» Artykuły » Wywiady » Wywiad z Jarosławem Moździochem

Wywiad z Jarosławem Moździochem


wersja do druku

Zdecydowanie nie piszę "pod odbiorcę", który jest nijaki

Autor: Redakcja: Beata 'teaver' Kwiecińska-Sobek

Wywiad z Jarosławem Moździochem
Jarosław Moździoch.
Autor niezwykle tajemniczy. Bardzo ostrożnie dawkuje informacje o sobie, a i w Internecie wyśledzić go nie jest tak łatwo.
Ale, oczywiście nie mogłam nie spróbować.
I oto dla Was - autor Maski Luny i wydanego niedawno zbioru opowiadań grozy Chłopiec z aluminiowym kubkiem w dłoni - odpowiada na pytania o książki i nie tylko.


Ewa ‘senmara’ Haferkorn: Prosząc o wywiad byłam jeszcze pod wrażeniem zbioru opowiadań, Chłopiec z aluminiowym kubkiem w dłoni i cały czas się zastanawiam, czy postąpi Pan jak jeden z bohaterów, Michał Dębicki, który zastrzegał, że podczas wywiadów nie udziela żadnych informacji o swoim życiu. Czy to postać stworzona na potrzeby opowiadania, czy ostrzeżenie dla żądnych informacji dziennikarzy?

Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę

Jarosław Moździoch: Nie udzielam informacji na temat życia prywatnego, bo nie uważam, żeby działo się w nim coś na prawdę wybitnego; coś, co mogłoby zainteresować czytelników prasy, wortali, czy słuchaczy. Jestem normalnym facetem i moje prywatne życie prawdopodobnie zbytnio nie różni się od tego, co przeżywa tysiące innych ludzi na świecie.
Michał Dębicki to postać fikcyjna, ale jako wirtualny pisarz może pochwalić się kilkoma opowiadaniami opublikowanymi w Internecie.

Czy po napisaniu obszernej powieści, jaką jest Maska Luny łatwo było napisać "ograniczone" w formie opowiadania? Jaka jest różnica między pisaniem powieści a zbioru opowiadań?

W kolejności wydawniczej tomik opowiadań jest drugi, ale przed nim napisałem 2 część Maski. Co pisze się trudniej? Nie zastanawiałem się nad tym. Pomysł na opowiadania wpadł mi do głowy podczas komponowania muzyki. Krótkie formy muzyczne dały w efekcie krótkie formy literackie.

Istnieje opinia, że mężczyźni lubią straszyć, a kobiety lubią być straszone. Czy pisze Pan do konkretnego odbiorcy, myśli o tym, jak dany tekst będzie odebrany?

Zdecydowanie nie piszę "pod odbiorcę", który jest nijaki. Staram się dbać o realizm miejsc i zachowań bohaterów (abstrahując oczywiście od tego, że przytrafiają im się totalnie nierealne historie), a tym samym kieruję tekst pod osąd pewnego typu ludzi. Po napisaniu Maski zastanawiałem się, jak odbiorą ją archeolodzy i antropolodzy - opinie były pozytywne, co bardzo mnie ucieszyło. Ich zdanie było dla mnie bardzo ważne, bo to stanowiło o byciu lub niebyciu kolejnych części. Do ocenzurowania 2 części Maski p.t. 4 brama – Labirynt, potrzebny mi będzie, prócz archeologa, również psychiatra. Socjolog przydałby się w wypadku Chłopca z kubkiem.

A ogólnie mówiąc, to od odbiorcy wymagam pewnego zakresu wiedzy. Nie staram się na siłę upraszczać i podawać mu na tacy wszystkich wyjaśnień. W Masce wiele dzieje się za maską. Natrętne podawanie godziny - miały swój ukryty cel (numerologia); podobnie było z opisem sennej wizji tańca (antropologia), dokładnym opisem wyimaginowanej świątyni (archeologia i astrologia); gra słów (Warszawa - Ursovia, lub w innym zapisie Vrsovia - VVsrovia) - to wszystko „zabawa” z czytelnikami, którzy mają ochotę na coś więcej niż na opowieści dziwnej treści.

