» Recenzje » Zaspać na Sąd Ostateczny

Zaspać na Sąd Ostateczny


wersja do druku
Zaspać na Sąd Ostateczny
Rozwikłać spisek, pognębić wrogów i uratować kobietę – te klasyczne motywy stanowią samograj wykorzystywany we wszelkich odmianach literatury, gdyż po  modyfikacjach, czynów tych może dokonać każdy bohater – od Conana począwszy, na Odysie kończąc. W Zaspać na Sąd Ostateczny, tomie zamykającym trylogię o niesztampowym aniele Bobby’m Dolarze, Tad Williams przedstawia własną interpretację kanonicznego tria w typowym dla siebie stylu – śmieszy, tumani, przestrasza, lecz przede wszystkim porusza i zaskakuje.

Z Dolorielem rozstaliśmy się w momencie, kiedy odbył swą Nykeię, powróciwszy z otchłani Piekła bez Eurydyki (a właściwie hrabiny Casimiry Ziemnorękiej), lecz z wiedzą pozwalającą mu na zrozumienie niebiańsko-demonicznych konszachtów. Teraz, pokiereszowany duchowo i cieleśnie, wznawia walkę ze swym najważniejszym wrogiem – eforem Anaitą, która razem z księciem Eligorem Jeźdźcem stworzyła Kainos, alternatywne dla Raju i Gehenny miejsce dla dusz, którego owiane tajemnicą istnienie jest łamiącą boskie i szatańskie prawa aberracją. Bobby skupia się przede wszystkim na poszukiwaniach rogu upadłego arystokraty, lecz jednocześnie próbuje dociec, posiłkując się wiedzą i umiejętnościami zarówno wypróbowanych sojuszników, jak i istot, których lojalność jest zdecydowanie wątpliwa, jaka jest prawdziwa tożsamość darzącej go wyjątkową nienawiścią anielicy. Tropy, na jakie wpada, prowadzą go ku pradawnym, pogańskim mocom i zakazanym rytuałom, a wejście w świat orientalnej mitologii okaże się najniebezpieczniejszą z jego przygód.

W Szczęśliwej godzinie w Piekle prawie przez całą fabułę protagonista samotnie zmagał się z iście dantejskimi koszmarami, jakich przyszło mu doświadczać w kolejnych kręgach piekielnych. Tym razem działa w zespole, skonstruowanym wedle prawideł rządzących doborem wielozadaniowej drużyny, której każdy członek pełni ściśle przypisaną rolę. W ten nieco już myszką trącący schemat Williams wprowadził zmiany, celowo bawiąc się tropami i zapraszając czytelnika do szarady polegającej na rozpoznawaniu kolejnych klisz i zapożyczeń, a jednocześnie puszczając doń oko, łączy je w sposób zaskakujący. Oksana i Malina, nieco infantylne ukraińskie emigrantki wielbiące broń (im większą, tym lepszą), które jednocześnie stanowią kolejne ogniwo długiej linii wywodzących się ze Scytii amazonek zaprzysiężonych zemście; znany już z poprzednich tomów anioł Clarence, nadgorliwy fajtłapa próbujący odkupić dawną zdradę oraz jego życiowy partner Wendell, mózgowiec o umiejętnościach agenta sił specjalnych, tworzą zaskakująco niedopasowaną, lecz znakomicie ze sobą współpracującą mieszankę wybuchową, której zapłonem jest Doloriel. Nie należy zapominać o postaciach  od dawna wspierających Bobby’ego takich jak świniołak George, anielski stary wyga Sam, madziarski rusznikarz i mechanik tajemniczej proweniencji zwany Orbanem, archanioł Temuel szefujący głównemu bohaterowi i wielu, wielu innych – panoptikum person ukazanych na kartach Zaspać… jest naprawdę imponujące.

Niebiańskiemu adwokatowi nie sposób odmówić charyzmy, posiada ją w ilościach, którymi można by było obdzielić co najmniej kilkanaście postaci. Podobnie jak pozostałe wykreowane przez pisarza persony, skonstruowany został z połączenia częstokroć sprzecznych ze sobą cech charakteru. Jest twardym cynikiem, w swej opowieści (podobnie, jak w dwóch pierwszych częściach cyklu narrację prowadzi złotousty anioł) przyjmującym ton kumpelsko-sowizdrzalski, by za chwilę zostać poetą opiewającym piękno muzyki sfer i ucieleśnieniem wrażliwości w przejmujący sposób opisującym kakofonię emocji, których doświadcza. Jest duszą towarzystwa i samotnikiem; intelektualnym geniuszem, potrafiącym znaleźć wyjście z każdej sytuacji, a jednocześnie romantycznym idiotą, czego dowodzi wątek miłosny dotyczący relacji Brudnego Bobby’ego z arcydemonicą i femme fatale Cas wyglądający na zaczerpnięty z taniego melodramatu, którego nie ratują humorystyczne wtręty.

