» Opowiadania » Zimniejsza Wojna – Charles Stross

Zimniejsza Wojna – Charles Stross


wersja do druku

(A Colder War)

Autor: Redakcja: Artur 'mr_mond' Nowrot
Ilustracje: Isabell, SirDuch

Zimniejsza Wojna – Charles Stross

Analityk

Roger Jourgensen odchyla się do tyłu w swoim krześle, czytając.

Jest jasnowłosym mężczyzną po trzydziestce: włosy ma krótko ścięte, skórę bladą od spędzania zbyt długiego czasu przy sztucznym oświetleniu. Okulary, biała koszula z krótkim rękawem i krawat, z szyi zwisa łańcuszek z identyfikatorem. Pracuje w klimatyzowanym biurze bez okien.

Zbiór dokumentów, który czyta, przeraża go.

Kiedyś, gdy Roger był małym chłopcem, ojciec zabrał go na dzień otwarty do Bazy Sił Powietrznych w Nellis, hen na kalifornijskiej pustyni. Światło słoneczne odbijało się od wypolerowanych posrebrzanych boków dużych bombowców, stojących w swoich betonowych zatoczkach dyspersyjnych[1], za barierkami i mrugającymi wskaźnikami promieniowania. Jaskrawe tasiemki powiewające z rurek Pitota nadawały im dziwnego, niemal odświętnego wyglądu. Były to jednak uśpione zmory: kiedy się zbudzą, nikt poza załogą nie będzie mógł zbliżyć się bardziej niż na milę do tych samolotów z napędem atomowym i przeżyć.

Patrząc na błyszczące, brzuchate bomby podwieszone pod skrzydłami, Roger przeczuwał, jaki żar czyha wewnątrz, lodowaty strach, w którym pobrzmiewało echo wycia syren podczas alarmów lotniczych. Zaczął nerwowo zajadać swoje lody i mocno ścisnął ojca za rękę, kiedy orkiestra szybko odegrała wesołego marsza Sousy, i zapomniał o swoim lęku dopiero, gdy formacja Thunderchiefów przecięła niebo nad głowami i zatrzęsła szybami w autach w promieniu kilku mil.

Teraz, kiedy jako dorosły czyta te dane wywiadowcze, czuje to samo, co czuł jako dziecko, kiedy obserwował śpiące w betonowych łożach bombowce.

Akta zawierają rozmazane zdjęcie żelbetowej skrzyni, zrobione przez wysoko lecącego U-2 jesienią 1961. Trzy jeziora w kształcie trumien, mroczne i ponure pod arktycznym słońcem; kanał skierowany na zachód, głęboko w centrum Związku Radzieckiego, otoczony przez ostrzegawcze znaki z potrójnymi koniczynkami oraz uzbrojonych strażników. Głębokie wody nasycone solami wapiennymi, betonowe koferdamy wyłożone złotem i ołowiem. Śpiący olbrzym wycelowany w NATO, bardziej przerażający niż jakakolwiek broń atomowa.

Projekt Kościej.

Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę
 

Powrót na Plac Czerwony

Uwaga

Niniejszy film instruktażowy został opatrzony klauzulą SECRET GOLD JULY BOOJUM. Jeśli nie posiadasz zezwolenia SECRET GOLD JULY BOOJUM, natychmiast opuść salę i zgłoś się na odprawę do funkcjonariusza ochrony w twojej jednostce. Niezastosowanie się do tego ostrzeżenia podlega karze pozbawienia wolności.

Masz sześćdziesiąt sekund.

Migawka

Plac Czerwony wiosną. Poza jednym małym cirrusem na dużej wysokości, niebo jest czyste i błękitne. Stanowi wspaniałe tło dla eskadr czterosilnikowych bombowców, w każdej po pięć maszyn, z hukiem przecinających linię horyzontu i opadających za wysokimi murami Kremla.

Głos lektora

Plac Czerwony, defilada pierwszomajowa w 1962 roku. Związek Radziecki po raz pierwszy publicznie pokazuje broń sklasyfikowaną jako GOLD JULY BOOJUM. Oto ona:

Migawka

Później tego dnia. Na pozór niekończący się strumień pojazdów opancerzonych i żołnierzy defiluje przez plac, powietrze zszarzało już od spalin. Wtacza się osiem ciężarówek jadących w szeregu ze sztywno siedzącymi żołnierzami z tyłu. Za nimi dudni batalion T-56 z dowódcami stojącymi na baczność w wieżyczkach i salutującymi w kierunku trybuny. Nisko nad głowami śmigają eskadry samolotów myśliwskich MiG-17.

Za czołgami ciągnie formacja czterech ciężarówek z naczepami niskopodwoziowymi: wielkie ciągniki holują nisko zawieszone przyczepy ze skrzyniami ładunkowymi przymocowanymi pod oliwkowo-brązowymi plandekami. Cokolwiek w nich się znajduje, ma nieregularny kształt, trochę jak bochenek chleba o rozmiarach małego domu. Ciężarówki są po bokach eskortowane przez pojazdy podobne do dżipów, z tyłu których siedzą wyprostowani żołnierze.

Na każdej plandece wymalowane zostały srebrnym kolorem duże pięcioramienne gwiazdy. Każda z nich jest otoczona stylizowanym srebrnym okręgiem; być może to insygnia jednostki, ale nie jest to standardowy format jednostek Armii Czerwonej. Wokół okręgów znajduje się napis wykonany dziwnie stylizowanym pismem.

Głos lektora

Oto na krótko okiełznane żywe serwitory. Holujące je pojazdy noszą insygnia 2. Brygady Gwardii Inżynieryjnej, karnej jednostki budowlanej z bazą w Bucharze, używanej do zadań inżynieryjno-budowlanych przy instalacjach atomowych na Ukrainie i w Azerbejdżanie. To pierwszy przypadek, kiedy któryś z uczestników Ugody Drezdeńskiej otwarcie przyznał się do posiadania takiej techniki: w tym przypadku wniosek, jaki mamy wyciągnąć, jest taki, że 67. Brygada Gwardii Inżynieryjnej operuje czterema egzemplarzami. Biorąc po uwagę dostępne obliczenia dotyczące radzieckiego ORBAT-u[2], szacujemy całkowitą liczebność zadaniową na dwieście osiemdziesiąt osiem serwitorów, o ile ta jednostka nie jest wyjątkowa.

Migawka

Pięć ogromnych bombowców Tu-95 "Bear" grzmi na moskiewskim niebie.

Głos lektora

To tylko przypuszczenia. Na przykład w roku 1964 nad trybuną honorową przed mauzoleum Lenina odbyło się w sumie dwieście czterdzieści przelotów Tu-95. Jednakże w tym czasie rozpoznanie techniczne potwierdziło, że radzieckie siły powietrzne mają stoiska przygotowane tylko dla stu sześćdziesięciu maszyn i szacunki dotyczące produkcji płatowców, oparte na fotografiach obszaru zakładów produkcyjnych Tupolewa, wskazują, że całkowita wielkość produkcji do tego czasu wynosiła od sześćdziesięciu do stu osiemdziesięciu bombowców.

Dalsza analiza materiałów zdjęciowych z defilady w 1964 roku sugeruje, że pojedyncza grupa dwudziestu samolotów w czterech formacjach po pięć maszyn wielokrotnie przelatywała przez tę samą przestrzeń powietrzną, przy czym większa część pokonywanej drogi znajdowała się poza zasięgiem obserwacyjnym Moskwy. To było przyczyną powstania błędnego raportu z 1964 roku, w którym zdolność do wykonania pierwszego uderzenia przez Związek Radziecki została przeceniona aż o trzysta procent.

Dlatego też, dokonując oceny potencjału militarnego, musimy podchodzić sceptycznie do wszystkiego, co pokazują nam na Placu Czerwonym. Całkiem możliwe, że te cztery serwitory są wszystkim, co mają. Z drugiej strony, rzeczywista siła batalionu może być znacznie wyższa.

Sekwencja fotografii

Widok z lotu ptaka (z bardzo wysokiego pułapu – prawdopodobnie z orbity) na odosobnioną wioskę w górzystym terenie. Małe chaty tłoczą się pod urwistą skałą; nieopodal pasą się kozy.

Na drugiej fotografii widać, że coś przetoczyło się przez wioskę, pozostawiając ślad spustoszenia. Powstała ścieżka jest zupełnie odmienna od zniszczeń spowodowanych ostrzałem artyleryjskim: coś szerokiego na około cztery metry wygładziło płaskowyż niczym hebel, zdzierając materiał skalny jakby z użyciem potwornego gorąca. Narożnik chaty przechyla się niczym pijak, a druga połowa jest gładko odkrojona. Na ścieżce słabo błyszczą białe kości; żaden sęp nie zniża lotu, by popróbować resztek.

Głos lektora

Zdjęcia zostały zrobione bardzo niedawno, podczas kolejnych okrążeń Ziemi przez satelitę KH-11. Wykonano je w odstępie czasowym dokładnie osiemdziesięciu ośmiu minut. Wioskę zamieszkiwał znany mudżahediński przywódca. Proszę zwrócić uwagę na odcisk przypominający ładunek na ciężarówkach widzianych na defiladzie w 1962 roku.

Na obecność serwitorów użytych przez radzieckie siły w Afganistanie wskazują następujące oznaki: czterometrowej szerokości pas zniszczeń; całkowity rozpad molekularny materii organicznej w pasie; prędkość następowania zniszczeń – całe zajście trwało nie dłużej niż pięć tysięcy sekund, nie dostrzeżono żadnych ocalałych, a czynnik sprawczy został wycofany z miejsca zdarzenia przed ponownym przelotem satelity. Wszystko pomimo tego, że członkowie społeczności byli uzbrojeni w wielkokalibrowe karabiny maszynowe DSzK, ręczne granatniki przeciwpancerne oraz AK-47. Wreszcie: nic nie wskazuje na to, żeby czynnik sprawczy choć zboczył z kursu, ale cały obszar jest wyludniony. Oprócz pozbawionych ciała resztek nie ma żadnych oznak zamieszkania.

W obliczu tak charakterystycznych poszlak nie mamy innego wyjścia, jak wysnuć wniosek, że Związek Radziecki pogwałcił Ugodę Drezdeńską poprzez wystawienie GOLD JULY BOOJUM w trybie bojowym na Przełęczy Chajberskiej. Nie ma podstaw, by uważać, że dywizji pancernej NATO pozbawionej wsparcia atomowego powiodłoby się choć trochę lepiej, niż tym mudżahedinom...

 

Pałac Tajemnic

Roger nie jest żołnierzem. Żaden też z niego patriota: do CIA wstąpił po koledżu, w następstwie przesłuchań prowadzonych przez Komisję Churcha[3] we wczesnych latach siedemdziesiątych. Firma nie zajmowała się już zabójstwami, była tylko biurokratyczną machiną publikującą diagnozy bezpieczeństwa narodowego, a Rogerowi to odpowiadało. Tyle że teraz, po pięciu latach, nie jest już w stanie spokojnie toczyć się naprzód, zdystansowany, jak samochód na wolnym biegu sunący łagodnym zboczem ku emeryturze i złotemu zegarkowi. Kładzie akta na biurku i trzęsącą się dłonią wyciąga niedozwolonego papierosa z paczki trzymanej w szufladzie. Zapala go i odchyla się na moment, by nabrać powietrza, wymusić odprężenie, gapiąc się na dym wirujący w powietrzu pod bezlitosnym światłem, dopóki ręka nie przestaje drżeć.

Większość ludzi uważa, że szpiedzy boją się broni albo strażników z KGB, albo drutu kolczastego, ale w rzeczywistości najbardziej niebezpieczną rzeczą, z jaką się spotykają, jest papier. Papiery niosą tajemnice. Papiery mogą nieść wyroki śmierci. Papiery takie jak ten – folio z liczącymi sobie osiemnaście lat rozmazanymi, spreparowanymi fotografiami pocisków oraz szacunkami pod postacią krzywych czasu-ocalałych i współczynników szerzenia się psychozy – mogą przyprawić cię o koszmary, z których budzisz się z krzykiem w środku nocy. To jeden z serii tajnych dokumentów, które Roger streszcza dla prezydenta elekta oraz Rady Bezpieczeństwa Narodowego (jeśli zostaną zatwierdzone przez kierownika departamentu i zastępcę dyrektora generalnego CIA); i właśnie tym się teraz zajmuje, zmuszony uspokajać nerwy papierosem, zanim przerzuci kolejną stronę.

