» Recenzje » Zstąpienie aniołów

Zstąpienie aniołów


wersja do druku

Tysiąc tysięcy służyło mu, a dziesięć tysięcy po dziesięć tysięcy stało przed nim...

Autor: Redakcja: Tiszka, Tomasz 'earl' Koziełło

Zstąpienie aniołów
Przed nami złota era, bracia. W moich snach widziałem czasy pokoju i cudów. Rozpoczyna się epoka...

Cykl Herezja Horusa został bardzo dobrze przyjęty przez polskich czytelników. Wydawane w jego ramach powieści, opisujące Imperium Człowieka w trzydziestym pierwszym milenium, Wielką Krucjatę i zdradę Mistrza Wojny, które w znacznym stopniu ukształtowały uniwersum Warhammera 40.000, zdobywały jednoznacznie pozytywne recenzje. Nakładem Fabryki Słów ukazało się pięć pierwszych tomów, ostatni z nich – Fulgrim – w maju 2013 roku.

Ponad trzy lata musieli czekać czytelnicy na wydanie po polsku kolejnej części serii, napisanego przez Mitchela Scanlona Zstąpienia aniołów. W tym czasie zmienił się wydawca – teraz pałeczkę przejęła firma Copernicus Corporation, zmienił się tłumacz – za przekład szóstego tomu Herezji Horusa odpowiada Marcin Roszkowski, bez zmian pozostała natomiast bardzo dobra jakość tłumaczenia i korekty. Nie zauważyłem, by w całej książce znalazła się chociaż jedna literówka; tylko w jednym miejscu mam zastrzeżenia, ale o tym za chwilę.

Powieść zabiera nas na dziki świat Caliban, gdzie mieszkańcy nielicznych ludzkich osad żyją w ciągłym strachu przed zamieszkującymi otaczającą ich nieprzebytą puszczę wielkimi bestiami – potworami zdolnymi nierzadko niszczyć całe sioła. Obrońcami potomków ludzkości są rycerskie zakony, których członkowie toczą niekończącą się walkę z monstrualnymi bestiami. Właśnie z perspektywy członka jednego z nich, Zahariela El'Zuriasa, będziemy śledzić fabułę książki. Dołączył do Zakonu jako dziecko, wraz ze swoim kuzynem, i na przestrzeni lat poznawał historię i zwyczaje bractwa, które stało się jego drugą – a właściwie jedyną – rodziną. Z suplikanta w trakcie fabuły Zstąpienia aniołów awansuje na pełnoprawnego rycerza, a potem jeszcze wyżej; bierze udział w wiekopomnych wydarzeniach, które na zawsze odmieniają nie tylko Zakon i cały Caliban, ale również otwierają przed bohaterem i jego towarzyszami galaktykę pełną bajecznych możliwości – i śmiertelnych niebezpieczeństw, nieporównanie groźniejszych niż najdziksze wielkie bestie z głębin calibańskich puszcz.

Nim jednak dane nam będzie poznać jego historię, autor, podobnie jak we wcześniejszych tomach cyklu, w sekcji Dramatis Personae przedstawia czytelnikowi bohaterów tragedii, jaka rozegra się przed naszymi oczami. Zdecydowaną większość spośród nich stanowią członkowie Zakonu, pojedynczy należą do innych organizacji i frakcji,. natomiast zdumiało mnie określenie jako "postaci nieimperialne" dowódcy imperialnego okrętu i jego astropatki, upamiętniaczki, a nawet lorda gubernatora, w imieniu Terry zarządzającego jedną z planet. To chyba jedyne miejsce, w którym redakcja mogła spisać się lepiej, tym bardziej, że nie ustrzegła się rozbieżności w pisowni nazwy wspomnianego okrętu.

Fabułę powieści można podzielić na dwie części. Pierwsza, zajmująca około dwóch trzecich książki, to historia Zahariela dorastającego w Zakonie. Możemy w niej poznać jego przyjaciół i nauczycieli, w tym samego Liona El'Johnsona i jego ambitny plan, który ma przynieść Calibanowi świetlaną przyszłość. Mimo że nie brak tu akcji i dramatyzmu, to rozwój fabuły można określić jako nieśpieszny – dość jest tu czasu i miejsca na zaznajomienie się z otoczeniem bohatera i jego towarzyszami, trudami życia na Calibanie i zmianami, jakie zachodzą w realiach, które od stuleci tkwiły w okowach nienaruszalnych, uświęconych tradycji.

