» Artykuły » Wywiady » Wywiad z Emilem Strzeszewskim

Wywiad z Emilem Strzeszewskim

Wywiad z Emilem Strzeszewskim

Bartłomiej Łopatka: Udała Ci się rzecz trudna – ukazał się Twój debiut książkowy w znanym i poważanym wydawnictwie.  Możesz powiedzieć coś więcej na temat sytuacji i możliwości debiutanta, lub autora chcącego zadebiutować?

Emil Strzeszewski: Tych debiutów mam już sporo i przynajmniej jeszcze jeden przede mną. Debiutowałem literacko opowiadaniem w magazynie, przedtem jeszcze dziennikarsko, potem właśnie powieść w e-booku w Powergraphie, a teraz książka w papierze dla Genius Creations. Czuję się jak wieczny młokos.

Nie wiem, jaka jest sytuacja debiutantów w ogólności. Mogę wypowiadać się jedynie za siebie. Sam nie miałem łatwo. Ektenia w różnych wersjach przewinęła się przez kilka wydawnictw, aż uśmiechnęła się do mnie Fabryka Słów. Ostatecznie nic z tego nie wyszło. Zawsze pozostawałem w jakimś kręgu wpływu wydawnictwa Powergraph. Michał Cetnarowski podpowiedział mi, żeby ze zbioru trzech opowiadań zrobić powieść, dopisując jakiś wstęp, spinając wszystko w zgrabną całość. Tak zrobiłem i wtedy się zaczęło. Łącznie nad książką spędziłem jakieś sześć lat. To szmat czasu, ale opłaciło się, bo następna powieść wychodzi dość szybko w kolejnym wydawnictwie.

A czym najczęściej były motywowane odpowiedzi odmowne?

Nie było odpowiedzi, ale trudno się dziwić. Trudno zarobić na debiutancie, w dodatku prezentującym książkę w nurcie, który od dawna uchodzi za funkcjonujący głównie poza literaturą. Steampunk to dziś przede wszystkim cosplay. To gogle i szaleni naukowcy. Wiktoriana, para, generalnie scenografia. Przynajmniej tak się wydaje na pierwszy rzut oka. Na dodatek w Polsce steampunk nie jest popularny – w końcu my nie mieliśmy ani wiktoriany, ani szalonych naukowców (bo większość była właśnie w Londynie). Jednak takie spojrzenie na gatunek powoli się zmienia. Zastanawiam się tylko, czy zdąży na dobre narodzić się nasza polska odmiana zanim steampunk naprawdę odejdzie do lamusa.

Więc, jak rozumiem, Ektenia to w jakiś sposób próba pokazania czym może być polski steampunk? Planujesz jakieś dalsze ruchy w tym kierunku?

Przygotowuję opowiadanie steampunkowe do Wolsunga z Kuźni Gier. Jeśli sprawa potoczy się jak trzeba, będzie można spodziewać się dalszych ruchów z naszej strony. Aczkolwiek do Ektenii nie zamierzam już wracać. Może za jakiś czas, kilka-, może kilkanaście lat. Pisałem powieść sześć lat, wyciągnęła ze mnie wszystko, co mogłem w tym temacie powiedzieć.

Zależy mi na rozwijaniu się polskiego steampunku, ale wydaje mi się, że co mogłem zrobić, zrobiłem. Chciałem pokazać, że można, że steampunk nie jest głupiutką scenografią, w której można napisać tylko o wystrzeliwaniu ludzi armatą na księżyc lub opisać parowóz, który lata. Co zrobią z tym inni autorzy i czy zrobią z takim podejściem cokolwiek, zależy od nich. Ja niczego nie oczekuję. Jestem wdzięczny, że mogłem powiedzieć swoje w Ektenii.

Ektenia była debiutem podwójnym: Twoją pierwszą książką, a także pierwszą książką wypuszczoną przez Powergraph tylko w wersji elektronicznej. Nie czułeś się "gorszy" z powodu braku wydania papierowego?

To nie do końca prawda z tym debiutem elektronicznym Powergraphu. Pierwszą książką wydaną jedynie elektronicznie było wznowienie zbioru Czarka Zbierzchowskiego Requiem dla lalek, potem antologia opowiadań Rok po końcu świata – pomysł mój i Sławka Spasiewicza. Ektenia była zaraz po tym, jako pierwsza powieść wydana jedynie w e-booku.