Po kilku minutach dłoń Rogera uspokaja się. Mężczyzna zostawia papierosa w popielniczce z głową orła i ponownie bierze do rąk raport wywiadu. To streszczenie, samo w sobie będące destylatem tysięcy stron tekstu i setek fotografii. Mieści się zaledwie na dwudziestu stronach: do 1963 roku, daty jego sporządzenia, CIA wiedziała bardzo mało o Projekcie Kościej. Jedynie sam szkielet i jakieś pogłoski od wysoko postawionego szpiega. Był też oczywiście ich własny, równorzędny projekt. Ponieważ akurat na tym polu przodowali Sowieci, Siły Powietrzne Stanów Zjednoczonych wystawiły niezmiernie kosztowne, powlekane srebrem bombowce NB-39: dwanaście maszyn z napędem jądrowym, uzbrojonych w XK-PLUTO, gotowych rozprawić się z Projektem Kościej, gdyby Sowieci postanowili rozplombować bunkier. Bomby wodorowe o łącznej mocy trzystu megaton wymierzono w pojedynczy cel i nikt nie był pewien, czy to wystarczy.

Było też trudne do ukrycia niepowodzenie w Antarktydzie, prawdziwa kompromitacja: podziemne próby atomowe prowadzone na terytorium międzynarodowym! To wystarczyło, by powstrzymać JFK od startowania w kolejnych wyborach. Próby były kiepską wymówką, ale to i tak o wiele lepsze, niż przyznać, co naprawdę przydarzyło się 501. Dywizji Powietrznodesantowej na zimnym płaskowyżu za górą Erebus. Płaskowyżu, o którym opinia publiczna nie wiedziała, którego nie było na mapach wydawanych przez instytuty geologiczne państw członkowskich Ugody Drezdeńskiej z 1931 roku – układu przestrzeganego nawet przez Hitlera. Płaskowyżu, który pochłonął więcej samolotów szpiegowskich U-2 niż Związek Radziecki, więcej ekspedycji niż najczarniejsza Afryka.

Psiamać. Jak ja mam, do cholery, to dla niego poskładać?

Roger spędził ostatnie pięć godzin, wpatrując się w ten dwudziestostronicowy raport, próbując wymyślić sposób na podsumowanie jego sucho wyliczonej grozy w słowach, które dadzą czytającemu kontrolę nad nimi, zdolność do wyobrażenia sobie niewyobrażalnego – lecz okazuje się to niełatwym zadaniem. Nowy człowiek w Białym Domu mówi wprost i oczekuje bezpośrednich odpowiedzi. Jest wystarczająco pobożny, by nie wierzyć w nadprzyrodzone, wystarczająco pewny siebie, by samo słuchanie jego przemówień podnosiło na duchu, jeśli możesz zamknąć oczy i uwierzyć w poranek w Ameryce[4]. Prawdopodobnie nie ma możliwości wytłumaczenia, czym jest Projekt Kościej, albo XK-PLUTO, albo MK-NIGHTMARE, albo wrota, bez rozwodnienia ich i przedstawienia jako kolejnego systemu uzbrojenia, którym nie są. Broń może nieść skutki śmiertelne lub ohydne, ale zyskuje swój moralny charakter poprzez czyny tych, którzy jej używają. Podczas gdy te projekty są pokryte niezatartą patyną prastarego zła...

Ma nadzieję, że jeśli kiedykolwiek balon pójdzie w górę, zawyją syreny, on, Andrea i Jason będą pozostawieni na pastwę nuklearnego ognia. To litościwa śmierć w porównaniu z tym, co, jak podejrzewa, czai się tam, w niezbadanym bezmiarze za wrotami. Bezmiarze, z powodu którego Nixon anulował program załogowych lotów w kosmos, pozostawiając tylko stały obiekt kpin pod postacią pochłaniającego ogromne fundusze wahadłowca, kiedy zdał sobie sprawę, jak potwornie niebezpieczny może się stać kosmiczny wyścig. W mroku, który złamał wiarę Jimmy'ego Cartera i zmienił Lyndona B. Johnsona w alkoholika.

Wstaje i nerwowo przestępuje z nogi na nogę. Patrzy dookoła na ścianki swojego boksu. Tlący się na skraju popielniczki papieros na chwilę zwraca jego uwagę: smugi niebieskoszarego dymu niczym leniwe smoki skręcają się w powietrzu, wijąc się w dziwnym piśmie klinowym. Roger mruga i znikają, a on czuje mrowienie na skórze w dole pleców, jak gdyby ktoś naszczał na jego grób.

– Cholera. – Nareszcie jakieś słowo w tej ciszy. Jego dłoń drży przy gaszeniu papierosa. Nie wolno mi się tym przejmować. Zerka na ścianę. Jest dziewiętnasta; zbyt późno, zbyt późno. Powinien iść do domu, Andy będzie się zamartwiać.

W końcu nie wytrzymuje. Wsuwa cienką teczkę do sejfu za swoim krzesłem, przekręca uchwyt i obraca pokrętłem, potem wypisuje się z czytelni i poddaje się standardowemu przeszukaniu.

Podczas trzydziestomilowej trasy do domu Roger spluwa przez okno, próbując pozbyć się z ust smaku popiołów z Auschwitz.

 

Nocne Rozmowy w Białym Domu

Pułkownik jest rozgorączkowany, kręci się po pokoju w wielkim uniesieniu.

– Kapitalnie wyszedł ci ten raport, Jourgensen! – Raźnym krokiem podchodzi do wnęki między kontenerem biurowym i ścianą, robi w tył zwrot i z powrotem zmierza do swojego biurka. – Rozumiesz zasady. Podoba mi się to. Kilku takich jak ty rządzących firmą i nie mielibyśmy tego burdelu w Teheranie.

Na jego twarzy pojawia się szeroki, zaraźliwy uśmiech. Pułkownik jest ogniową burzą entuzjazmu, wymykającą się spod kontroli niczym bohater komiksów z lat czterdziestych. Roger obserwuje go z zapartym tchem, niemal siedząc na baczność. Musi ugryźć się w język, by sobie przypomnieć, że nie powinien mówić na pułkownika "sir" – jest cywilem, nie należy do łańcucha dowodzenia.

– Dlatego też poprosiłem zastępcę dyrektora, pana McMurdo, o przeniesienie cię do tego biura, byś pracował w moim zespole jako łącznik z firmą. Miło mi oznajmić, że się zgodził.

Roger nie może się powstrzymać:

– Pracować tutaj, sir? – Tutaj, czyli w podziemiach Gmachu Urzędu Wykonawczego, stanowiącego przedłużenie Białego Domu. Kimkolwiek jest pułkownik, ma wpływy i to o zdecydowanie magicznych rozmiarach. – Czym będę się zajmował, sir? Powiedział pan, że pański zespół...

– Wyluzuj trochę. Wypij kawę. – Pułkownik wraca do swojego biurka i siada. Roger pociąga ostrożny łyk brązowego szlamu z kubka z godłem Korpusu Piechoty Morskiej.

– Prezydent polecił mi utworzyć zespół – mówi pułkownik, tak swobodnie, że Roger omal nie krztusi się kawą – który miałby radzić sobie z nieprzewidzianymi wypadkami. Październikowymi niespodziankami[5]. Tymi cholernymi komuchami w Nikaragui. Stoimy oko w oko ze Złym Imperium, Ollie, i nie możemy sobie pozwolić na mrugnięcie, tak właśnie powiedział. Złe Imperium stosuje nieczyste chwyty. Teraz jednak jesteśmy lepsi niż oni: banda prostaków, jak jakaś trzecioświatowa dyktatura, Górna Wolta z Shoggothami. Moim zadaniem jest ich przycisnąć, a potem wyciąć w pień. Nie dać im szansy na walenie butem w stół na obradach ONZ, domaganie się koncesji. Jeśli chcą blefować, to ja ich sprawdzę. Jeśli chcą się zmierzyć, to ja już z nimi zatańczę. – Wstał i znowu zaczął się kręcić po pokoju. – Firma to kiedyś robiła i nieźle im to wtedy wychodziło, w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych. Ale teraz za dużo tam mięczaków, niedobrze mi się od tego robi. Jeśli wrócilibyście teraz do mokrej roboty, dziennikarze łaziliby za wami nawet do kibla, na wypadek gdyby było to warte wzmianki w gazecie.

– No, ale tym razem nie będziemy tego tak robić. To mały zespół i wszelką odpowiedzialność biorę na siebie. – Pułkownik przerywa, spogląda na sufit. – No, może jednak biorą ci na górze. Ale rozumiesz, o co chodzi. Potrzebuję kogoś, kto zna firmę, kogoś wtajemniczonego, mającego zezwolenie na wstęp wszędzie, mogącego wejść i wziąć cynk, zanim ten przejdzie przez pierdoloną komisję oglądających się za dupami biurokratów. Dostanę też kogoś z Pałacu Tajemnic i kilka słów, które pomogą mi wpłynąć na Dużych Czarnych.

Spogląda na Rogera ostrzej, a ten kiwa głową: pułkownik ma dostęp do tajnych informacji Agencji Bezpieczeństwa Narodowego – Pałacu Tajemnic – i wie o Dużych Czarnych, Narodowym Biurze Rozpoznania, które jest tak tajne, że nawet samo jego istnienie jest informacją zastrzeżoną.

Roger, wbrew swoim przekonaniom, jest pod wrażeniem pułkownika. W zagmatwanym świecie amerykańskich służb wywiadowczych, on mówi o zbudowaniu swojego własnego kieszonkowego okrętu wojennego i popłynięciu nim pod piracką banderą z listem kaperskim wydanym przez prezydenta. Ale Roger nadal ma pewne pytania, chce wybadać, gdzie leżą granice możliwości pułkownika Northa.

– A co z FEVER DREAM, sir?

Pułkownik odkłada swój kubek.

– Jest mój – mówi bez ogródek. – Tak jak NIGHTMARE. I PLUTO. Wszelkimi koniecznymi środkami, powiedział, a ja mam potwierdzający to dekret prezydencki, na którym tusz jeszcze nie wysechł. Te projekty nie należą już do krajowej struktury dowodzenia. Oficjalnie zostały wycofane z użycia i rozważa się włączenie ich do następnej tury rokowań w sprawie redukcji zbrojeń. Nie są już częścią odstraszającego ORBAT-u; obecna standaryzacja obejmuje tylko broń atomową. Nieoficjalnie są częścią mojej grupy i użyję ich wedle konieczności, by opanować i zredukować zdolność wojenną Złego Imperium.

Rogera przechodzą ciarki, echo tamtego dziecięcego przerażenia.

– A Ugoda Drezdeńska...?

– Nie martw się. Dopóki oni jej nie złamią, ja również nie mam takiego zamiaru. – Pułkownik uśmiecha się, odsłaniając zęby. – I w tym miejscu wkraczasz ty...

 

Księżycowa noc nad jeziorem Wostok

Metalowy pomost jest suchy i zimny, temperatura utrzymuje się w okolicach zera stopni Fahrenheita. W grocie pod lodem panują przytłaczające ciemności, a Roger dygocze w swoim wielowarstwowym ubraniu i przestępuje z nogi na nogę, by się rozgrzać. Musi przełykać ślinę, aby nie zatkało mu uszu, i lekko kręci mu się w głowie od ciśnienia w sztucznej bańce powietrza wpompowanego pod lodowe sklepienie, by umożliwić ludziom pobyt tutaj, pod lodowcem szelfowym Rossa; wszyscy spędzają więcej niż dzień w komorach dekompresyjnych w drodze powrotnej na powierzchnię.

Nie słychać wody pluskającej tuż pod krawędzią pomostu. Światła reflektorów nikną pod powierzchnią i brną dalej – woda w podlodowym antarktycznym jeziorze jest niewiarygodnie przezroczysta – ale szybko zostają pochłonięte, wywołując wrażenie bezkresnej, atramentowej głębi.

Roger jest tutaj przedstawicielem pułkownika, ma obserwować przybycie sondy, odebrać przewożoną w niej partię towaru i zameldować, że wszystko idzie jak po maśle. Inni starają się go ignorować, podenerwowani obecnością człowieka z Waszyngtonu. Są hałaśliwą gromadą inżynierów i fachowców, przybyłych tutaj drogą lotniczą z bazy McMurdo, by prowadzić operacje z udziałem miniaturowego statku podwodnego. Zdenerwowany porucznik kontroluje oddział żołnierzy piechoty morskiej wyposażonych w skomplikowanie wyglądającą broń – pół pistolet, pół kamerę – i stojących w rogach tratwy. Jest też typowa załoga platformy wiertniczej, ale przyciszona i wyglądająca na zaniepokojoną. Wszyscy unoszą się na wodzie w bańce sprężonego powietrza wciśniętego pod warstwę lodu Antarktyki: pod nimi rozciągają się spokojne, przechłodzone wody jeziora Wostok.

Czekają na spotkanie.

– Pięćset jardów – zgłasza jeden z techników.

– Podnoszenie za dziesięć. – Jego towarzysz potwierdza skinieniem głowy. Oczekują na ludzi w miniaturowym statku podwodnym, przewiercających się przez trzy mile lodowatej wody, jak intruzi w dawno zatopionym grobowcu.

– Niech zaraz wracają na pokład. – Statku nie było przez prawie dobę; wypłynął z ilością energii wystarczającą na podróż i zapasem powietrza dostatecznie dużym, by załoga przez długi czas miała czym oddychać w razie awarii systemu, ale na własnej skórze przekonali się, że nie ma systemów całkowicie niezawodnych. Nie tutaj, na krańcu ludzkiego świata.

