą śmieszność. Dzwoniąc kajdanami, nieustannie okradany z racji żywnościowych przez towarzyszących mu strażników, więzień oddalał się coraz bardziej od znajomych stron, ku nieznanym, dzikim i mrocznym bezdrożom Sybiru.

Zdarzało się, że więźniowie spotykali swoich bliskich, którzy przekupiwszy kogoś w kancelarii, dowiadywali się kiedy i jaką trasą będzie prowadzony aresztant. Po tym, jak kilka rubli zwiększyło stan posiadania oficera dowodzącego eskortą, mogli oni towarzyszyć skazańcowi nawet przez kilka dni, a wzruszeniu nie było końca. Ci, którzy nie mieli szczęścia dowiedzieć się czegokolwiek o swoich bliskich, często wystawali całymi miesiącami na głównych drogach - wpatrzeni w oblicza kolejnych więźniów, szukali znajomych twarzy i pytali zrozpaczonym głosem o los swoich najbliższych.

Więźniowie, łączeni w coraz większe konwoje, byli zdani na łaskę lokalnej ludności. Jedna z zadziwiających cech rosyjskiego społeczeństwa to współczucie dla więźniów, nawet kryminalnych, na których ciążyły najgorsze zbrodnie. Dzięki temu skazańcy otrzymywali żywność, ubrania, a nawet drobne pieniądze. Im dalej od guberni centralnych, tym większy odzew powodowała intonowana w rytm pobrzękujących kajdan przejmująca Pieśń miłosierdzia:

Litościwi nasi ojcowie

Pamiętajcie o nas, niewolnikach

Zamkniętych - na miłość Chrystusa!

Dajcie nam jeść, ojcowie

Nakarmcie nas biednych, uwięzionych!

Ulitujcie się, nasi ojcowie

Ulitujcie się, nasze matki

Nad uwięzionymi, na miłość Chrystusa!

Siedzimy w niewoli,

W niewoli, w więzieniach murowanych,

Za kratami, za żelaznemi,

Za drzwiami, za dębowemi

Za kłódkami, za wiszącemi,

Rozstaliśmy się z ojcem i matką

Z całą rodziną, ze swoimi.

Mieszkańcy coraz rzadziej mijanych osad sami przeważnie byli potomkami dawnych więźniów i zesłańców, dlatego aresztanci idący etapami mogli liczyć chociaż na wyrozumiałość i współczucie.

Nastrój idących w nieznane świetnie ilustruje obraz Pożegnanie z Europą Aleksandra Sochaczewskiego.

W tym panoramicznym ujęciu przedstawiono wiele różnych osób, które korzystają z przysługującego im odpoczynku na pograniczu guberni europejskich i azjatyckich. Na twarzach zesłańców widać kalejdoskop emocji, które wydają się niknąć zupełnie wobec obniżonej linii horyzontu, tam, "w białości groźniejszej od kiru", gdzie tylko unoszą się ledwie widoczne ptaki żerujące na trupie.

Niestety, jego zdjęcia w Internecie zupełnie nie oddają grozy sytuacji, bo oryginał, przechowywany w Muzeum X Pawilonu Cytadeli Warszawskiej, swoimi słusznymi rozmiarami także dużo lepiej oddziałuje na wyobraźnię.

W każdym razie w tej pełnej niepokoju chwili, kiedy więzień znika za horyzontem białego piekła Sybiru, następuje swego rodzaju przełom, kiedy wszelkie niepokojące historie zaczną nabierać realnych kształtów.

Oczywiście groza Syberii w konwencji lovecraftowskiego horroru najbardziej przywodzi na myśl gigantyczne góry Antarktydy i losy arktycznej ekspedycji Uniwersytetu Miscatonic, opisanej w fenomenalnym opowiadaniu W górach szaleństwa. Temat ten wymaga jednak, ze względu na swoją obszerność, osobnego tekstu. Podróż więźnia etapami w dzicz, mrok i nieznane, w atmosferze zupełnej bezbronności, w kajdanach, świetnie nadaje się do potęgowania odpowiedniego nastroju. Przerażenie na twarzach mijanych osób, powtarzane szeptem makabryczne legendy o ludach oddających cześć pradawnym zabobonom i ponura konieczność stawienia czoła nieuchronnemu losowi wpasowują się w nastrój Mitów.