Dla kogo przeprowadził Pan Wywiad z Świętym Mikołajem?

:)))) Dla synka mojej kuzynki, który jest przemiłym bobasem z Gorzowa Wielkopolskiego. Rzecz jasna, ma na imię Mikołajek. Na razie ma dopiero rok, ale jak dorośnie, to sobie przeczyta.

Skoro już jestem przy Świętym Mikołaju: wielkopolskie dzieci odwiedza Gwiazdor, a w tym wywiadzie odczułam lekkie "poniżenie" tego jegomościa na rzecz Świętego Mikołaja. Jak mieszkaniec Wielkopolski (nawet po przeprowadzce) mógł się tego dopuścić?

W opowiadaniu chodzi o "radzieckiego Gwiazdora" a nie tego roznoszącego prezenty w Wielkopolsce (chociaż zastanawiam się nad tym, czy przypadkiem nie przyjechał on na Ziemie Zachodnie wraz z repatriantami ze Wschodu). Opisana historia jest niemal "prawdziwa", bo faktem jest, że po tak zwanej "Rewolucji bolszewickiej" (która w rzeczywistości była kontrrewolucją, a właściwie zwykłym zamachem stanu), św. Mikołaja propagandyści sowieccy zastąpili Gwiazdorem (taki typek pasował im nawet do ich czerwonej gwiazdy).
Niby ten nasz święty Mikołaj (katolicki) nie jest już świętym w gronie innych świętych, bo odmówiono mu aureolki podczas soboru watykańskiego, ale tradycja rozdawania prezentów na całe szczęście pozostała.

Jeśli to Pan byłby pisarzem horrorów z Powieści z ohydą i koszmarem w tle, jaki autostopowicz mógłby wsiąść do Pana auta? Kogo obawiałby się Pan najbardziej? A może, kogo chciałby wziąć "na stopa"? Hmmm... a może to jest prawdziwa historia?

Ucząc się w średniej szkole, a potem studiując, każde wakacje spędzałem na "stopie". Zastanawiam się teraz: ile kilometrów przejechałem w ten sposób?... dużo. W sumie w grę wchodziłyby dziesiątki tysięcy kilometrów. Gdy tak sobie jeździłem, to obiecałem sobie, że będę zabierał każdego autostopowicza, którego napotkam na swojej drodze. Tak też było, dopóki miałem samochód. Teraz samochodu nie mam.

Na auto-stopie nigdy nie spotkała mnie jakakolwiek przykrość - to były inne czasy. Gdy sam zacząłem zgarniać autostopowiczów z drogi, również nie przydarzył mi się jakiś dziwny przypadek; nigdy nikt nie chciał mnie okraść, uprowadzić ;), czy coś w tym rodzaju. Nie przypominam sobie również, abym jako kierowca napędził jakiemuś autostopowiczowi lub autostopowiczce stracha. Kogo obawiałbym się wpuścić do samochodu? Na pewno obawiałbym się jakiegoś psychopaty. Kogo chciałbym wziąć? Trudne pytanie. Jeśli chodzi o kogoś konkretnego, to teraz przychodzi mi do głowy ś.p. Philip K. Dick albo ś.p. Kurt Vonnegut; porozmawiałbym z nimi o kilku konkretnych książkach ich autorstwa. Oczywiście chętnie widziałbym ich w swoim samochodzie żywych, a nie takich świeżo powstałych z grobów - dodaję to tak dla wyjaśnienia i na wszelki wypadek, by ktoś sobie nie pomyślał, że jako początkujący pisarz horrorów ubóstwiam towarzystwo truposzy.

Najbardziej podobały mi się opowiadania tzw. "z życia" na przykład o pracowniku pralni, na ile życie pisarza odbija się w jego opowieściach?

