» Fragmenty książek » Żelazny anioł

Żelazny anioł


wersja do druku

Cyrk osobliwości Miny Greene

Autor:
Żelazny anioł
Z okna swojego pokoju w tawernie Rachel Hael obserwowała, jak mała flotylla lekkich łodzi rybackich mija barkę na zakręcie rzeki. Krzyki krążących nad nimi mew przypominały ochrypły śmiech. Część ptaków przysiadła na rejach i wygrzewała się w popołudniowym słońcu. Krypa przewoziła piaskowiec z kamieniołomów Shale, znajdujących się dwadzieścia mil dalej w górę Coyle. Skiffy były miejscowe, a ich załogi trudniły się rabunkiem.

Rachel widziała poprzedniego ranka, jak złodzieje zastosowali tę samą taktykę wobec pałacowej barki z Dalamoor. Jej kapitan i marynarze byli tak zajęci wygrażaniem z rufy nieszczęsnym marynarzom odpowiedzialnym za korek na rzece, że nie zauważyli małego chłopca, który zakradł się do namiotu pilota.
Teraz Rachel obserwowała powtórkę wczorajszych wydarzeń. Pośród zamieszania, wrzasków, przekleństw i walenia pychami o kadłuby nikt nie dostrzegł młodego pływaka, który podciągnął się na rufę barki. Znalazłszy się na pokładzie, pomknął chyłkiem do sterówki. Chwilę później wypadł z niej i popędził z powrotem do burty, wpychając zwój papieru do nawoskowanej tuby.

Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę
Licencja kapitańska, domyśliła się Rachel. Gdy tylko statek przybije do portu, złodzieje zażądają za nią okupu. A kapitan będzie zmuszony zapłacić każdą cenę, inaczej przekonałby się, jak działa sprawiedliwość Avulsiora, i trafił na szafot, ponieważ Spine wprowadzili w Sandport stan wojenny.
Według nowego i ściśle przestrzeganego porządku prawnego miejscowi złodzieje i rozbójnicy dodali do swojej listy przestępstw szantaż i wymuszenia. Ostatecznie, Sandportczycy szukali zysku w każdej sytuacji.

Obecność tylu świątynnych asasynów w mieście przyprawiała Rachel o niepokój. Ona sama porzuciła skórzaną zbroję na rzecz gabardyny i drewnianych sandałów, a nawet, zgodnie z miejscową modą, wplatała koraliki we włosy, ale mimo to jej blada cera i intensywnie zielone oczy przyciągały wścibskie spojrzenia ludzi zamieszkujących to pustynne miasto. Widać było, że jest tutaj obca. Mimo wszelkich starań nadal wyglądała w każdym calu na zabójczynię Spine, tak jak ludzie, którzy teraz na nią polowali.
Dill oczywiście nie mógł wcale wychodzić z pokoju ani nawet pokazać się w oknie. Rachel i tak miała szczęście, że udało się jej przemycić go do samego serca Sandport, ale teraz nie mogła ryzykować. Obejrzała się na łóżko, na którym spał jej przyjaciel. Leżał na brzuchu, skrzydła miał złożone na plecach niczym skórzaną pelerynę. Nadal nosił poszarpaną kamizelkę kolczą, która niedawno kosztowała go życie. Jego miecz leżał na podłodze obok łóżka. Złoty jelec lśnił w blasku porannego słońca.
Tymczasem barka zbliżała się do jednego z pomostów, na którym już czekali dwaj urzędnicy Spine, żeby sprawdzić ładunek. Kapitan pozdrowił ich wesołym okrzykiem. Świątynni asasyni, odziani w czarne skóry, stali nieruchomo jak posągi i nie odpowiedzieli na powitanie.

Miasto Sandport wznosiło się nad przystanią rzędami domów z brązowej cegły suszonej na słońcu, niczym amfiteatr zbudowany wokół zakrętu rzeki Coyle. Nad stłoczonymi budynkami i ulicami wisiała cienka warstwa dymu z palonego łajna, który niemal zabijał odór gotowanych ryb i krabów płynący z portowych knajpek. Przez tłumy kłębiące się na targowisku Hack Hill maszerował oddział Spine, ignorując nawoływania kramarzy. Rachel w pierwszym odruchu cofnęła się od okna, ale zaraz sobie uświadomiła, że asasyni są za daleko, żeby ją rozpoznać.