Jak grać więzieniem

Osobiście jestem przeciwny zamykaniu postaci w więzieniach w toku przygody, ponieważ z uwagi na charakter uwięzienia gracze tracą swobodę kształtowania fabuły i w rezultacie scenariusz przekształca się w zbiór następujących po sobie scen, w których gracze mogą reagować tylko na rozwój wypadków. Sesja traci na dynamizmie, co rzadko kiedy pomaga w budowaniu nastroju, za to często prowadzi do bierności i rozkojarzenia graczy. Oczywiście w więzieniu jest miejsce na sceny zbiorowe (jak w I akcie trzeciej części Dziadów Adama Mickiewicza, kiedy to kapral, dawny uczestnik wojen napoleońskich, zezwala więźniom na wspólne spędzenie Wigilii Bożego Narodzenia), z więzienia można także próbować uciec – choć mam szczerą nadzieję, że po zaznajomieniu się z niniejszym tekstem czytelnik tak jak ja dojdzie do wniosku, że sprowadzanie zakładów karnych jedynie do roli miejsc, z których trzeba zbiec, to marnotrawienie ich fabularnego potencjału.

Kazamaty świetnie sprawdzają się za to jako miejsce rozgrywania retrospekcji. Może to właśnie w czasie śledztwa bądź odsiadywania wyroku Badacz zetknął się po raz pierwszy z niewyjaśnionym? Może poznał wtedy Bohaterów Niezależnych, kluczowych do pomyślnego rozwiązania akcji? Wreszcie, jeżeli rozpatrujemy wątek Krain Snów, to między poszczególnymi scenami tam osadzonymi można umieścić przerywnik z życia więziennego, twórczo wykorzystując motyw Badacza-więźnia.

Niemniej, z rzeczywistością więzienną poza osadzonymi (teraźniejszymi bądź przeszłymi) i ich strażnikami styczność miała cała masa innych ludzi. Rodziny pytające o los sądzonych bądź udające się z nimi na zesłanie, okoliczni mieszkańcy zatrudniający więźniów – rzemieślników, urzędnicy dobierający sobie spośród skazanych domową służbę (a nierzadko i harem), przemysłowcy "dzierżawiący" więźniów do pracy w swoich fabrykach, inteligenci, którzy uzyskali pozwolenie władz na odwiedzenie zakładów karnych, lekarze odbywający praktykę wśród więźniów – wszyscy oni mogą zetknąć się z grozą przyczajoną za kratami.

Grozę i obłęd towarzyszące pozbawieniu wolności łatwiej jest oddać na przykładzie pojedynczego przypadku niż drużyny Badaczy. Dlatego też więzień Bohater Niezależny, utożsamiony z "lovecraftowskim szaleńcem" ze znanego wywiadu z Sandym Petersenem i Lynnem Willisem w Magii i Mieczu, może na naszej sesji pełnić funkcję symbolu konwencji grozy Samotnika z Providence. W sytuację obłąkańca można się wczuć poprzez odegranie na sesji fragmentu jego pamiętnika czy opowieści, gdzie gracze na chwilę wcielą się w więźniów i strażników – co też jest dobrym zabiegiem wykorzystującym motyw więzienia bez zamykania Badaczy w bieżącej akcji scenariusza.

Słowo na koniec

Formy, jakie przybierały wymiar sprawiedliwości i aparat karny w carskiej Rosji, stanowiły unikat w skali światowej, a swój stosunek wobec metod państwa policyjnego musiał wyrazić każdy niezależnie myślący obywatel państwa Romanowów. Dlatego tak wielu ludzi kultury - czy to w publicystyce, czy w formie sfabularyzowanych wspomnień, czy wreszcie w beletrystyce - podejmowało temat więziennictwa. Mieli ku temu podstawy – wielu przedstawicieli inteligencji odsiadywało za nieprawomyślność ciężkie wyroki. W niniejszym tekście podjąłem próbę naszkicowania pewnych aspektów życia więziennego tego okresu. Wierzę, że nawet bez wprowadzania elementów nadnaturalnych potrafią one poruszyć wrażliwego czytelnika. Tym żywszy i bardziej drastyczny obraz przekazują naoczni świadkowie. O ile w dwóch poprzednich tekstach odsyłałem przede wszystkim do naukowych opracowań, o tyle w tym przypadku polecam zapoznanie się przede wszystkim z dwiema świetnymi pozycjami napisanymi przez rosyjskich klasyków: Wspomnieniami z domu umarłych Fiodora Dostojewskiego oraz Sachalinem Antona Czechowa. Barwny (choć to mroczne barwy) opis życia katorżników, warunków ich egzystencji i dramatu ludzkiej nędzy moralnej w ogóle zawarty na kartach tych książek nie różni się w swych zarysach od obrazu Sybiru oraz carskich więzień, przekazanego nam przez polskich zesłańców w pisanych po latach pamiętnikach.

