» Recenzje » Myszki w opałach
"

Myszki w opałach

Myszki w opałach
Znacie jakieś familijne gry kooperacyjne? Moją pierwszą myślą jest Zakaza Wyspa. Wydawnictwo Cube - Factory of Ideas wydało Magię i Myszy, która jest reklamowana jako gra rodzinna. Lucrum Games serwuje nam kolejny tytuł, który można zakwalifikować do podobnej grupy, a mianowicie Myszki w opałach.

Mysie problemy

Sytuacja jest prosta. Mysz Chrupek wyprawia wielką imprezę dla całej swojej rodziny. W tym celu chce przenieść zawartość spiżarni do swojej norki. Wybrał sobie na to dobry czas, bo ludzie, u których pomieszkuje, wyjechali na wakacje. Plan byłby dobry gdyby nie to, że zostawili kota Łoskota (swoją drogą dla mnie to okrutne, że kota nie wzięli ze sobą, te stworzenie może też chce mieć wakacje?).

Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę

Zacznę nietypowo, bo od instrukcji, która jest dość ciekawie napisana ze względu na  fabularyzowana konwencję, dzięki której wygląda to tak, jakby to Chrupek opowiadał historię i wyjaśniał zasady. Naprawdę ma się uczucie, że bohater gry tłumaczy nam jak grać. W bardzo intuicyjny sposób wyjaśnienia zasady, dzięki czemu każdy bez problemu zrozumie jak przebiega tura. W kwestii instrukcji mam tylko jedną, niemalże nieistotną, uwagę - właściwie bym jej nie przytoczył, ale jedno z dzieci zauważyło ten fakt. Według spisu zasad na mysich znacznikach mamy podobiznę Chrupka. Kiedy w pierwszym akapicie pocieszny bohater przedstawia mówi, że żongluje kostkami gry na okładce. Kiedy spojrzymy na żetony i ilustrację frontową zauważymy, że jest na nich mysz obok Chrupka. Mały szczegół, ale dla dzieciaków ważny.



Okładka przedstawia myszy harcujące po spiżarce, a w oddali widać wychodzącego z kuchni Łoskota. Kolorystyka okładki jest bardzo jaskrawa, wielobarwna, ładna i na pewno przyciągnie wzrok wśród sklepowych półek. Ciekawa jest rekurencja, bowiem na ścianie spiżarni jest plakat, który jest okładką gry, i tak na okrągło. W środku znajduje się dwustronna plansza, drewniana figurka kota, znaczniki i trzy kości. Niby niezbyt wiele, ale wykonanie jest porządne. Tekturowe żetony są grube, niemalże niezniszczalne (próbowałem nieco je "złamać", zaczęły się giąć kiedy użyłem sporo siły), plansza również do najcieńszych nie należy, a drewnianymi kostkami dobrze się rzuca. Eksperymentalnie podszedłem do sprawdzenia jakości elementów. Żetony, kota, i kostki pocierałem o kawałek deski. Po jakimś czasie znaczniki rzeczywiście lekko były starte, ale rysunek nadal był wyraźny, poza tym dość mocno dociskałem żeton, więc użyta siła mogła mieć znaczenie. Oczywiście w normalnej rozgrywce nie widzę momentu, w którym miałaby zajść eksperymentalna sytuacja (no chyba, że ktoś będzie je trzymać w palcach i pocierać). Z kostkami jest inna sprawa, bo pewno przed rzutem będziemy je turlać w rękach, więc mogą się o siebie obić lub trzeć. A jednak po doświadczeniu nie było na nich śladu. Po dokładniejszym przyjrzeniu zauważyłem, że kości są żłobione. Delikatnie, ale jednak, a na pierwszy rzut oka wyglądały na malowane. Myślałem, że inaczej będzie wyglądać sprawa z figurką Łoskota, skoro jego twarz jest już malowana - i znowu byłem w błędzie.