Roger dalej przestępuje z nogi na nogę.

– Obawiałem się, że obciążenie baterii na tym ogniwie, które wymieniłeś, uruchomi wyzwalacz podnapięciowy i zostaniemy tu, dopóki piekło nie zamarznie – żartuje sternik do swojego sąsiada.

Rozglądając się, Roger widzi, jak jeden z żołnierzy kreśli na sobie znak krzyża.

– Miałeś jakieś wieści od Gormana albo Suslowicza? – pyta ściszonym głosem.

Porucznik sprawdza na swojej podkładce do pisania.

– Żadnych od momentu wypłynięcia, sir – mówi. – Nie mamy łączności ze statkiem podczas jego zanurzenia: jest za mały dla ELF[6], poza tym nie chcemy zaalarmować nikogo, kto mógłby, eee... nasłuchiwać.

– Istotnie. – Żółty garbaty kształt małego statku podwodnego pojawia się na skraju snopa światła rzucanego przez reflektory. Kiedy statek się wznosi, woda na powierzchni faluje jak olej.

– Zauważono pojazd transferu załogi – mamrocze sternik do mikrofonu. Nagle jest bardzo zajęty poprawianiem ustawień trymu, wdmuchiwaniem butelkowanego powietrza do zbiorników balastowych, omawianiem ze swoim zastępcą poziomu ubytku cieczy i liczby łopatek w wieńcu turbiny. Obsługa dźwigu też ma co robić, operuje długim bomem nad powierzchnią jeziora.

Widać już przełaz statku, podskakujący na powierzchni wody: porucznik ożywia się nagle.

– Jones! Civatti! Obserwować lewą i środek! – Dźwig huśta wielkim hakiem ponad statkiem, gotowy wciągnąć go na pokład. – Macie sprawdzić bulaje, zanim to otworzycie! – To dziesiąty kurs, siódmy załogowy, przez ucho igielne na dnie jeziora, zatopioną konstrukcję tak podobną do starożytnej świątyni, i Roger ma co do niego złe przeczucie. Nie może nam to ciągle uchodzić płazem, przekonuje sam siebie. Prędzej czy później...

Statek wynurza się z wody niczym olbrzymia żółta zabawka kąpielowa, cybernetyczny wieloryb zaprojektowany przez boga z poczuciem humoru. Wyciągnięcie jej i bezpieczne naprowadzenie na platformę trwa kilka pełnych napięcia minut. Żołnierze zajmują pozycje, świecąc latarkami do środka przez dwa bulaje wybrzuszające się z łagodnej krzywizny dziobu. Na górze ktoś mówi do słuchawki podłączonej do przysadzistego kiosku; koło obrotowe zamykające przełaz zaczyna się obracać.

– To Gorman, sir – mówi porucznik. W świetle lamp sodowych wszystko wygląda na żółtawe i wyblakłe; rozluźniona ulgą twarz żołnierza ma kolor zawilgłego kartonu.

Roger czeka, aż podwodniak – Gorman – wygramoli się z górnego pokładu. To wysoki, wyglądający na wyniszczonego człowiek, noszący czerwony strój termiczny o trzy rozmiary za duży: szczękę pokrywa mu szczecina o barwie soli z pieprzem. W tej chwili wygląda jak ofiara cholery; ziemista skóra, zapach acetonu oznaczający, że jego organizm spala rezerwy białka, zaś jeszcze bardziej odpychający fetor unosi się w powietrzu wokół. Do nadgarstka ma przykutą smukłą aluminiową aktówkę, powyżej rękę opasuje ciemny siniec. Roger robi krok w przód.

– Sir? – Gorman prostuje się na chwilę: ledwie cień wojskowej postawy zasadniczej. Długo jednak nie wytrzymuje. – Dokonaliśmy odbioru. Oto próbka kontrolna; reszta jest na dole. Ma pan kod otwierający? – pyta ze znużeniem.

Jourgensen przytakuje.

– Jeden. Pięć. Osiem. Jeden. Dwa. Dwa. Dziewięć.

Gorman powoli wstukuje kod w zamek na aktówce, pozwala jej się otworzyć i zdejmuje łańcuch z nadgarstka. Światło reflektorów błyszczy na polietylenowych woreczkach wypchanych białym proszkiem, pięć kilo pierwszorzędnej heroiny ze wzgórz Afganistanu; dodatkowa ćwierć tony jest zapakowana w pudełka w przedziale dla załogi. Porucznik sprawdza próbkę, zamyka teczkę i podaje ją Jourgensenowi.

– Dostawa zakończona sukcesem, sir. – Z ruin na wysoko położonym płaskowyżu pustyni Takla Makan do amerykańskiego terytorium na Antarktydzie, drogą okrężną przez wrota łączące obce światy: wrota, o których nikt nie wie, jak je stworzyć lub zniszczyć, oprócz Poprzedników – a oni się nie odzywają.

– Jak tam jest? – żąda odpowiedzi Roger, jego ramiona są napięte. – Co zobaczyłeś?

U góry Suslowicz siedzi w przełazie statku, w połowie osuwając się na zaczep dźwigowy. Wyraźnie jest z nim coś bardzo nie w porządku. Gorman potrząsa głową i odwraca wzrok: blade światło sprawia, że ostre bruzdy na jego twarzy rzucają się w oczy, jak spękana i pokruszona powierzchnia jowiszowego księżyca. Kurze łapki. Zmarszczki. Oznaki starzenia. Włosy koloru księżycowego światła.

– To trwało tak długo – mówi, prawie narzekając. Opada na kolana. – Cały ten czas kiedy nas nie było... – Opiera się o burtę statku, blady cień, postarzały bardziej, niż to wynika z jego wieku. – Słońce było tak jasne. I nasze detektory promieniowania. To musiał być rozbłysk słoneczny albo coś. – Zgina się wpół przez krawędź pomostu w odruchu wymiotnym.

Roger przygląda mu się w zamyśleniu przez długą minutę: Gorman ma dwadzieścia pięć lat i jest załatwiaczem u Dużych Czarnych, wcześniej służył w Zielonych Beretach. Tryskał zdrowiem dwa dni temu, kiedy wyruszył przez wrota, by dokonać odbioru. Roger spogląda na porucznika.

– Lepiej powiem pułkownikowi – mówi. Pauza. – Zabierz tych dwóch do ambulatorium i dopilnuj, by się nimi zaopiekowano. Nie spodziewam się, żebyśmy mieli wysyłać kogoś przez Victor-Tango przez jakiś czas.

Odwraca się i rusza w kierunku szybu windy z rękoma splecionymi za plecami, by powstrzymać ich drżenie. Za nim światło obcego księżyca lśni na dnie jeziora Wostok, trzy mile i niezliczone lata świetlne od domu.

 

Generał LeMay byłby dumny

Uwaga

Niniejszy film instruktażowy został opatrzony klauzulą SECRET INDIGO MARCH SNIPE. Jeśli nie posiadasz zezwolenia SECRET INDIGO MARCH SNIPE, natychmiast opuść salę i zgłoś się na odprawę do funkcjonariusza ochrony w twojej jednostce. Niezastosowanie się do tego ostrzeżenia podlega karze pozbawienia wolności.

Masz sześćdziesiąt sekund.

Migawka

Fotografia wielkiego bombowca, zaokrąglone wieżyczki strzelnicze wyrastające jak grzyby z gnijącej kłody kadłuba, dziwnie bulwiaste komory silnikowe zawieszone zbyt blisko końców każdego skrzydła, cztery rury turbin zbite wokół każdego rdzenia atomowego.

Głos lektora

Convair B-39 Peacemaker jest najgroźniejszą bronią w pokojowym arsenale naszego Dowództwa Lotnictwa Strategicznego. Zasilany ośmioma nagrzewanymi atomowo silnikami turboodrzutowymi Pratt and Whitney NP-4051, krąży nieustannie ponad arktyczną czapą lodową, czekając na wezwanie. To Pozycja Pierwsza, maszyna do treningu i testów: dwanaście pozostałych oczekuje na ziemi na wypadek stanu krytycznego, ponieważ kiedy B-39 już wystartują, mogą wylądować jedynie na dwóch lotniskach na Alasce wyposażonych odpowiednio, by się nimi zajmować. Ten tutaj znajduje się w powietrzu od dziewięciu miesięcy i jak dotąd nie wykazuje oznak zużycia.

Następna scena

Rekin rozmiarów Boeinga 727 wypada z otwartej komory bombowej potwora. Powietrze tną napędzane oślepiającym blaskiem rakietowym przysadziste skrzydła delta.

Głos lektora

Zmodyfikowany pocisk Navajo – przedmiot testów dla ładunku XK-PLUTO – spuszczony z samolotu transportowego. W przeciwieństwie do autentyka, ten nie przenosi żadnych bomb wodorowych, żadnego silnika atomowego pracującego w cyklu bezpośrednim, mającego przynieść wrogowi odwetowe zniszczenie. XK-PLUTO będzie przelatywał nad terytorium wroga z prędkością trzech machów, zrzucając megatonowe bomby, dopóki, wyczerpawszy ładunek, nie wyszuka i nie okrąży ostatniego wroga. Gdy znajdzie się już nad celem, wyrzuci rdzeń reaktora, a roztopiony pluton poleje się na głowy wrogów. XK-PLUTO to broń totalna: w każdym calu, od fali uderzeniowej, którą wywołuje, pędząc na wysokości wierzchołków drzew, po strukturę reaktora, został zaprojektowany z myślą o wyrządzaniu szkód.

Następna scena

Pocztówki z Belsen, filmy z Auschwitz: wakacje w piekle.

Głos lektora

Oto dlaczego potrzebujemy takiej broni. Oto co ona powstrzymuje. Paskudztwa zbudowane najpierw przez Organizację Todt z Trzeciej Rzeszy, teraz przeniesione na Ukrainę, by służyć Nowemu Radzieckiemu Człowiekowi, jak obecnie nazywa się nasz wróg.

Następna scena

Złowieszcza betonowa płyta, górna powierzchnia schodkowej piramidy Majów zbudowanej z enerdowskiego cementu. Drut kolczasty, karabiny. Osuszony kanał ciągnie się na północ od podstawy piramidy w kierunku bałtyckiego wybrzeża, pozostałość procesu instalacji: stąd właśnie pochodzi. Baraki niewolników przycupnęły obok piramidy niczym straszna pamiątka po jej odzianych w czarne stroje budowniczych.

Następna scena

Nowe miejsce spoczynku: duży betonowy monolit otoczony kanałem i trzema jeziorami o betonowych dnach. Znajduje się on pośrodku ukraińskiego krajobrazu, płaski jak naleśnik, rozciągając się w nieskończoność we wszystkich kierunkach.

Głos lektora

Oto Projekt Kościej. Kremlowski klucz do bram piekieł...

 

Próbka osiągnięć technicznych

– Wiemy, że po raz pierwszy przybyli tu w erze prekambryjskiej.

Profesor Gould jest zajęty przezroczami, wzrok ma spuszczony, stara się nie zwracać zbytniej uwagi na swoją publiczność.

– Mamy próbki makrofauny, odkrytej przez paleontologa Charlesa D. Walcotta na jego pionierskich wyprawach do kanadyjskiej części Gór Skalistych, w pobliżu wschodniej granicy Kolumbii Brytyjskiej... – na ekranie pojawił się odręczny szkic czegoś nieopisanie dziwnego – ...jak ta Opabinia, która dokonała tam żywota sześćset czterdzieści milionów lat temu. Tak stare skamieniałości zwierząt o miękkim ciele są rzadkie; złoża łupków z Burgess są najlepszym zapisem fauny prekambryjskiej, jakie dotąd odnaleziono.

Chuda kobieta z dużą fryzurą i jeszcze większymi poduszkami na ramionach głośno pociąga nosem; nie ma nic wspólnego z tymi przedpotopowymi datami. Roger obdarza naukowca współczującą miną. Wolałby, żeby jej tu nie było, ale jakoś dowiedziała się o wizycie sławnego paleontologa – a jest asystentką wykonawczą pułkownika. Kazać jej wyjść byłoby posunięciem szkodliwym dla kariery Rogera.

– Rzeczą, na którą należy zwrócić uwagę... – zdjęcie poszarpanego kawałka skały z odbitą w niej Opabinią – ...są ślady zębów. Znajdujemy je również, ich ścisłe odpowiedniki, na pierścieniowych wycinkach okazów serii Z, przywiezionych przez arktyczną ekspedycję Pabodiego z 1926 roku. Układ lądów w erze prekambryjskiej wyglądał inaczej niż obecnie; większość tego, co dzisiaj jest oddzielnymi kontynentami, było wtedy połączone w jedną ogromną strukturę. Faktycznie, próbki te były początkowo oddalone od siebie tylko o około dwa tysiące mil, co sugeruje, że przynieśli oni ze sobą swoje własne pasożyty.

