» Artykuły » Wywiady » Wywiad z Martyną Raduchowską

Wywiad z Martyną Raduchowską

Wywiad z Martyną Raduchowską
Martyna Raduchowska ma na koncie trzy powieści: zabawną i dość niezobowiązującą Szamankę od umarlaków oraz jej kontynuację Demona Luster (książkę o zdecydowanie mroczniejszym klimacie, będącą połączeniem dramatu, historii grozy i kryminału, z delikatnymi komediowymi wstawkami), a także kryminał w klimacie cyberpunku Czarne światła. Łzy Mai. Nie liczy się jednak ilość, a jakość – a ta w przypadku Raduchowskiej jest pierwszorzędna. Poznajcie bliżej tę autorkę, która sama o sobie mówi, iż bez większego trudu dogada się zarówno z psycholem, jak i kryminalistą, a jeśli trzeba, może im nawet pogmerać w neuronach.

Aleksandra Cyndler: Witam serdecznie Martyno. Mam przyjemność rozmawiać z tobą w związku z nowym wydaniem twojej debiutanckiej powieści Szamanka od umarlaków, jednakże zanim przejdziemy do niej, tak dla przybliżenia naszym czytelnikom, może powiesz kilka słów o sobie. Z oficjalnych biogramów wiadomo, że przekroczyłaś magiczną trzydziestkę, jesteś absolwentką psychologii, kryminologii, a także neurobiologii poznawczej i że wróciłaś z emigracji do Polski. Jednak od ostatnich informacji o tobie minęło już trochę czasu, cóż więc nowego się u ciebie zadziało?

Martyna Raduchowska: Oj, w ciągu ostatniego roku zadziało się całkiem sporo. Ukończyłam studia podyplomowe z psychologii śledczej, a zaraz potem musiałam zmienić plany zawodowe, bo okazało się, że nie mogę służyć w policji z powodu zbyt dużej wady wzroku. Pogodziwszy się z faktem, że Clarice Starling to ja chyba jednak nie zostanę, skupiłam się na mojej drugiej pasji, czyli na pisaniu. W listopadzie rozpoczęłam pracę w studiu CD Projekt RED jako scenarzystka przy grze Cyberpunk 2077 i na tę okoliczność przeprowadziłam się z rodzinnego Wrocławia do Warszawy, gdzie nawiązałam współpracę z nowym wydawcą i po dłuższej przerwie powróciłam do popełniania powieści. Ta-dam!

A.C.: Wielokrotnie wspominałaś, że już w dzieciństwie pokochałaś czytanie książek, z czasem też zaczęłaś chłonąć historie przekazywane za pośrednictwem innych mediów – na scenie teatru, na ekranie czy nawet w grze. Ale czy masz swoich ulubionych pisarzy, autorów i pozycje, które odcisnęły na tobie niezatarte piętno?

Z pewnością muszę tu wymienić prozę Sapkowskiego, nie tylko dlatego, że to od niej zaczęła się moja przygoda z polską fantastyką, ale też dlatego, że to właśnie dzięki niej zapragnęłam nie zapełniać dłużej szuflady tonami porzuconych w połowie tekstów, tylko postarać się coś wreszcie skończyć i wydać. I chociaż później było mnóstwo innych książek i mnóstwo innych autorów, a gust z upływem lat zdążył mi się nieco zmienić, to prawdopodobnie nie pracowałabym teraz nad swoją czwartą powieścią, gdyby nie lektura wiedźmina szesnaście lat temu.

A.C.: Czy w twoich książkach pobrzmiewają gdzieś echa dawnych lektur, czy też inspiracje czerpiesz z zupełnie innych źródeł?