W tym momencie usłyszała trzy stuknięcia do drzwi, a po nich kolejne dwa – umówiony sygnał.
Rachel wpuściła do pokoju właściciela tawerny.
Olirind Meer niósł tacę z dzbankiem wody, chlebem i dwiema miskami zimnej zupy rybnej. Postawił ją na stoliku przy oknie. Drobny, ciemnoskóry mężczyzna pochodził z małej wioski – czy też raczej faktorii – leżącej na północno-wschodnim krańcu Martwych Piasków. Włosy i brwi miał kruczoczarne, skórę barwy kory drzewa amarid; w jego żyłach płynęła krew nomadów.
– Kolejny dzień bez zapłaty – przypomniał wesołym tonem, pokazując w uśmiechu małe białe zęby.
– Bardzo to doceniam – odparła Rachel ze szczerą wdzięcznością. Meer chronił ich przed Spine od prawie tygodnia, choć pieniędzy zabrakło jej po pierwszych dwóch dniach. – Zapłacę ci, jak tylko będę mogła.
Właściciel tawerny zbyt jej obietnicę machnięciem ręki.
– Możecie zostać, jak długo potrzebujecie. Dla Ban-Heshette przyjaźń znaczy więcej niż zysk. W przeciwieństwie do tych chciwych sandport­czyków my spłacamy długi honorowe.

Rachel poznała Meera po rzezi w Hollowhill, gdzie pobiła żołnierza z Deepgate prawie na śmierć za to, co zrobił ze schwytanymi członkami plemienia. Jedna z tych kobiet była żoną Meera.
– Jak dzisiaj nasz anioł? – zapytał gospodarz.
– Bez zmian – odparła Rachel. – Cichy, ponury, wycofany. Myślę, że na swój sposób nadal próbuje uporać się z tym, co się stało. – Spojrzała na śpiącą postać. – Nie jestem pewna, czy kiedykolwiek w pełni dojdzie do siebie.
– Archonci są twardzi – stwierdził Meer. – Zaufaj opatrzności. Chłopak jest zdrowy, a to więcej, niż mogłaby oczekiwać większość ludzi po wizycie w Piekle. Zacznie mówić, kiedy będzie gotowy.

To Rachel była odpowiedzialna za obecny stan Dilla. Użyła anielskiego wina, żeby go wskrzesić, wyrwać jego duszę z Labiryntu, ale potem zmusiła go do przypomnienia sobie strasznych przeżyć. Jej pytania wydobyły na powierzchnię mnóstwo bolesnych wspomnień, które teraz prześladowały chłopca.
– Nie powinnaś winić siebie – powiedział Meer. – Masz inne zmartwienia na głowie. – Zawahał się. – Każdego dnia coraz więcej Spine przybywa sterowcami. W dodatku wyznaczyli sowitą nagrodę za schwytanie ciebie. Lepiej, żebyś nie wychodziła, bo w mieście już nie jest bezpiecznie.

Była asasynka pokiwała głową. Nie powinni tak długo siedzieć w Sandport, ale Dill potrzebował jedzenia, odpoczynku i czasu, żeby dojść do siebie po ciężkiej próbie, a Rachel nie wiedziała, gdzie indziej mogliby się udać. Martwe Piaski były bezlitosne dla podróżnych, tubylcze wioski nadal żywiły urazę wobec ludzi pochodzących z łańcuchowego miasta. Olirind Meer pozostał jedną z niewielu osób, którym mogła zaufać. Gdy Rachel ogłosiła swoje zamiary, anielica z bliznami, Carnival, tylko splunęła i opuściła ich bez słowa pożegnania. Choć wspólnie stawili czoło tylu niebezpieczeństwom, Rachel nie żałowała, że jej dawna nieprzyjaciółka odeszła. Carnival była nieprzewidywalna i groźna.
– Mam inny pokój na zapleczu. – Oberżysta zwilżył wargi. – Trochę mniejszy i bez okna, ale przez to jest przytulniejszy i bardziej... prywatny. Nikt was tam nie zobaczy, nie mówiąc o zadawaniu pytań. Już wiele razy pytano mnie o to, czy wasz obecny pokój jest wolny. Moja lepsza klientela bardzo go sobie ceni, rozumiesz. Podoba im się widok.

