
W tym roku decyzja gdzie się udać na zasłużone wakacje nie była łatwa. Dziwożona proponowała Izrael, jednak stwierdziłem, że raczej wolałbym udać się gdzieś, gdzie jest zimniej - patrząc z perspektywy upałów jakie nawiedziły Europę Norwegia była bardzo dobrym wyborem.
Choć wylądowaliśmy w Oslo miasto to zostawiliśmy sobie na koniec podróży i wynajętym autem ruszyliśmy do Roros przez Lillehammer. To drugie jest małym nudnym miasteczkiem, którego jedyną atrakcją jest to, że kiedyś odbywała się tam zimowa olipiada. Za to Roros jest śliczne - górnicze miasteczko z kilkoma ulicami, na których wciąż stoją te same budynki co dwieście lat temu. Tam też udało nam się zjeść steki z łosia i renifera. Wniosek? Renifer ma dziwny, lekko cierpki smak. Łoś smakował mi bardziej - przypominał wołowinę, ale z troszkę innym akcentem.
Dygresja pierwsza: Jeśli szykujesz się do wyprawy do Norwegii pierwsze ostrzeżenie powinno tyczyć się cen. Wszystko jest tak z cztery razy droższe niż w Polsce, od mleka zaczynając na hotelach kończąc. Kraj jest drogi nie tylko dla przybyszy, lecz także dla autochtonów - wystarczy powiedzieć, że daniem narodowym są hot-dogi i pizza. Zresztą same hot-dogi są świetne, polecam zwłaszcza oste-polse, czyli z parówką owiniętą boczkiem.

Po Roros trafiliśmy do Trondheim, który miał być "Krakowem Norwegii". Rzeczywiście mają tam uniwersytet, jest to była stolica, ale jednak do Krakowa to temu miastu jednak brakuje. Niemniej katedra w Trondheim robi gigantyczne wrażenie - wysoka, ciemna, przytłaczająca. Gdyby ktoś odwiedził to miasto i miał czas na zobaczenie tylko jednej rzeczy - niech kieruje się właśnie tam. Jeśli chodzi o żywienie to właśnie w Trondheim znalazłem nowe dwa smaki kubekłowych Hagen Dazs - Cookie Dough i Cappucino Caramel. Ten pierwszy jest dobry, ale troszkę za słony (ten sam smak w Ben'n'Jerry's jest jednak lepszy). Drugiego już nie udało mu się spróbować, limit na smakołyki wyczerpał się przedwcześnie.
Dygresja druga: To niesamowite przyjechać do kraju, który ma własny język inny niż angielski, ale z każdym możesz się w mowie anglosasów dogadać. Nieważne czy ma lat piętnaście czy pięćdziesiąt - zna angielski w stopniu co najmniej komunikatywnym.

Po dawnej stolic wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy na kilkudniową wyprawę objazdową. Większość czasu spędzaliśmy w samochodzie przebijając się między kolejnymi fiordami krętymi wąskimi drogami. Trzeba wiedzieć, że autostrady czy drogi ekspresowe znaleźć można właściwie tylko przy Oslo, reszta to zwykłe jednopasmówki z ograniczeniem zazwyczaj do 70tki (przy czym policja norweska jest mocno cięta i ściga przekroczenia już nawet o 5 kilosów, trzeba uważać). Kulminacją tej części była Droga Trolli - długa, kręta i mocno nachylona droga w przepięknym wąwozie. Naprawdę warto to zobaczyć. Zresztą cała Norwegia jest niesamowita pod względem przyrody - zieleń jest niesamowicie soczysta, zaś góry nad fiordami przyjmują zaskakujące kształty. Co jeszcze można obejrzeć? Kilka rewelacyjnych kościołów, na przykład kościół palowy w Borgund.
Dygresja trzecia: Kilka porad i wskazówek dla przyszłych podróżnych. Norwegowie wydają się kochać w miękkich materacach - jeśli jesteś przyzwyczajony do spania na twardym to przygotuj się na ból kręgosłupa. Nie zbliżaj się do serów, których kolor nie jest żółty lub biały (jak zobaczysz brązowe coś o fakturze żytniego chleba to uciekaj z pokoju!).
