» Artykuły » Wywiady » Wywiad z Tomaszem Pacyńskim

Wywiad z Tomaszem Pacyńskim

Tomasz Pacyński potrafi pisać opowieści "o marzeniu, które wypala się i niszczy wszystkich dokoła", wie jak poruszyć oblicze czytelników. Ostatnio miałam przyjemność przeprowadzić wywiad właśnie z tym pisarzem. Co prawda nie dane nam było się spotkać osobiście (co oczywiście kiedyś mam zamiar nadrobić), jednak tu z pomocą przyszedł cud techniki jakim jest Internet. Z tego miejsca pozwolę sobie podziękować memu rozmówcy za przemiłą współpracę. Ech, gdyby wszyscy chcieli tak współpracować z dziennikarzami, życie byłoby trochę prostsze. Pacyński w szale pracy znalazł parę chwil, by odpowiedzieć na kilka "tendencyjnych pytań", niestety innego zestawu nie było, dlategobiedny autor był skazany na poniższe.


Tomasz Pacyński - urodzony w 1958 roku. Przez prawie całe życie informatyk, spawacz, pisarz. Obecnie jest redaktorem naczelnym Fahrenheita. Prowadzi także księgarnię internetową www.fantastyka.now.pl Ma w swoim dorobku literackim powieści: Sherwood, Maskarada, Wrota światów. Zła piosenka, Wrzesień. W przygotowaniu Wrota światów. Garść popiołu.

Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę

Tyle suchych faktów. Najlepiej chyba osobę "Packa" przybliżą wypowiedzi jego przyjaciół i współpracowników z Fahrenheita.

Czyli jaki jest Pacyński?

Tomasz Pacyński, Pacy, Wał Astrachański - jeden z kochańszych i najnormalniejszych ludzi w fandomie. Pali ostre papierosy, odpowiada na wszystkie pytania. Ma zdrowy światopogląd, nie jest ani czerwony, ani czarny, ani lepperniejszy, ani głupszy. Jest normalny. Hoduje tuzin kotów, czasem dwa tuziny. Jaki jeszcze jest Pacek? Twardy, stanowczy, uparty, zdecydowany, łagodny, z ogromnym poczuciem humoru, życzliwy. Ma olbrzymie zainteresowania. Człowiek Renesansu. Od informatyki, poprzez militaria, historię, chemię, po ostatni konik czyli antropologię. Ten człowiek podobno wie wszystko.

Co lubi? Czytać, pisać, koty, gotować, mieć koty, nie robić nic, gadać jak jest z kim, jak mu się nie zawraca głowy, tequilę, jak mu się przynosi kawę.

Nie lubi? Upałów, bólu głowy, smutków i smętków, nieuczciwości, sadzenia krzaków, głupoty, oszołomów. I jeszcze wiele różności lubi i nie lubi, ale to zachowam już w słodkiej tajemnicy zawodowej.


Pracuję niechętnie, bo jak wiadomo praca została wymyślona po to, aby uwłaczać ludzkiej godności.
- Tomasz Pacyński


Agnieszka Kawula: Na ile wizja przyszłości opisana we Wrześniu jest wytworem twojej twórczej wyobraźni, a na ile opisem czegoś, co czeka nas w przyszłości?

Tomasz Pacyński: Nie jestem jasnowidzem. Pewnie więc sporo jest wytworem twórczej wyobraźni, jak byłaś łaskawa to nazwać. Natomiast co do opisu przyszłości - można próbować prognozować przyszłość z wykorzystaniem istniejących przesłanek, tendencji, można korzystać z analogii, chociaż, jak głosi obiegowa prawda, historia się nie powtarza. Można, zwłaszcza w political fiction bliskiego zasięgu przenosić realia jednych państw do drugich - dość blisko na przykład od Września do tego, co wydarzyło się w dawnej Jugosławii, czy, jak życie zresztą dopisało, do tego, co dzieje się teraz w Iraku. Pewne sytuacje, które możemy znaleźć na kartach powieści, rozgrywają się właśnie w tej chwili. Lub są to sytuacje, które łatwo mogą doprowadzić do tych opisywanych, przynajmniej do części ich przejawów.

Nie chciałbym tutaj sugerować, że jednak tym jasnowidzem jestem, albo że tak przenikliwie obserwowałem wydarzenia, iż trzy lata temu, kiedy pisałem powieść, wiedziałem jak się sprawy potoczą, choć było to jeszcze przed 11 września. Nie, niestety, resztki samokrytycyzmu mówią mi, że nie trzeba było prekognicji, żeby przewidzieć kierunek w jakim potoczą się wydarzenia na świecie. Poza "fantastami bez wyobraźni", że zacytuję Rafała Ziemkiewicza, który wprawdzie użył tego w zgoła przeciwnym niż ja teraz kontekście.

