» Recenzje » Wszystkie » Bestiariusz: Bestie

Bestiariusz: Bestie


wersja do druku

te co skaczą i fruwają

Autor: Redakcja: Tomasz 'kaduceusz' Pudło

Bestiariusz: Bestie
Wiele lat temu, jakiś rok po zakupieniu podręcznika do Neuroshimy, na fali krótkiego zainteresowania Magic: the Gathering, Dungeons and Dragons oraz Pokemonami (trudno powiedzieć, co było ważniejsze) postanowiłem wykorzystać na sesji patent z tresowanymi stworkami. Był on prosty – treserzy bestii wszelkiej maści przybyli do położonego na krańcu świata miasteczka wraz z cała watahą swoich pupili, by wziąć udział w wielkim turnieju. Każdy treser wystawiał do walki wyszkoloną przez siebie bestię. Zadaniem graczy było zdobycie kilku narządów wewnętrznych jednej z istot walczących w tych zawodach. Założenia, jak na mój ówczesny wiek, w miarę ciekawe, cel dla graczy wyznaczony a wszystko okraszone nietypowym klimatem wszechobecnych dziwadeł. Jedynym problemem był bestiariusz – a w zasadzie jego brak. Podręcznik do Neuroshimy nie oferował zbyt wielu oryginalnych bestii, stąd z pomocą przyszły dedeki. Kolorowy i wypchany fluffem Monster Manual robił w tamtych czasach imponujące wrażenie, a zamieszczone na obrazkach bestie aż prosiły się o to, by wrzucić je do opracowanego przeze mnie turnieju. Jaki był tego efekt? Całkiem interesujący, choć wiem, że dziś nie musiałbym już korzystać z dedekowej Księgi Potworów. Dziś mógłbym sięgnąć, po Bestiariusz: Bestie.

Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę

Zabierając się do lektury piętnastego już dodatku do Neuroshimy oczekiwałem jednego: gotowego generatora wyzwań, z którego w dowolnym momencie, szybko i sprawnie będę mógł wyciągnąć przeciwnika pasującego do sytuacji. Czy Bestiariusz: Bestie jest takim generatorem? Z pewnością tak. Czy jestem z niego zadowolony? Nie do końca.


Pierwsze wrażenie

Na pierwszy rzut oka dodatek prezentuje się świetnie. Klimatyczna okładka Sławomira Maniaka utrzymana w kolorystyce Bestiariusza: Maszyn zachęca do jak najszybszej lektury. Ilustracje wewnątrz, bardziej skoncentrowane na prezentacji przeciwników, niekoniecznie zaś na budowaniu nastroju, także prezentują się wyśmienicie. Każda opisana bestia ma osobny obrazek, dzięki czemu czytelnik od razu wie jak dany stwór powinien wyglądać. Jest to niezmiernie przydatne, ponieważ same opisy pozostawiają wiele do życzenia. Odniosłem wrażenie, że autor ilustracji musiał niemal samemu tworzyć wizerunek niektórych bestii,;tekst podręcznika w zasadzie niczego nie sugerował. Kolejna rzecz, która rzuca się w oczy od razu, to doskonała jakość druku, nie zawsze spotykana wcześniej. Czarny kolor nareszcie jest czarny a całość jest soczysta i wyrazista.

Treść dodatku dzieli się na dwie części: poradnik użytkownika bestiariusza oraz opisy przeciwników. Poradnik jest zbitym tekstem wprowadzającym nas w odpowiedni nastrój i tłumaczącym jak korzystać z książki. Opisy potworów rozdzielono na 6 kategorii, w zależności od obszaru ich występowania. Mamy więc rozdział przedstawiający bestie spotykane na pustyni, w ruinach i jaskiniach, w Neodżungli, bestie występujące niezależnie od terenu oraz na deser różnego rodzaju dziwadła i eksperymenty. Całość zamyka tabela porównawcza wielkości stworów względem człowieka.