Przechytrzyć kota

Mechanika jest dość prosta. Wybieramy stronę planszy na której chcemy grać (na początek polecana jest strona z jedną kocią łapą), a Łoskota kładziemy na obrazku jego głowy. Najodważniejszy uczestnik zabawy zostaje pierwszym graczem. W swojej turze rzucamy kośćmi z symbolem rodzaju jedzenia, które chcemy wynieść (ser, chleb, ryba, marchewka i ogórek). Jeżeli wyniki nam nie pasują, możemy położyć jedną kostkę na niezajętym polu odpowiedniego rodzaju jedzenia i przerzucić resztę, o ile nie ma na nich znaku "X". Po powtórnym rzucie możemy zrobić to samo. Przy niezadowalających wynikach możemy też spasować, ale musimy położyć co najmniej jedną kość. Jeżeli nie możemy tego zrobić (wyrzuciliśmy same X lub nie mamy gdzie położyć kości) musimy poruszyć kota w stronę spiżarni. Druga faza polega na umieszczeniu znaczników w miejscach, gdzie położyliśmy kostkę. Jeżeli nie przykryliśmy w ten sposób całego pojedynczego rodzaju jedzenia - kot się porusza. Partia się kończy na dwa sposoby: pierwszy - w momencie kiedy Łoskot dojdzie do spiżarni zanim zebraliśmy całe jedzenie lub drugi - kiedy opróżniliśmy spiżarnię. Jeżeli uznaliśmy, że poszło nam za łatwo możemy spróbować rozgrywki na drugiej stronie planszy (jedzenie składa się z większej liczby pól) lub wariantu zaawansowanego (polega on na tym, że umieszczane kostki muszą być w tym samym rzędzie albo kolumnie).

Jak to zwykle bywa, pierwsze partie ogrywam w gronie znajomych, nawet jeśli jest to gra dla dzieci (ma to sens, aby już na wstępie można było ocenić czy rzeczywiście tytuł jest przeznaczony dla młodszych). Wyjaśniłem zasady czterem dorosły. Wszyscy mieli znudzony wzrok, chociaż nie dziwię im się - co to za gra, w której rzuca się kośćmi i liczy na cud? A ostatecznie rozegraliśmy z 4 albo 5 partii z rzędu pokonując tylko raz tego przebrzydłego kota. Nawet jeden z graczy stwierdził, że to bardzo taktyczna gra. Zgadzam się w zupełności, ponieważ poza szczęściem w rzutach trzeba pomyśleć jak sensownie rozłożyć kostki na planszy, by się nie zablokować. Przede wszystkim kombinujemy, aby kot nie ruszył się za daleko, ale nie możemy tego robić za bardzo na siłę. Jeżeli będziemy zapełniać tylko pola, które najczęściej nam wypadają możemy spowodować, że po dwóch kolejkach zebraliśmy np. cały ser. W wyniku czego zablokowaliśmy wynik na kostce - teraz ser jest nieprzydatny. Owszem, możemy przerzucić jak położymy co najmniej jedną kostkę na planszę, ale pewno będą zdarzały się częściej niefortunne rzuty: 2 sery i krzyżyk (lub 2 krzyżyki i ser) czy przerzut sera na ser. Zbyt wolne i równomierne zapełnianie pól też nie jest dobre, bo kot ruszy się po turze każdego gracza.

Podczas partii mieliśmy obawy, że gra z dziećmi może być trudna. Optymalizowaliśmy swoje działania, dyskutowaliśmy nad ułożeniem, ktoś bardziej spostrzegawczy zaproponował inne ułożenie (stąd nasze stwierdzenie, że to gra kooperacyjna na spostrzegawczość). Dlatego obawiałem się, że wyjdzie moja geekowska natura i będę chciał poprawiać dzieciaki, a to popsuje odbiór tego tytułu czy nawet wszystkich planszówek. Dlatego zrobiłem mały eksperyment: zagrałem dwa razy z rzędu - w pierwszej partii dałem wolny wybór i nie wtrącałem się, w drugiej zaś dyskutowałem z nimi. Zgadnijcie jaki był wynik tego doświadczenia? Nie musiałem zmieniać nastawienia w drugim podejściu. Prawie od razu dzieciaki pomagały i podpowiadały sobie, aby osiągnąć cel. Gierka naprawdę uczy wzajemnej pomocy, doradzana, a także szacunku, bowiem gdy ktoś uważał, że zaproponowane ułożenie jest gorsze to wyjaśniał dlaczego tak sądzi. Ale to nie jedyny aspekt edukacyjny w tym tytule. Przecież sensownie musimy ułożyć kostki, aby zebrać jedzenie. Zatem partia Myszek w opałach to doskonała lekcja logicznego myślenia i taktycznego planowania swoich ruchów, a dodatkowo zarządzania ryzykiem (czy chcemy, aby kot się ruszył, itp.) i pokaz brania konsekwencji za podjęte decyzje.

A w spiżarni pusto...

Gra jest losowa, często pechowy rzut może zepsuć sprawę, a to nie ma nic wspólnego z obraną strategią. Pierwszy ruch dzieciaka i co? Trzy iksy. Pierwszy i ostatni raz widziałem taką sytuację. Trochę maluch posmutniał. Instrukcja uspokaja, że gra ma czynnik losowy i nie należy się przejmować, jeżeli rzut będzie do bani - radzą liczyć na szczęście innych lub mieć nadzieję, że następnym razem będzie lepiej. Nie wiem czy spis zasad będą czytać dzieci - nawet jeżeli nie, to ten fragment tekstu powinien uczulić starszych i przekazać maluchom, by się nie martwili.