– Czy ślady zębów mówią nam o nich coś, co powinniśmy wiedzieć? – zadaje pytanie pułkownik.

Doktor podnosi wzrok. Jego oczy lśnią:

– Że coś lubiło je zjadać, dopóki były świeże. – Przez moment słychać śmiechy. – Coś ze szczękami, które się otwierają i zamykają jak przysłona w aparacie fotograficznym. Coś, o czym myśleliśmy, że wyginęło.

Kolejne przezrocze, tym razem z rozmytą podwodną fotografią. To coś wygląda trochę jak dziwna ryba – turbodoładowana, opancerzona śluzica z progami bocznymi i spoilerami, albo kałamarnica ze zbyt małą liczbą macek. Głowa jest spłaszczona, z przodu wystają cudaczne, przypominające paproć czułki zwisające wokół skierowanego w dół przyssawkowego otworu gębowego.

– Niniejsza fotografia została wykonana w jeziorze Wostok w ubiegłym roku. To zwierzę powinno być martwe: nie ma tam nic, czym mogłoby się żywić. Oto, panie i panowie, jest Anomalocaris, nasz zębaty przeżuwacz. – Przerywa na chwilę. – Jestem wam bardzo wdzięczny za pokazanie mi go – dodaje – mimo że wielu moich kolegów będzie z tego powodu bardzo rozgniewanych.

Czyżby nieśmiały uśmieszek? Profesor kontynuuje, nie dając Rogerowi szansy na zgłębienie jego prawdziwej reakcji.

To jest dopiero coś w najwyższym stopniu ciekawego – komentuje Gould. Czymkolwiek to jest, wygląda jak głowa kalafiora, a może mózg: fraktalnie rozgałęziające się łodygi o stale malejącej długości i średnicy, aż staną się opalizującą puszystą rozmaitością owiniętą wokół centralnego pnia. Podstawa tego pnia przyrośnięta jest do beczkowatej struktury osadzonej na czterech przysadzistych mackach.

– Jakoś udało nam się wepchnąć Anomalocaris do naszej taksonomii, ale to jest coś bez precedensu. Jest uderzająco podobne do powiększonego segmentu ciała Hallucigenii... – tutaj pokazuje inne przezrocze z czymś jakby stonogą w butach na szpilkach i pióropuszu z macek – ...ale rok temu wyszło nam, że patrzyliśmy na biedną Hallucigenię do góry nogami i w rzeczywistości był to tylko kolczasty robak. A wysoki poziom irydu i diamentu tutaj w głowie... to nie jest żywe stworzenie, przynajmniej nie w królestwie zwierząt, które studiowałem przez ostatnie trzydzieści lat. Nie ma tu żadnej struktury komórkowej. Poprosiłem jednego z moich kolegów o pomoc, a on nie był w stanie wyizolować z niego jakiegokolwiek DNA lub RNA. To jest bardziej jak maszyna wykazująca biologiczne poziomy złożoności.

– Może pan określić jego wiek? – pyta pułkownik.

– No. – Profesor się uśmiecha. – Poprzedza ono falę atmosferycznych testów atomowych rozpoczętych w 1945 roku i to by było na tyle. Uważamy, że pochodzi gdzieś z okresu pierwszej połowy tego stulecia i drugiej połowy ubiegłego. Było martwe od lat, ale są przecież starsi ludzie nadal chodzący po tej ziemi. Dla odmiany... – przechodzi do obrazka przedstawiającego Anomalocaris – ...ten okaz znaleźliśmy w skałach liczących sobie około sześćset dziesięć milionów lat. – Szybko wrzuca następną fotografię: podobna budowa, o wiele wyraźniejsza. – Proszę zwrócić uwagę, jak podobny jest do tego martwego, ale nie rozłożonego. Niewątpliwie gdzieś jeszcze żyją.

Patrzy na pułkownika, nagle wstydliwy i oniemiały.

– Mogę powiedzieć o, eee... tym, cośmy... tego... wcześniej...?

– Pewnie. Śmiało. Każdemu tutaj wolno o tym usłyszeć. – Swobodne skinięcie ręką pułkownika obejmuje sekretarkę z dużą fryzurą, Rogera, dwóch robiących notatki facetów od Dużych Czarnych i bardzo poważną kobietę z Secret Service, a nawet łysiejącego, zaniepokojonego admirała z podwójnym podbródkiem i w okularach ze szkłami jak denka butelek.

– Och. W porządku. – Wstydliwość się ulatnia. – No więc, przeprowadziliśmy parę wstępnych sekcji otrzymanych od was tkanek Anomalocaris. Wysłaliśmy też trochę próbek do analizy laboratoryjnej... nic, z czego można by wiele wywnioskować – dodaje pośpiesznie. Prostuje się. – To, czego się dowiedzieliśmy, jest całkiem jasne: próbki te nie pochodzą z ziemskiego ekosystemu. Analiza kladystyczna charakterystyki wewnątrzkomórkowej i to, co nam się udało rozpracować z ich biochemii, wskazują nie na punkt rozbieżności z naszym własnym pochodzeniem, ale brak wspólnych przodków. Już kapusta jest bardziej ludzka, ma więcej wspólnego z nami, niż to stworzenie. Nie da się tego stwierdzić, patrząc na skamieliny sześćset milionów lat po ich śmierci, ale świeże próbki tkanki to co innego. Jest to organizm wielokomórkowy, lecz każda komórka wydaje się posiadać złożone struktury jak jądra – takie coś nazywamy syncytium. Nie ma DNA, używa RNA z kilkoma podstawowymi parami niewykorzystywanymi w ziemskiej biologii. Nie udało nam się dowiedzieć, do czego służy większość jego organelli, jakie byłyby ich ziemskie odpowiedniki, a buduje on białka, stosując parę aminokwasów, których my nie wykorzystujemy. Których nic nie wykorzystuje. Albo pochodzi on od przodka, który oddzielił się od naszego jeszcze przed archeobakterią, albo, co bardziej prawdopodobne, nie jest z nim spokrewniony w ogóle. – Już się nie uśmiecha. – Wrota, pułkowniku?

– Tak, tak to mniej więcej wygląda. Stworzenie, które pan tam ma, zostało odnalezione przez jedną z naszych, yyy... wypraw. Po drugiej stronie wrót.

Gould przytakuje.

– Przypuszczam, że nie moglibyście zdobyć dla mnie więcej? – pyta z nadzieją.

– Wszystkie wyprawy są zawieszone na czas trwania dochodzenia w sprawie wypadku, który mieliśmy wcześniej w tym roku – mówi pułkownik, znacząco spoglądając na Rogera. Suslowicz zmarł dwa tygodnie temu; Gorman nadal fatalnie choruje, tkanka łączna gnije w jego ciele, prawdopodobną przyczyną jest wystawienie na ogromne promieniowanie. Powrót do normalnej służby już nie nastąpi; rurociąg pozostanie pusty, dopóki ktoś nie wymyśli sposobu na realizowanie dostaw bez tracenia przy tym załogi. Roger ledwo zauważalnie skłania głowę.

– No cóż. – Profesor wzrusza ramionami. – Dajcie mi znać, gdyby się udało. A przy okazji, zdołaliście choćby w przybliżeniu określić, gdzie znajduje się miejsce po drugiej stronie wrót?

– Nie – mówi pułkownik, i tym razem Roger wie, że to kłamstwo. Misja czwarta, zanim pułkownik zaczął wykorzystywać ich pojemność ładunkową do innego celu, zainstalowała kompaktowy radioteleskop na pustym podwórzu w mieście po drugiej stronie wrót. XK-Masada, gdzie powietrze jest zbyt rzadkie, by oddychać bez zbiornika z tlenem; gdzie niebo ma barwę indygo, a budynki rzucają ostre jak brzytwa cienie na skalistą równinę spieczoną pod krwistoczerwonym słońcem do konsystencji ceramiki. Późniejsza analiza sygnałów pulsarowych zarejestrowanych przez stację potwierdziła, że jest ono położone prawie sześćset lat świetlnych bliżej centrum galaktyki, po wewnętrznej stronie tego samego ramienia spirali. Na obcych budynkach znajdują się znaki przypominające symbole widziane na robionych Minoksem ziarnistych, czarno-białych zdjęciach drzwi bunkra na Ukrainie. Symbole, za którymi przedmiot Projektu Kościej spoczywa nieumarły i śpiący: coś złego, wyskrobanego z gniazda w zatopionych gruzach miasta na dnie Bałtyku.

– Dlaczego chce pan wiedzieć, skąd przybyli?

– No... wiemy tak mało o kontekście, w jakim ewoluuje życie. – Przez chwilę profesor wygląda na zadumanego. – Mamy… mieliśmy tylko jeden punkt odniesienia: Ziemię, ten świat. Teraz mamy drugi, fragment drugiego. Jeśli dostaniemy trzeci, możemy zacząć zadawać głębokie pytania, nie: "czy tam występuje życie?", ponieważ teraz już znamy na nie odpowiedź, ale: "jakie rodzaje życia tam występują?" i "czy jest tam miejsce dla nas?"

Roger się wzdryga: idiota, myśli. Gdybyś tylko wiedział, nie byłbyś taki szczęśliwy. Powstrzymuje chęć zabrania głosu. Byłoby to kolejnym szkodliwym dla kariery posunięciem. Co ważniejsze, mogłoby to być ograniczającym szanse przeżycia posunięciem dla profesora, który z pewnością nie zasługiwał na tak drastyczną karę za swoją współpracę. Poza tym trudniej spowodować zniknięcie profesorów Harvardu odwiedzających Gmach Urzędu Wykonawczego w Waszyngtonie, niż sympatyzujących z komunistami nauczycieli w jakiejś obskurnej leśnej wiosce w Nikaragui. Ktoś mógłby zauważyć. Pułkownik byłby rozdrażniony.

Roger zdaje sobie sprawę, że profesor Gould wpatruje się w niego.

– Ma pan do mnie pytanie? – zagaduje wybitny paleontolog.

– Eee... za chwilę. – Roger się otrząsa. Przypomina sobie krzywe czasu-ocalałych, zdobyte nazistowskie zapiski medycznych okrucieństw, odwzorowujące zdolność ludzkiego mózgu do przetrwania w bliskim sąsiedztwie Bałtyckiej Osobliwości. Obłęd Mengelego. Ostateczną próbę likwidacji ocalałych, świadków, podjętą przez SS. Kościeja, uzbrojonego i wycelowanego w serce Ameryki niczym złowrogi pistolet. "Umysł zjadający świat" dryfujący w olśniewających snach szaleństwa, estywujący z powodu braku zdobyczy: snów istot rozumnych, czy to beczkowatych, uskrzydlonych, mackowatych stworów, czy też ich ludzkich spadkobierców.

– Uważa pan, profesorze, że one mogły być inteligentne? Świadome, jak my?

– Raczej tak. – Oczy Goulda błyszczą. – Ten... – wskazuje na przezrocze – ...nie jest żywy w naszym rozumieniu tego słowa. A ten... – znalazł Poprzednika, dopomóż mu boże, beczkowatego i o nietoperzych skrzydłach – ...miał coś wyglądającego na mnóstwo bardzo skomplikowanych zwojów nerwowych, nie mózg, jaki znamy, ale co najmniej równie wielki jak nasz. Obecne były także przystosowujące do chwytania, wyspecjalizowane zmiany ewolucyjne, które sugerują możliwość używania narzędzi. Dodajmy jedno do drugiego, a otrzymamy cywilizację na wysokim poziome zaawansowania technicznego. Wrota pomiędzy planetami okrążającymi różne gwiazdy. Obca flora, fauna czy co tam jeszcze. Powiedziałbym, że cywilizacja międzygwiezdna nie jest wykluczona. Taka, która przez długi czas geologiczny była wymarła, dziesięć razy dłużej niż dinozaury, ale zostawiła po sobie wciąż działające relikty. – Jego głos drży od emocji. – My, ludzie, badamy ledwie wierzchołek góry lodowej! Najtrwalszy z naszych reliktów? Wszystkie budowle obrócą się w pył w przeciągu dwudziestu tysięcy lat, nawet piramidy. Ślady Neila Armstronga w Morzu Spokoju rozpadną się bombardowane mikrometeoroidami w ciągu zaledwie pół miliona lat. Puste pola naftowe napełnią się ponownie w ciągu dziesięciu milionów lat, metan przesączający się przez płaszcz do góry: wędrówka kontynentów wymaże wszystko. Ale ta rasa...! Ona budowała solidnie. Tyle możemy się od niej nauczyć. Zastanawiam się, czy jesteśmy godnymi pretendentami do korony jej osiągnięć technicznych?

– Jestem przekonana, że jesteśmy, profesorze – stwierdza cynicznie sekretarka pułkownika. – Nieprawdaż, Ollie?

Pułkownik przytakuje, szczerząc się w uśmiechu.

– A żebyś wiedziała, Fawn. Żebyś wiedziała!