Rachel też lubiła tutejszy widok. Mogła bez przeszkód obserwować, kto zbliża się do gospody. Zamiana na ciemną klitkę bez okien była mało pociągającą perspektywą.
– Sprawiamy ci kłopot, Olirindzie? – zapytała. – Nie chciałabym, żeby twoje interesy ucierpiały z naszego powodu.
– Nie, nie, nie – zapewnił szybko gospodarz. – Interes idzie dobrze. Tym się nie przejmuj. Ja tylko myślałem o waszym bezpieczeństwie.

Ale Rachel zauważyła ostatnio różnicę w zachowaniu Meera. W miarę jak mijały dni, lekkim tonem, ale coraz częściej napomykał o swojej niepewnej sytuacji finansowej i obowiązkach wobec stałych gości, a jednocześnie podkreślał, jak się cieszy, że mógł oddać swoim gościom najlepszy i najdroższy pokój od południowej strony jako spłatę długu honorowego. Rachel podejrzewała, że gospodarz zaczyna się zastanawiać, czy dług już nie został spłacony. Mogła na to wskazywać stale zmniejszająca się ilość ryby w zupie, którą przynosił im każdego dnia.

Może i w żyłach Meera płynęła krew nomadów, ale w głębi serca stał się sandportczykiem.
– Jeszcze tylko kilka dni – powiedziała. – Potem na dobre zejdziemy ci z oczu.
Właściciel cmoknął z dezaprobatą.
– Nie chcę o tym słyszeć. Niech chłopak dochodzi do siebie w swoim tempie. – Uśmiechnął się szeroko i ruszył do drzwi. – Będę odprawiał natrętnych gości z całą zręcznością, z jakiej słynę. Jedz śniadanie.
– Dziękuję.
Po jego wyjściu Rachel zaniosła jedną miskę do łóżka i lekko potrząsnęła śpiącym.
– Dill?
Anioł drgnął i otworzył oczy. Kiedy się zorientował, gdzie jest, przerażenie zniknęło z jego twarzy.
– Straszny sen... – Westchnął, przeczesując dłonią włosy.
– Ten sam? – zapytała Rachel.
Dill pokiwał głową.
– Śniło mi się, że jestem tym pokojem. Ściany były moją skórą i kość­mi. Okna oczami. Krew płynęła przez drewniane żyły w deskach podłogi. Moje nerwy... Czułem, że chodzisz po mnie i... – Kiedy na nią spojrzał, jego oczy zmieniły barwę z białych na szare. – Meer? Był tutaj?
– Właśnie wyszedł.

Dill przez długą chwilę przypatrywał się swym dłoniom.
– On też mi się śnił.
– Mesmerysta?
– Był poza tym pokojem, poza mną, ale szukał sposobu, żeby wejść. Nie widziałem go, ale za każdym razem, kiedy wyglądałem przez okno, zauważałem coś dziwnego: dom, którego tam wcześniej nie było, nowy pomost na przystani, pochyłe drzewo. Są jakieś drzewa w Sandport?
– Nie – przyznała Rachel. – To był tylko sen.

Koszmary dręczyły Dilla od jego powrotu z Piekła. Śniło mu się, że staje się otoczeniem – czy to był pokój w Sandport, skamieniały zagajnik czy wydma na Martwych Piaskach. I zawsze w pobliżu ukazywała się ta sama postać, tyle że za każdym razem przebrana za inny element krajobrazu. Anioł zaczął nazywać ją mesmerystą, choć nie potrafił powiedzieć, skąd wziął to określenie.
– Musisz coś zjeść. – Rachel podała mu miskę. Zauważyła, że jest w niej niewiele więcej poza mlekiem. – I powinniśmy pomyśleć o opuszczeniu tego miejsca. Nie wiem, jak długo jeszcze możemy ufać Meerowi.