Na sam koniec zostawiliśmy sobie Oslo. Co mogę polecić? Muzeum łodzi wikińskich naprawdę daje radę, choć widać, że stworzono je dosyć dawno i do obecnych trendów muzealnych nie przystaje (za ciemne gabloty ze skarbami, zbyt ciasno ułożone eksponaty, więc wpada się na innych ludzi oglądających sąsiednie przedmioty). Za to sam pokaz trzech drakkarów z roku około tysięcznego jest świetny. Łodzie naprawdę robią wrażenie. Muzeum sztuki jest ok, dużo Muncha (łącznie z odzyskaną Madonną i Krzykiem:P), kilka Piccasów i tego typu evergreeny. Niemniej najbardziej zachwyciła twórczość
Gerharda Munthe (trudno mi znaleźć coś, co nazywa się
Illustrations to the folk songs of Asmund Frægdegjaevar, a było to przezacne) i
Theodora Kittelsena.
Dygresja czwarta: Norwegia rękami swoich obywateli przegłosowała częściową prohibicję. Jeśli lubisz alkoholowe trunki to jest kilka miejsc, gdzie możesz się nimi cieszyć. Sklepy monopolowe to właściwie jedyne miejsca z trunkami wysokoprocentowymi. Niektóre sklepy (sieć Jocker między innymi) ma pozwolenia na piwa i wina. Niektóre bary także serwują płyny chmielowe. Piwo bezalkoholowe jest dostępne właściwie wszędzie, ale to by się tym katował?
Jeśli chodzi o piwa to spróbowałem dwóch. Czegoś, co miało nazwę Dahln (chyba) i było takim lagerem jakich pełno w Polsce oraz jednego typu bezalkoholowego o nazwie dziwniejszej niż imiona Przedwiecznych. Muszę przyznać jedno - piwo bezalkoholowe smakuje jak piwo. Paskudne, gorzkie piwo, ale ciągle piwo. W porównaniu do bezalkoholowych imitacji chmielowego napoju np. w naszym kraju, które smakują jak rozpuszczona w szczynach tektura to już jakieś osiągnięcie.
Za to jest to kraj cydrami płyną. Natknąłem się na dwie marki - Grevens i Somersby. Grevens odradzam, zazwyczaj smakuje jak połączenie rozpuszczonej landrynki z napojem energeryzującym pokroju Red Bulla. No i wali chemią po nozdrzach. Unikać bez względu na smak (udało mi się "zaliczyć" jabłkowy, gruszkowy i skogbaer (jakaś jagoda, cholera wie) i żaden nie był dobry, a ten ostatni był po prostu zły. Za to Somerby to zupełnie inna bajka - słodki (ale raczej słodkością owoców, a nie dodaną chemią), z lekką alkoholową nutą w posmaku. Ze smaków polecam oczywiście jabłko (rewelacja) i gruszkę (bardzo dobry, tylko lekko ustępuje jabłczanemu), udało mi się trafić także żurawinę, która była po prostu przeciętna, ale nie obrażała kubków smakowych.
Dygresja piąta: Chyba większość zwierząt ma w Norwegii swój znak drogowy ostrzegający kierowców, że dane zwierze może samobójczo wtargnąć na jezdnię. Są oczywiście łosie i jelenie, zdarzają się krowy, ale dosyć często występują też znaki ostrzegawcze przed owcami i kozami. Te ostatnie nawet zablokowały nam przejazd stadnie.
Podsumowując - Norwegia fajna jest, tylko cholernie droga. Na pewno chciałbym wybrać się tam jeszcze co najmniej raz, żeby zobaczyć zorzę polarną, Dziwożona przebąkuje też coś o Bergen, którego nie mieliśmy szansy zobaczyć. W każdym bądź razie - pewnie do krainy fiordów, trolli i łosi jeszcze wrócimy.
Waszym zdaniem...