W pralni pracowałem niecałe dwa miesiące. Rzeczywista pralnia (moje niegdysiejsze i dorywcze miejsce pracy) nie ma nic wspólnego z tą z opowiadania. Nawet kafelki miały inny kolor i wcale nie ślęczało się tam godzinami bezczynnie.

W moim przypadku życie w minimalnym stopniu odbija się w tekstach. A że się nieco odbija, to jest przecież nieuniknione i nie ma sensu walczyć z tym na siłę. Bardziej (mocniej) odbijają się „przeżycia”, impresje na dany temat. W opowiadaniu Śląski naśladowca... opisałem dom, w którym mieszkali moi przyjaciele, ale fikcją były opisane pod nim lochy i cała reszta. Podobnie z historią Do rychłego zobaczenia... - Wieża Trynitarska istnieje i pracowałem w niej. Nawet wspomniana wystawa miała miejsce; reszta to fikcja. Pensjonat Heli również ma swój odpowiednik w rzeczywistości, ale nie mieszka w nim Hela rodem ze skandynawsko-germańskich mitów, tylko przesympatyczna starsza pani... Okey, widzę, że sam się zakręciłem i podłożyłem; życie pisarza jednak odbija się w jego opowieściach - jak wynika z powyższego - i wcale nie w tak małym stopniu. Ale mimo wszystko bardziej czuję się obserwatorem życia innych.

Może ocieram się o lekką paranoję, ale czy mogę dowiedzieć się nieco więcej o pralni chemicznej z opowiadania? Z pewnego punktu widzenia dobrze byłoby wiedzieć gdzie takowa jest.

Wspomniałem wyżej, że tylko w głowie. Pranie ludzkich grzechów... Zmaterializowany ściek owych grzechów.... Stworzenie skondensowanej esencji grzechów, którą potem chłepcą ze ścieku potępione dusze... To był pierwotny pomysł, który trzeba było gdzieś umieścić. Wydawało mi się, że pralnia z labiryntem regałów to dobre miejsce (kolejny raz zabawa z czytelnikiem - labirynt ;)

Czy muzyka odgrywa jakąś rolę w pisaniu? Czy mi się wydawało, czy jest Pan związany z pewnym zespołem muzycznym?

Muzyka jest ogromnie ważna, a pisząc "muzyka" nie mam na myśli rąbanki puszczanej w eter prze komercyjne rozgłośnie. Nie chcę być propagatorem jakiejś spiskowej teorii, ale nieraz zastanawiam się, czy nakaz puszczania takiej "kaszanki" non-stop w głośniki, nie jest narzucony przez jakąś „grupę trzymającą władzę”, której celem jest stworzenie w najbliższej dziesięciolatce masy ogłupiałych "proli" rodem z orwellowskiego "roku 1984".

A co do zespołu... powstał nagle i nagle rozpadł się. Pozostało po nim kilkanaście utworów, w tym ścieżka dźwiękowa do Maski Luny. Może kiedyś ktoś ją wyda oficjalnie. Na razie niski, prywatnie wydany nakład, rozszedł się w gronie przyjaciół.
Muzyka i rysunki nadal powstają do każdego tekstu, ale zachowuję je dla siebie.

W Masce luny jest jedna z najbarwniejszych i wiernych rzeczywistości scen "sąsiedzkich". Sąsiadka Czarka wydała mi się nad wyraz prawdziwa, nie wiem, czy uwierzę, jeśli dowiem się, że jest całkowicie wymyślona na potrzeby książki. Czy jej odpowiednik gdzieś mieszka?