Dill wyglądał na wyczerpanego.
– Dokąd pójdziemy? – zapytał.
– Byle dalej od Spine. Okręt misjonarzy Głos Herolda opuścił Clune dwa tygodnie temu i powinien przybyć do portu w każdej chwili. Po wprowadzeniu stanu wojennego przez Spine to może być ostatni świątynny statek, który wyruszy na Żółte Morze. Misjonarze mają swoje osiedle w wiosce Baske, sto dwadzieścia mil na wschód od delty Pocked. Gdyby Herold nas zabrał, bylibyśmy tam bezpieczni.
– Kapłani obroniliby nas przed Spine?
– Mogliby obronić ciebie – odpowiedziała Rachel. – Jesteś zbiegiem, ale jednocześnie aniołem, a ja nie wyobrażam sobie, żeby kapłanom z Deep­gate podobały się ostatnie rządy Spine. – Zastanawiała się przez chwilę. – Tak, jestem pewna, że wzięliby cię pod ochronę.
– A co z tobą?

Gdzieś w górze zahuczał sterowiec. Rachel słuchała go przez chwilę, ale jej uwagę przyciągnęły inne, bliższe odgłosy – zamieszania na ulicy. Podeszła do okna.
Nabrzeżem przed gospodą toczył się z turkotem kolorowy wóz ciągnięty przez wołu. Miał czerwony dach, boki z żółtych listew i koła z jaskrawozielonymi i złotymi szprychami. Wzdłuż jednego boku biegł napis: „Magiczny Cyrk Greene: Poznajcie przerażające okropieństwa Irilu!”. Wokół tłoczyła się gawiedź, biegnąc za pojazdem w stronę centrum miasta. Rachel domyśliła się, że wóz zapewne zjechał z którejś barki w głębokim porcie, który znajdował się za półwyspem poza zasięgiem jej wzroku. Dziwne. Normalnie ta przystań była używana wyłącznie przez wojska Deepgate przybywające z oddalonych lądowisk sterowców. Po chwili zauważyła nabazgraną notatkę przypiętą do tyłu wozu i wstrzymała oddech.

„Obejrzyjcie dziś wieczorem śliniącego się, zmiennokształtnego demona z Labiryntu!”.
Gapie trajkotali z podnieceniem. Grupki bosych dzieci biegły przed wozem, ścigając się z krzykiem i klaszcząc w ręce. Rachel usiadła na parapecie i patrzyła, jak drewniany wehikuł pnie się na wzgórze i znika w plątaninie uliczek otaczających Plac Targowy.
Wędrowni magicy i gabinety osobliwości były znane w Sandport. Z Clune i Dalamoor czasami przybywali szamani i taumaturdzy z prawdziwym rogiem obfitości niepokojących obiektów zakonserwowanych w słoikach. Ale Rachel nigdy nie słyszała o kimś, kto by twierdził, że jest w posiadaniu prawdziwego demona. Zmiennokształtny?
Przybycie wozu cyrkowego i powracające sny Dilla to za dużo jak na zwykły zbieg okoliczności, uznała Rachel.
– Wychodzę – oznajmiła.
Ale Dill już zdążył zasnąć.

Zanim dotarła na Plac Targowy, słońce schowało się za niskimi domami i niebo lśniło jak łuski złotej rybki. Mistrzyni ceremonii, młoda kobieta, właśnie kończyła przygotowywać pokaz. Na brązowych płytach chodnikowych pośrodku placu urządziła prowizoryczną scenę z ­karmazynowych desek ustawionych obok wozu. Wokół niej zebrał się spory tłumek, podczas gdy inni gapie ustawili się dalej, w cieniu okolicznych budynków. Nad rynsztokami, w których gniły owoce po cotygodniowym targu, bzyczały roje much.