 

Wielki Szejtan

Roger siedzi w barze Hotelu Króla Dawida, popijając z wysokiej szklanki drugorzędną lemoniadę i pocąc się mimo klimatyzacji. Zmiana strefy czasowej spowodowała zawroty głowy i dezorientację, skurcze jelit pozwoliły mu w ciągu minionych sześćdziesięciu minut jedynie na wyjście z pokoju, a ma jeszcze dwie godziny, zanim będzie mógł spróbować zamówić rozmowę telefoniczną z Andreą. Mieli kolejną gwałtowną kłótnię przed jego wylotem; żona nie potrafi zrozumieć, dlaczego on ciągle musi odwiedzać dziwne zakątki globu. Wie tylko tyle, że jego syn dorasta, mając ojca za głos telefonujący o dziwnych porach dnia.

Roger jest lekko przygnębiony, pomimo miłego uczucia wywołanego robieniem interesów na tym poziomie. Spędza mnóstwo czasu, martwiąc się o to, co będzie, jeśli ich odkryją – co zrobi Andrea, albo Jason, którego ojciec jest ciągle nieobecnym głosem w słuchawce – jeśli odprowadzą Rogera w kajdankach i w błysku fleszy. Jeśli pułkownik wszystko wyśpiewa, jeśli wstydliwy łysy admirał zostanie zastraszony i zacznie sypać Kongresowi, kto się wtedy o nich zatroszczy?

Roger nie ma złudzeń odnośnie do tego, co niszczy tajne operacje: wtajemniczonych jest zbyt wielu ludzi, zbyt wiele robiących za przykrywki wymyślnych korporacji i anonimowych kont bankowych oraz podejrzanych bliskowschodnich handlarzy bronią. Prędzej czy później ktoś znajdzie powód, by zacząć gadać, a Roger siedzi w tym zbyt głęboko. Nie jest już tylko oficerem łącznikowym firmy: stał się chłopcem na posyłki, cieniem pułkownika, facetem z paszportem dyplomatycznym, certyfikatami ostatecznego użytkownika i wypchaną aktówką pełną heroiny.

Przynajmniej statek zacznie tonąć od góry, myśli. Bardzo wysoko postawieni ludzie chcą, żeby pułkownikowi się powiodło. Kiedy afera rozpęta się na całego i wyląduje na pierwszej stronie "Washington Post", prawdopodobnie uderzy w członków gabinetu i sekretarzy stanu: sam prezydent będzie musiał zająć miejsce dla świadka i wszystkiemu zaprzeczyć. Republika zakwestionuje samą siebie.

Ręka spada mu na ramię, gwałtownie wyrywając z zamyślenia.

– Graba, Roger! Czym ty się tera przejmujesz?

Jourgensen ze znużeniem spogląda w górę.

– Różnymi takimi – stwierdza markotnie. – Siadaj.

Wieśniak z ambasady – Mike Hamilton, jakiś tam młodszy attaché z wyglądu – wyciąga krzesło i rozwala się na nim jak wrak poczciwego auta. Nie jest wieśniakiem naprawdę, Roger to wie – wieśniacy nie mają doktoratów ze stosunków zagranicznych zdobytych na Yale – ale lubi, gdy ludzie uważają go za kmiota, kiedy czegoś od nich chce.

– Wcześnie się zjawił – mówi Hamilton głosem nagle poważnym, zerkając za Rogera. – Działaj według planu: jestem tępym, lecz poczciwym dobrym gliną. Sytuację znasz na pamięć? Teksty odmowne gotowe?

Roger potwierdza skinieniem głowy, po czym rozgląda się dookoła i dostrzega Mehmeta (nazwisko nieznane) zbliżającego się z drugiego końca pomieszczenia. Mehmet ma nienagannie wymanikiurowane dłonie i jest doskonale ubrany – nosi garnitur z Jermyn Street, który kosztuje więcej, niż Roger zarabia na miesiąc. Posiada starannie przystrzyżoną brodę i wąsy oraz mówi z wyraźnym angielskim akcentem. Mehmet jest tureckim imieniem, a nie perskim: pseudonim, oczywiście. Patrząc na niego, można by pomyśleć, że to zokcydentalizowany turecki biznesmen – na pewno nie irański rewolucjonista mający solidne powiązania z Hezbollachem i (mówiąc szeptem) samym Staruszkiem Ruhollahem, eremitą z Kom. Nigdy, absolutnie przenigdy, nieoficjalny irański ambasador Małego Szejtana w Tel Avivie.

Mehmet zbliża się zamaszystym krokiem. Krótka wymiana uprzejmości maskuje niezbędną formalność ich spotkania: przybył za wcześnie, to przemyślane posunięcie obliczone na wytrącenie ich z równowagi. Brakuje mu również przewagi liczebnej, a to także ruch mający ustawić ich w pozycji obronnej, ponieważ pierwszą zasadą dyplomacji jest nigdy nie stawiać się w sytuacji negocjacyjnej, w której druga strona może wykazać się jakimkolwiek rodzajem autorytetu moralnego, zaś sama tylko waga, jaką przywiązuje się do liczb, jest potężnym narzędziem psychologicznym.

– Roger, mój drogi. – Uśmiecha się ku Jourgensenowi. – I czarujący doktor Hamilton, jak widzę. – Uśmiech się rozszerza. – Rozumiem, że poczciwy pułkownik pragnie wieści o swoich przyjaciołach?

Jourgensen kiwa głową.

– W rzeczy samej.

Mehmet przestaje się uśmiechać. Przez chwilę wygląda o dziesięć lat starzej.

– Odwiedziłem ich – stwierdza krótko. – Nie, zabrano mnie do nich. To rzeczywiście poważna sprawa, przyjaciele. Są w rękach bardzo niebezpiecznych ludzi, nie mających nic do stracenia i przepełnionych nienawiścią.

Roger się odzywa:

– Jest między nami dług...

Mehmet unosi dłoń.

– Pokój, przyjacielu. Dojdziemy do tego. To krewcy ludzie, ludzie, którzy widzieli swoje domy zniszczone, a rodziny odarte z godności, ich serca wypełnia gniew. Potrzeba będzie znacznego aktu skruchy, wysokiej zapłaty krwi, by kupić ich przychylność. To jest część naszego prawa, rozumiecie? Rodzina pogrążonego w żałobie może zażądać zapłaty krwi od przestępcy, jak inaczej mógłby istnieć świat? Widzą to w takich kategoriach: musicie żałować za swoje złe uczynki i wspomóc ich świętą wojnę przeciw tym, którzy będą kalać wolę Allaha.

Roger wzdycha.

– Robimy co w naszej mocy – mówi. – Dostarczamy im broń. Zwalczamy Sowietów na wszelkie możliwe sposoby bez wywoływania dużego konfliktu. Czego więcej chcą? Sprawa z zakładnikami... to nie wygląda dobrze w Waszyngtonie. Musi być coś za coś. Jeśli Hezbollah wkrótce ich nie uwolni, przekona tylko wszystkich, że nie traktuje negocjacji poważnie. I to będzie koniec. Pułkownik chce wam pomóc, ale musi mieć coś do pokazania człowiekowi na górze, prawda?

Mehmet kiwa głową.

– Ty i ja jesteśmy światowymi ludźmi i rozumiemy, że to przetrzymywanie zakładników nie jest racjonalne, jednakże oni zwracają się do was po obronę przed napadającym ich Wielkim Szejtanem, a ich krew płonie gniewem, jako że wasz naród, mimo wszystkich pięknych słów, nie podejmuje działań. Wielki Szejtan sieje spustoszenie w Afganistanie, zajmując całe wioski nocą, i co się z tym robi? Stany Zjednoczone odwracają się plecami. A ludzie ci nie są jedynymi, którzy czują się zdradzeni. Nasi wrogowie z Partii Ba'ath w Iraku... w Basrze nieświęte bractwo z Takritu oraz ich sługusy, czyli Muchabarat, co noc składają ofiary na ołtarzu Yaira-Suthota; fontanny krwi w Teheranie zaświadczają o ich skutkach. Jeżeli najbogatszy, najpotężniejszy naród na ziemi wzbrania się przed walką, zastanawiają się ci krewcy ludzie z Bekaa, to jak możemy odetkać uszy tego narodu? A nie są oni światowcami jak ty czy ja.

Spogląda na Rogera, który garbi się niespokojnie.

– Nie możemy wystąpić przeciwko Sowietom otwarcie! Muszą zrozumieć, że to skończyłoby o wiele więcej, niż tylko ich wojenkę. Jeśli Talibowie chcą amerykańskiej pomocy przeciwko Rosjanom, nie może być ona udzielona otwarcie.

– To nie z Rosjanami mamy problem – mówi cicho Mehmet – ale z ich wyborem sojuszników. Uważają się za niewiernych ateistów, ale po ich czynach ich poznacie; Leng odcisnął na nich swój lodowy ślad, ich narzędzia są tymi, które opisano w Kitab al Azif. Mamy dowód na to, że pogwałcili warunki Ugody Drezdeńskiej. Przeklęci i bezbożni grasują nocą po zamarzniętych przełęczach Himalajów, zabierając wszystkich, których napotkają. A czy zatkacie sobie uszy nawet wtedy, gdy Rosjanie umacniają się w mylnym przekonaniu, pewni, że ich dominacja nad siłami zła jest całkowita? Wrota otwierają się wszędzie, tak jak przepowiedziano. W zeszłym tygodniu puściliśmy przez jedne z nich F-14C z kamerą i przekaźnikiem. Pilot i operator broni są już w raju, ale my wejrzeliśmy do piekła i mamy film oraz obrazy radarowe, by to udowodnić.

Irański ambasador wbija lodowaty wzrok w wieśniaka-dyplomatę.

– Proszę powiedzieć swojemu ambasadorowi, że rozpoczęliśmy wstępne dyskusje z Mosadem, z zamiarem kupna produktów fabryki z Dimony na pustyni Negew. Poprzednie zniewagi mogą zostać odłożone na bok, bowiem obecne niebezpieczeństwo zagraża nam wszystkim. Oni są otwarci na nasze argumenty, nawet jeśli wy nie jesteście: jego świątobliwość Ajatollah oświadczył prywatnie, że każdy wojownik wnoszący bombę jądrową do siedziby pożeracza dusz z pewnością znajdzie się w raju. Skończeni będą wyznawcy starożytnych obrzydliwości na tej Ziemi, doktorze Hamilton, nawet jeśli będziemy musieli wepchnąć im bomby atomowe do gardeł własnymi rękami!

 

Pływalnia

– Panie Jourgensen, w którym momencie zorientował się pan, że irański rząd groził pogwałceniem oenzetowskiej Rezolucji numer 216 oraz protokołu o nierozprzestrzenianiu z porozumienia genewskiego 1956 roku?

Roger poci się pod gorącymi światłami: jego puls przyśpiesza.

– Nie jestem pewien, czy rozumiem pytanie, sir.

– Pytanie, które panu zadałem, jest proste. Której części pan nie rozumie? Powtórzę powoli: kiedy pan się zorientował, że irański rząd groził pogwałceniem rezolucji numer 216 oraz porozumień genewskich z 1956 roku dotyczących nierozprzestrzeniania broni jądrowej?       Roger potrząsa głową. To jest jak zły sen, niewidoczne owady brzęczą wściekle wokół niego.

– Sir, nie miałem bezpośrednich kontaktów z irańskim rządem. Wiem tylko tyle, że poproszono mnie o przenoszenie wiadomości do i od faceta o imieniu Mehmet, o którym mi powiedziano, że wie coś o naszych zakładnikach w Bejrucie. Jak rozumiem, pułkownik już od jakiegoś czasu, od kilku lat, prowadził tajne negocjacje z tym panem lub jego zwolennikami. Mehmet czynił aluzje odnośnie do stronnictw w irańskiej administracji, ale nie wiadomo mi, czy mówił on prawdę, nie widziałem też żadnych listów uwierzytelniających.

Naprzeciw niego zasiada inkwizycja kongresmenów w ciemnych garniturach, niczym grono nauczycielskie sądzące nieposłusznego ucznia. Problem w tym, że ci nauczyciele mogą go postawić przed trybunałem i wysłać do więzienia na wiele lat, tak że Jason naprawdę dorośnie, mając ojca będącego głosem w słuchawce, ojca, którego nie będzie w pobliżu, by zabierać go na pokazy lotnicze albo mecze, albo którykolwiek z pozostałych rytuałów dorastania. Rozmawiają ze sobą po cichu, decydując się na inny kierunek pytań; Roger przesuwa się niespokojnie na krześle. To zamknięte przesłuchanie, nagranie z kamery telewizyjnej powędruje do archiwum Kongresu: stado wygłodniałych demokratów wyczuło w wodzie republikańską krew.

Kongresmen w środku patrzy na Rogera.

– Wstrzymaj się. Skąd wiesz o tym całym Mehmecie? Kto kazał ci się z nim zobaczyć i kto powiedział ci, kim on był?

Roger przełyka ślinę.