To pytanie, to dla mnie komplement. Nie, postać nie istnieje (przynajmniej w moim otoczeniu). W 100% jest wymyślona. Naprzeciwko nie mieszka żadna wredna i wścibska sąsiadka, ale bardzo miłe młode małżeństwo. Jedyna autentyczna postać w Masce to ksiądz Władysław Paciak (szalenie „literackie” i - zadawałoby się - zmyślone nazwisko, szczególnie dla księdza-malarza, ale jest prawdziwe). Teolog i historyk sztuki po UJ oraz artysta plastyk po krakowskiej ASP w jednej osobie; przy okazji - biedny do końca życia jak przysłowiowa mysz kościelna. Na razie jest nieznany nawet w szerszym gronie krytyków i historyków sztuki, mimo że jego dzieła są wprost rewelacyjne i potrafią rzucić na kolana (a mnie rzadko coś potrafi „rzucić na kolana”). Myślę, że za kilkadziesiąt lat jakiś młody historyk sztuki odnajdzie jego prace gdzieś w muzealnych magazynach i pomyśli sobie: „Boże! To stare pokolenie to jakieś durne było! Tyle lat ludzie mieli te perełki tuż pod nosem i nie zauważali tego! Ślepi jacyś, czy co?”

Czytając Spisek czterech natrafiłam na opis bohatera. Razem z całą otoczką, min. preferencjami muzycznymi i innymi rzeczami, które mogłam znaleźć w necie był niezwykle sugestywny. Na ile jest w nim z Jarosława Moździocha?

Hmmm... czyli pyta mnie Pani, ile we mnie fajtłapy, nieudacznika, lenia, faceta, który nie chce dorosnąć, w dodatku zakompleksionego i czującego się stłamszonym przez kobiety? ;) Chyba niewiele. Bardziej odpowiada mi wcielenie Yaro Adolfsona z jego pokręconą filozofią życiową i surrealistycznie pokręconymi opowiadaniami.
Jeśli chodzi o wygląd zewnętrzny, to bohater ma jakieś 90% z Moździocha. Piszę 90, bo teraz mam krótkie włosy, które ściąłem z własnej woli, a nie z przymusu;) Gust muzyczny bohatera dość daleko odbiega od mojego, chociaż, gdy słyszę Sade i wtórujący jej saksofon, to nie uciekam na drzewo. To dobrze zaaranżowane kawałki dobrej, lekkiej muzyki (lekkiej nie znaczy trywialnej).

Chyba mniej więcej 1/3 Pana twórczości jest zamieszczona w Internecie, czy woli Pan w ten sposób publikować, czy też druk "tradycyjny" ma więcej zalet, takich jak np. wzięcie do ręki własnej książki?

Nie jestem materialistą, więc branie do ręki własnej książki (obmacywanie jej) nie robi na mnie wrażenia. Z drugiej jednak strony zdaję sobie sprawę, że nadal wśród odbiorców istnieje przekonanie, że Internet to „uboga krewna” papieru i że wszystko to, co umieszczane jest w sieci, jest jakościowo o kilka klas gorsze od tego, co jest wydrukowane. Jak tak nie myślę. Wydaje mi się, że takie myślenie zmieni się - wcześniej niż niektórzy myślą. Rzecz jasna, proszę nie myśleć, że przepowiadam, iż dojdzie do spalenia wszystkich dzieł wydrukowanych, a papier zaniknie jak pergamin czy papirus.

Sam nie widzę różnicy w czytaniu książek papierowych a czytaniem z ekranu. Więcej książek czytam z ekranu, bo między innymi tego wymaga moja aktualna praca. Poza tym cenię e-książki, bo gdy wybieram się gdzieś w trasę, to na iPAQa mogę załadować niemal całą bibliotekę i nie muszę targać - jak za dawnych czasów - kilku kilogramów papieru. Od encyklopedii i słowników cyfrowych już się chyba uzależniłem i nie wyobrażam sobie, że musiałbym wertować tomiszcza w poszukiwaniu jakiegoś słówka, definicji, czy tematu. Cyfrowego Lindego mam zawsze pod ręką, a z wersją papierową nie byłoby wesoło, szczególnie w godzinach szczytu w stołecznych tramwajach ;)

Maska Luny została wydana kilka lat temu, teraz otrzymaliśmy zbiór opowiadań, co przysporzyło Panu wielu czytelników. W tym czasie inni pisarze bywają na konwentach promując swoje powieści. Czy i gdzie jest okazja spotkania "na żywo" z autorem Chłopca z aluminiowym kubkiem w dłoni?