A zatem można próbować opisywać coś, co będzie się działo w najbliższej przyszłości, i nawet mieć niejakie szanse, iż przyszłość będzie przypominała tenże opis. Tylko to jest trochę tak, jak w pewnym opowiadaniu Johna Wyndhama - w każdej chwili czas rozgałęzia się, powstają odnogi alternatywne rzeczywistości. Historia może się potoczyć tak, albo inaczej. Wrzesień to jedna z możliwych wersji rozwoju przyszłości, pewnie znalazłoby się jeszcze parę innych, równie prawdopodobnych.

Wybrałem taką, którą uznałem za prawdopodobną w kontekście wydarzeń bieżących i na tyle oryginalną, żeby mieć przyjemność podczas jej tworzenia. Dlatego jakoś nie mogę opanować rozbawienia słysząc, że miałby to być mój manifest. Do szczerych łez radości doprowadził mnie zaś kolega, który w swoim wywiadzie tak starał się ujmować Wrzesień w kategoriach poglądów politycznych, że zrobił ze mnie młodzieńca wyglądającego powrotu nie do końca znanej i rozumianej komuny.

Czy zgadzasz się z bardzo popularną opinią, że Wrzesień jest moralitetem?

A pewnie! I to z dużą przyjemnością, bo za tym idzie, że zapewne jestem Autorytetem Moralnym. I owszem, zdarzyło mi się w tej roli wystąpić, kiedy to z okazji sporu pomiędzy władzą a społeczeństwem zjechała do mojej mieściny telewizja. No i wystąpiłem jako Miejscowy Autorytet Moralny, pewnie dlatego, że innego nie dało się w promieniu kilkudziesięciu kilometrów znaleźć. Teraz będę kandydował na radnego zapewne, szkoda zmarnować taki kapitał.

A poważniej - to nie było pewnie moją intencją, pisanie moralitetu. Ale cieszę się, jeśli istotnie Wrzesień jest tak odbierany.

To ważna dla mnie książka, porusza ważne problemy. I, co z jednej strony cieszy mnie i łechce próżność, z drugiej przeraża, jakaś część z tych problemów staje się aktualna. W tej chwili, na naszych oczach rozgrywa się wojna, która miała być, a przynajmniej tak to przedstawiano, wypowiedziana dla obrony zagrożonej cywilizacji, wartości, i tak dalej. A okazało się bardzo szybko, że te podstawy były, delikatnie mówiąc, zakłamane. Że chodziło o coś zupełnie innego, a i rezultaty okazały się inne od zakładanych. Przynajmniej w tej chwili tak wychodzi.

I we Wrześniu jest też sporo o racjach moralnych. A jak wiadomo, rację każdy ma swoją, jak mówi pewne popularne porównanie, którego może jednak nie przytoczę. Czasem ta racja, przekonanie o jej posiadaniu potrafi służyć za usprawiedliwienie naprawdę paskudnych rzeczy. Wszyscy o tym wiemy. Ale też nie widzę powodu, by tego nie powtarzać.

Widzisz, Ostatni brzeg Neville'a Shute'a był w momencie wydania fantastyką bliskiego zasięgu, czymś, co może się zdarzyć w najbliższej przyszłości. Potem, bardzo krótko na szczęście, miał szansę stać się jak najbardziej prozą realistyczną. Teraz jest już tylko historią alternatywną. I wiesz, chciałbym żeby i z Wrześniem tak kiedyś było.


Sapkowski-Pacyński. We Wrześniu dostrzegłam sporo nawiązań do prozy Sapkowskiego, dlaczego akurat Sapkowski i co on na to?

Bo to znakomita proza jest. Przyznam ze wstydem - nie przepadam za fantasy, i tak naprawdę nie czytam, poza właśnie Sapkowskim i Anną Brzezińską, ostatnio Marcinem Mortką, jeśli już będziemy się trzymać kolejności chronologicznej. Kiedy pojawiły się w Polsce pierwsze utwory w tym gatunku jakoś mnie nie wciągnęły ani nie olśniły. Wychowany byłem, jeśli chodzi o fantastykę, na science-fiction, to u nas wydawano, zresztą wtedy na bardzo wysokim poziomie dopiero Sapkowski był, nie przesadzę chyba, objawieniem. Po prostu pisał o ludziach (i nieludziach naturalnie też, ale jakże ludzkich), nie o wykoncypowanych, misternych światach, w których poza sztafażem niewiele jest życia. Niewiele problemów i dylematów, niewiele trudnych wyborów.

