» Fragmenty książek » Xięgi Nefasa. Trygław - władca losu

Xięgi Nefasa. Trygław - władca losu


wersja do druku

Xięgi Nefasa. Trygław - władca losu

Owej majowej Nocy Poczęcia usiłowałem przypomnieć sobie drogę do Białych Wzgórz i ukrytej w nich świątyni Trygława. Kiedy niespełna dwa lata wcześniej przemierzałem ją z tajnym ostrzeżeniem od Bolesława, prowadził mnie przewodnik. Teraz byłem sam. Nie miałem żadnej pewności, czy kapłani nie przenieśli swej siedziby, czy nie zaszyli się w głębi puszczy z dala od bezwzględnych siepaczy biskupa Baldwina.

Noc była jasna i upalna. Dobiegał mnie szum rzeki, znak, że idę właściwą drogą. Las, który mnie otaczał, pomrukiwał, pohukiwał i szeleścił, jakby usiłując odwieść mnie od powziętego zamiaru. Jakieś zwierzę czmychnęło mi spod nóg, w oddali zawył wilk, i począłem żałować, że nie zabrałem ze sobą Żmija. Pies dodałby mi otuchy i nie pozwoliłby mnie skrzywdzić. Nie miałem przy sobie broni, nawet noża, i uświadomiłem sobie, jak nieroztropnie wybrałem się w drogę. Wbrew zakazowi księcia, bez żadnej ochrony, za to z sakiewką wypchaną pieniędzmi.

Ogarnęły mnie wątpliwości. Czy słusznie postępuję? Czy nie wystawiam siebie i Bolesława na nadmierne niebezpieczeństwo?

Przypomniały mi się zasłyszane na jarmarkach i w gospodach pełne trwogi opowieści:

- Nigdy, przenigdy nie patrz kapłanom Trygława w oczy.

- Strzeż się! Przenikają najtajniejsze myśli i pragnienia. Znają przeszłość i przyszłość. Mają na usługach strzygi, wiły i utopce. A nawet sam Pławiec musi im się kłaniać – powtarzano.

- Władzę nad nimi dzierży Najwyższy Kapłan lub Najwyższa Kapłanka. To dziecko poczęte z kapłanów, w którym objawi się moc.

Moc schodzenia do najdalszych piekieł – straszono.

Bajki. – Starałem się uspokoić umysł. – Bajki i zmyślenia, rozsiewane z pewnością przez samych kapłanów. Byłem szpiegiem, wiedziałem doskonale, że nic tak nie pomaga strzec tajemnicy jak nadmiar otaczających ją kłamstw.

Znad rzeki zerwał się wiatr. Wzdrygnąłem się i rozejrzałem. Zdałem sobie sprawę, że nie mam pojęcia, gdzie się znajduję. Co teraz? Wracać? – pomyślałem i nagle potknąłem się o kamień. Zamigotał bielą w świetle księżyca – znak, że zbliżam się do skalnego rumowiska.

Noc miała się ku końcowi, gdy dotarłem do stóp niskiego pasma Białych Wzgórz. Dalej wiodła tylko jedna wąska ścieżka, którą z trudem przeciskałem się między wielkimi skalnymi blokami. Czasem musiałem pełzać na kolanach, czasem wspinać się po wąziutkich stopniach wykutych w potężnych głazach. Kiedy pierwsze promienie słońca

dotknęły szczytów Białych Wzgórz, skalny labirynt się skończył. Ściana urwała się nagle, a oczom moim ukazał się porośnięty trawą pusty dziedziniec. Rozejrzałem się zaskoczony, kamienne rumowisko

wyglądało tak, jakby jakiś olbrzym odłupał część góry, rozkruszył ją i rozrzucił dookoła placu.

Przede mną wyrastała kamienna biała ściana z trojgiem żelaznych drzwi, których nie strzegli żadni strażnicy. Miejsce sprawiało wrażenie opuszczonego od miesięcy. Zawiedziony wpatrywałem się w odrzwia, które – jak sprawdziłem – okazały się zamknięte. Czyżby cały mój trud był daremny? – pomyślałem zgnębiony. Już chciałem się odwrócić i odejść, gdy niespodziewanie środkowe drzwi uchyliły się same, szeleszcząc cicho, jakby wykonano je z pergaminu, nie z żelaza, i owionął mnie chłodny podmuch i dziwny zapach przywodzący na myśl morskie odmęty. Rozejrzałem się niepewnie. Nikt się nie zjawił, nikt nie zaprosił mnie do środka, mimo to wszedłem.