Sandportyczycy siedzieli na progach domów i sączyli wino figowe. Spośród publiczności kobieta zwerbowała do pomocy dwóch krzepkich mężczyzn, żeby wyładowali dużą skrzynię z tyłu wozu. Tymczasem ona sama stała z boku, trzymając na rękach małego psa. Według jej wskazówek dwaj pomocnicy ściągnęli skrzynię po kilku stopniach i wnieśli ją na scenę, obserwowani przez ciżbę.
Rachel odruchowo powiodła wzrokiem po zbiegowisku, wypatrując kieszonkowców, zanim sobie przypomniała, przecież nie ma żadnych pieniędzy. Uśmiechnęła się i skierowała uwagę z powrotem na zbliżający się spektakl.
Właścicielka cyrku była młodą, smukłą kobietą o ciemnych włosach opadających gęstymi, ciężkimi splotami na szczupłe plecy. Owalna twarz i ciemne oczy wskazywały na dalamoorskie pochodzenie, ale dziewczyna miała skórę jaśniejszą niż większość mieszkańców północnej pustyni. Jaskrawą, nawet trochę krzykliwą suknię w kolorach tęczy ozdobiła szklanymi paciorkami.

Gdy pomocnicy ustawili skrzynię i zeszli na plac, kobieta posadziła ulubieńca na jednym ze stopni wozu, a następnie odwróciła się do widowni i uniosła ręce, żeby ją uciszyć.
– Witajcie! – zawołała radosnym głosem, w którym wyraźnie pobrzmiewał akcent z Deepgate. – Nazywam się Mina Greene i przyjechałam do Sandport, żeby pokazać wam magię, cuda i dziwy! Jeśli zaciekawi was to, co teraz zobaczycie, opowiedzcie o tym rodzinom i znajomym. A jeśli widowisko przyprawi was o mdłości albo przerazi, i tak o nim opowiedzcie. Komukolwiek. Tylko na pewno.
Tłum odpowiedział śmiechem.
– I proszę, wróćcie po zmierzchu, bo to, co zobaczycie, teraz będzie zaledwie przedsmakiem mojego cyrku. Podróżowałam na krańce świata, szukając osobliwości, i dziś wieczorem pokażę je, żeby sprawić wam przyjemność. – Mówiła jak dziecko czytające z kartki, którą sobie wcześniej przygotowała. – Mam duchy i stwory z Labiryntu uwięzione w bursztynie, trupy demonów z mrocznych głębi Piekła, a nawet kości bogów i kamienne potwory spod ziemi.
– Tak, widzieliśmy to wszystko w zeszłym roku! – krzyknął jeden z gapiów.

Jego słowa wywołały gromki śmiech.
Mine Greene zmarszczyła brwi i tupnęła nogą.
– Tak, istoty pozszywane z kilku innych, imitacje. Słoiki z trytonami i małymi pająkami, zakonserwowane gicze wołowe. Widzieliście je tutaj, prawda? – Chyba sobie uświadomiła, że traci panowanie nad sobą, bo uczyniła wysiłek, żeby powściągnąć gniew. – Ale ja pokażę wam dzisiaj prawdziwe monstra. Żadnych sztuczek ani oszustw, tylko żywe, oddychające demony. – Skończyła przemowę ukłonem tancerki. – Obejrzyjcie okropieństwa Labiryntu!
Uniosła wieko skrzyni, sięgnęła do środka i pomajstrowała przy wewnętrznym zamku. Cztery boki rozłożyły się niczym płatki kwiatu.
Przez tłum przebiegło głośne westchnienie. Kilka osób cofnęło się gwałtownie. Rachel, która stała nieco z boku, z twarzą częściowo zasłoniętą jedwabnym szalem, dopiero wtedy zobaczyła wyraźnie, co spowodowało takie poruszenie. Poczuła, że żołądek podchodzi jej do gardła.

– Ten potwór został schwytany w Deepgate cztery dni temu – oznajmiła Greene. – Avulsior Spine pozwolił mi, skromnej artystce estradowej, pokazać go tutaj i przestrzec was przed prawdziwymi niebezpieczeństwami Labiryntu. Spójrzcie na jego członki, zobaczcie, jak płacze i cierpi. Oto, co się dzieje z heretykami i bluźniercami.
Czyżby Spine wynajęli ją, żeby głosiła ich nauki? Rachel zastanawiała się, czy Mina Greene wierzy w choć jedno słowo z kłamstw Avulsiora, czy po prostu zgodziła się pracować dla niego w zamian za to nieszczęsne stworzenie.