Po wydaniu Maski kilkakrotnie zostałem zaproszony na spotkania z czytelnikami, które zorganizowali znajomi (małe domy kultury). Jakieś oficjalne zaproszenia nie docierają do mnie. Żyję poza kręgiem ludzi piszących, więc nawet nie wiem jak się „załatwia” taki „wjazd” na konwent ;) Nie unikam takich spotkań, ale i nie pcham się, bo licho wie, jakbym wypadł przed szerszą publicznością ;)

Komentarze


Furiath
   
Ocena:
0
"Po napisaniu Maski zastanawiałem się, jak odbiorą ją archeolodzy i antropolodzy" - ciekawy fragment. Jakże... polski :) Czy autor nie minął się z powołaniem, może zamiast beletrystyki lepiej czułby sie w pozycjach popularnonaukowych? Pewnie z wyraźnym niesmakiem odczuwa szufladkowanie go jako autora horroru , a nie twórcy ambitnego gatunku naukowo-realistycznego z licznymi tropami dla koneserów ;)
08-02-2008 19:47
~kozodziej

Użytkownik niezarejestrowany
    opinia
Ocena:
0
Do wypowiedzi wyżej:
I daj Boże, żeby dbałość o szczegóły stała się „typowo polskim” zwyczajem. Natomiast jeśli chodzi o „typowo polskie” reakcje, to powyższa wypowiedź z całą pewnością do takich należy. Czepianie się dla samego czepiania. Zostawienie takiej notki po sobie nic nie wnosi w dyskusję ani o książkach Moździocha, ani o wywiadzie. To jak obsikanie krzaczka przez psa, albo wypisanie sprayem na murze: „byłem tu, futiath”. Nie wydaje mi się, że Moździoch ma jakiekolwiek kompleksy niespełnionego autora tekstów popularno-naukowych. Jego teksty to kawał dobrej roboty. Czytałem trzy z nich: Maskę Luny (horror), Spisek Czterech (komedia – chyba, bo wbrew pozorom wymyka się klasyfikacji) i Boże Narodzenie on-line (s-f wyraźnie wzorowane na Kuttnerze). Każdy ma inny, wyjątkowy klimat. Każdy, jakby z innej beczki, co wcale nie świadczy, że zły. Wywiad niezły. M. dał się pociągnąć za język i senmara nawet wyciągnęła z niego to, że jednak real ma jakiś wpływ na jego pisanie ;) Kilku pytań mi brakło i kilku odpowiedzi, ale to może kiedy indziej. Jedno z nich brzmi: Czy Moździoch jest (był) księdzem? Z trzech tekstów, w dwóch umieszczony jest bohater w sutannie. Realia i opisy ich życia są bardzo dokładne... To byłyby jaja, gdyby okazało się, że pisarz horroru jest klechą ;)
Wracając do czegoś takiego jak „typowo polskie”. Teraz „typowo po polsku” zacznę domniemywać i snuć wnioski (być może bezpodstawne), ale, furiath, zastanawiam się, czy w ogóle czytałeś wspomnianą Maskę Luny? Czy może była to lektura zbyt gruba dla ciebie.
12-02-2008 16:32
~

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
dlaczego mój komentarz się ukazał?:(
15-04-2008 00:26
~zazizu

Użytkownik niezarejestrowany
    pytanie
Ocena:
0
...dlaczego moj długaśny komentarz się nie ukazał?...czy jest tu jakiś limit znaków?
15-04-2008 00:30
~zazizu

Użytkownik niezarejestrowany
    ...co ja sobie myślę;)
Ocena:
0
...najpierw to, że poprzedni komentarz mi poszybował w kosmos, ale nie daję za wygraną;)

..... też sobie zadałm kiedyś takie pytanie; czy może Autor to ten ksiądz,

który pojawia się w Masce, a następnie w Spisku...
...wziąwszy jednak pod uwagę twórczość Jazz Mozru, a także "scenę

