» Artykuły » Felietony » Msza za miasto Caylus

Msza za miasto Caylus


wersja do druku

Święto żałoby

Autor: Redakcja: Joanna 'Ysabell' Filipczak

Msza za miasto Caylus
Jestem graczem. Nawet jeśli trudno mi jednoznacznie określić czy jestem planszówkowiczem, czy erpegowcem, to statystyka jest nieubłagana. W ciągu zeszłego roku zdecydowanie więcej czasu spędziłem w rzeczywistości definiowanej planszą, a nie wyobraźnią. Stety lub nie, ale rzeczywistości te nadal przegrywają (na godziny) z pracą i studiami.

W pewnym sensie zatoczyłem koło – rozpoczynałem od Odkrywców Nowych Światów i szachów. Potem na długo na moich stołach zapanowały erpegi, ale w końcu, niczym syn marnotrawny, wróciłem do planszy. Plansza, jak to kobieta, wybaczyła i wyznaczyła karę.

Dzisiaj pokuta się zakończyła...


Święto


Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę

Jako erpegowiec byłem zwolennikiem wyraźnego nastroju sesji. Chociaż grałem wtedy w erpegi znacznie częściej niż dzisiaj, to każde spotkanie miało w sobie coś ze święta. Oprócz samej rozgrywki, istotna była dla mnie otoczka. Począwszy od muzyki, poprzez miejsce a skończywszy na rozmowach – otoczka sesji była dla mnie równie ważna co jej treść. W efekcie większość spotkań przeżywałem wtedy znacznie intensywniej niż dzisiaj – nie wstydzę się tamtych sesji, ale też nie staram się ich powtarzać.

W momencie, gdy przerzuciłem się na planszówki, sięgnąłem do starych schematów. Spotkanie przy planszy traktowałem jako święto – starannie wybierałem gry, piekłem ciastka i przygotowywałem muzykę. Działało – partie w Shadows over Camelot wciągały tak samo jak dawne kampanie w Warhammera.

W tym momencie doszedłem do pewnego paradoksu. W przypadku gier fabularnych, mechanika była dla mnie drugorzędna względem nastroju i fabuły. W przypadku planszówek jest dokładnie na odwrót – wolę, aby mechanika była dopracowana i nowatorska, nawet kosztem otoczki fabularnej. Być może jako erpegowiec-klimaciarz potrafię zbudować sobie klimat, być może jako miłośnik szachów i brydża wcale go nie potrzebuję.


Żałoba


Cały dowcip polega na tym, że "klimaciarstwo" potrafi zabić każdą mechanikę. Przy okazji powrotu do szachów, zauważyłem, że im bardziej celebruję daną planszówkę, tym mniej frajdy przynosi mi partia. W momencie, gdy świętowałem każdą partię – szachy dawały mi znacznie mniej frajdy, niż, gdy zacząłem grać na czas.

Po rozegraniu kilkunastu partii z asystą zegara, zauważyłem, że gram efektywniej. Ograniczony zasób czasu wymusił intuicję, ta zaś – w połączeniu z pewnym doświadczeniem, przełożyła się na efektywność gry i większą satysfakcję. Postanowiłem wtedy przenieść doświadczenia z szachownicy na inne planszówki.

Pisałem już kiedyś o tym, że największą wartością planszówek jest samo spotkanie, nie zaś wynik rozgrywki czy nawet emocje jej towarzyszące. Dzisiaj posunę się dalej – zaryzykuję stwierdzenie, że im mniej oczekujemy od danej partii, tym większa szansa na dobrą zabawę wszystkich przy stole.

Gdy potraktujemy planszówkę jako święto pragnienie zwycięstwa może zdominować całą rozgrywkę. W efekcie łatwo o paraliż decyzyjny, a jeszcze łatwiej o niesnaski przy stole. Te dwie wady są niczym w porównaniu z asymetrią frajdy – w nadmiernie celebrowanych partiach, zwycięzca zabiera frajdę pozostałym. Fakt – stawka gry jest wtedy wyższa, a przy stole łatwiej o emocje. Mnie to nie bierze – wyzwań mam dość na co dzień w pracy. Przy stole chciałbym się spotkać ze znajomymi i odprężyć, rozwiązując abstrakcyjne zagadki logiczne.

Problemem jest to, że aby odejść od traktowania planszówek jako święta, potrzebna jest stosunkowo większa częstotliwość spotkań. Innymi słowy: dopiero, gdy gramy częściej, pojedyncze rozgrywki tracą na znaczeniu. Prywatnie mam tego pecha, że proste tytuły (kalibru Wsiąść do pociągu) nie kręcą mnie tak bardzo jak te bardziej skomplikowane – w efekcie "laicyzacja partii" zajmuje mi znacznie więcej czasu.

Zakładając, że aby planszówka stała się normą (a nie świętem) potrzeba jakiś pięciu partii – łatwo obliczyć, że aby "znormalizować" trzygodzinną kobyłę pokroju Brassa czy Caylusa potrzeba dziesięć godzin gry więcej niż w przypadku godzinnego Thurn Und Taxis. Być może w tym zjawisku tkwi geneza mojej nieustającej sympatii do krótkich, dość wymagających intelektualnie gier pokroju Race for the Galaxy czy Tantrix.