Na pierwszy rzut oka trochę przypominało dziecko, ale Rachel nie widziała dokładnie, w jaki sposób powykręcane ręce i nogi łączą się z tułowiem. Niektóre części ciała wyglądały, jakby zrobiono je z tego samego drewna, co skrzynię. Mięśnie i kości były przemieszane z jasnymi sosnowymi deszczułkami. Wodniste, załzawione oczy łypały z wyraźnym strachem z bezwłosej czaszki. Z zaślinionych ust wydobywało się żałosne zawodzenie. Rachel odwróciła się z odrazą i przerażeniem.

Jak Spine mogli się zniżyć do czegoś takiego?
Zaczęła się cofać przez tłum. Ale przedstawienie jeszcze się nie skończyło. Najgorsze dopiero miało nastąpić. Mina Greene uniosła ręce i zwróciła się do publiczności:
– To okropieństwo, kiedy zostawi się je samo, próbuje upodobnić się do swojego otoczenia. Widzicie, jak skopiowało skrzynię? Jest jak nasienie, z którego nie wiadomo co wyrośnie. A teraz patrzcie uważnie.
– Nie! – Istota zawyła głosem zdławionym przez ślinę. – Proszę, nie rób tego.
Rachel obejrzała się i zobaczyła, że Greene pochyla się nad stworem i coś do niego szepcze. To, co ujrzała w następnej chwili, sprawiło, że zatrzymała się w pół kroku.
Stworzenie zaczęło się zmieniać. Jego członki się wydłużyły, głowa zapadła się w szyję niczym bańka z różowego błota. Na oczach osłupiałej ciżby tors istoty napęczniał i rozpadł się na dwa amorficzne kawałki. Te z kolei rozciągnęły się i spłaszczyły. Jednocześnie pociemniała skóra.

Wśród publiczności rozległy się krzyki strachu i odrazy, a potem zapadła cisza. Nikt w tłumie nie wypowiedział ani jednego słowa.
Transformacja na scenie dobiegła końca. Na miejscu odrażającego zlepka mięśni i kości stało zwyczajne drewniane krzesło. Greene przyciągnęła je sobie i usiadła.
– Wszyscy macie je w domach, prawda? – zagaiła. – Mam na myśli krzesła, nie demony. Cóż, tego lepiej nie próbujcie. – Wyjęła nóż z fałd kolorowej sukni i dźgnęła drewno między swoimi nogami.

Z uszkodzonego siedziska trysnęła na scenę krew, a towarzyszył temu osobliwy dźwięk, jakby dalekie echo krzyku. Zmiennokształtny zachował świadomość i czucie?
– Oto jak się tworzy demony – ciągnęła Greene. – To rodzaj mesmeryzmu, a są w Labiryncie istoty, które wykorzystują takie techniki, żeby nadać waszym duszom dowolną formę. – Dyskretnie zerknęła na kartkę przybitą do boku wozu. – Labirynt Krwi to stosowna nazwa – mówiła dalej przesadnie dramatycznym tonem – bo jego korytarze są wcieleniami żywych dusz. Martwi nie wędrują po Piekle; oni są cegłami i zaprawą, z których jest zbudowane. – Wstała z krzesła i wykonała kolejny teatralny gest. – Iril jest zarówno Labiryntem, jak i roztrzaskanym bogiem, który w nim mieszka. Podobnie, kiedy umarło to żałosne stworzenie, stało się na zawsze częścią Labiryntu, żywym, oddychającym, myślącym kawałkiem Piekła. – Przez chwilę obserwowała publiczność. – I co, widzieliście kiedyś taki pokaz?

Rachel przepchnęła się przez tłum i szybkim krokiem ruszyła z powrotem do tawerny. Wokół krążyło tylu agentów Spine, że wiele ryzykowała, biorąc udział w tego rodzaju publicznych spektaklach. Słowa Miny Greene rozbrzmiewały echem w jej głowie. „To rodzaj mesmeryzmu... Są w Labiryncie istoty, które wykorzystują takie techniki, żeby nadać waszym duszom dowolną formę”.
Czyżby młody anioł padł ofiarą tych niecnych mesmerycznych sztuczek? Co się właściwie z nim stało? Próbowała odpędzić od siebie ponure myśli, ale obraz płaczącego stworzenia na scenie pobudzał jej wyobraźnię.
„Część Labiryntu – żywy, oddychający, myślący kawałek Piekła”.