Największym atutem tej części powieści są postacie – nie tylko główny bohater, ale także drugoplanowi uczestnicy wydarzeń potrafią wzbudzić zainteresowanie czytelnika, przykuć jego uwagę, zaskarbić sobie jeśli nie sympatię, to chociaż szacunek. Mimo że nie wszyscy podzielają wiarę w powodzenie ambitnego planu El'Johnsona, to także jego przeciwnicy mają swoje racje i, walcząc w ich obronie nawet do gorzkiego końca, stają się postaciami prawdziwie tragicznymi. Jedyne, co mógłbym zarzucić tej części powieści, to jest nie do końca rozwinięty motyw rywalizacji między Zaharielem i jego kuzynem, który momentami sprawia wrażenie sztucznego, wciśniętego na siłę.

Odwieczny porządek zmienia się drastycznie w momencie przybycia na Caliban wysłanników Imperium Człowieka. Lion El'Johnson, jeden z zaginionych Prymarchów, dołącza do swego ojca, planeta staje w szeregach niezliczonych światów zjednoczonych pod egidą Terry, a wybrańcy spośród członków Zakonu – wśród Adeptus Astartes z Legionu Mrocznych Aniołów. Wśród nich nie może, rzecz jasna, zabraknąć Zahariela i jego przyjaciół, którzy po przeistoczeniu w nadludzkich super-żołnierzy dołączają do uczestników Wielkiej Krucjaty, mającej ostatecznie zjednoczyć potomków ludzkości rozproszonych po całej galaktyce przed tysiącami lat.

W pierwszej chwili chciałem napisać, że od tego momentu akcja przyspiesza, ale nie byłoby to prawdą – nie tyle bowiem zwiększa się tempo wydarzeń, co raczej stają się one bardziej urywane, ponieważ zamiast potoczystej fabuły dostajemy raczej zbiór migawek. Zabierają one bohaterów (i czytelnika) na jeden ze światów, które mają zostać dołączone do Imperium, jednak proces akcesji ślimaczy się niemiłosiernie. Rychło okazuje się, że ma to swoje drugie dno, prawdziwe przyczyny opieszałości tubylców leżą nie w bizantyjskiej biurokracji, a zupełnie gdzie indziej. Na szczęście drużyna Astartes jest w stanie poradzić sobie z problemem – rychło w czas, bowiem nowe rozkazy kierują ich z powrotem na Caliban, ale tam najpewniej udamy się już w kolejnym tomie serii.

Drugą część Zstąpienia aniołów muszę ocenić dużo słabiej niż pierwszą – nowe postacie pojawiają się w niej dosłownie na kilka stron, by zaraz zniknąć bezpowrotnie, co skutecznie utrąca na przykład wątek upamiętniaczy, których powrót przyjąłem z niekłamaną radością. Sam finał natomiast sprawia wrażenie sztucznie skondensowanego, by zmieścić się w założonej objętości tekstu, a rozkaz powrotu na ojczystą planetę wygląda jak deus ex machina, nie zamknięcie powieści klamrą, a zabieg wymuszający na czytelniku sięgnięcie po kolejną część serii, zamiast opowiedzieć kompletną historię w jednym tomie, jak było na przykład z Fulgrimem.

Wszystko to sprawia, że, oceniana jako samodzielna pozycja, książka Mitchela Scanlona broni się najwyżej połowicznie – dostajemy bowiem urywek opowieści, ucięty dość arbitralnie. Opowieści, owszem, dobrej (przynajmniej do pewnego momentu), ale niekompletnej – a patrząc z tej perspektywy, Zstąpienie aniołów nie zasługuje na noty znacząco powyżej średniej.

Jeszcze gorzej szósta część Herezji Horusa prezentuje się oceniana jako kontynuacja cyklu. Wprawdzie pojawiają się tu prominentne postacie z uniwersum futurystycznego Warhammera, na czele z przywódcą Legionu Mrocznych Aniołów i jego najbliższymi współpracownikami, a nawet sam Imperator, ale ani Horusa, ani tym bardziej samej schizmy, która doprowadziła Imperium na krawędź upadku, nie uświadczymy tu wcale. Gdyby seria nosiła tytuł "Wielka Krucjata", nie miałbym zastrzeżeń, ale postrzegana przez pryzmat wcześniejszych tomów, książka wygląda raczej jak spin-off, niż kontynuacja serii. Złośliwie można byłoby dać jej podtytuł Herezja wytraca impet, ale odkładając sarkazm na bok, nie sposób nie zastanowić się, jak autorzy w kolejnych tomach zamierzają rozwijać główny wątek cyklu, historię upadku Horusa Wspaniałego – i czy w ogóle będzie on kontynuowany, czy dalsze części nie będą podobnym rozmienianiem się na drobne, grzęźnięciem w kolejnych dygresjach dotyczących takiego czy innego Legionu Kosmicznych Marines. Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie, a już kolejny tom przywróci fabułę na główny tor, gdzie raz jeszcze będziemy mogli śledzić nieuchronny upadek Mistrza Wojny, jak na razie bowiem Zstąpienie aniołów okazuje się najsłabszą częścią cyklu.