Stad też nośność tej prozy. I stąd założenie, że jeśli po rozpadzie więzi społecznych, po tragicznej wojnie zostanie jeszcze jakiś etos, jakieś wzorce, będą to wzorce wyniesione z kart opowieści o wiedźminie. Bo inne zostały do mdłości ulukrowane, a przez to zabite. Przeżyją karaluchy i czytelnicy Sapkowskiego. Ci drudzy wprawdzie nie na długo, bo przecież i tak w końcu zginą, w imię obrony jakichś dziwnych i niepojętych ideałów, ale przez to wcale mniej ważnych.

Zaś co na to Sapkowski? Pytanie raczej nie do mnie, a do niego, w każdym razie nigdy nie rozmawialiśmy na ten temat. A przy ostatnim spotkaniu jednak oka mi nie podbił...

Akcja Września toczy się w Broku i okolicach, czy sąsiedzi nie patrzą na ciebie
dziwnie? W końcu zaplanowałeś im niezbyt świetlaną przyszłość, a do tego ten
kanibalizm...


Cóż, jak to się zwykle zastrzega "wszelkie podobieństwo do osób realnie istniejących jest czysto przypadkowe". I jest. Natomiast przypadkowe nie jest umiejscowienie akcji, bo, paradoksalnie pewnie, kocham tę okolicę, choć tak przykry los jej zgotowałem. Wszystko dzieje się w promieniu mniej więcej dwudziestu kilometrów od miejsca, w którym stukam teraz w klawisze. Mógłbym ci. pokazać, gdzie Wagner spotkał niemiecką kolumnę pancerną, w którym miejscu moczył nogi w rzeczce Turce (którą nb. widzę z okna), gdzie zginął Frodo.

Ale też nie jest tak źle z tym kanibalizmem, jakoś tak pod koniec lutego wracałem z Warszawy przez Ostrów, spóźniłem się na autobus i musiałem przejść całą drogę, te jedenaście kilometrów, które miał zamiar przejść Frodo. Pogoda była podła, sypał mokry śnieg. Ale jakoś nikt mnie nie zjadł.

A osobiście nie łapię się jakoś na taksującym oglądaniu sąsiadów.

Nie można nie zauważyć drastycznej wręcz różnicy pomiędzy tematyką Września a cyklu Sherwood - która z nich jest ci bliższa?

Jedna i druga tematyka jest jednakowo mi bliska, skoro piszę o niej. I nie wiem, czy aż tak drastycznie różna.

Staram się pisać o ludziach, ich wyborach, namiętnościach, dramatach. Często o złudzeniach, bo życie, jak wiadomo nam pesymistom, jest sumą rozczarowań. O marzeniach, które "stopniowo wypalają się i niszczą wszystkich wokół". Strasznie mi się to zdanie podoba, bardzo się cieszę, ze znalazło się na czwartej stronie okładki Złej piosenki. A jednocześnie ktoś pewnie i zwycięża, chociaż nie tak zazwyczaj, jak sobie wymarzył. Czasem ginie, ale przecież
une mal chançun n'en deit estre cantee
(Zła piosenka nie będzie więcej śpiewana).

Reszta to sztafaż. Wspólną częścią jest mrok, jak w każdej przyzwoitej puszczy. Nieważne, czy to Puszcza Sherwood czy Puszcza Biała.
Obie te scenerie zbliżają się w jakiś sposób do siebie, każda z innej strony. W cyklu Sherwood jest całkiem współczesna walka partyzancka. We Wrześniu z kolei anachroniczne, jakby nie z tej bajki komanda, które swój etos czerpią z zupełnie innej fantasy.

Ale i ten, i tamten świat nie są czarno-białe, pomiędzy tymi barwami leży całe spektrum szarości.

Powtarzałeś wielokrotnie skąd pomysł na Sherwood. Wiem o inspiracjach serialem. Dlaczego jednak nie zdecydowałeś się napisać własnej wersji Gest of Robyn Hode, a opisać losy postaci drugoplanowych? I dlaczego Match właśnie?

Kto wie, czy jeszcze nie napiszę... Ale zawsze chyba fascynowały mnie losy tych z dalszych rzędów. I tu, rzeczywiście, wiele zawdzięczam serialowi, bowiem eksponował on, w odróżnieniu od wszelkich wersji zbliżonych do kanonicznej legendy, postaci drugoplanowe. Zresztą, w miarę jak piszę kolejne tomy cyklu, tym dalej od legendy. Robin jest dawno dead and burried, od początku zresztą był, bo przecież wypadki "w czasie rzeczywistym", w czasie narracji, dzieją się dwadzieścia lat później. Herszt banitów był w zamyśle środkiem, nie celem, to legenda jako taka, jej wpływ na ludzkie losy jest głównym tematem. Czyli Robin jako zjawisko, a nie Robin jako postać. A raczej rozważania, jakim to nieszczęściem mogą stać się bohaterowie, choćby nie wiem jak zbożne i szlachetne były ich intencje. Jak legenda o herosie potrafi się wynaturzyć, jakie namiętności wyzwolić.