Spiesząc mrocznymi uliczkami, uskakiwała przed strumieniami cuchnącej brązowej wody wylewanej przez drzwi ceglanych domów i zastanawiała się, w jaki sposób demon Miny Greene w ogóle znalazł się w Deepgate. Zjawy i upiory od zawsze nawiedzały ciemne zaułki łańcuchowego miasta, ale to były eteryczne istoty, widziadła przyciągane przez niegdysiejszą przemoc i rozlaną krew. Natomiast ten zmiennokształtny miał ciało. Jeśli kobieta mówiła prawdę...
Może ostatnie żniwo śmierci doprowadziło do większego i trwalszego pęknięcia między miastem a Labiryntem Krwi? Przecież zginęły dziesiątki tysięcy ludzi, kiedy Alexander Devon przyprowadził swoją monstrualną machinę pod bramy Deepgate. Rachel niezbyt obchodziło, co się stało z uszkodzonym miastem, ale kiedy ostatnio je widziała, wyglądało, jakby zaraz miało spaść w otchłań.
– Panno Hael!

Omal nie wpadła na Olirinda Meera, który wyskoczył z bocznej uliczki. Spocony i potargany, zatrzymał się raptownie, najwyraźniej zaskoczony jej obecnością.
– Co pani tutaj robi? – spytał tonem, w którym pobrzmiewała panika. – Już prawie ciemno. Dlaczego nie jest pani w swoim pokoju?
– Ciszej, Olirindzie, proszę. Musiałam wyjść. Miałam coś do załatwienia.
Właściciel gospody obejrzał się za siebie i wrócił spojrzeniem do Hael.
– Szybko – wyszeptał. – Musi pani natychmiast ze mną wrócić. Wszędzie jest pełno Spine.
– Nie możemy pozwolić, żeby nas razem widziano – rzuciła Rachel przez ramię, wymijając oberżystę. – Porozmawiamy później.
Zostawiwszy Meera oszołomionego na skrzyżowaniu, popędziła do tawerny.

Kiedy weszła do pokoju, Dill siedział na skraju łóżka i wpatrywał się w swój miecz. Nawet nie tknął miski z zupą.
– Czuję się lepiej – powiedział. – Przepraszam, że byłem ostatnio... nieobecny.
– Wynosimy się stąd natychmiast – oznajmiła Rachel.
Anioł przyjął jej decyzję bez słowa protestu.
– Odkryłaś coś, kiedy cię nie było?
– Tylko to, że Olirind Meer jest podłym łajdakiem. Myślę, że właśnie nas zdradził. – Rachel otworzyła szafę i wyjęła z niej worek ze skórzaną zbroją i nożami. – Spotkałam go na ulicy. Wracał biegiem najprawdopodobniej z rezydencji Avulsiora i nie wyglądał na szczęśliwego, kiedy mnie zobaczył.
– Może przypadkiem był w tej części miasta w swoich sprawach, a kiedy cię zobaczył, zmartwił się, że ktoś cię zauważy.
– Już wcześniej nieraz mijaliśmy się na ulicy, a on dobrze wiedział, że powinien patrzeć w inną stronę. Pozwalał sobie jedynie na przelotne spojrzenie, żeby się nie narazić, gdybym została złapana. – Rozłożyła skórzaną kamizelkę i spodnie na łóżku, a potem otworzyła szufladę komody i zaczęła luzem wrzucać ubrania do pustego worka. – Ale tym razem nie sprawiał wrażenia przestraszonego, że ktoś nas razem zobaczy. Nawet zaproponował, że odprowadzi mnie do tawerny. – Rachel prychnęła. – Bardziej się martwił, że nie siedzę bezpiecznie w pokoju, gdzie mógłby...
Nagle umilkła i zaczęła nasłuchiwać, a następnie podbiegła do drzwi i przekręciła gałkę. Drzwi nawet nie drgnęły.