Jakieś echa pobrzmiewają na pewno, może nie w samych historiach, które opowiadam, ale w bohaterach albo w stylu. Jednak nie potrafiłabym jednoznacznie wskazać, skąd wzięłam ten czy inny pomysł. Bardzo rzadko znajduję inspiracje w wyniku celowych poszukiwań, to one zwykle znajdują mnie. Nigdy nie wiem, gdzie i kiedy dostrzegę mniej lub bardziej oczywistą analogię czy skojarzenie, które pozwolą mi w ciekawy sposób wykorzystać znane motywy, czy załatać dziurę w fabule. Staram się nie szukać takich olśnień na siłę, bo mózg najlepiej rozwiązuje trudne problemy, gdy — paradoksalnie — zbyt długo się nad nimi nie zastanawia. A ponieważ zawsze się obawiam, że nieumyślnie przywłaszczę sobie cudzą wizję, na wszelki wypadek wybieram lektury z innego gatunku niż ten, w którym akurat piszę.

A.C.: A fascynacja umysłem człowieka? Widać ją wyraźnie już w Szamance… a w Demonie luster swoje odbicie znajduje twoja dalsza ścieżka edukacji, ale mnie interesuje, kiedy zaczęłaś się interesować tym tematem i podjęłaś decyzję, iż chcesz zdobyć wykształcenie w tym kierunku?

Pamiętam, że chodziło mi to po głowie już w podstawówce, a ostatecznie zadecydowałam, że pójdę na psychologię mniej więcej w tym samym czasie, w którym zaczęłam pisać. I teraz z perspektywy lat myślę sobie, że być może już wtedy chciałam zgłębić tajemnice ludzkiej psychiki po to, żeby tworzyć wiarygodnych bohaterów. Rozumienie cudzych motywów, emocji i stanów umysłu jest niezwykle cenne nie tylko dla profilera policyjnego, którym do niedawna koniecznie chciałam zostać, ale też dla pisarza. Tak się szczęśliwie dla mnie złożyło, że psychologia nierozerwalnie łączy się z obiema moimi pasjami.

A.C.: Pozostańmy w takim razie przy temacie pisania. Od bazgrania w zeszycie i opowiadań chowanych w szufladzie do wydania książki daleka droga. Przybliżysz może naszym czytelnikom jakie były początki twojej przygody z pisaniem? Czy wszystko zaczęło się jeszcze w szkole, czy może później?

Już we wczesnej podstawówce podczas prac klasowych zamiast streszczeń lektur wolałam pisać opowiadania. W domu też już coś tam wtedy bazgroliłam, ale nie potrafiłam doprowadzić żadnego tekstu do końca. Bardzo szybko się zniechęcałam, głównie dlatego, że nie miałam pojęcia, do czego opowiadana przeze mnie historia w ogóle zmierza. Dwa lata później, po lekturze Sapkowskiego, popełniłam kilka nowelek, w moim odczuciu szalenie oryginalnych, a w rzeczywistości wtórnych do bólu, pełnych wiedźminów, czarodziejek, elfów, driad – no wypisz wymaluj fanfik sagi. Następnie przez trzy lata popełniałam powieść (pierwszy z planowanych co najmniej siedmiu tomów, straszliwie długi i zdecydowanie zbyt wiernie wzorowany na przygodach Geralta), po czym ją wydrukowałam i wysłałam do wydawnictwa SuperNOWA. I właśnie tak wszystko się zaczęło.

W odpowiedzi otrzymałam list, w którym pani redaktor podziękowała mi za przesłanie książki i napisała, że chociaż mam talent, to mój warsztat literacki pozostawia nieco do życzenia. Wyraziła też nadzieję, że nie przestanę pisać i że w przyszłości, być może, nawiążemy współpracę. Tak ciepła odmowa po prostu nie mogła podciąć mi skrzydeł, a tylko zmotywowała do dalszej pracy nad warsztatem.

Zarejestrowałam się więc na Forum Fahrenheita i wzięłam udział w kilku edycjach tamtejszych warsztatów literackich, które zaowocowały dwoma opowiadaniami wydanymi w antologiach Fabryki Słów. Niedługo potem przyszedł czas na debiutancką powieść, która właśnie doczekała się wznowienia i która 6 lat temu skutecznie przetarła szlak moim kolejnym książkom.

Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę

Jeśli ktoś jest ciekaw wspomnianych warsztatów, zapraszam na moją autorską stronę na Facebooku, gdzie prezentuję wszystkie teksty adeptki Raduchowskiej: https://www.facebook.com/MartynaRaduchowska/notes/

A.C.: A o czym były twoje pierwsze opowiadania? Te, które nigdy nie ujrzały świata dziennego i przepadły w odmętach notatników i brulionów?

Szczerze mówiąc nie pamiętam z nich nic poza tym, że wszystkie były opowieściami fantasy, a główne role grały bardzo silne młode kobiety. Bohaterki musiały obowiązkowo biegle władać magią albo mieczem i wpadać w sieci intryg tak zawiłych, że nawet ja się gubiłam. W nazwach własnych też się zresztą gubiłam, bo nie dość, że były koszmarnie długie, to jeszcze niemożliwe do wymówienia i zapamiętania. Naprawdę trudno się dziwić, że żaden z tych tekstów nie doczekał się zakończenia, skoro sama autorka nie wiedziała, co ma właściwie na myśli…

A.C.: Nigdy nie korciło cię żeby je wygrzebać, coś w nich poprawić i zaprezentować czytelnikom?

O, nie, nie, nie! Ja nawet na wszelki wypadek zapomniałam, w którym pudle trzymam stare zapiski i gdzie to pudło w ogóle jest. Nie chowam po szufladach żadnych gotowców na czarną godzinę, a szkoda. Przyznaję, kilka pomysłów sprzed lat być może nadawałoby się do przelania na papier i czasem wracam do nich myślami, ale światło dzienne mogłyby ujrzeć dopiero po baaaardzo gruntownych przeróbkach. Ale kto wie, może kiedyś mnie olśni i wykorzystam dawne koncepty w zupełnie nieoczekiwany sposób.

A.C.: Czy zdarza ci się jeszcze pisać tylko dla siebie, tylko dla przyjemności, czy też kiedy przychodzi ci do głowy jakiś pomysł, to już od razu masz na uwadze odbiorców do których może być skierowany?

Na luksus pisania dla czystej przyjemności niestety nie starcza mi już czasu. Na dodatek pomysły dojrzewają we mnie na tyle wolno i wykluwają się na tyle obszerne i dopracowane, że kiedy zaczynam je realizować, robię to od razu z zamiarem publikacji. Ale nie staram się celować tekstem w konkretną grupę odbiorców, bo myśl o ich oczekiwaniach za bardzo mnie paraliżuje. Już sama świadomość, że ktoś niedługo będzie czytał utwór, nad którym właśnie pracuję, wystarczy, żeby mój wewnętrzny krytyk stawał się nieznośny jak Pech Idy.

A.C.: A skąd w ogóle pomysł na Szamankę...? Studenckie perypetie, szczególnie na kierunku psychologii, były ci chyba dość bliskie, ale cała reszta?

Szamanka od umarlaków wyrosła na zgliszczach długaśnego opowiadania pt. Czas żniw, które napisałam na konkurs Nawiedzony dom zorganizowany przez Forum Fahrenheita i Fabrykę Słów. Moja ówczesna redaktorka i członkini jury w jednym zażyczyła sobie wtedy, żebym zgłosiła do konkursu jakiś krótszy tekst (tak powstał Shade opublikowany w 2009 roku w antologii Nawiedziny, do pobrania za darmo tutaj: https://www.facebook.com/MartynaRaduchowska/notes/), natomiast Czas żniw kazała mi przerobić na powieść.