Zresztą, jeśli chodzi o bohaterów drugoplanowych, to musze się przyznać do pewnych z nimi kłopotów. Pchają się nachalnie na pierwszy plan, od czasu do czasu muszę ich zabijać, żeby nie zdominowali fabuły. Jason początkowo miał być też tylko narzędziem, nie tylko w rękach przeznaczenia, ale i moich. Służyć jako maszynka narracyjna do pokazania pewnych problemów, pewnych scen. Tymczasem plącze się już przez dwa i pół tomu.

A dlaczego Match? Chyba dlatego, że to najbardziej tajemnicza w końcu postać, o której najmniej wiemy z dotychczasowych opowieści o banitach z puszczy Sherwood. Z ogromnym potencjałem i pozwalająca na wielką swobodę interpretacji. A poza tym polubiłem tego faceta, jest w sam raz marudny jak i ja.

Czy któraś ze stworzonych przez ciebie postaci jest ci jakoś wyjątkowo bliska. Nie mam na myśli przywiązania, a alter ego.

Ależ oczywiście. Choć może nie tak wprost, jak to sugerował Maciek Parowski w swojej recenzji Września. Co prawda jak Frodo jestem cyklistą.
Ale z tym alter ego to pewnie tak nie wprost. Nie kompensuję swoich kompleksów pisząc o herosach, za dużo ich (kompleksów), żeby wyszedł wiarygodny bohater. Z drugiej strony wspominałem już o marudzeniu i pesymizmie - mam to na piśmie nawet, w wielkonakładowej gazecie. Match jako studium zgorzkniałego marudy. Coś w tym zapewne jest.

Oczywiście, coś ze mnie jest w moich bohaterach, tego się nie uniknie, i chyba nawet nie chciałbym unikać. Ale są oni mozaiką cech różnych ludzi, których udało mi się w życiu spotkać. I nie tylko mozaiką zapewne, coś tam jednak muszę dokonfabulować.

Są też wyjątki - nie umiem wymyślać kobiet. Wszystkie złe kobiety, które opisuję, kiedyś tam w życiu spotkałem.

Bełt samonaprowadzajacy się, czynnik pomarańczowy - to raczej rzadko spotykana odmiana czarów, w cyklu Sherwood jednak druidzi i magowie takich właśnie czarów używają, nie wierzysz w magię?

A powinienem? Nie, nie wierzę. W bardzo wiele rzeczy nie wierzę, jestem racjonalistą. Ale to nie znaczy, że nie mogę o tym pisać, prawda?
Nie lubię, w literaturze, magii "intencjonalnej", "objawionej", takiej, która tłumaczy wszystko, a sama nie musi być tłumaczona. Lubię magię Sapkowskiego, której bliżej do technomagii, praw rządzących światem podobnych do fizycznych, niż czarów i zaklęć. No, ale nie zwykłe hokus-pokus...

Druidzi? Proszę cię bardzo, od ręki mogę podać ci parę teorii i hipotez, które ich zdolności tłumaczą w jakiś sposób. Od psychologii, poprzez paranaukę, do najdalej idącej, tej o wysokiej reprezentacji genów neandertalskich w celtyckiej populacji. I nawet nie jest istotne, czy te hipotezy i teorie są prawdziwe, ważne, że w ogóle są. A nie jakiś cholerny królik z kapelusza.

Z kolei samonaprowadzające się bełty o łatwym do skojarzeniu imieniu Hellfire, agent orange - to z kolei takie podmrugiwanie do czytelnika. A jednocześnie też magia - bo zaawansowana technologia potrafi być nieodróżnialna od magii. Tak jak i prąd elektryczny - widziałaś kiedyś elektron? A przecież nie zanegujesz istnienia prądu, możesz łatwo się o nim przekonać, wtykając palec do kontaktu. To tak jak z mlekiem, które kwaśnieje, bo sikają do niego skrzaty. Proste, prawda?

Przeczytałam Złą piosenkę, i tak się zastanawiam dlaczego tak mocno doświadczasz swoich bohaterów. Ten tom jest strasznie smutny i mnie z lekka przybił. Jesteś zbyt okrutny, skąd u ciebie takie zapędy?

Zbyt okrutny? No bez przesady. Piątek jest okrutny, jemu to w recenzjach piszą. Brzezińska jest okrutna, jakieś tam ucinanie rąk na przykład. A ja? Uciąłem kiedyś komuś rękę? Głowę, zgoda, Basile uciął nawet dwie jednym cięciem. No nie powiesz chyba, że to nadmierne okrucieństwo?