– Cholera! Ktoś tutaj przychodził, kiedy mnie nie było? Dill, widziałeś, żeby ktoś majstrował przy futrynie?
– Ja... – Anioł miał bezradną minę. – Nie wiem Spałem.
– Szykuj się do lotu. Wyruszamy natychmiast.
Ale gdy tylko Dill wstał z łóżka, sufit się zawalił, a na ich głowy posypał się pokruszony tynk. Coś ogromnego i metalowego przebiło dach i utknęło w deskach podłogowych. Przez chmurę pyłu Rachel dostrzegła łańcuch i giętką rurę wychodzącą z otworu w górze. Potem usłyszała cichy syk i zrozumiała, co się dzieje.
– Gaz – krzyknęła. – Wstrzymaj oddech.

Aeronauci z Deepgate nazywali je szperaczami. Wystrzeliwane ze sterowców wojennych ogromne żelazne harpuny skutecznie dostarczały toksyczne gazy do zamkniętych budynków. Użyto ich na pustyni, żeby wpuścić gaz wapienny do podziemnej sieci tuneli Heshette. Zabito w ten sposób tysiące nomadów bez konieczności lądowania choćby jednym sterowcem. Możliwe, że właśnie teraz wisiał nad nim taki statek i pompował niewidzialne opary do pokoju. Gaz wydostawał się przez otwory w trzonie, a kolce znajdujące się na całej jego długości można było dowolnie przesuwać, żeby zwiększyć precyzję działania pocisku. Pieczętowanie drzwi polegało na rozprowadzeniu na framudze roztworu chemicznego, który pienił się i pęczniał w kontakcie z katalizatorem w formie oparu.

Rachel przeklinała w duchu własną głupotę i łajdaka Meera za zdradę. Dlaczego mu zaufała? Dlaczego w ogóle komuś zaufała w tym przeklętym mieście?
Spine wiedzieli, że usłyszałaby ich kroki w korytarzu, dlatego wykorzystali jej ostatnie wyjście, żeby przygotować zasadzkę. I przewidzieli, że będzie musiała uciekać przez okno. Przebicie się przez ściany albo podłogę trwałoby zbyt długo.

Wstrzymując oddech, Rachel otworzyła okna i szybko uskoczyła w bok. Spodziewany grad bełtów nie zasypał pokoju. Na ulicy nie było żadnych Spine? Żadnych kusz wycelowanych w tawernę? Co to oznaczało? Jeszcze nie zaczerpnęła toksycznego powietrza, a już była oszołomiona i zdezorientowana. Czyżby Spine zastosowali truciznę działającą na rogówkę oka? Hael odwróciła się do Dilla, ale młody anioł już leżał na podłodze tuż obok syczącego metalowego pocisku.
Rachel przyciągnęła go bliżej okna, choć nie wiedziała, czy jej przyjaciel jeszcze żyje. Drugi atak na razie nie nastąpił, więc czepiała się nadziei, że świątynni asasyni postanowili wziąć ofiary żywcem.

Anioł okazał się cięższy, niż przypuszczała. Zauważyła, jak bardzo urosły mu skrzydła i jaki szeroki ślad zostawiały na zakurzonej podłodze. Po tym wysiłku musiała go zostawić i wychylić się przez okno, żeby zaczerpnąć tchu. Do jej nozdrzy dotarł zapach gazu. Zakrztusiła się, ale nie rozpoznała toksyny.
Coś nowego?

Sądząc po skutkach, jakie wywołał jeden mały wdech, była to substancja silniejsza, niż Rachel się spodziewała. Przystań Sandport zakołysała się przed jej oczami – rój światełek na ciemnej rzece. Zobaczyła, że maszty się chwieją, a budynki zlewają w jeden w ostatnich czerwonych promieniach zachodzącego słońca. Gdzieś w górze huczał sterowiec.
Lecieli wysoko, żebym nie usłyszała silników, pomyślała. I straciła przytomność.



Czytaj również

Żelazny anioł - Alan Campbell
Kodeks Deepgate bez łańcuchów
- recenzja
Bóg zegarów - Alan Campbell
Ostatnie tik-tak
- recenzja
Noc blizn - Alan Campbell
Krwawe anioły
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.