Poradnik użytkownika

Lekturę zaczynamy od poradnika. Jest to zarówno najgorsza, jak i najlepsza część dodatku. Najgorsza ze względu na rozdział poświęcony pochodzeniu bestii. Autorzy starali się uwiarygodnić występowanie dalej opisanych dziwadeł, jednak tłumaczenie wydaje się być tak potwornie wyssane z palca, tak nielogiczne i tak rażące, że moim zdaniem podręcznik tylko by zyskał na wywaleniu tych kilku stron do kosza. Założenie: to jest gra RPG, opisane dalej stwory są dziwne i nie mają racji bytu, ale ze względu na grywalność występują, kupiłbym z łatwością. Tłumaczenie, że niemal wszystkie istniejące w ZSA bestie pochodzą z warsztatów Molocha, który produkuje je seryjnie zamiast maszyn, wydaje mi się zwyczajnie absurdalne. Przesłanie wygląda mniej więcej tak: jeśli nie wiesz, czemu dany stwór istnieje – przez przypadek stworzył go Moloch. Jeśli coś jest nadnaturalnie olbrzymie – jest to reakcja obronna przyrody. Naprawdę, zastanawia mnie: jak żółw wielkości 3 metrów miałby przetrwać w sytuacji, gdy wokół nie ma roślinności ani wody? Na mój gust zmiany powinny właśnie iść w drugą stronę – zwierzęta karłowacieją, gdyż mniejsze potrzebują mniej pokarmu, o który obecnie tak trudno.

Na szczęście dalsze partie poradnika są o niebo lepsze. Opis w jaki sposób traktować bestie na sesji to prawdziwa perełka. Autorzy opisują jak tworzyć nastrój wszechobecnych, zmutowanych zwierząt, jak przyzwyczajać graczy do ich obecności, a także jak wypracowywać pewne instynktowne zachowania postaci w zetknięciu z różnymi rodzajami stworów. Wszystko to ciekawe i niezwykle pomocne w każdym systemie RPG. Kwintesencją tej części jest zdanie: nie strasz graczy nietypową bestią, strasz ich nietypowym zachowaniem bestii, którą do tej pory zawsze mijali spokojnie.

Później mamy ciekawy fragment o pasożytach, które żerując na bestiach dodają im indywidualnych, nadnaturalnych cech (część z nich mogą nawet wykorzystać postacie graczy) oraz wyjaśnienie kilku dodatkowych współczynników. Wśród tych ostatnich pojawia się rzecz ciekawa: atak grupowy. Wiele opisanych w dodatku przeciwników to malutkie gryzonie czy insekty, które w pojedynkę nic nie mogą zdziałać, natomiast atakując chmarą stają się śmiertelnie niebezpieczne. Zasada ataku grupowego dawała nadzieję na to, że autorzy w ciekawy sposób rozwiązali problem ataku kilkudziesięciu przeciwników naraz. Niestety o ile problem wydaje się istotny, dalej został niemal zupełnie spłycony i cały potencjał tej zasady idzie w gwizdek.


Przeciwnicy

Przejdźmy do kwintesencji dodatku – opisu przeciwników. Tych mamy aż 57. Wspomniałem na początku, że Bestiariusz: Bestie spełnia wymagania dobrego generatora wyzwań. Dzieje się tak ze względu na przemyślany podział stworów. Poza wspomnianym podziałem na miejsce występowania autorzy zastosowali genialny w swojej prostocie system ikonek umieszczonych koło nazwy bestii. Ikonki informują czytelnika o tym, czy dana bestia to przeciwnik idealny do obudzenia graczy w nudniejszym momencie sesji; wyzwanie, do którego trzeba wnikliwie zaplanować fabułę, przeszkadzajka nie stanowiąca wyzwania, ale idealnie urozmaicająca świat gry, ciekawostka, na której w zasadzie można zbudować oddzielną przygodę, pułapka, walec, czy może grupowy przeciwnik? Rozwiązanie to sprawdza się świetnie. Gdy chcemy znaleźć przeciwnika od ręki - mamy ich ładnie oznaczonych. Gdy chcemy pułapkę – proszę bardzo. Gdy chcemy urozmaicić sesję przeszkadzajką – czemu nie?