Ale rzeczywiście. Ten tom to istotnie
une mal chançun
(dla odstraszenia innych), jeśli już będziemy się trzymać tej (w miarę) trzynastowiecznej francuszczyzny. Zła piosenka, która ani miło nie brzmi, ani treści przyjemnych nie niesie. Zapędy więc jak najbardziej świadome, chociaż jak wiesz zapewne, zazwyczaj mam tendencję do tekstów raczej mrocznych.

Zresztą mam nadzieję, że masz na myśli raczej okrucieństwo sytuacji, a nie opisy, jak to ciało kmiecia zsuwa się po ostrzu miecza Marion, która później ociera twarz z krwi, bo się trochę przy pracy pochlapała. I to okrucieństwo jest zamierzone - jak to jest ładnie napisane w zajawce książki "to opowieść o marzeniu, które wypala się i niszczy wszystkich dokoła". Właśnie się wypala, i właśnie zaczyna niszczyć, jak to już z marzeniami bywa.

Już po prostu niewiele zostało, niewielu wyborów można dokonać. To nie ma nic wspólnego z przeznaczeniem, tak najprościej pojmowanym, raczej z tym, że wszyscy ponoszą konsekwencje swych wcześniejszych decyzji. Dopełnia się coś, co już zostało zdecydowane, i poddane korekcie ślepego losu, skażone przypadkiem.

Widzisz, to jest opowieść o miłości i o wojnie. O uczuciach, które bywają spełnione, ale bardzo łatwo też je zaprzepaścić, odrzucić, jak coś zupełnie niepotrzebnego. Potem trudno się cofnąć, schylić się po to, co się tak nieopatrznie wyrzuciło. Zostaje tylko garść popiołu, o czym wkrótce się będziemy mogli przekonać. Choć istotnie, może nie wszyscy zostaną z ręką w popiele, może komuś uda się cokolwiek uratować.

A ponieważ tłem dla fabuły, dla tych uczuć jest wojna, długa, która czasami wybucha, czasem tli się tylko, lecz nie wygasa, stąd to fizyczne okrucieństwo. Bo wojna jest dość (uwaga, truizm!) paskudna, nawet jeśli ktoś ją uważa za słuszną. Zwłaszcza taka, w której stają naprzeciw siebie nierówni przeciwnicy, którą przywodzi na myśl (i to też celowy zabieg) walkę partyzancką. Jak dziś wszyscy wiemy, bardzo okrutną, w której trudno cofnąć się przed czymkolwiek, zrezygnować z jakichkolwiek środków, jeśli wydaje się, że prowadzą one do celu. Łatwo wszystko usprawiedliwić.

I nie da się chyba napisać niczego na ten temat bez okrucieństwa i dosłowności, jeśli ma to być napisane nie w tonacji zupełnie lekkiej i farsowej.

Owszem, jest też dużo krwi, wyprutych flaków. Takie czasy, wtedy zabijanie było dość bezpośrednią czynnością. Chociaż - i tu wrócę na chwilę do Września - i teraz wygląda to, wbrew pozorom, dość przejmująco, chociaż zabija się nie rąbiąc kogoś mozolnie, ale naciskając kciukiem przycisk na drążku. Pamiętasz scenę, w której Frodo, pod sam koniec, wykańcza kanibali z działka Bushmaster? Potem ogląda efekty w celowniku noktowizyjnym. Taka poświata, fragmenty świecące coraz słabiej, bo przecież stygną. Tak sobie to napisałem, bo według mojej wiedzy na temat noktowizorów tak właśnie powinno to wyglądać. I przyznam się, że dość mną wstrząsnęło, kiedy obejrzałem sobie ściągnięty z sieci filmik, który krążył jakoś tak na przełomie roku, pod tytułem "Killing Apache". Zarejestrowany przez kamerę podłączoną do FLIR (Forward Looking Infra-Red) śmigłowca szturmowego, przedstawiał rozstrzelanie człowieka właśnie z trzydziestomilimetrowego działka, takiego, z którego zazwyczaj strzela się do celów solidnie opancerzonych. I okazało się, że ludzkie flaki rozrzucone po polu świecą tak właśnie tak, jak to sobie wyobrażałem i opisałem. Tylko, że to był prawdziwy, żywy człowiek, który przed chwilą zszedł z traktora, i nawet pewnie nie zdawał sobie sprawy, kiedy poleciały w jego stronę pierwsze pociski. Nie żadna cholerna fikcja literacka. I ty mówisz, że to ja jestem okrutny? Nie, nie odbiegam specjalnie od reszty świata.

Ale owszem, Garść popiołu rozpoczyna się mocną sceną. Pełną bezsensownego okrucieństwa. Takie życie.

Skąd u informatyka pomysł na tworzenie literatury, i kiedy zaczęła się ta zabawa i jakże ciężka praca zarazem?