Podczas pracy nad tym opowiadaniem, nazbierałam sporo pomysłów i wątków, więc konspekt ułożył mi się właściwie sam, a książka powstawała całkiem szybko i sprawnie. Miałam trzy arkusze materiału wyjściowego, które wystarczyło przepisać i rozbudować. Wtedy jeszcze nie wierzyłam, że naprawdę wydam tę książkę i pewnie dlatego tak przyjemnie mi się ją pisało. W ogóle nie czułam presji. Największy paradoks polega jednak na tym, że im więcej utworów wydaję, tym bardziej mój krytyk wewnętrzny rośnie w siłę.

A.C.: Czy w naszej bohaterce jest coś z ciebie? Co macie wspólnego, poza zamiłowaniem do psychologii?

Mamy i to sporo. Łączy nas skłonność do ironizowania i czarnego humoru. Obie opuściłyśmy rodzinny dom niedługo po maturze, choć Idę wywiało tylko do innego miasta, mnie do innego kraju. W Szamance... Ida jest mniej zdecydowana i bardziej przestraszona w obliczu kłopotów niż ja, bo choć sama mam skłonności do panikowania, to jednak potrafię szybko wziąć się w garść i zmusić do działania. Ale w Demonie Luster Ida mierzy się z niebezpieczeństwami, jakim nigdy nie będę musiała stawić czoła i naprawdę nie wiem, czy na jej miejscu okazałabym się równie silna i zdeterminowana.

A.C.: Czy inne postacie też miały swoich rzeczywistych pierwowzorów lub osoby od których zapożyczyłaś co nieco przy kreacji swoich bohaterów??

Tekla nie byłaby Teklą, gdyby nie moja obdarzona ciętym językiem siostra, a także wspomniana już redaktorka, która miała bardzo osobliwy zwyczaj zwracania się do mnie w trzeciej osobie. Mój najlepszy przyjaciel i mąż in spe wyposażył Kruchego z Demona… w specyficzne poczucie humoru, użyczył mu wiele ze swoich powiedzonek i anegdot i nauczył jujitsu. Kilka postaci trzecioplanowych pojawia się pod prawdziwymi imionami swoich pierwowzorów, dziedzicząc przy okazji ich cechy charakteru. Niektóre dialogi to zapis autentycznych rozmów i może kiedyś zdradzę, o które chodzi.

A.C.: Spotkałam się z informacją, że dla ciebie najważniejsze są dwie rzeczy – wyraziści, zapadający w pamięć bohaterowie i interesująca fabuła. Muszę przyznać, że twoje książki świetnie spełniają oba te kryteria i nie można im nic pod tym względem zarzucić. Ale kiedy zaczynasz pracę nad książką i siadasz do jej pisania, to czy zaczynasz od tworzenia portretów protagonistów, czy też najpierw kreślisz plany historii, a dopiero później zaludniasz ją odpowiednimi postaciami? Czy któryś z tych elementów jest dla ciebie ważniejszy?

Najpierw tworzę bardzo ogólny zarys fabuły oraz bardzo szczegółowy portret głównego bohatera. Kiedy już go znam, wiem, jaki jest jego cel, jakie przeszkody postawić mu na drodze, jak będzie próbował je pokonać, jakich dobrać mu wrogów, a jakich sprzymierzeńców – i dopiero wtedy mogę zacząć knuć intrygę. Bez dobrze nakreślonych sylwetek protagonisty i antagonisty nie potrafię pracować nad historią, bo ona powinna być odzwierciedleniem ich charakterów, lęków, dążeń i wyborów. Zawsze patrzę na swoje opowieści przez pryzmat głównego bohatera, zatem to on jest kluczem do całej układanki.

A.C.: Ile było wersji Szamanki...? Wersja 1.1, 2.1, Alfa, Beta i Final 1, Final 2 i Final_OK? Czy jakieś fragmenty zostały mocno zmienione w procesie twórczym i początkowo wyglądały całkiem inaczej, czy też może po skończonej pracy tylko szlifowałaś detale?