Nie do przecenienia w pisaniu tego artykułu był dla mnie zbiór fragmentów pamiętników Cytadela warszawska. Obrazy i wspomnienia, zapiski Waleriana Łukasińskiego, więźnia stanu w Zamościu tudzież Podróż więźnia etapami do Syberyi. Jak i poprzednio przyjdzie mi także polecić kolejną pozycję z wielce bogatego dorobku A. F. Ossendowskiego, tym razem Dzieje burzliwego okresu oraz Lenina. Do wielu publikacji prawa autorskie już wygasły i dzięki postępującej digitalizacji dostęp do nich jest coraz łatwiejszy.

 

Ilustracja: Wiktor 'Wiktor WekT' Gruszczyński




Czytaj również

Zew Cthulhu 7 Edycja Starter
Horror pod strzechy
- recenzja
Achtung! Cthulhu: Guide to the Eastern Front
Chwała płonącym iskrom!
- recenzja

Komentarze


Repek
   
Ocena:
+2
To oficjalnie pierwszy artykuł, który został wrzucony na BNP. Dzięki dla CV, Jade i głosujących [szczególnie dla PowerMilka :P ].

ZewPozdro
23-07-2013 19:37
Inkwizytor
   
Ocena:
+3
Dobre. W tym temacie polecam "Lód" Dukaja.
23-07-2013 19:41
Planetourist
   
Ocena:
0
Oj tak, Lód wydaje się tu pasować jak ulał - piszę "wydaje się", bo akurat dziś go zacząłem i siłą rzeczy nie mogę jeszcze znać całej fabuły. Rzeczy nazywają się strony i jest ich tysiąc.
Na marginesie Cthulhu dodam, że biorąc pod uwagę stan carskich więźniów trudno może być odróżnić żywych skazańców od nieumarłych, a to materiał na dobrą scenę albo i sesję. Powody, dla których osadzeni po śmierci się zombifikują, dość łatwo wymyślić, prawda?
23-07-2013 20:03
   
Ocena:
0
Czyli Stalin kontynuował jedynie tradycję?
 
24-07-2013 08:26
Cooperator Veritatis
   
Ocena:
+1
Rewolucja październikowa była w zasadzie kontrrewolucją po tej "prawdziwej", lutowej. O ile we Francji do rządów reakcji (konsulatu, a potem cesarstwa Bonapartego) doszło po kilku latach, o tyle w Rosji nastąpiło to błyskawicznie, bo i za niemieckie pieniądze, i inteligencja rosyjska była dosyć odrealniona. Armia Czerwona zaczęła odnosić zwycięstwa po przyjęciu carskich oficerów, aparat represji był tylko rozwijany przez Dzierżyńskiego na carskiej ochranie, a gospodarka Rosji zaczęła się stabilizować dopiero po zrezygnowaniu z szaleństw Trockiego. Podobno na Łubiance w gabinecie naczelnictwa wisiały portrety szefów tajnej policji od epoki mikołajowskiej włącznie.
24-07-2013 09:47
Łodzianin
   
Ocena:
+1
Ja bym raczej ostrożnie używał terminu "kontrrewolucja" i "reakcja" w odniesieniu do rewolucji bolszewickiej. We Francji rządy Konsulatu oraz Cesarstwa nosiły pewne znamiona reakcji, ale "prawdziwą kontrrewolucją" była restauracja dynastii Burbonów po Kongresie Wiedeńskim. Napoleon zasłynął właśnie jako człowiek burzący "stary porządek" w Europie.
24-07-2013 14:57
Cooperator Veritatis
   
Ocena:
+1
@Łodzianin

Wystarczająco wielu badaczy tak nazywało przewrót październikowy, bym bez obawy tego terminu stosował :) Władza bolszewicka przywróciła wszystkie formy ucisku, jakie stosował carat do czasu swojego upadku, tyle, że bardziej bezwzględnie i konsekwentnie; co akurat można wytłumaczyć słabością charakteru Mikołaja II, bo za Aleksandra III, którego ostatni Romanow próbował naśladować na miarę swoich możliwości, aparat represji działał niemal tak sprawnie, jak za Dzierżyńskiego (nie mówię tu o bezpośredniej liczbie ofiar ludzkich - wiadomo, że wojna domowa i terror dysponuje własną skalą okrucieństwa).
25-07-2013 10:53
Hajdamaka v.666
   