Wiesz, to ładnie brzmi - "ćwierć wieku informatyki". Ale wierz mi, po takim czasie staje się to śmiertelnie nudnym zajęciem. Zostałem informatykiem w czasach, kiedy komputery były jeszcze parowe, tak za późnego Gierka. Jeden z pierwszych komputerów, na których pracowałem, Odra 1304, stoi dziś w Muzeum Techniki w Warszawie i mogę z nostalgią oglądać ślad mojego peta, wypalony na konsoli - taki prywatny ślad na ziemi, który po mnie zostanie. Było, minęło, znudziło się. Dlatego teraz z zasady nie czytuję cyberpunku, śmieszy mnie do łez, taki niezamierzony efekt.

A pisać zacząłem po czterdziestce. W tym wieku facetom odbija, mnie odbiło właśnie w ten sposób, mało chyba uciążliwy dla otoczenia, choć to też sprawa dyskusyjna. Dokładnie w 1999 roku, ładna data.

Skąd pomysł - to trudne pytanie. Sam się dziś zastanawiam i chyba nie potrafiłbym dać jednoznacznej odpowiedzi. Bo chciałem spróbować? Bo zawsze żyłem wśród książek i wychowałem się na fantastyce? Bo mi to dobrze wychodzi, jak mawiają przyjaciele?

Ok., przyznam się. Żeby imponować dziewczynom. Czujesz to? No nie mów, że nie...

Dlaczego nie zostawiłeś Września, jakim był, tylko na fali popularności musiałeś dopisać w SF zakończenie? Nie za dobre, za to potwierdzające opinię, że popularne teksty z powodów komercyjnych muszą być kontynuowane. A podobno od komercji się odżegnujesz. Z powieści można wysnuć wiele następnych tekstów i czy zamierzasz je napisać w dalszej kolejności?

Przecież zawsze są jakieś niedopowiedziane kwestie, wątki, które domagają się ostrym tupotem w głowie o kontynuację.


Nie przesadzasz czasem z tą falą popularności? Bo z tym, że nie za dobre, to przesadzasz niewątpliwie, nie wiem nawet, czy nie przeginasz...

A bardziej serio - Stokrotka... była pisana do antologii PL +50 tworzonej przez Jacka Dukaja, w końcu nie weszła do niej. Dlaczego - to pytanie do Jacka. W rezultacie ukazała się w Science Fiction.

To nie jest prosta kontynuacja, bowiem wątki Września w jakiś sposób się domykają, bohaterowie giną, wszystko diabli biorą. I o to właśnie chodziło. Teraz wpadłem na pomysł, że jednak można powiązać dość odmienną bohaterkę choćby luźno z bohaterami powieści. Ale to samodzielne opowiadanie, nie kontynuacja, może tylko ekstrapolacja realiów pięćdziesiąt lat w przyszłość.

A tak naprawdę, to Stokrotka... jest o relacji Stokrotka-Matthew. O pewnym, dość złożonym i w gruncie rzeczy toksycznym układzie damsko-męskim, który zawsze skończy się czyjąś krzywdą. O wykorzystywaniu i manipulacji z użyciem najbardziej chyba silnego bodźca, jaki w takich układach istnieje. Czyli niespełnionego uczucia, w imię którego można robić różne głupstwa, czasem ostateczne.

Tak w ogóle to lubię ten tekst, jestem do niego perwersyjnie przywiązany, choć w wymowie jest dość paskudny. Bohaterka, powiedzmy, kontrowersyjna, ale czegoś prawdziwa. Bohater sentymentalny idiota z przerostem lojalności, dobrze mu tak, że tak skończył, pour encouragues les autres. Więc mówiąc o tym opowiadaniu "niezbyt dobre" ryzykujesz sporo...

W jaki sposób pracujesz? Czy wizualizujesz sobie daną scenę? Jak rodzi się obraz wyświetlony na monitorze?

Pracuję niechętnie, bo jak wiadomo praca została wymyślona po to, aby uwłaczać ludzkiej godności. Kiedy już poznasz mnie bliżej będziesz wiedziała, że zadawanie takiego pytania nie ma sensu - bo jestem ostatnią osobą, którą można spytać o jakiś tryb pracy. Nie znoszę uporządkowania, nie pracuję w określonych godzinach. Nie pracuję systematycznie. Jeśli spróbuję, to owszem - wykonam kawał solidnej, niepotrzebnej nikomu roboty. Bo systematyczna praca w moim wykonaniu przynosi żałosne rezultaty.