W tym momencie dochodzimy do paradoksu – znacznie łatwiej stan normalny osiągnąć "graczom niedzielnym" niż maniakom. Kilka razy byłem świadkiem sytuacji, gdy początkujący grał płynniej i ładniej niż zaawansowany. Tego drugiego po prostu zjadał stres związany ze "świętem", zaś ten pierwszy grał bez bagażu oczekiwań.


Codzienność


Nie namawiam do zupełnej rezygnacji z planszówkowych świąt, bo czasami warto nastawić muzykę, zarezerwować wolny wieczór i pozwolić sobie na dłuższy namysł nad każdym ruchem. Granie normalne wymaga sumarycznie więcej czasu. Czasami też na drodze normalizacji staną względy osobiste lub sentymenty – sam też mam kilka gier, w przypadku których nie stać mnie na dystans do rozgrywki. Nie wszyscy też potrafią zrezygnować z dążenia do zwycięstwa.

Czasami – zwłaszcza w przypadku cięższych gier – normalizacja wymaga też czasu na poznanie zasad i podstawowych strategii. Analogicznie jak w szachach – czasami bardziej doświadczeni krócej myślą nad ruchami.

Gorąco Was jednak zachęcam, abyście spróbowali zagrać w ulubione planszówki normalnie, "na luzie", bez potrzeby osiągnięcia zwycięstwa. Skupcie się na samej rozgrywce, nie zastanawiajcie się nad każdym ruchem – grajcie wariant, który Wam pierwszy przyjdzie do głowy. Jeśli nie uda się Wam osiągnąć płynności za pierwszym razem – nie przejmujcie się. Grajcie dalej, grajcie częściej, grajcie dłużej – a płynność przyjdzie sama.

Do zobaczenia przy planszy. Na co dzień i od święta!
Tagi: felieton



Czytaj również

Komentarze


Repek
    @+1
Ocena:
0
Dzisiaj posunę się dalej – zaryzykuję stwierdzenie, że im mniej oczekujemy od danej partii, tym większa szansa na dobrą zabawę wszystkich przy stole.

Statystycznie to prawda, ale chyba największa frajda jest jak przy filmie lub czymś w tym stylu: wielkie oczekiwania i rzeczywistość, która je przerasta. :D

Fajny tekst. Nie wiem tylko, na ile wszystko to jest wykonalne. :) Przynajmniej laicyzacja bywa trudna, gdy nie ma się jak grać codziennie. Ale już granie "normalne" - chyba jak najbardziej tak. O ile ktoś tak lubi. :)

Pozdrówka
20-02-2009 00:35
Jeremiah Covenant
   
Ocena:
0
Fajny tekst :)
20-02-2009 09:04
ajfel
    a ja nie do końca chyba rozumiem..
Ocena:
0
.. co rozumiesz przez traktowanie gry jako święto? W jednym miejscu wnioskuję iż nierozerwalnie wiąże się to z pragnieniem zwycięstwa:

Gdy potraktujemy planszówkę jako święto pragnienie zwycięstwa może zdominować całą rozgrywkę. W efekcie łatwo o paraliż decyzyjny, a jeszcze łatwiej o niesnaski przy stole.

Z kolei w innym piszesz, że gdy przestałeś świętować szachy, to grasz efektywniej. O co więc chodzi? Granie efektywne, to chyba właśnie prowadzące do zwycięstwa?
Nie wiem więc czy słuszne jest jednoznaczne wiązanie "celebrowania" planszówkowego spotkania z bezgraniczną chęcią dokopania rywalowi (rywalom), paraliżu decyzyjnego, niesnasek etc..

Osobiście lubię planszowe spotkania właśnie ze względu na klimat towarzyszący rozgrywkom.
Pewnie dlatego wielu grom potrafię wybaczyć mechaniczne niedociągnięcia, jeśli mają fajny klimat i (lub) podejmują ciekawą tematykę.
Nie ma to imho szczególnego związku z tym, czy ważne jest dla mnie samo granie, czy osiągnięcie zwycięstwa. Oznacza to, że świętuję gry, czy że podchodzę do nich na luzie?

20-02-2009 10:35
Ezechiel
   
Ocena:
0
Granie świąteczne nie wiąże się nierozerwalnie z pragnieniem zwycięstwa, dlatego celowo użyłem słowa "może".

Paradoks, który zauważyłem polega na tym, że im mniej przejmuję się grą, tym częściej wygrywam i tym częściej mam frajdę. Zauważyłem też, że łatwiej o emocje (dobre i złe), gdy gramy "od święta".

"Granie efektywne, to chyba właśnie prowadzące do zwycięstwa?"

Nie do końca. Granie efektywne to przede wszystkim zadowolenie z rozgrywki po wstaniu od stołu, relaks i ogólne wyluzowanie.
20-02-2009 11:32
Ysabell
   
Ocena:
0
A ja bym nawet powiedziała, że o ile granie efektywne to rzeczywiście takie, które często prowadzi do zwycięstwa, to jednak z drugiej strony, jeśli ktoś bardzo chce wygrać, to wcale nie znaczy, że będzie grał efektywnie. :-)
20-02-2009 12:38

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.