Sądziłem, że trudność gry będzie zbyt dużym wyzwaniem dla najmłodszych. Jednak znając reakcje na Zakazaną Wyspę oraz Magię i Myszy (które do najprostszych nie należą) mogłem te obawy schować w kąt. Właśnie to motywowało do dalszego grania. To było powodem, aby pokazać temu kotu kto tu rządzi. Na pewno to powoduje zwiększenie chęci sięgnięcia po ten tytuł po raz kolejny. Owszem, zdarzyły się przypadki, że przegrana raczej odpychała od pozycji, ale były to nieliczne przypadki. Myślę, że znacie reakcję na przegraną swoich dzieci, więc na pewno sami ocenicie czy to gra dla nich. Chociaż z tą przegraną to tak nie do końca, muszę znów odwołać się do instrukcji. W niej nie ma pojęcia niewygranej partii. Naprawdę! W instrukcji Chrupek informuje, że jeżeli Łoskot wszedł do spiżarni, a nie zebraliśmy całego jedzenia, to mamy się nie martwić, gdyż mamy wystarczająco dużo, aby impreza się udała. Na ostatniej stronie jest tabelka, w której możemy zobaczyć jak nam poszło zależnie od tego czy kto nas złapał czy nie. Przy każdym wyniku jest tekst motywujący, zachęcenie do kolejnej rozgrywki i potwierdzenie, że odwaliliśmy świetną robotę. Na kursach couchingu powinni uczyć takich fraz. Żadne dziecko nie poczuło tego, że się nie udało, tylko, że dało się to zrobić lepiej. To zachęcało do kolejnych partii.

Gra w sama w sobie jest losowa i trudna, więc chęć udowodnienia, że wygrana nie jest kwestią przypadku jest motorem do rozegrania kolejnej gry. Zatem kwestię regrywalności rozwiązano w ten sposób. Gdy dodamy dwie strony planszy i wariant zaawansowany można śmiało stwierdzić, że gra wystarcza na długo. Może się wydawać, że mechanika jest tak skonstruowana, że im więcej osób, tym łatwiej kot się porusza. Jednak dla dwóch osób tury idą szybko, więc jest też szansa, że Łoskot przybliży się do spiżarni, zwłaszcza, że kawałki jedzenia wolniej się wynosi. Według mnie jest zachowany ten balans między liczbą graczy, a niekorzystnymi wynikami - w skrócie mówiąc: skalowalność jest dobra.

Myszki w opałach to szybka, prosta, dynamiczna, zabawna i taktyczna gierka. Dzieci się przy niej dobrze bawią. Dorośli się przy niej dobrze bawią. Wszyscy się dobrze bawią. Jak ktoś chce kooperacyjną grę rodzinną, to bierzcie ten tytuł bez większego zastanowienia.

Plusy:

  • ładna kolorowa szata graficzna
  • pancerne wykonane (testowane na maksa)
  • modyfikowalny poziom trudności
  • spora skalowalność i regrywalność
  • tak naprawdę nie ma pojęcia przegranej, ale sprawdzenia jak dobrze nam poszło
  • edukacja w wielu aspektach

Minusy:

  • losowość jest momentami drażniąca

 

Dziękujemy wydawnictwu Lucrum Games za egzemplarz recenzencki

9.0
Ocena recenzenta
-
Ocena użytkowników
Średnia z 0 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 0
Obecnie grają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie gram
Tytuł: Myszki w opałach (Mmm!)
Typ gry: familijna
Projektant: Reiner Knizia
Ilustracje: Andreas Resch
Wydawca oryginału: Pegasus Spiele
Data wydania oryginału: 2015
Wydawca polski: Lucrum Games
Data wydania polskiego: 2015
Liczba graczy: od 2 do 4
Wiek graczy: od 7 lat
Czas rozgrywki: 20 minut
Cena: 89,95 zł



Czytaj również

Brains: Uśmiech proszę!
Czy śmiech jest zaraźliwy?
- recenzja
Brains: Ogród japoński
Łamigłówki w japońskim ogrodzie
- recenzja
Istanbul (Istambuł)
Na bazarze w dzień targowy...
- recenzja
Kto drugi, ten lepszy
Szybcy, wściekli i drudzy
- recenzja
Port Royal (ed. Pegasus Spiele)
Gdzie dwóch się bije...
- recenzja
Kartel
Bandyci bez spluw
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.