Natomiast jeśli już zabiorę się do roboty - to istotnie pracuję. Nie potrafiłbym pisać z przerwami, wracać do pisania powiedzmy po parę godzin dziennie. Kiedy zacznę pisać, to piszę, dopóki nie skończę, nic innego się wtedy nie liczy. Nie znaczy to, że potrafię napisać jakieś oszałamiające ilości znaków dziennie, a raczej, że liczy się ciągłość. Wsiąknięcie w świat opisywany. Jeśli z niego wyjdę, trudno wrócić, tracę wtedy czas na ponowny rozruch.

I istotnie, jestem wzrokowcem, a to oznacza, że opisywaną scenę musze zobaczyć. Choćby skrótowo, jakieś wyjściowe pozycje do dalszej akcji. Ale na pewno musze widzieć scenerię, nastrój, który ona tworzy.

Inaczej jest z bohaterami. Ich nie musze widzieć od razu, nie "w całości". Wystarczą pewne cechy, taki szkic, który pozwala ich później ożywiać. Owszem, są i tacy, którzy mają twarze ludzi, których znam, mają z nich bardzo wiele. Ale nie wszyscy.

Co myślisz o stwierdzeniu Pacyński-postmodrenista?

Och, nie powstrzymam się...
Co pan sądzi o tym, kiedy nazywają pana postmodernistą? To samo co wtedy, kiedy nazywają mnie pederastą. Nie jestem ani jednym ani drugim.
Copyright © by Andrzej Sapkowski.

Podobno strasznie trudno cię wyciągnąć z Twej leśnej ciszy na konwent. Aż tak bardzo nie lubisz spotkań ze swoimi fanami?

Bo leniwy jestem, a i w leciech posunięty. A większość konwentów organizuje się nie w centrum cywilizowanego świata, który dziwnym trafem pokrywa się ze środkiem Puszczy Białej, a w jakichś osobliwych, co gorsza odległych miejscach. Gdzie diabeł mówi dobranoc, a zdarza się, ze i dzień dobry. Taka Zielona Góra na przykład. Co prawda wiem, że ta złośliwość wymierzona jest w Pawła Laudańskiego, a nie we mnie, ale zawsze.

Ma to też swoje zalety, fandom może czuć się bezpieczny, bo nie pojawię się na tajemniczym Forum Fandomu i nie będę zgłaszał upierdliwych wniosków odnośnie zmian regulaminowych.

Poza tym, zupełnie szczerze, nie przepadam za zbyt licznymi imprezami, wolę kameralne. Więc jeśli spotkanie z fanami, to raczej podpisywanie książki w księgarni, a nie konwent. Pewnie po prostu za stary jestem.

Co ci daje tworzenie Fahrenheita? w końcu nie przynosi to żadnych dochodów, a mimo wszystko poświęcasz mu sporo czasu?

Dochody to w ogóle mało co mi przynosi, taka karma. Lubię po prostu.
W Fahrenheicie debiutowałem, to miejsce mojej pierwszej publikacji. Nie tylko mojej zresztą, sporo jest osób, które teraz pisują do czasopism, wydają książki, a mogą o sobie powiedzieć to samo. W końcu Fahrenheit istnieje już siedem lat, kawałek czasu.

I jakoś nie rozpatrywałem mojego udziału przy tworzeniu Fahrenheita w kontekście korzyści. Niewątpliwie jakieś odnoszę, w końcu jest to medium, w którym i ja publikuję swoje teksty, a dość długo było tak, że nie miałem alternatywnych miejsc publikacji. Do tego dochodzi satysfakcja z pracy, którą się wykonuje, bo chce się ją wykonać, współpracuje z ludźmi, z którymi się chce współpracować. Czasem jest to niezła zabawa.

I bardzo miłe jest, kiedy ktoś tę pracę docenia, tak z obu stron. Doceniają odbiorcy. I doceniają autorzy. Tak z pamięci, niealfabetycznie i niesprawiedliwie, bo przecież wielu pominę, nie starczyłoby miejsca - ale choćby Andrzej Pilipiuk, Jarek Grzędowicz, Anna Brzezińska, Ewa Białołęcka, Kirył Jeskow, Ondrej Neff, Alexandra Pavelkowa, Andrzej Zimniak, Alastair Reynolds, Marcin Mortka - to wszystko są osoby, które też poświęciły swój własny czas, dały swoje teksty, mimo gwarantowanego przez nas braku dochodów z tego tytułu. To bardzo ważne. I jeszcze raz, korzystając z okazji, chciałbym im wszystkim podziękować. Im, i tym niewymienionym.

Na koniec - bo może komuś się to przyda. Autorom i wydawcom jako miejsce do promocji książek. Wszystkim, którzy chcą spróbować własnych sił w literaturze. A przede wszystkim czytelnikom, których, odpukać, wciąż nam przybywa.

Zresztą, sama pisujesz do Fahrenheita, a nie przypominam sobie, żeby redakcja płaciła ci jakieś gratyfikacje.