Powstały trzy wersje: wersja surowa, czyli pierwszy draft, wersja autorska, czyli po moich własnych poprawkach i wreszcie wersja ostateczna, czyli po profesjonalnej redakcji i korekcie. Zarówno moje zmiany jak i te, które zasugerowała mi redaktorka, dotyczyły w większości szlifowania detali, natomiast całkowitą metamorfozę przeszedł ostatni rozdział powieści.

A.C.: Muszę przyznać, że Szamanka od umarlaków kończy się klasycznym cliffhangerem, a na jej kontynuację kazałaś fanom dość długo czekać. Ale czy kiedy kończyłaś pisać wiedziałaś już jak dalej potoczą się losy Idy, czy też pomysł na kontynuację kształtował się przez dłuższy czas, dojrzewał, aż wreszcie wiedziałaś jak chcesz to zakończyć?

Szamanka… stanowiła początkowo zamkniętą historię, która nie wymagała kontynuacji, jednak podczas prac redaktorskich stało się jasne, że wątek Kusiciela i misja Idy po drugiej stronie lustra zasługują na znacznie więcej miejsca i uwagi. I tak zapadła decyzja o rozbiciu opowieści na dwie części, co z jednej strony paskudnie zawiesiło historię w próżni na dwa i pół roku, ale z drugiej wyszło fabule na dobre.

Kończąc redakcję Szamanki… wiedziałam dokładnie, jaki będzie finał Demona luster, nie byłam jednak pewna, z jakimi przeciwnościami losu Ida będzie musiała się zmierzyć, zanim stawi czoła tytułowemu antagoniście, jaką zagadkę przyjdzie jej rozwiązać ani co naprowadzi ją na właściwy trop. Szamanka... została wydana w tym samym czasie, w którym kończyłam studia licencjackie i szykowałam się do przeprowadzki do Yorku na studia magisterskie. Przez następny rok praktycznie każdy dzień spędzałam na uczelni, a co trzecią noc w pracy w domu opieki i często nie znajdowałam czasu na sen, nie wspominając już nawet o pisaniu. Ale za to w tych rzadkich wolnych chwilach notowałam pomysły i szlifowałam konspekt drugiego tomu. Wróciłam więc do Polski uzbrojona nie tylko w dyplom, ale też gotową fabułę Demona…, zaplanowaną niemal co do sceny, co pozwoliło mi uwinąć się z pisaniem w błyskawicznym tempie, bo w jakieś trzy miesiące.

A.C.: Od premiery Szamanki... minęło już kilka lat. Czy teraz, kiedy patrzysz na tę książkę, miałabyś ochotę coś zmienić i poprawić?

Z jednej strony bardzo, z drugiej wcale. Mało który debiut okazuje się dziełem idealnym i Szamanka… nie jest pod tym względem wyjątkiem. Dlatego kiedy Uroboros zapytał, czy życzę sobie ponownej redakcji na okoliczność drugiego wydania, nie wahałam się ani chwili i poprosiłam o najbardziej czepialskiego redaktora, jakiego tylko zdołają znaleźć. Czepialski i złośliwy redaktor to mój ulubiony typ, pod tym względem przejawiam iście masochistyczne skłonności.

Gdybym teraz wyciągnęła Szamankę… z szuflady i dopiero zamierzała ją opublikować, na pewno najpierw poddałabym całość gruntownym przeróbkom. Popełniłam tę książkę w wieku dwudziestu dwóch lat, teraz mam trzydzieści, zmieniłam się ja, zmienił się mój warsztat, Ida i jej problemy siłą rzeczy też musiałyby dojrzeć, gdybym miała opowiadać o nich na nowo. Doskonale widać to po Demonie…, w którym dziewczyna w obliczu grożącego jej niebezpieczeństwa nagle przestaje być dzieckiem.

Ale z tej drugiej strony cieszę się, że Szamanka… już powstała, bo mimo kilku wad, ma też swoje zalety i spore grono fanów. Bo wcale nie jest przecież powiedziane, że przepisując tę powieść, przy okazji bym jej nie zepsuła.