– Dostałem zawiadomienie od Fawn, jak zawsze. Admirał Poindexter chciał mieć na miejscu człowieka, by pogadał z tym gościem, w zasadzie posłańca, który był już wtajemniczony. Pułkownik North podpisał się pod tym i kazał mi opłacić podróż ze swojego funduszu uznaniowego. – Musiał powiedzieć coś niewłaściwego, bo dwóch kongresmenów nachyla się do siebie i szepcze coś do uszu, a asystent podsuwa się usłużnie, by przyjąć notatkę, po czym prędko umyka. – Powiedziano mi, że Mehmet był mediatorem – dodaje Roger. – W próbie rozwiązania sprawy z zakładnikami w Bejrucie.

– Mediatorem. – Facet zadający pytania patrzy na niego z niedowierzaniem.

Człowiek po jego lewej – wyglądający staro jak księżyc, mający rzadkie białe włosy, plamy wątrobowe na haczykowatym nosie i powieki jak worki – chichocze z uznaniem.

– Taa. Jak Hitler był dyplomatą. "Jeszcze jedno żądanie terytorialne" – rozgląda się wokół. – Nikt inny tego nie pamięta? – pyta z żalem.

– Nie, sir – bardzo poważnie odpowiada Roger.

Główny przesłuchujący prycha.

– Co dokładnie powiedział ci Mehmet o tym, co zamierza zrobić Iran?

Roger myśli przez chwilę.

– Powiedział, że zamierzają kupić coś z fabryki w Dimonie. Domyśliłem się, że chodzi o instytut badań nad bronią atomową Ministerstwa Obrony Izraela, a jedynym logicznym przedmiotem w kontekście naszej dyskusji była bomba atomowa. Albo bomby. Powiedział, że Ajatollah zadekretował, iż zamachowiec-samobójca, który wysadzi świątynię Yog-Sothotha w Basrze, trafi do raju, oraz że mieli niezbite dowody na użycie przez Sowietów pewnych nielegalnych systemów uzbrojenia w Afganistanie. To było w kontekście dyskusji o rozpowszechnianiu nielegalnego uzbrojenia; był bardzo natarczywy, jeśli chodzi o sprawę w Iraku.

– Czym właściwie są te systemy uzbrojenia? – dopytuje trzeci inkwizytor, spokojny człowiek o jastrzębiej twarzy, siedzący w lewej części komisji.

– Nazywają je shoggot'im, serwitorami. Jest kilka rodzajów rozwiniętych zautomatyzowanych systemów stworzonych z komponentów molekularnych: mogą zmieniać kształt, modyfikować strukturę materiału na poziomie atomowym, zachowywać się jak żrący kwas albo wydzielać diamenty. Niektóre z nich są jak słaba mgiełka, doktor Drexler z MIT nazywa to mgłą użytkową, podczas gdy inne bardziej przypominają oleistą globulę. Najwyraźniej mogą być one zdolne do wytworzenia większej liczby samych siebie, lecz nie są naprawdę żywe w żadnym znanym nam sensie tego określenia. Można je programować, jak roboty, używając języka komend wyprowadzonego z odzyskanych zapisków Poprzedników, którzy je tu pozostawili. Podczas Wypadu Mołotowa w 1930 roku sprowadzono ich dużą partię; wszystko, na czym bazujemy, to przeoczone wtedy resztki i protokoły antarktycznej ekipy pomiarowej. W szczególności akta profesora Liebkunsta są ogromnie frustrujące...

– Stop. A więc twierdzisz, że Rosjanie mają te, eee... Shoggothy, ale my nie mamy żadnych. I nawet te głupie arabskie gnoje w Bagdadzie nad nimi pracują. Twierdzisz więc, że mamy... shoggothową lukę? Strategiczną szczelinę w naszej zbroi? A teraz Irańczycy oświadczają, że Rosjanie wykorzystują je w Afganistanie?

Roger przemawia szybko:

– To częściowo prawda, sir, chociaż równoważna broń została opracowana w celu zmniejszenia ryzyka jednostronnych posunięć zapobiegawczych, eskalujących do wymiany słaboboskich działań wojennych. – Kongresmen w środku potakuje zachęcająco. – Przez ostatnie trzy dziesięciolecia, siły B-39 Peacemaker miały wyznaczone przez SIOP[7] zadanie utrzymywania XK-PLUTO w gotowości do wyeliminowania zdolności Rosjan do uruchomienia Projektu Kościej, uśpionej obcej istoty odebranej nazistom pod koniec ostatniej wojny. Mamy dwanaście napędzanych jądrowo pocisków samosterujących klasy PLUTO bez przerwy wycelowanych w to coś, łącznie tyle megaton, ile w całym arsenale Minutemanów. W zasadzie będziemy w stanie rozwalić to na kawałki, zanim zostanie w pełni wybudzone i pożre umysły każdego w promieniu dwustu mil.

Roger się rozkręca.

– Po drugie, uważamy, że sowiecka kontrola nad techniką Shoggothów jest w najlepszym razie szczątkowa. Wiedzą, jak nakazać im zrównanie z ziemią afgańskiej wioski pasterzy, ale nie mogą wyprodukować ich więcej. Ich użyteczność w charakterze broni jest ograniczona, choć przerażająca, ale nie stanowią one wielkiego problemu. Poważniejszą sprawą jest świątynia w Basrze. W środku mieszczą się działające wrota i, według Mehmeta, tajna iracka policja polityczna, Muchabarat, próbuje dowiedzieć się, jak je obsługiwać; usiłują coś przez nie przywołać. Wydawał się najbardziej obawiać tego, że stracą oni, podobnie jak Rosjanie, kontrolę nad tym, czymkolwiek to jest; przypuszczalnie kolejny słaboboski stwór jak istota K-Thulu w sercu Projektu Kościej.

Stary facet mówi:

– To całe "fu-lu", chłopcze – przy mnie możesz sobie darować te głupie przedrostki – jest jedyne w swoim rodzaju?

Roger potrząsa głową.

– Nie wiem, sir. Wiemy, że wrota prowadzą do co najmniej trzech innych planet. Może być wiele takich, o których nie wiemy. Nie mamy pojęcia jak je tworzyć ani jak je zamykać; możemy jedynie posłać przez nie ludzi albo postawić mur w przejściu.

Omal nie gryzie się w język, ponieważ istnieją więcej niż trzy światy, a on był przynajmniej w jednym z nich: kryjówka na XK-Masada, zbudowana przez NRO[8], sfinansowana z ich tajnego budżetu. Widział wysoką na milę kopułę, na projektowaniu której Buckminster Fuller spędził ostatnią dekadę swojego życia, widział też pierścienie pocisków obrony powietrznej Patriot. Eskadra czarnych, rombowych myśliwców ze Skunk Works, podobno niewidzialnych dla radaru, patroluje puste przestworza nad XK-Masada. Hydroponiczne farmy, puste baraki i bloki mieszkalne oczekują na senatorów i kongresmenów oraz ich rodziny, a także tysiące członków personelu pomocniczego. W razie wybuchu wojny zostaną oni ewakuowani przez małe wrota, które zostały przeniesione do podziemi Gmachu Urzędu Wykonawczego, w pomieszczeniu za pływalnią, w której Jack zwykł kąpać się z Marilyn na golasa.

– Teraz nieoficjalnie. – Stary kongresmen przecina ręką powietrze: – Powiedziałem nieoficjalnie, chłopcze. – Operator wyłącza kamerę i wychodzi. Stary pochyla się do przodu, w stronę Rogera. – Mówisz mi, że toczymy sekretną wojnę od... kiedy? Końca drugiej wojny światowej? Wcześniej, od antarktycznej ekspedycji Pabodiego w latach dwudziestych, z której ocalali przynieśli pierwsze z tych obcych reliktów? A teraz Ij-rańczycy dorwali się do gry i doszli do wniosku, że jest ona częścią ich walki z Saddamem?

– Sir. – Roger ledwie zdobywa się na więcej niż skinięcie głową.

– Dobrze. – Kongresmen mierzy swojego sąsiada przenikliwym wzrokiem. – Powiedzmy, że usłyszałeś wyrażenie: "wielki filtr". Co ono dla ciebie oznacza?

– Wielki... – Roger milknie. Profesor Gould, myśli. – Profesor paleontologii wygłosił dla nas wykład – wyjaśnia. – Chyba była jakaś wzmianka. Coś o tym, dlaczego nie ma żadnych kosmitów w latających spodkach, którzy ciągle brzęczeliby nam nad głowami.

Kongresmen prycha. Jego sąsiad nagle podnosi się na swoim miejscu.

– Dzięki Pabodiemu i jego zwolennikom, Liebkunstowi i jemu podobnym, wiemy, że wszechświat jest pełen życia. Wielki filtr, chłopcze, jest tym wszystkim, co powstrzymuje większość z nich przed rozwinięciem inteligencji i przybyciem w odwiedziny. Coś, jakoś, niszczy inteligentne gatunki, zanim zdążą opracować dla siebie taką technikę. A co byś powiedział o majstrowaniu przy reliktach starszych? Co o tym myślisz?

Roger nerwowo oblizuje wargi.

– Brzmi to całkiem prawdopodobnie, sir – odpowiada, coraz bardziej zaniepokojony.

Na twarzy kongresmena pojawia się skupienie:

– Ta broń, z którą opieprza się twój pułkownik, sprawia, że wszystkie nasze atomówki wyglądają jak zabawkowy łuk i strzały, a ty potrafisz powiedzieć tylko: brzmi to całkiem prawdopodobnie, sir? Coś mi się zdaje, że w Gabinecie Owalnym ktoś myśli o niebieskich migdałach.

– Sir, dekret numer 2047, wydany w styczniu 1980 roku, nakazał siłom zbrojnym standaryzację wskazującą ładunki atomowe jako jedyną broń masowego rażenia. Prace rozwojowe nad wszystkimi pozostałymi miały zostać zawieszone, zaś nadwyżki przeznaczone pod nadzór Połączonego Komitetu do spraw Zasobów Wojskowych admirała Poindextera, do którego pułkownik North został oddelegowany decyzją naczelnego dowództwa USMC, z pełnym przyzwoleniem Białego Domu...

Otwierają się drzwi. Kongresmen rozgląda się gniewnie:

– Powiedziałem chyba, żeby nam nie przeszkadzano!

Stojący tam asystent wygląda na niezdecydowanego.

– Sir, doszło do, eee... poważnego incydentu i musimy się ewakuować...

– Gdzie? Co się stało? – domaga się kongresmen. Roger jednak z niepokojem zdaje sobie sprawę, że asystent nie obserwuje członków komitetu Izby, a facet za nim jest z Secret Service.

– Basra. Nastąpił atak, sir. – Ukradkowe spojrzenie na Rogera, którego rozum zamiera, nie dopuszczając do siebie tej myśli.

– Pozwolą państwo tędy...

 

Bombardowanie za piętnaście minut

Zmierzają po kryjomu przez korytarz, gdzie personel Kongresu w pośpiechu przenosi dokumenty, pilnie się nawzajem nawołując. Nadchodzi kadra agentów Secret Service w ciemnych garniturach, popychając Rogera w ślad za członkami komisji. Jakieś wycie sprawia, że dzwoni mu w uszach.

– Co się dzieje? – pyta, ale nikt nie odpowiada.

W dół do podziemi. Kolejny korytarz, w którym dwóch strażników z piechoty morskiej czeka z wyciągniętą bronią. Faceci z Secret Service wymieniają przez radio krótkie meldunki. Ludzie z komisji są przepychani dalej wąskim tunelem serwisowym, Roger grzęźnie przy wejściu.

– Co jest grane? – zadaje pytanie swojemu opiekunowi.

– Chwileczkę, proszę pana. – Jeszcze nasłuchuje: ci goście przechylają głowy w jedną stronę, kiedy przyjmują instrukcje, drapieżne ptaki lustrujące horyzont w poszukiwaniu ofiary. – Delta cztery, zgłaszam się. Odbiór. Może pan już iść tunelem. Tędy.

– Co się dzieje? – domaga się Roger, pozwalając, by wepchnięto go do korytarza, popędzono do końca i za róg. Oszołomienie bierze górę: Roger systematycznie stawia jedną stopę przed drugą.

– Mamy DEFCON 1[9], proszę pana. Znajduje się pan na liście specjalnej, jako część personelu. Następne drzwi na lewo.

Kolejka w słabo oświetlonym podziemnym pomieszczeniu przesuwa się szybko, strażnicy w białych rękawiczkach i z wykazami w rękach odhaczają mężczyzn oraz nieliczne kobiety w garsonkach, osoby przechodzące jedna za drugą przez stalowe pancerne drzwi i znikające z pola widzenia. Roger rozgląda się zdezorientowany: zauważa znajomą twarz.

– Fawn! Co jest grane?

Sekretarka wygląda na zakłopotaną.

– Nie wiem. Roger? Myślałam, że dzisiaj zeznajesz.

– Ja też. – Są przy drzwiach. – Co poza tym?