Cóż to znaczy Wał Astrachański?

Jest to wał, który swą nazwę wziął od Astrachania. Takie miasto w byłym ZSRR.

A nazwał mnie tak kiedyś Gieno Dębski, kiedy zwlekałem z zapisaniem się do APPF, czyli Asocjacji Polskich Pisarzy Fantastycznych. Publicznie nazwał... I strasznie mi się to spodobało, więc jako W. Astrachański zacząłem się podpisywać na liście dyskusyjnej. Nie tylko mnie zresztą. Jedna z koleżanek z Fahrenheita podpisuje się P. Astrachańska. Zgadnij, co to oznacza i zgadnij która.

A namawianie mnie do APPF okazało się ze strony Giena nierozsądne, bo jak tylko się zapisałem, to się APPF skończyło. Prawidłowość taka. Opublikowałem tekst w Sferze, zaraz padła. W Fantasy - też jakoś teraz nie wychodzi. Zaprosili mnie na Olkon - no to im salę wymówiono i musieli odwołać. Teraz czekam na propozycje od NF.

Tylko redaktor Szmidt okazał się odporny, ale on jest odporny na wszystko.

Czym Dębski zasłużył sobie, że ogródkowy wał przeciwpowodziowy nazwałeś im. EuGeniusza Dębskiego?

Wał Dębski, jeśli już. Patrz poprzednie pytanie - jest to wał, który wziął nazwę od nazwiska znanego i zasłużonego pisarza sf i fantasy, w uznaniu jego zasług i w celu uhonorowania. Ponieważ nie mam na działce ulicy, placu, ronda itd. pozostał mi tylko wał do rozdysponowania. Wszelkie pomówienia, iż jest to rewanż za Wała Astrachańskiego odrzucimy jako niezorganizowane.

Jak się miewają Twe zwierzaki?

Które? Może chwilę potrwać, jak każdego z dwunastu kotów spytam o samopoczucie. A zostają jeszcze dwa psy, bo jeden zdechł. W samą porę, przed pierwszym maja, bo nie spełniał norm unijnych. No i tu nie minę się bardzo z prawdą, gdy powiem, że miewa się obecnie nie najlepiej. Proponuję zaczekać z resztą odpowiedzi na to pytanie do Wigilii, wtedy wszystkie przemówią ludzkim głosem.

Dziękuję bardzo za rozmowę, mailową bo mailową, ale jakże miłą.



Komentarze


Draker
   
Ocena:
0
Kawał dobrego tekstu, naprawde miło się czytało. Więcej takich wywiadów i takich autorów :)
09-07-2004 09:47
kudłata
    mówisz, masz;)
Ocena:
0
Dzięki za dobre słowa:) A więcej będzie za trochę. A z kim? A z Romualdem Pawlakiem, już go męczę trochę, teraz tylko czekam na Rycerza i dokończę dzieła męczenia porządnego autora tendencyjnymi pytaniami:)
09-07-2004 11:16
starlift
    Swietny wywiad!
Ocena:
0
Gratuluje, swietny, jak juz napisalem, wywiad. :)
10-07-2004 19:09
Nadiv
    wywiad
Ocena:
0
Bardzo dobry wywiad, korekta jednak znów zawiodła na całej linii.
12-07-2004 19:32
Joseppe
    Nadiv...
Ocena:
0
za to oszczerstwo spotkasz sie ze mna w samo poludnie na smiertelnym pojedynku.

Czas: jak najszybciej
Miejsce: joseppe@rpg.pl
Broń: wskazanie konkretnych miejsc, gdzie korekta nawalila.

Z gory wdzieczny,
Joseppe :)
13-07-2004 14:55
Nadiv
    Joseppe
Ocena:
0
No problem, gringo - właśnie wysłałem do Ciebie kilka przykładowych błędów. Masz szczęście, że łaskawie darowałem Ci życie, amigo - popraw więc błędy i leć do mamusi na dobranockę, albowiem machanie gnatem nie jest dla Ciebie.

;-)

Pozdrawiam :)
13-07-2004 16:16
starlift
    Nadiv
Ocena:
0
Skoro i tak poprawiasz teksty u nas to moze chcesz dolaczyc do grupy korektorskiej? Powaznie pytam. Nawet jakbys zrobil jeden tekst na tydzien to juz jest spora pomoc.
14-07-2004 09:46
~Brodaty

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Wywiad jest dobry, bo autor dobry, wtedy nawet cienka (jak w tym przypadku) prowadząca mu nie zaszkodzi :) I całe szczęście.
27-02-2006 19:46
~Joana

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
A ja napiszę tak: wywiad jest dobry... ale Nadiv jest lepszy! ;)
09-02-2008 22:32

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.