A.C.: Okładka i Dominik Broniek – o tym trzeba powiedzieć. Przy okazji premiery Demona Luster wspominałaś, że mógłby narysować cokolwiek, a ty byłabyś zadowolona. I jak ci się podoba okładka nowej Szamanki od umarlaków? Miałaś swój udział w jej projektowaniu?

Tak, miałam i znów jestem zachwycona efektem końcowym. Pamiętam, że kiedy blisko cztery lata temu dostałam do wglądu projekty do Demona…, pomyślałam sobie, że jeśli Szamanka… doczeka się kolejnego wydania, grafikę dla niej musi przygotować Dominik Broniek, nikt inny. I nie pomyliłam się, okładka jest świetna i szczerzę się durnowato, za każdym razem, gdy na nią patrzę.

A.C.: Kilkakrotnie przy różnych okazjach spotkałam się z informacją, że masz pomysł na tom trzeci, a może nawet czwarty, ale dopiero kilka dni temu na twoim Facebooku pojawił się wpis, że krystalizuje ci się pomysł na tom trzeci. Wobec tego ja się pytam – kiedy go można się spodziewać? Nie żebym marudziła, ale ja – i nie tylko ja – czekamy na więcej.

Zanim będę mogła zabrać się do opisywania dalszych przygód Idy, muszę najpierw ukończyć pewien spory projekt, nad którym obecnie pracuję. Mogę z tego miejsca potwierdzić, że przy okazji tworzę plan dwóch kolejnych części cykli szamankowego, ale nic więcej nie powiem, bo mi nie wolno. O! Nie żebym się bezczelnie uchylała od składania deklaracji, z których potem będziecie mnie mogli rozliczać, a skąd!

A.C.: Poza serią o szamance jesteś też autorką książki utrzymanej w klimacie cyberpunku. Czy jest jakiś gatunek, w którym jeszcze chciałabyś się sprawdzić? A może jest też taki, w którym nigdy w życiu nie dałabyś rady nic napisać?

Od pewnego czasu noszę się z zamiarem napisania kryminału, bo pomysłów mi nie brakuje, wiedza ze studiów aż się prosi, żeby ją wykorzystać i moje zamiłowanie do psychologii śledczej musi gdzieś w końcu znaleźć ujście.

A jeśli chodzi o gatunek, któremu raczej bym nie sprostała, nasuwają mi się dwie kandydatury: space-opera i powieść historyczna. Na samą myśl o tym ogromie researchu, jaki musiałabym zrobić, czuję, jak mi się mózg ścina na jajecznicę. Znając siebie najpierw zapisałabym się na studia kosmologiczne tudzież na mediewistykę, zanim odważyłabym się choć pomyśleć o zmierzeniu się z którymś z tych gatunków.

A.C.: A masz może jakieś marzenia, które chciałabyś, aby się spełniły? Pozytywne nastawienie i energia to podstawa, czegóż więc redaktorzy i czytelnicy portalu Poltergeist mogą życzyć Martynie Raduchowskiej?

Jak najwięcej czasu na pisanie, bo obecnie niczego więcej mi do szczęścia nie potrzeba.

A.C.: Gorąco dziękuję za wywiad i twój czas.

Cała przyjemność po mojej stronie.

 

Fotografie (c) Martyna Raduchowska. Na zdjęciach Martyna Raduchowska i Arisa aka włochata dzidzia aka kudłate durnowate

Szamanka od umarlaków dostępna w przedsprzedaży w Empiku




Czytaj również

Demon Luster
Nim pochłonie cię niebyt
- recenzja
Szamanka od umarlaków - Martyna Raduchowska
Nieumarłe motywy
- recenzja
Nawiedziny - antologia
Książka (podobno) nawiedzona
- recenzja
Nawiedziny
Ta ducha?
Nawiedziny
Zaklął cicho w 9. językach

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.