– Ronnie[10] miał wielką przemowę w Helsinkach; nagrywałam ją dla pułkownika w jego gabinecie. Coś o niekoegzystowaniu z imperium zła. Zażartował, że zaczniemy bombardować za piętnaście minut, a potem to...

Są przy drzwiach. Otwierają się one na śluzę o stalowych ścianach, a żołnierz zabiera im plakietki i wpycha do środka. Dołącza do nich dwóch członków personelu i brygadier w średnim wieku, po czym drzwi zamykają się z głuchym odgłosem. Dźwięki tła znikają, Roger czuje w uszach puknięcie, a potem wewnętrzne drzwi się otwierają i inny strażnik gestami kieruje ich do sali przyjęć.

– Gdzie my jesteśmy? – pyta sekretarka z dużą fryzurą, rozglądając się z wytrzeszczonymi oczami.

– Witaj na XK-Masada – odpowiada Roger. Wówczas doganiają go jego dziecięce strachy, a on odchodzi w poszukiwaniu toalety, żeby zwymiotować.

 

Potrzebujemy cię z powrotem

Roger spędza następny tydzień w stanie szoku i odrętwienia. Jego mieszkanie tutaj jest jak mały pokój w hotelu – hotelu z ochroną, klimatyzacją i oknami, które otwierają się tylko na zabudowane atrium. Nie poświęca wiele uwagi swojemu otoczeniu. Wszak nie ma domu, do którego mógłby wrócić.

Roger przestaje się golić. Przestaje zmieniać skarpetki. Przestaje się czesać i nie patrzy w lustra. Dużo pali, zamawia tani burbon z kantyny i każdej nocy pije, dopóki nie osiągnie stanu amnezyjnego otępienia. Szczerze mówiąc, przedstawia sobą żałosny widok. Objawia skłonności autodestrukcyjne. Rozpadło się pod nim wszystko naraz: praca, ludzie, których darzył wysokim uznaniem, rodzina, życie. Przez cały czas nie może wyrzucić z głowy jednej rzeczy: wyrazu twarzy Gormana, kiedy stoi tam, przed statkiem podwodnym, gnijąc od środka wskutek choroby popromiennej, martwy i jeszcze tego nieświadomy. To dlatego przestał zaglądać w lustra.

Czwartego dnia siedzi zapadnięty w fotel, oglądając powtórki Kocham Lucy w telepudle, kiedy drzwi do jego apartamentu otwierają się cicho. Ktoś wchodzi. Roger nie ogląda się aż do momentu, kiedy pułkownik przechodzi przed ekranem i wyłącza zamontowany na ścianie telewizor, a potem siada w fotelu obok. Pułkownik ma ciemne worki pod oczami; jego marynarka jest pognieciona a kołnierzyk rozpięty.

– Musisz z tym skończyć, Roger – mówi cicho. – Wyglądasz jak kupa gówna.

– Ano, cóż. Ty też.

Pułkownik podaje mu cienką tekturową teczkę. Bez szczególnej chęci Roger wysuwa z niej pojedynczą kartkę.

– A więc to byli oni.

– No. – Chwila ciszy. – Cokolwiek to warte, jeszcze nie przegraliśmy. Jeszcze możemy wyciągnąć twoją żonę i syna żywych. Albo być w stanie wrócić do domu.

– Twoją rodzinę też, jak przypuszczam. – Roger nawet przez swoją skorupę cierpienia jest poruszony względami okazanymi przez pułkownika, pobożnym życzeniem, by Andrea i Jason byli cali i zdrowi. Zauważa, że ma pustą szklankę. Zamiast napełnić ją ponownie, stawia ją na dywanie obok swojej stopy.

Dlaczego?

Pułkownik wyjmuje kartkę papieru z jego zdrętwiałych palców.

– Prawdopodobnie ktoś zauważył cię w Królu Dawidzie i ślad zaprowadził go do nas. Muchabarat ma agentów wszędzie, a jeśli byli w zmowie z KGB... – wzrusza ramionami. – Sprawy toczyły się szybko. Potem prezydent opowiedział ten kawał przy mikrofonie, który powinien być wyłączony... Sprawdzałeś w tym tygodniu raporty zdarzeń?

Roger kieruje na niego puste spojrzenie.

– A powinienem?

– Och, sprawy toczą się nadal. – Pułkownik odchyla się do tyłu i prostuje stopę. – O ile dobrze orientujemy się w sytuacji po drugiej stronie, jeszcze nie wszyscy są martwi. Ligaczow na gorącej linii wrzeszczy w niebogłosy, oskarżając nas o ludobójstwo, ale nadal się odzywa. Europa to bajzel i nikt nie wie, co się dzieje na Bliskim Wschodzie – już nawet Blackbirdy nie wracają.

– To coś w Takricie.

– No. To złe wieści, Roger. Potrzebujemy cię z powrotem.

– Złe wieści?

– Najgorsze. – Pułkownik ściska dłonie między kolanami, wgapia się w podłogę niczym wstydliwe dziecko. – Saddam Husajn al-Takriti spędził lata, próbując położyć łapska na technice starszych. Wygląda na to, że wreszcie udało mu się ustabilizować wrota do Sothoth. Zniknęły całe wioski, Arabowie Błotni na bagnach wschodniego Iraku zostali zmieceni z powierzchni ziemi. Mamy doniesienia o żółtym deszczu, skórze rozpuszczającej się i schodzącej ludziom z kości. Irańczyków zaczęło świerzbić i w końcu sięgnęli po atomówki. Problem w tym, że zrobili to dwie godziny przed tym przemówieniem. Jakiś dupek w Płocku wystrzelił połowę pocisków systemu Uralskoje SS-20, osiem miesięcy temu przeszli na odpalanie po ostrzeżeniu, w kierunku południowym, chwała Jezusowi. Można zapomnieć o Bliskim Wschodzie, koniec i kropka, wszystko od Nilu po Przełęcz Chajberską jest upieczone. Nadal czekamy, aż oddzwonią z Moskwy, ale SAC[11] wszystkie siły Peacemaker ma już w powietrzu w stanie gotowości. Jak dotąd utraciliśmy wschodnie wybrzeże na północ od Wirginii Północnej, a oni stracili Donbas i Władywostok. Mamy spory bałagan; nikt nie może się zgodzić nawet co do tego, czy walczymy z komuchami, czy czymś innym. Ale skrzynia w Czarnobylu… Projekt Kościej… drzwi są otwarte, Roger. Puściliśmy nad nią KeyHole-11 i są tam ślady prowadzące na zachód. Uderzenie PLUTO tego nie powstrzymało, a nikt nie ma pojęcia, co się do kurwy nędzy dzieje w krajach Układu Warszawskiego. Ani we Francji, Niemczech, Japonii czy Anglii.

Pułkownik chwyta burbona, ociera szyjkę do czysta i pociąga z butelki. Patrzy na Rogera z szaloną miną.

– Kościej jest na wolności, Roger. Obudzili cholerstwo. A teraz nie mogą nad nim zapanować. Możesz w to uwierzyć?

– Mogę w to uwierzyć.

– Jutro rano chcę cię z powrotem za biurkiem, Roger. Musimy wiedzieć, do czego zdolny jest ten cały Thulu. Musimy wiedzieć, co zrobić, by go powstrzymać. Zapomnij o Iraku; Irak jest dymiącą dziurą na mapie. Ale K-Thulu kieruje się ku atlantyckiemu wybrzeżu. Co zrobimy, jeśli się nie zatrzyma?

 

Masada

Miasto XK-Masada wyrasta niczym ogromny grzyb, szeroka na milę kopuła wyłaniająca się ze szczytu mroźnego płaskowyżu na jałowej planecie okrążającej umierającą gwiazdę. Czarne, postrzępione sylwetki F-117 huczą po pustych przestworzach o zmierzchu i o świcie, patrolując groźną pustkę rozciągającą się tak daleko, jak tylko można sobie wyobrazić.

Cienie poruszają się ulicami miasta, wydrążone ludzkie skorupy w uniformach. Szeleszczą u podnóża strzelistych betonowych bloków jak suche jesienne liście, obsesyjnie skupione na zadaniach nadających strukturę dniom, które im pozostały. Ponad nimi wznoszą się maszty ze stali, podpierające ogromną kopułę geodezyjną, która wysklepia się pod niebem, zamykając drogę wrogim, obcym konstelacjom, chroniąc kruchą ludzkość przed burzami pyłowymi, które cyklicznie szorują kości prastarego świata. Grawitacja tutaj jest odrobinę słabsza, nocne niebo poznaczone spiralami i pożyłkowane od przezroczystych warstw gazu wyrzuconego z umierającej gwiazdy, która oświetla ich dni. Podczas długich zimowych nocy śnieżyce przysypują powierzchnię kopuły puchem zestalonego dwutlenku węgla, lecz powietrze jest suche jak pieprz, miasto gasi swoje pragnienie w podziemnych warstwach wodonośnych.

Ta planeta była kiedyś żywa – w okolicy równika nadal istnieje pieniste morze alg wydzielających tlen do atmosfery, jest też pasmo wulkanów w okolicy bieguna północnego, świadczące o zachodzącym ruchu płyt tektonicznych – jednak zauważalnie umiera. Sporo tu historii, ale żadnej przyszłości.

Czasami, we wczesnych godzinach, kiedy nie może spać, Roger wychodzi poza obszar zabudowań, spaceruje wzdłuż krawędzi jałowego płaskowyżu. Za nim pracują maszyny, utrzymując miasto we względnie nienaruszonym stanie – poświęca im niewiele uwagi. Mówi się o przeprowadzeniu któregoś roku ekspedycji na Ziemię, by uratować cokolwiek pozostało, zanim dojmujący powiew czasu zniszczy to na zawsze. Roger nie lubi o tym myśleć. Na ile to możliwe, próbuje unikać myślenia o Ziemi, oprócz sytuacji, kiedy nie może spać, tylko chodzi po szczycie klifu, roztrząsając wspomnienia o Andrei i Jasonie, swoich rodzicach i siostrze, krewnych i przyjaciołach, każde z nich tak bolesne jak wgłębienie po utraconym zębie. Tutaj, na krawędzi płaskowyżu, otrzymuje swój łyk pustki, gorzkiej i bolesnej.

Czasami Roger myśli, że jest ostatnim żyjącym człowiekiem. Pracuje w biurze, gorączkowo próbując rozwikłać, co poszło nie tak, a ciała poruszają się wokół niego, rozmawiając, jedząc w kantynie, niekiedy odzywając się do niego i czekając, jak gdyby spodziewali się dialogu. Są tu ciała – gawędzący mężczyźni i kobiety, cywile i trochę wojskowych – ale żadnych ludzi. Jedno z nich, chirurg polowy, powiedziało mu, że cierpi z powodu zwyczajnego zaburzenia stresowego, poczucia winy ocalałego. Może i tak być, przyznaje Roger, ale to niczego nie zmienia. Bezduszne dni następują po bezsennych nocach i popadają w niepamięć, pył przesypuje się na drugą stronę klifu niczym piasek do niewykopanych mogił jego rodziny.

Wąska ścieżka biegnie wzdłuż zbocza płaskowyżu, tuż poniżej fundamentów miejskiej elektrowni, gdzie wielkie szczeliny buchają powietrzem ogrzanym przez radiatory reaktora jądrowego. Roger podąża ścieżką, żwir i pokruszony piaskowiec chrzęści pod jego znoszonymi butami. Obce gwiazdy mrugają w górze, formując nierozpoznawalne wzory, które mówią mu, że jest z dala od domu. Szlak opada, aż w końcu miasto staje się niewidocznym cieniem, majaczącym ponad i za ramieniem Rogera. Po jego prawej stronie rozciąga się oszałamiająca panorama, ogromna dolina ryftowa ze swym starożytnym miastem umarłych. Dalej wznoszą się obce góry o szczytach równie wysokich i pozbawionych powietrza jak nieczynne wulkany Marsa.

Jakieś pół mili od kopuły szlak okrąża skalną odkrywkę i ostro skręca w dół. Roger zatrzymuje się na zakręcie i spogląda na pustynię u swoich stóp. Siada, opiera się o nierówną powierzchnię klifu, i wyciąga nogi na ścieżce, tak że jego stopy zwisają ponad nicością. Daleko w dole martwa dolina jest poorana prostokątnymi zapadlinami; kiedyś, miliony lat temu, mogły one być polami, ale nic podobnego nie mogło przetrwać do dzisiaj. Są po prostu martwe, jak wszyscy inni na tym świecie. Jak Roger.

W kieszeni koszuli pomięta, cenna paczka papierosów. Drżącymi palcami wyciąga biały cylinder, wącha go, potem pstryka przy nim zapalniczką. Niedobór zmusił go do ograniczania się: przy pierwszym głębokim wdechu stęchłego dymu kaszle szorstkim, przenikliwym skrzekiem. Znakomicie zdaje sobie sprawę z ironii bycia ocalonym od raka płuc przez wojnę światową.

Wydmuchuje dym, cieniutką smugę rozwiewającą się nad urwiskiem.