Ocena:
+2
Oczywiście, że bolszewicy byli reakcjonistami, powstańcy z Kronsztadu nie mieli co do tego wątpliwości :)
25-07-2013 11:09
Bo-Lesław
   
Ocena:
+1
"Wystarczająco wielu badaczy tak nazywało przewrót październikowy, bym bez obawy tego terminu stosował :)"
Byłbyś łaskaw przytoczyć owe autorytety. Bo według systematyki Wielomskiego rewolucja Bolszewicka nie spełnia w żadnym wypadku kryteriów kontrrewolucyjnych (brak m.in. konserwatywnego charakteru wyróżniającego rewolucje bolszewicką). Rewolucja ta zaś znosiła w całości ustawodawstwo carskie (a że ucisku formy carskie przyjęła to inna sprawa).

Również przewrót z 18 brumaire'a nie ma charakteru kontrrewolucyjnego i reakcyjnego (odsyłam do J. Bartyzel "Umierać ale powoli, Kontrrewolucja w krajach romańskich"). Gdyż ani nie przywraca Ancient Regimu ani starych praw zamiast tego kontynuuje jakobinską reformę i jeno różni się (nieco łagodniejszymi) środkami. Poparcie części   elit starego ustroju dla Konsulatu i cesarstwa nie ma nic wspólnego z reakcją zamiast tego było napoleońską  koniunkturalną próbą zapewnienia stabilizacji (dyskusyjne jest znaczenie starych wyjadaczy i ich wpływu na Napoleona niektórzy przeceniają rolę jak R. Harris biskupa Talleyranda inni zaś uważają że wykorzystanie elementów konserwatywnych było pomysłem własnym Napoleona).

Sam artykuł bardzo fajny. Choć zamiast Cthulhu w Carskiej Rosji tytuł Cthulhu na carskiej zsyłce byłby bardziej trafny. W Carskiej Rosji jest sporo fajnych motywów totalnie niezwiązanych z zsyłkami i represjami by swobodnie prowadzić sesje bez "protogułagu" w tle. Z zainteresowaniem czekam na dalsze artykuły.  
25-07-2013 11:30
Cooperator Veritatis
   
Ocena:
0
@Bo-Lesław

Będąc w pracy bez dostępu do książek, wskażę chociażby Zdziechowskiego i Richarda Pipesa (u tego drugiego: "Rewolucja rosyjska"). Za istotną w tej kwestii uważam także pracę "Od caratu białego do czerwonego" Jana Kucharzewskiego. Żeby nie podawać jedynie Polaków, to Orlando Figes w "Tragedii narodu" czyni podobne spostrzeżenia. Co do charakteru rządu bolszewickiego nie mieli także wątpliwości współcześni obserwatorzy - przekonująco wypada analiza sytuacji Rosji sporządzona w '20 roku w Polskiej Partii Socjalistycznej, gdzie jednoznacznie pochód Armii Czerwonej jest traktowany jako kolejny zabór "czerwonego caratu", na możliwościach porozumienia na warunkach sprzed 1914 opierała się również polityka brytyjska, choć tutaj zaważyła zapewne indolencja Lloyda George'a, który wszystko robił na przekór Churchillowi. Ciekawie przedstawia tę kwestię również Ossendowski ("Lenin", "Cień ponurego Wschodu", "Przez kraj ludzi, zwierząt, bogów") - wprawdzie ten ostatni "oczywiście" wszystko widział, słyszał i każdy mu się spowiadał z postępowania :P, ale jako myślicielowi antykomunizmu ciężko mu coś zarzucić.

Co do charakteru przejmowania władzy przez Bonapartego to mam przed oczami przede wszystkim różne syntezy, więc muszę oddać pole. :) Niemniej w okresie Cesarstwa mamy do czynienia już z jawnym nawiązaniem do tych elementów z którymi walczyły ideały Rewolucji.

Co do tytułu artykułu, to pewnie wszystkie teksty będą miały podobne tytuły, bo stanowią jeden cykl. Jak najbardziej, co widać z poprzednich dwóch tekstów o Mitach Cthulhu w carskiej Rosji, nie zamierzam skupiać się na Syberii. Ale i o niej warto opowiedzieć. :)
25-07-2013 12:32
Hajdamaka v.666
   
Ocena:
0
"Nieznana rewolucja" Wolina, naocznego świadka wydarzeń. Oczywiście, można twierdzić, że dla anarchisty każda władza będzie reakcyjna, ale Wolin oprócz historii machnowszczyzny opisuje również wypadki kronsztadzkie, w których anarchiści nie stanowili głównego motoru (chociaż odgrywali swoja rolę). 
25-07-2013 17:02

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.