Problemy zaczynają się, gdy przechodzimy do szczegółów opisu bestii. Niestety mamy tu do czynienia z typowym Neuroshimowym wodolejstwem. Teksty opowiadane z perspektywy mieszkańców świata gry może i budują klimat, ale kompletnie nie nadają się do przekazywania konkretów, których oczekuje się w przypadku bestiariusza. Otwierając dodatek na opisie Goara oczekuję precyzyjnego opisu: jak to coś wygląda, jak się zachowuje, jak walczy i jak to utłuc. Co dostaję? Kilka akapitów jakiż to śmiertelnie groźny przeciwnik, jak to wszyscy się go boją, jaki to on legendarny, ilu to ludzi nie wróciło ze spotkania z nim i takie tam nic nie warte szmery bajery zapychające miejsce. Prawdziwe konkrety trzeba wyłapywać czujnie z potoku zdań i wręcz zaznaczać zakreślaczem, by łatwo odnaleźć dany fragment podczas zgiełku improwizowanego spotkania. Boli to tym bardziej, że w poradniku użytkownika bestiariusza autorzy zaznaczyli, aby przyzwyczajać graczy do określonych zachowań bestii. Wyrabiać w nich nawyki i instynktowne odruchy. Tymczasem zamiast skondensowanej informacji na temat zachowań przeciwnika dostajemy rozlazłą papkę o dość zróżnicowanym poziomie przydatności. Wrażenia z lektury poprawiają w pewnym stopniu reguły dodatkowe. Na końcu opisu każdego stwora mamy tak jak zawsze skondensowane zasady zdolności specjalnych. Wszystko opisano tu językiem mechaniki, dzięki czemu nikt nie będzie miał problemów z rozgrywaniem samych spotkań i wykorzystywaniem najwymyślniejszych manewrów przeciwnika bezpośrednio w walce.

Przyjrzyjmy się jeszcze samym bestiom. We wstępie wspomniałem o wykorzystaniu dedekowego Monster Manuala podczas sesji Neuroshimy. Bestiariusz: Bestie jest o wiele lepiej dostosowany do realiów świata post-apokaliptycznego. Stwory są mroczne, zdeformowane, pokraczne - naprawdę paskudne. Poza wyraźnymi brakami w logice ich występowania (np. Las Tapas to włochate tapiry, które wybuchają, gdy się zdenerwują – oczywiście autorzy nie uraczyli nas wyjaśnieniem, czemu tak się dzieje, ani jaki to ma sens w świetle ewolucji) większość nadaje się idealnie do wykorzystania z miejsca. Zdarzają się jednak wyjątki, gdy wspomnienie Monster Manuala przeradza się w myśl "czy ja, aby na pewno nie pomyliłem książek?". Dobrym przykładem może być tu Czołgers – krzyżówka żółwia z pancernikiem posiadająca, uwaga, 3 metry wysokości. Ot, taki 3 metrowy żółw rozgniatający ciężarówki na środku pustyni. Mackonóg nie jest gorszy – kulka zębów o średnicy ok. 1 metra, z której wystają 4 macki przyssawki oraz 2 macki ostrza.Zawodowo zasuwa po ścianach i skacze na ofiarę z 15 metrów. Mamy jeszcze Tarana – skrzyżowanie pancernika i nosorożca, wielkości psa, zasuwające 50 km/h przez kilka godzin bez zmęczenia. Albo Arachnoidów – pająkopodobne stwory tworzące gniazda ze stalowych nici. Naprawdę, wyobraźnia autorów zawiodła ich momentami ciut za daleko. Na szczęście są też prawdziwe perełki idealnie pasujące do klimatów postapo. Moim ulubieńcem jest Pleśniak – pleśń obrastająca wnętrze ruin, czyhająca na nieświadomego zagrożenia poszukiwacza skarbów. Inny przykład - Mamidło – bliżej nieokreślona istota-substancja, której jedyną zdolnością jest kontrolowanie zwierząt w okolicy i pasożytowanie na nich. Atutem jest też duża ilość małych stworków, pokroju szarańczy, szczurów i nietoperzy, które swoimi zbiorowymi atakami stają się ciekawym urozmaiceniem w porównaniu do zwykłych, bardziej namacalnych killerów.