łóżkową" z Maski, odrzuciłam taką ewentualność;)
...Autor jawi się nam jako przyzwoity człowiek, a co przystoi

przyzwoitemu człowiekowi, to przyzwoitemu księdzu, już nie do końca

przystoi;)
...przyzwoity ksiąz nie ma prawa znać "spraw" tak dogłębnie;)
...abstrachując od niezbadanych i niespotykanych powszechnie, pokładach

wyobraźni, z jaką się u Moździocha spotykamy;)

...a zatem nie jest księdzem, ale, ma szczególny sentymnet do tego

staruszka, co w wywiadzie wyjaśnia...
...lubi ludzi wartościowych, inteligentnych i skromnych zarazem, co nie

jest zbyt powszechnym połączeniem ludzkich zalet...proste..toczka.

...pomijając inne wcielenia pisarza, zainteresowało mnie nazwisko

Michał Dębicki, i tu niespodziewajka, choć nie twierdzę, że tak jest,

to jednak być może, że może być:))))
Stanisław Michał Dębicki 1853-1911 -ksiądz i filozof.
...ale to nie wszystko;)
"Lamennais-Anioł upadły" autorstwa księdza Dębickiego ukazuje nam

postać następującą:

"...Powierzchowności był prawie nieprzyjemnej: mały, słabowity, nie

mający nic imponującego w postaci, bez roz­kazującego wyrazu w oczach,

bez żadnego wdzięku zew­nętrznego. Lecz język jego był narzędziem

czarownym, za którego pomocą, bez żadnych środków sztucznych,

rozta­czał przed słuchaczami myśli dziwnie jasne, głębokie i po­tężne.

Z pochyloną głową, ściskając przed sobą dłonie, wylewał on przy

roztrząsaniu zagadnień ogromny zasób wytrawnych swych poglądów, który

płynął, jak strumień przez błonia zielone. Mówił tonem łagodnym,

jednostajnym i tak nieprzerwanie, tak płynnie i wytwornie, że, gdy się

zamknęło oczy, sądzić było można, iż słyszy się czytanie z książki,

wystylizowanej troskliwie i umiejętnie"....

...i jeszcze jeden cytat, który mi się skojarzył z aforyzmami

Adolfsona...tak na marginesie, bo z tego samego źródła...

...""Kochany Felicjanie – pisał do niego (Lamennais'a) stryj w r. 1807

– posiadasz wszystko, co jest po­trzebne na dobrego pisarza: masz styl

i smak literacki... W naszych czasach wszystko zależy od stylu, a

przyczyna tego jest bardzo prosta: dzisiaj ludzie nie myślą...".

....nie od dziś znaczy się, nie od dziś myślenie nie jest w

modzie:))))))

...wracjąc do tematu księdza....
...kto czytał Moździocha, ten zauważy podobieństwo obu księży...
...niemniej jednak, Dębiccy różnych imion, okryli się sławą nie tylko

na tym polu...kto zechce, sam znajdzie na jakim...
...a więc nie wiemy tak naprawdę skąd się wziął Michał Dębicki, autor

współczesny jak najbardziej:))))

...Jarosław Moździoch jest tego typu pisarzem, który skłania czytelnika

także do innych, niż jego twórczość, podróży literackich...i to jest

takie przyjemne...dlatego lubię czytać to, co wychodzi spod Jego

pióra...
....czy ja nie za bardzo tu słodzę, żeby ktoś jeszcze nie pomyślał, żem

jest nasłana albo i co:))))))
...pozdrawiam Pana serdecznie Jarosławie, i czekam na drugą część

Maski:)


15-04-2008 00:44
~Detektyw Monk

Użytkownik niezarejestrowany
    Wolę .
Ocena:
0
Ja jednak wolę papierową książkę niż elektroniczną . Czytam teraz Maska Luny i jest bardzo ładna .
30-05-2010 09:23

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.