Zrobiłem kilka kroków i drzwi zamknęły się za mną bezszelestnie. Wzdrygnąłem się. W ciemności, która mnie ogarnęła, nie mogłem dostrzec nawet własnej dłoni trzymanej tuż przed twarzą. Skuliłem się i odruchowo zacisnąłem palce na sakiewce, a potem macając jak ślepiec ścianę przed sobą, ruszyłem w głąb góry. Nie wiem, ile czasu trwała moja żmudna wędrówka. Kluczyłem, obmacując ściany, zawracałem i potykałem się wiele razy. Ogarniały mnie absolutna cisza i ciemność doprowadzające do szaleństwa moje zmysły. Aż w końcu, kiedy podpierając się na oślep dłońmi, podnosiłem się z kolan po kolejnym upadku, ujrzałem przed sobą coś jakby pobłysk, migocące, blade światełko. Natychmiast poderwałem się i niemal biegiem ruszyłem w stronę zbawczej jasności uradowany, że wreszcie mogę rozpoznać zarysy ścian i dostrzec swoje poranione o kamienie ręce. Z ulgą wypadłem na otwartą przestrzeń i moim oczom ukazało się pomieszczenie wykute w samym sercu góry. Olbrzymia i niemal pusta kaplica, a na środku mały zapalony kaganek. Światło, które dodało mi otuchy i wskazało drogę. Zaświstał wiatr, a z trzewi góry dobył się przeciągły jęk. Wzdrygnąłem się i rzuciłem na ziemię, aby osłonić drżący płomień. Wstałem, trzymając kaganek w dłoniach jak najcenniejszy skarb, i rozejrzałem się.

Sala, w której się znajdowałem, oszołamiała swym ogromem, a jej wysokie sklepienie ginęło w mroku. Nie byłem w stanie odpowiedzieć na pytanie, jak mogła powstać. Czy dzięki staraniom natury czy ludzkim wysiłkom? A może dzięki czarom? Musiała być ukryta głęboko w ziemi, patrząc bowiem z zewnątrz na Białe Wzgórza, nikt nie domyśliłby się istnienia w ich wnętrzu sali tak potężnej.

Oprócz żłobień w kształcie koła wypełnionego geometrycznym labiryntem w kamiennej posadzce i wielkiego trójgraniastego posągu Trygława o trzech obliczach i zasłoniętych oczach, który górował nade mną, nie było tu niczego innego. Surowe wnętrze bez ozdób, obrazów, symboli czy znaków. Pomieszczenie wypełniała dziwna pustka. Pustka, w której wyczuwałem niemal namacalną, duszną obecność boga. Boga, którego nie znałem, do którego nigdy wcześniej nie wznosiłem modłów. A jednak, ciekaw jego mocy i jego tajemnic, stanąłem przed nim ze swą prośbą gotowy na poznanie nowej potęgi. Może tym razem nie spotka mnie zawód? – rozmyślałem, patrząc na trzy posępne głowy boga i odnosząc wrażenie, że zasłonięte oczy śledzą każdy mój ruch, każde drgnienie i wiedzą, co przywiodło mnie przed oblicza bóstwa.

Rozglądałem się niepewnie dokoła, usiłując wypatrzyć tajne świetliki, okna służące do podglądania i podsłuchiwania wiernych, jakie sam bym w podobnym miejscu wykuł w skale, ale żadnych szpiegowskich udogodnień nie udało mi się dostrzec. Obejrzałem pilnie podłogi, sufity i ściany, ale nie znalazłem ani skrytobójczych pułapek, ani tajnych przejść.

Zrobiłem kolejny krok i nagle na coś nadepnąłem. Poczułem jakby kanciastą wypukłość i spojrzałem w dół. Ku mojemu zdziwieniu kamienna posadzka wyrzynała się do góry, boleśnie raniąc mnie w stopy. Syknąłem z bólu i odskoczyłem w tył. Kamień pode mną ożył. Podłoga falowała, drgała i wybrzuszała się na moich oczach, aż na jej powierzchni ukazała się, jakby wypchnięta od spodu płaskorzeźba o ostrych kantach. Zamigotała oświetlona pełgającym płomieniem. Zaskoczony schyliłem się i przeciągnąłem po niej dłonią. Kobieca postać poruszyła się pod moimi palcami, odwróciła do mnie oszalałą z przerażenia twarz i z całej siły przycisnęła niemowlę do piersi, a stojący za nią mężczyzna rozwarł ramiona, usiłując zasłonić dziecko przed trzema demonami o rozwianych włosach i szponiastych dłoniach.