Na koniec, -zauważyliście pewną irytującą rzecz? Nazewnictwo. Moim zdaniem jest okropne i dość skutecznie psuje klimat. Na szczęście nie trzeba tych nazw wymawiać głośno, ale sami przyznacie, że określenia typu: Czołgers, Mackonóg, Mrokoszczur czy Skałoklejec powodują pewne zażenowanie.


Podsumowanie

Bestiariusz: Bestie ma swoje wady i zalety. Jeśli nie rażą was braki w logice świata, jeżeli jesteście w stanie samemu wyłowić co ciekawsze kąski z tekstu, a najważniejsza jest dla was łatwość w stosowaniu podręcznika na sesji – nie wahajcie się. Jeżeli jednak wasza wyobraźnia pracuje jak należy, a mechaniczną część systemu traktujecie dość wybiórczo, to w zupełności wystarczy wam przejrzeć świetne ilustracje, które same wystarczą za inspiracje. Piętnasty dodatek do Neuroshimy jest bowiem świetnym generatorem, niekoniecznie świetnie opisanych przeciwników.


6.0
Ocena recenzenta
7
Ocena użytkowników
Średnia z 18 głosów
-
Twoja ocena
Tytuł: Bestiariusz: Bestie
Linia wydawnicza: Neuroshima
Autorzy: Rafał Szyma, Wojtek Doraczyński, Łukasz Fiema, Michał Oracz
Okładka: Sławomir Maniak
Ilustracje: Mariusz Gandzel, Michał Oracz
Wydawca polski: Portal
Data wydania polskiego: 2008
Miejsce wydania polskiego: Gliwice
Liczba stron: 128
Oprawa: Miękka
ISBN-13: 978-83-60525-17-3
Cena: 35zł



Czytaj również

Baniak Baniaka #12
Mistrzu, nie wykorzystuj graczy
Baniak Baniaka #11
Czy zabijać Bohaterów Graczy?
Świat Neuroshimy
Omówienie linii wydawniczej NS - część druga
Neuroshima Bestiariusz: Maszyny
Prosto z warsztatu Molocha
- recenzja
Zabić Szczura
Krótka wizyta w Sharrash
- recenzja
Neuroshima po jedenastu latach
Krótkie spojrzenie na linię NS

Komentarze


~de99ial

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
I tak kupię, ale póki co po Nowym Roku
20-12-2008 00:54
WekT
    Hmm
Ocena:
+3
recka zainteresowała mnie tym dodatkiem ;P

Ale czemu czepiac się nazw. Fajne zabawne polskie neologizmy ;P
Pewnie jakby to samo znaczenie było po angielsku to nikt by się nie przejmował.
20-12-2008 08:12
Kot
    @Wiktor WekT
Ocena:
+1
Owszem, niestety po polsku brzmią śmiesznie... Takie już są próby stworzenia czegoś nowego w nie do końca przemyślany sposób. Poziomu Lema to te nazwy raczej nie osiągają...
20-12-2008 10:23
Ernest Resch
    Good Job
Ocena:
0
Nazwy śmieszne:P Ale grafiki potworków... Wymiatają. Większość z nich wygląda jak koszmar szaleńca, pełno kłów, kolców i macek.

Trzymają klimat xD

Jak dla mnie podręcznik to 8 na 10...

Jak zawsze... Mało.
06-02-2009 23:26

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.