Zstąpienie aniołów okiem erpegowcaParafrazując klasykę, chciałoby się zapytać: "Skoro jest tak źle, to dlaczego jest tak dobrze?" Patrząc z perspektywy użytkownika gier fabularnych osadzonych w uniwersum Warhammera 40.000 powieść Mitchela Scanlona daje całkiem sporo elementów, które z powodzeniem można przenieść na sesje. Sam Caliban dobrze może sprawdzić się jako przykład dzikiego świata, z którego mogą wywodzić się będzie postać Akolity służącego Imperialnej Inkwizycji na sesjach rozgrywanych w oparciu o dowolną edycję Dark Heresy, choć niekoniecznie musiałby on być członkiem Zakonu, jak główny bohater książki. Bardzo dobrze na scenariusz przygody mogłaby nadawać się fabuła drugiej części książki, gdyby podejrzana opieszałość planetarnych władz w dołączeniu do Imperium wzbudziła zainteresowanie Inkwizycji – tym ciekawsza mogłaby być przygoda, że świat formalnie jeszcze nie wszedł w skład Imperium, otwarta i dyskusyjna pozostaje więc kwestia, czy podlega on inkwizytorskiej jurysdykcji.
6.0
Ocena recenzenta
7
Ocena użytkowników
Średnia z 2 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 1
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Zstąpienie Aniołów (Descent of Angels)
Cykl: Herezja Horusa
Autor: Dan Abnett
Wydawca: Copernicus Corporation
Data wydania: 18 listopada 2016
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-61656-44-9



Czytaj również

Pierwszy i jedyny z Tanith
Tragiczne strasznego początki
- recenzja
Zwiastun Nocy
Śledztwo z bolterem w garści
- recenzja
Kosmiczny Wilk - William King
Mary Sue w pancerzu wspomaganym
- recenzja
Dark Heresy: Bestiariusz Sektora Askellon
Strzał w potworną dziesiątkę
- recenzja
Ghostmaker – Dan Abnett
Wykuwanie duchów
- recenzja
Dark Heresy: Dobre Intencje
Na piekielnym bruku
- recenzja

Komentarze Obserwuj


fajersztorm
   
Ocena:
0

Uważam tę recenzję za krzywdzącą wobec tej książki. W sytuacji w której "Zwiastun nocy"(http://polter.pl/ksiazki/Zwiastun-Nocy-c28532) dostaje 7.5 danie 'Zstąpieniu' 6 jest po prostu podłe. Nie będę sie rozpisywał jak bardzo "Zwiastun' jest słaby ale  gdyby porównać te dwie książki wyłącznie na polu warsztatu i stylu pisarskiego to gdy "Zstąpienie" dostaje 6 to 'Zwiastun' powinien dostać 1 no może 2. Recenzowana tu książka nie jest pełną akcji i brawurową powieścią. Moim zdaniem na tym polega jej urok że powoli i spokojnie buduje nastrój. Podobnie sam fakt że wydarzenia w niej zawarte nie dotyczą jeszcze samej herezji jest dla mnie atutem a nie wadą. Po kilku tomach herezji dostajemy w końcu chwilę oddechu. Rozbicie wydarzeń na więcej tomów też może okazać sie zaletą gdyż autor nie musi się śpieszyć i dokładniej zarysować przemianę bohaterów a nie jak w 'Fulgrimie' gdzie przemiana samego prymarychy była przedstawiona słabo i niezbyt płynnie.

16-02-2017 21:17
pithead
   
Ocena:
0

A ja w pełni zgadzam się z recenzją. Książka nijak ma się do wcześniejszego cyklu. Nie zgadzam się że autor spokojnie buduje nastrój - jak dla mnie nie buduje go wcale, a postaci są papierowe i sztuczne. Podobnie jak autor recenzji uważam, że to najsłabsza część cyklu (o ile w tym przypadku można mówić, że to do cyklu należy).

22-02-2017 17:44
Exar
   
Ocena:
+3

Myślę, że ten spór może rozwiązać tylko polterowiczka Yo_Anna

23-02-2017 07:24
dyskordianin
   
Ocena:
+2

Z góry zakładam, że według Yo_Anny niniejsza książka jest dziełem przełomowym - zarówno dla literatury, jak i ogólnie pojętej kultury; dziedzictwem i magnum opus autora, pozostawionym w darze żyjącym i przyszłym pokoleniom; utworem epokowym, którego jedynym minusem jest fakt, że za szybko się kończy.

23-02-2017 11:00
Anioł Gniewu
   
Ocena:
+1

Zaoraliście bota! ;)

23-02-2017 13:03
TO~
   
Ocena:
+1

I tak powinno być. Dziedzictwo Johna Connora wiecznie żywe!

23-02-2017 13:33

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.