– Rodzanice – szepnąłem, przypominając sobie opowieści z jarmarków. Wiedźmy Losu, tutejsze Parki, które łączą nici ludzkiego żywota, splatając je na zawsze w potrójną przędzę, zbierając w jeden splot losy trojga ludzi, trzech dusz i trzech ciał raz na dobre, innym razem na złe. Na kamiennej płaskorzeźbie Rodzanice wyciągały pazury, by wyznaczyć dziecku zły los. Już miały uczynić znak na jego czole, gdy przed nimi wyłonili się trzej odziani w długie szaty kapłani. Trzy laski zastukały w kamienną posadzkę. Potrójna moc rozsupłała złe przeznaczenie, by spleść je na powrót w szczęśliwszy węzeł. Potworny wrzask zawiedzionych Rodzanic wbił mi się w czaszkę, ogłuszył.

Potrójny obrzęd, potrójna ofiara, potrójna zapłata.

Dotknąłem podłogi, ale obraz zniknął równie nagle, jak nagle się pojawił, i został po nim tylko zimny, płaski kamień.

Stuk. Stuk. Stuk. Załomotała laska w podłogę. Odwróciłem się gwałtownie i niemal zderzyłem z trójką kapłanów z krwi i kości, którzy wyłonili się bezszelestnie tuż za mną. Poderwałem się na równe nogi i schyliłem głowę w pokorze. Trzy posępne postaci w czarnych kapturach zawisły przede mną jak kruki. Przyjrzałem się im uważniej i po wzroście i posturze poznałem, że jedna z nich to kobieta.

- Zatem pragniesz, Nefasie, odmienić płeć książęcego dziecięcia, które tej nocy zostało poczęte – rozległ się cichy głos pierwszego kapłana.

Rozejrzałem się z lękiem.

Skąd znają moje imię? Jak odgadli cel mojej wizyty, jeśli myśl ta powstała tylko w mojej głowie i nikomu oprócz księcia Bolesława nie została zdradzona? Kim są czarno odziani słudzy Trygława, jeśli potrafią szpiegować nie tylko ludzkie czyny i słowa, ale także myśli i pragnienia?

Kim jest ich bóg zdolny te pragnienia ziścić? – W głowie zaświtała mi nadzieja wymieszana z lękiem.

- Pragniesz tym samym zdobyć władzę nad swym księciem i ofiarowując mu syna, zapanować nad jego przyszłością – dodała kapłanka, a jej wysoki głos zabrzmiał ostro.

Mroźny dreszcz przeszedł mi po plecach. Trzeci z kapłanów nachylił się do mnie i zrzuciwszy kaptur, spojrzał mi głęboko w oczy.

- Pragniesz uleczyć swoje zwątpienie i szukasz dowodu, który wypełniłby pustkę po utraconej wierze i pozwolił ci zaufać mocy większej niźli moc człowiecza.

W gardle mi zaschło i z trudem przełknąłem ślinę. Twarz kapłana była wytatuowana na czarno od nosa aż po nasadę włosów, sposobem właściwym dla sług Trygława, tak że czarne źrenice zlewały się niemal z czernią czoła i policzków, nadając fizjonomii wygląd groźny i smutny jak sama śmierć.

- Pragnę – wyszeptałem przez zaciśnięte gardło.

Wiedzieli o moich pragnieniach więcej niż ja sam. Bez trudu przeniknęli mą duszę aż do jej najtajniejszych, mrocznych zakamarków.

Wzdrygnąłem się.

- Pragnę – powtórzyłem głośniej.

Wtedy pozostała dwójka opuściła kaptury i ujrzałem wbite we mnie potrójne spojrzenie gorejące agatowym blaskiem. Z trzech gardeł wydobył się jednocześnie głos.

- Trygław splata i Trygław rozplata – wymruczeli.

- Trygław splata i Trygław rozplata – powtórzyłem posłusznie.

- Wiedz jednak – zaszemrała śpiewnie kobieta – że każda pojedyncza nić żywota złączona jest na wieki z nićmi życia dwóch innych istot w nierozerwalny łańcuch.

- Wiem – szepnąłem.

- Nawet bóg nie może rozpleść jednej jeno nici – dodał kapłan stojący z jej prawej strony. – Rodzanice splatają losy na wzór pierwszego człowieka, w którym połączyły się ciało, umysł i dusza. Dotkniesz jednego włókna, a poruszysz dwa inne. Aby zmienić jedno, musisz zmienić trzy. Czy godzisz się zatem na potrójną zmianę losów?