Wedle podobnych zasad stworzono wielu protagonistów odcinkowych urban fantasy, jak chociażby Harry Dresden, Matthew Swift czy też Felix Castor, można więc zadać pytanie, cóż takiego sprawia, iż bezkompromisowy anioł godzien jest uwagi równej lub nawet większej niż jego literaccy koledzy. Przyczyn jest wiele, a na pierwszym miejscu wymieniłabym bezpretensjonalną erudycję Williamsa, który obdarzył swojego protagonistę pokrewnym mu talentem. Doloriel żonglujący łacińskimi cytatami, od niechcenia wplatający w swoją historię informacje z różnych dziedzin wiedzy, cytaty i nawiązania literackie, zestaw klasyki jazzu, bluesa i rocka et cetera, zaskakuje swym wyrafinowaniem. Nie jest tak psychicznie pokiereszowany jak bohater Griffin, lecz dzieli z nim wrażliwość i poczucie humoru, zaś od maga-detektywa wykreowanego przez Butchera różni go przede wszystkim wiedza i kulturalny sznyt wykraczający daleko poza amerykańskie normy. Sylwetka Dolara może również budzić skojarzenia z bohaterami ukazanymi na kartach niebiańsko-demonicznych historii Kossakowskiej, lecz jej skrzydlaci mają mniej skomplikowane portrety charakterologiczne, które w dylogii Siewca wiatru/Zbieracz burzy ulegają uproszczeniu, zaś Bobby to anioł pełnokrwisty i wielowymiarowy (sic!).

Przedstawiona w poprzednich tomach genealogia anielskich bytów opierała się na biblijnym wzorcu, który Williams urozmaicił nieco własnymi konceptami, jednak nie na tyle, by jego wizja drastycznie odbiegała od starotestamentowego opisu. Teraz złamał tę zasadę, ujawniając, iż grono niebiańskiej elity zasilić może „nawrócona” perska bogini, która, wedle interpretacji pisarza, w okresie swej prosperity bynajmniej nie należała do łagodnych i miłosiernych. Takich reinterpretacji schematów można znaleźć w ostatnim tomie trylogii znacznie więcej, niektóre z nich utrzymane są w żartobliwym tonie, jak chociażby wątek neonazistowskich okultystów z Frakcji Czarnego Słońca, pragnących zapanować nad światem. Inne zbudowano wokół naukowo-mistycznego trzonu – podsuwające Dolarowi nowe tropy opowieści doktora Karla Gustibusa to wariacja na temat lekcji udzielanych przez wszechwiedzącego mentora gorliwemu uczniowi, lecz ze względu na poziom inteligencji obu interlokutorów zyskują one nową jakość. Williams zanurza się również w świecie mitów, legend i baśni, wykorzystując zarówno przedstawiony w nich bestiariusz, jak i tworząc nowe, oryginalne monstra, w których można się dopatrzyć lovecraftowskich inspiracji, symboliki rodem z Poego, odkurzonych dziecięcych koszmarów, a także całego spektrum lęków – od arachnofobii poczynając. Efektem tego mariażu są istoty, które, drażniąc podświadomość, budzą niepokój.

Ich działające na wyobraźnię opisy będące efektem niczym nieograniczonej fantazji pisarza wiele zawdzięczają jego darowi malowania słowem i traktowaniu przezeń języka jako formy, którą można dowolnie kształtować. Synonimy, wariacje słowotwórcze i znaczeniowe, a także intertekstualne nawiązania sprawiają, iż powieść staje się panegirykiem słowa jako sztuki. I niezaprzeczalnie laur należy się tłumaczowi, Januszowi Szczepańskiemu, który potrafił oddać wszystkie te niuanse, nie gubiąc ich mocy – przeinaczanie miana przywódcy Sonenrad, Baldura von Reinamma wyszło mu znakomicie, podobnie jak polska wersja słów Dolara na widok jego nowego środka transportu: „skoro nie można mercedesem, to lepiej tak niż perpedesem”.

Bogactwo szczegółów dotyczy również wizji świata przedstawionego w powieści. Zarówno realia San Judas, jak i przepych Krainy Wiecznej Szczęśliwości, a także sielankowe piękno stworzonego przez Anahitę i Eligora Kainos, gwałtownie przeradzające się w antyutopijny koszmar opisano z dbałością o każdy detal, tworząc godne fabuły tło. Ta zaś do prostych nie należy – meandruje, pączkują z niej kolejne odnogi, dodatkowo akcja cechuje się nieszablonową dynamiką, gdy Williams wirtuozersko stopniuje napięcie, prowadząc czytelnika przez cykl kulminacji, a każda z nich wydaje się nie do przebicia – aż do momentu, kiedy pojawia się kolejna. A bezpośrednio po nich autor wprowadza sceny łagodzące ich wydźwięk, słowa-odgromniki i humorystyczne dialogi, rozładowujące nadmiar emocji.

Zaspać na Sąd Ostateczny to powieść, którą można pochłonąć w jeden wieczór i przeżyć emocjonalny wstrząs lub też delektować się nią przez wiele dni, odmierzając dawki wywołujące nie aż tak spektakularny efekt. To historia, do której będzie się wielokrotnie wracać, za każdym razem odkrywając w niej nowe wartości, a jednocześnie rozrywka najwyższej próby, quod erat demonstrandum.

9.0
Ocena recenzenta
-
Ocena użytkowników
Średnia z 0 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 1
Mają w kolekcji: 0
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Zaspać na Sąd Ostateczny (Sleeping Late on Judgement Day)
Cykl: Bobby Dolar
Tom: 3
Autor: Tad Williams
Tłumaczenie: Szczepański Janusz
Wydawca: Rebis
Data wydania: 26 lipca 2016
Liczba stron: 512
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-8062-031-5
Cena: 37,90 zł



Czytaj również

Serce Cienia - Tad Williams
Finis coronat opus
- recenzja
Kamień rozstania - Tad Williams
Psycholog w krainie czarów
- recenzja
Powrót cienia - Tad Williams
W paszczy szaleństwa.
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.