– Dlaczego ja? – pyta cicho.

Pustka nie śpieszy się z udzieleniem odpowiedzi. Kiedy to robi, przemawia głosem pułkownika.

– Znasz powód.

– Nie chciałem tego robić – słyszy siebie wypowiadającego słowa. – Nie chciałem ich zostawiać.

Głos śmieje się z niego. Pod zwisającymi stopami Rogera na mile rozciąga się pustka.

– Nie miałeś wyboru.

– Właśnie, że miałem! Nie musiałem tu przybywać. – Przerywa. – Niczego nie musiałem robić – mówi cicho i bierze kolejny głęboki wdech śmierci. – Wszystko działo się automatycznie. Być może to było nieuchronne.

– … Uchronne – odpowiada echem odległy horyzont. Coś ciemnego i kanciastego prześlizguje się po gwiazdach, jak echo wymarłych pterozaurów. Turbowentylatory furczą w jego brzuchu, F-117 na łowach: patroluje, nie pozwalając się zbliżać pradawnemu złu, nieświadom, że bitwa już została przegrana. – Wiesz, twoja rodzina może być nadal żywa.

Spogląda w górę.

– Mogą? – Andrea? Jason? – Żywi?

Pustka śmieje się znowu, nieprzyjaźnie:

– Wewnątrz pożeracza dusz istnieje życie wieczne. Nikt nie zostaje zapomniany, nikomu nie pozwala się odpocząć w pokoju. Zasiedlają przestrzenie symulacyjne jego umysłu, badając wszystkie możliwe zakończenia ich życia. Wiesz, istnieje los gorszy od śmierci.

Roger nieufnie patrzy na papierosa, wyrzuca go daleko w nocne niebo nad równiną. Obserwuje, jak spada, aż jego żar przestaje być widoczny. Potem się podnosi. Przez długą chwilę stoi opanowany na skraju urwiska, zbierając siły i myśląc. Potem robi krok do tyłu, odwraca się, i powoli zmierza szlakiem z powrotem ku reducie na płaskowyżu. Jeśli jego analiza sytuacji jest błędna, przynajmniej nadal żyje. A jeśli ma rację, śmierć nie byłaby wyjściem.

Zastanawia się, dlaczego piekło jest tak zimne o tej porze roku.

 

Ⓒ Charles Stross
Ⓒ for Polish translation by Marcin Łukasiewicz

Opowiadanie pierwotnie pojawiło się w Spectrum SF #3 w roku 2000, zostało później przedrukowane w The Year's Best Science Fiction #18 Gardnera Dozoisa oraz w antologiach Strossa: Toast: And Other Rusted Futures (2002) oraz Wireless (2009). Znalazło się też na liście Lektur Rekomendowanych z roku 2000 serwisu Locus Online.


[1] Zatoczki dyspersyjne – rozproszone miejsca postojowe dla samolotów stacjonujących na obszarze walk; zwykle pokryte ziemią lub betonem dla ochrony przed wrogim atakiem z powietrza. (Wciśnij Backspace, by powrócić)

[2] ORBAT – ang. order of battle (porządek bitewny), schemat organizacyjny wojsk lub ich części. (Wciśnij Backspace, by powrócić)

[3] Komisja Churcha – komisja Senatu Stanów Zjednoczonych pod przewodnictwem senatora Franka Churcha; w latach 1975-76 badała ona legalność metod gromadzenia danych wywiadowczych przez CIA i FBI; więcej: en.wikipedia.org/wiki/Church_Committee. (Wciśnij Backspace, by powrócić)

[4] Poranek w Ameryce – powszechna nazwa skutecznej reklamy telewizyjnej zaczynającej się od słów "W Ameryce znowu nastał poranek". W 1984 roku reklama ta była częścią zakończonej reelekcją kampanii prezydenckiej Ronalda Reagana. Zdanie rozpoczynające jest w niej użyte w znaczeniu dosłownym (ukazuje ona ludzi w drodze do pracy), ale także jako metafora odnowy; więcej: en.wikipedia.org/wiki/Morning_in_America. (Wciśnij Backspace, by powrócić)

[5] Październikowa niespodzianka – w amerykańskim żargonie politycznym jest to nazwa wydarzenia mogącego wpłynąć na wynik wyborów. Wtorek po pierwszym poniedziałku listopada jest dniem wyborów powszechnych i dlatego wydarzenia rozgrywające się pod koniec października mają większe szanse wpłynąć na decyzje przyszłych głosujących; więcej: en.wikipedia.org/wiki/October_surprise. (Wciśnij Backspace, by powrócić)

[6] ELF – ang. Extremely Low Frequency, skrajnie niska częstotliwość, jeden ze standardów komunikacji stosowanych na statkach podwodnych. (Wciśnij Backspace, by powrócić)

[7] SIOP – ang. Single Integrated Operational Plan – zintegrowany plan operacyjny określający sposób wykorzystania amerykańskiego potencjału nuklearnego na wypadek wojny w latach 1960-2003. (Wciśnij Backspace, by powrócić)

[8] NRO – ang. National Reconnaissance Office, Narodowe Biuro Rozpoznania. (Wciśnij Backspace, by powrócić)

[9] DEFCON 1 – najwyższa gotowość bojowa; stopień ten jeszcze nigdy nie został ogłoszony, a zarezerwowany jest na wypadek ataku na siły USA poza granicami kraju lub ataku na terytorium USA. (Wciśnij Backspace, by powrócić)

[10] Ronnie – chodzi tu o prezydenta USA Ronalda Reagana. Autor odnosi się do rzeczywistego wydarzenia: 11 sierpnia 1984 roku prezydent Reagan przygotowywał się do przemówienia w radiu, w trakcie próby żartując do mikrofonu: "Rodacy, dziś z radością wam oznajmiam, iż podpisałem ustawę, która na zawsze wyjmie Rosję spod prawa. Rozpoczynamy bombardowanie za pięć minut"; więcej: en.wikipedia.org/wiki/We_begin_bombing_in_five_minutes. (Wciśnij Backspace, by powrócić)

[11] SAC – ang. Strategic Air Command, Dowództwo Lotnictwa Strategicznego. (Wciśnij Backspace, by powrócić)

 

Charles Stross

rocznik 1964, brytyjski pisarz tworzący na polu fantastyki, z wykształcenia farmaceuta oraz informatyk. W latach 70. i 80. aktywny erpegowiec (wykreował m.in. githzerai, githyanki czy slaady - rasy, które trafiły do gry AD&D). Debiutował w 1987 roku w magazynie Interzone opowiadaniem The Boys. Jego pierwsza powieść pt. Singularity Sky ukazała się w roku 2003 i została nominowana do nagrody Hugo. Jest autorem kilkunastu powieści i kilkudziesięciu krótszych utworów, wśród których znaleźć można historie alternatywne (cykl Merchant Princes) czy inspirowane twórczością H.P. Lovecrafta thrillery szpiegowskie (cykl The Laundry). W Polsce znany przede wszystkim z Accelerando (nagroda Locusa), oprócz tego wydano także Szklany dom (nominacja do Hugo) i kilka opowiadań, m.in. Betonową dżunglę (nagroda Hugo) i Nierównowagę sił (nagroda Locusa).




Czytaj również

Komentarze


Seji
   
Ocena:
+1
To jest fajne opowiadanie. :)

Pytanie do tlumacza, z ciekawosci: dlaczego "miniaturowy statek podwodny", skoro wojskowe jednostki to "okręty"? Tym bardziej, ze "miniaturowy okręt podwodny" to termin występujący, o ile wiem, w polskiej nomenklaturze.
14-11-2011 23:41
Malaggar
   
Ocena:
0
Zapewne stąd, że tłumacz nie zna różnicy między statkiem a okrętem ;)
15-11-2011 00:13
lemon
   
Ocena:
+1
Spodziewałem się uwag dotyczących tłumaczenia, w takim tekście zawsze znajdzie się coś, co można było zrobić lepiej. :)

Okręt niezbyt mi pasował na określenie jednostki pływającej, której - z opisu - najbliżej do batyskafu. Dlatego też, znając różnicę między statkiem a okrętem, zdecydowałem się na bardziej ogólne określenie.
15-11-2011 02:19
~Sulfur

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Znowu to beztalencie od Accelerando i belkotu transhumanistycznego. Zegnam ozieble.
16-11-2011 18:40
Scobin
    @Sulfur
Ocena:
+1
Twój komentarz falsyfikuje już sama notka biograficzna i zawarty w niej spis utworów, nie mówiąc nawet o tekście, który właśnie zamieściliśmy. :)
16-11-2011 22:36
~Sulfur

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Scobin, to chcesz mi powiedziec, ze nie napisal on Accelerando? Rozumiem ze dla kogos to moze byc wybitna literatura, ale dla mnie po tamtej ksiazce Stross to oszust i zwyczajny pajac.
19-11-2011 06:14
Scobin
   
Ocena:
0
Nie czytałem "Accelerando", natomiast odmawianie komuś zdolności do pisania wartościowych tekstów literackich po lekturze jednej jego książki jest... zawodne. :)
19-11-2011 07:52
kitsune
   
Ocena:
+1
Tak z ciekawości, w oryginale były T-56?

EDIT: Raczej się nie tłumaczy NATOwskich nazw kodowych, w prasie i literaturze spotykałem się tylko z Tu-95 Bear.
21-11-2011 15:08
lemon
    @kitsune
Ocena:
0

Tak, były T-56, to jest rzeczywistość alternatywna. Co do Tu-95 - Rosjanie mówią Медведь. ;) Ale dziękuję za zwrócenie uwagi, poszperam na ten temat, być może masz rację.

21-11-2011 20:06
kitsune
   
Ocena:
+2
"Bear" to kod NATO. Pierwsza litera oznaczała przeznaczenie samolotu. B - Bomber. Np. Bear, Backfire (Tu-22M), Blackjack (TU-160). Samoloty myśliwskie, wsparcia etc. mają analogicznie F - Fighter. Np. Flogger, Foxhound, Foxbat, Fishbed etc.

Ten bombowiec w Rosji chyba nie ma nazwy "Niedźwiedź" (czyli tak jak pisałeś: medved').

Co do T-56, dzięki. Właśnie byłem ciekaw czy to element fikcyjny czy autentyczny (obok wymienione są prawdziwe Migi-17, a dalej wykręcona wersja B-36, czyli B-39).
21-11-2011 21:59
Scobin
   
Ocena:
+1
Samoloty myśliwskie, wsparcia etc. mają analogicznie F - Fighter. Np. Flogger, Foxhound, Foxbat, Fishbed etc.

[absurdalny humor bez żadnego związku z tematem]
Jest jeszcze smartFox. :)
[/absurdalny humor]
21-11-2011 22:54
Seji
   
Ocena:
+1
"Ten bombowiec w Rosji chyba nie ma nazwy "Niedźwiedź" (czyli tak jak pisałeś: medved')."

Nie ma, o ile wiem - to jest po prostu Tupolew Tu-95.
21-11-2011 23:00
~lemon

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+1

Okej, dzięki za info. Wychodzi, że "Niedźwiedź" był błędem, ale nauka nie pójdzie w las. :) Ale, ale. Jak się podoba samo opowiadanie? Komentujcie, do tej pory tylko Seji na ten temat się wypowiedział.

[edit z 7.12.2013r.]

Przy okazji poprawek w formatowaniu po zmianach technicznych na Polterze zmieniłem tego nieszczęsnego niedźwiedzia. :) Jeszcze raz dziękuję za zwrócenie uwagi.

22-11-2011 15:59
kitsune
   
Ocena:
+3
Naprawdę dobre. Mity od innej strony, bardziej przerażającej. Więcej tu realizmu, a to tylko podkreśla apokaliptyczność zagłady.

Czy tylko mi się
narracja Strossa kojarzy z Gibsonem? Czas teraźniejszy, charakterystyczne opisy, fragmentaryczność.
23-11-2011 17:08
Aure_Canis
   
Ocena:
+1
A może PDF-ik, by siępo ludzku dało poczytać? : )
24-11-2011 08:25
~NLoriel

Użytkownik niezarejestrowany
    Geografia...
Ocena:
0
Coś mi tu nie gra... Najpierw "arktyczne słońce", potem "centrum Związku Radzieckiego", a potem Czernobyl? Nieuważnie czytałem, czy autor jest na bakier z geografią?
14-12-2011 20:12
lemon
    @ NLoriel
Ocena:
0
Takie kwestie z reguły rozstrzygam na korzyść oskarżonego. ;)
Widziałbym to tak: Roger patrzy na kilka zdjęć. Na jednym są jakieś jeziora, na innym kanał biegnący przez centrum ZSRR, na trzecim betonowe skrzynie w Czarnobylu. Ale faktycznie jest to niejasne.
15-12-2011 00:46
sanatok
   
Ocena:
+1
W końcu znalazłem czas, aby przeczytać. I jestem pozytywnie zaskoczony, czekam na powieść utrzymaną w takim klimacie.
22-12-2011 15:21

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.