- Godzę – odparłem, patrząc mu w oczy.

- Czy jesteś gotowy wziąć na swoje sumienie trzy ludzkie dusze, które wystawisz na nieodwracalne? Czy przysięgasz oddać im całe swoje życie? – Ostatni kapłan nachylił ku mnie mroczną twarz.

- Przysięgam – powtórzyłem pewniej, nieświadom tego co tak naprawdę obiecuję.

- Pamiętaj zatem. Strzeż tych istot, bo jednego dnia się narodzą i jednego dnia będą musiały skonać – szepnęła mi kobieta prosto do ucha.

Kiwnąłem głową na znak, że rozumiem.

- Jednego dnia się narodzą i jednego dnia umrą – powtórzyłem w myślach.

- Trygław splata i Trygław rozplata – zamruczeli wszyscy.

- Trygław splata i Trygław rozplata – zawtórowałem im pewniej, otrząsnąwszy się już nieco z pierwszego oszołomienia.

Nagle ta niezwykła rozmowa, pełna powtórzeń, tajemniczych znaczeń i grozy, zamiast przestraszać poczęła mnie uspokajać. Ciemności, szepty, jęki, nagłe pojawianie się i znikanie, zaszczepianie mi przekonania, że odgadują moje myśli, że wszystko o mnie wiedzą – przecież to znane mi sposoby, po które sam nieraz sięgałem, aby przerazić rozmówców. Jak mogłem dać się wciągnąć w tę grę, omamić prostym sztuczkom dobrym do straszenia maluczkich?

- Trygław splata i Trygław rozplata – wyszeptałem już spokojnie po raz trzeci.

Wtedy kapłani odwrócili się ode mnie bez słowa, nasunęli kaptury na głowy i odeszli w głąb świątyni. W mroku, ledwo rozświetlanym płomieniem swojego nędznego kaganka, widziałem, jak stają wokół posągu Trygława. Każde pochylone przed jedną z posępnych, boskich twarzy o zasłoniętych oczach. Skrzyżowali ramiona na piersiach i poczęli kołysać się rytmicznie, bezgłośnie szepcząc słowa modlitwy.

Nie wiem, jak długo stałem i czekałem, aż skończą. Czas mijał niezauważalnie, tak że całkiem straciłem świadomość jego upływu. Zdało mi się nawet, że ukołysany monotonnym ruchem i szeptami zasnąłem na stojąco. Ocknąłem się, gdy poczułem zimną dłoń kapłanki na swojej twarzy. Kobieta przesunęła ręką po moim obliczu, jakby ścierając mi resztki snu z oczu.

- Obudź się, już czas – szepnęła cicho.

Mój kaganek dawno już zgasł, ale mimo to w wielkiej sali nie było ciemno. Rozejrzałem się zaskoczony i oczom moim ukazał się niezwykły widok. Świątynia, wcześniej pusta i pogrążona w mroku, teraz była rozświetlona morzem pochodni i wypełniona po brzegi ludźmi. Mężowie i niewiasty stali w skupieniu i ciszy, oczekując w najwyższym napięciu na to, co miało nadejść. W miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą modliła się trójka kapłanów, koło posągu Trygława, pojawiła się trójka niewolników z rękami związanymi z tyłu. Niewolnica padła na kolana przed obliczem zwróconym w Niebo, mężowie zaś klęczeli naprzeciw twarzy zwróconych na Ziemię i w Zaświaty. Ze spokojem spoglądali przed siebie, nie okazując trwogi przed czekających ich losem. Kołysali się w rytm słów kapłanów jakby uwzniośleni misją wyznaczoną im przez boga, zapatrzeni w cudowne krainy, do których mieli wkroczyć po śmierci.

- Obudź się, już czas – powiedział pierwszy kapłan i dotknął dłońmi moich uszu.

I od razu dobiegła mnie muzyka. Całe pomieszczenie wypełniły dźwięki bębnów, piszczałek i dzwonków coraz szybsze i szybsze, wibrujące, wbijające się w głąb mojej głowy i dudniące w piersiach.

Odetchnąłem głęboko, aby nie oszaleć od ich obłąkańczego rytmu.

– Obudź się, już czas – rzekł trzeci kapłan i dmuchnął mi w twarz dymem z fajki.

Poczułem gorąco, a duszący zapach wdarł mi się w nozdrza i rozlał płomieniem pod czaszką. Potrząsnąłem głową, a mdława woń wypełniła mnie bez reszty.

Kapłani wznieśli ręce i w nieznanym mi języku poczęli rzucać bogu wyzwania, żądać odeń czegoś, przywoływać go i błagać. Nagle wszystko – posąg, kapłani, niewolnicy – zniknęło w gęstej, białej mgle migoczącej od wewnątrz jaskrawym światłem. Mgła falowała, a ja kołysałem się wraz z nią, miałem wrażenie, że biel osnuwa mnie wokół, oddycha, woła, zaprasza: Chodź do mnie, Nefasie, chodź.

I wtedy ujrzałem to, czego nie udało mi się dostrzec w swej imaginacji pod sypialnią księżnej Sławy. Zobaczyłem, jak potężne ciało Bolesława pochyla się i unosi nad kruchym ciałem małżonki coraz szybciej i szybciej, aż księżnej braknie tchu, aż wyrywa się z jej gardła jęk rozkoszy. A zaraz za tą spółkującą parą zjawiła się kolejna. Młoda, pulchna dziewczyna o roześmianej twarzy, włosach prostych i jasnych i intensywnie szmaragdowych oczach zapadła się w sianie. Za nią wyłonił się mężczyzna w rycerskim stroju. Oboje pospiesznie zrzucili odzienie, by móc bez przeszkód oddawać się miłowaniu. Kiedy zniknęli, pojawiła się kobieta o górnej części twarzy pokrytej czarnym tatuażem zlewającym się z czernią jej długich, lśniących w świetle księżyca włosów, dosiadająca w bezwstydnym tańcu mężczyzny, którego twarzy nie było widać. Kark i plecy kapłanki pokrywał niezwykle piękny wzór przedstawiający misternie zaplątujący się labirynt. Skrzyły się na nim kropelki potu. Wszystko poczęło zlewać się przed moimi oczami: kobiece piersi podskakiwały, pośladki Bolesława naprężały się, jasnowłosa kobieta krzyczała. Muzyka zaczęła narastać, dudnić, huczeć. Nagość przeplatała się z czernią, jasne włosy mieszały się z sianem, napinała się biała skóra, a usta wykrzywiały w dziwacznym grymasie. Nagle kapłanka otworzyła oczy – ziała w nich otchłań ślepej pustki. Z gardła wyrwał mi się krzyk przerażenia. Krzyczałem i krzyczałem z całych sił.

Mgła zniknęła.

Po chwili głos bębnów począł powoli przyspieszać i gęstnieć, aż stał się ogłuszający i dziki, aż porwał w szalony wir wszystko – posąg, kapłanów, ofiary. Nagle w rękach trójki kapłanów błysnęły noże. Odchyliły się trzy białe szyje. Szast. Opadły głowy trzech ofiar, jakby przecięte jednym ruchem. Szast. Trysnęła krew z otwartych gardeł. Czerwień buchnęła gorącym strumieniem do żłobień w kamiennej posadzce. Szast. Martwe ciała runęły na ziemię. Ostrza wysunęły się z krwawych rąk.

Upadłem na kolana. Moje nozdrza wypełnił zapach krwi, w ustach poczułem jej lepkość i słodkawy smak. Bóg poczuł go także. Krew ściekała do kamiennych żłobień u stóp wielkiego posągu, a kiedy wypełniła je całkiem, Trygław rozświetlił się i zamigotał od wewnątrz purpurowym blaskiem i naraz trójgraniasty obelisk zgrzytnął, drgnął, i począł na nowo wyrzynać koleiny losu. Obrócił się powoli, z chrzęstem przesuwając się o sto osiemdziesiąt stopni.

I stanął.

Teraz ciało zabitej niewolnicy leżało naprzeciw twarzy patrzącej w Zaświaty, ciała dwóch mężów spoczywały przed twarzami patrzącymi w Niebo i Ziemię.

Dokonało się.

Losy trzech istot zostały zmienione.

-
Ocena użytkowników
Średnia z 0 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 0
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Trygław. Władca losu
Cykl: Xięgi Nefasa
Tom: 1
Autor: Małgorzata Saramonowicz
Wydawca: Znak
Data wydania: 3 lutego 2016
Liczba stron: 480
Oprawa: miękka
Cena: 36,90 zł



Czytaj również

W zaświatach
Gdzie Trygław nie może, tam Nefasa pośle
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.