Mam wrażenie, że Ektenia zasługuje na papier, ale to ciężkie czasy dla papieru, więc nie mam zastrzeżeń co do formy wydania. Właściwie to bardzo mi to odpowiada, bo od zawsze miałem styczność z elektroniczną formą działalności. Prowadziłem Creatio Fantastica, które było (i dalej jest) periodykiem internetowym. Udzielałem się od lat w fandomie właśnie przez sieć. Ektenia była naturalną kontynuacją tego stanu rzeczy. Była też pewnym pomysłem na siebie jako twórcę.

Ale kolejne powieści – jak mi się wydaje – będziesz wydawał już na papierze. To dla Ciebie jakaś znacząca różnica? Móc przekartkować własna książkę, a nie tylko "przetapować" na czytniku?

Dla mnie żadna, dla czytelników – ogromna. Książka to treść. Nośnik nie jest dla mnie istotny. A jednak tęskno do papieru, co jest paradoksalne. Ale ja sam składam się z paradoksów. Kto powiedział, że człowiek ma być spójnym projektem? Ja nie jestem i na szczęście nie muszę być. Mam luksus korzystania z dobrodziejstw cywilizacji. Mam chęć też je porzucić. Nigdy tego nie zrobię, ale kusi.

Żona mówi, że jestem gadżeciarzem. Pewnie, ale wybrednym! Lubię nowinki, ale jakieś retro gra w duszy. Stąd steampunk na nośniku rodem z cyberpunku. Ród za to wymaga chyba papieru, tak sądzę.

Ciekawe podejście do sprawy. Jak bardzo twoja prywatna paradoksalność odbija się na tym co i jak tworzysz?

Bardzo. Lecz jeśli chciałbyś, abym podał przykłady, to nie uda mi się żadnego wymienić, bo nic nadzwyczajnego nie przychodzi mi do głowy, same drobiazgi – dla mnie istotne, ale dla innych raczej niekoniecznie. Nic spektakularnego. Dobrze byłoby mieć na taką okazję jakąś śmieszną historyjkę, taki pisarski dowcip, ale nie mam. Za krótko piszę zawodowo, za krótko żyję. Spytaj mnie za trzydzieści lat. Sądzę, że wtedy też będę bardziej siebie rozumiał i znajdziemy coś ciekawego.

Wracając jeszcze do samej Ektenii – dlaczego akurat steampunk, golemy i mistycyzm?

Bo gogle, para i szaleni naukowcy byli już zajęci.

A tak serio, to steampunk w formie zachodniej w ogóle mi nie leżał, a historia, którą chciałem opowiedzieć, wymagała scenografii steampunkowej. Postanowiłem więc wrócić do źródeł terminu i napisać po prostu punk z dodatkiem steam. Piszę o rzeczach i miejscach, które znam, w tym wypadku właśnie o Warmii i Mazurach, gdzie mieszkałem przez szmat czasu. Gdybym zrobił to po zachodniemu, wyszedłby Lądek Zdrój, zamiast Londynu. Jest więc Allenstein, Kortau i kultura z naszego kręgu geopolitycznego. A myśmy mieli mistycyzm, kabałę oraz tego typu rzeczy.

A nie uważasz, że nasza historia daje nam mniejsze pole do popisu w pokazywaniu steampunku? Mając w pamięci, że Wielka Brytania XIX-wieku to przecież olbrzymie imperium, kolebka świata.

Skąd to przekonanie, że steampunk ma być imperialny? Gatunek jest taki, jaki chcę, aby był i taki, jaki czytelnik chce, aby był. Jeśli odbiorca nie wie, że może być inaczej, to ja mu to pokazuję. Ludzie na forach pytają, czy to dobre, a ja mam ochotę zakrzyknąć – sprawdź! Miej wybór, przecież o to chodzi! Nie musisz być skazany na zachodnie mody! Czytałeś Ektenię, więc do Ciebie należy ocena – po lekturze uważasz, że mamy mniejsze pole do popisu w pokazywaniu steampunku?

To jest podchwytliwe pytanie – wydaje mi się, że polska odmiana steampunku musiałaby znacznie mocniej ingerować w historię i w jakiś sposób poradzić sobie z kwestią zaborów (jak np. w Orle bielszym niż gołębica Lewandowskiego). Choć akurat w Ektenii ominąłeś ten problem.

Nie podjąłem się pisania o naszych, rodzimych zaborach, ale przecież w pewien sposób piszę o naszej historii. Odbija się ona w opowieści o wojnie prusko-wschodniobałtyckiej. Po publikacji Karnej kolei ludzie mówili mi, że ciekawie odniosłem się do kwestii Holokaustu. Przyznam się, że zdębiałem. W ogóle nie brałem tak tej prozy, ale gdy na spokojnie przyjrzałem się opowiadaniu, sam zobaczyłem to, co i oni dostrzegli. I mieli, cholera, rację.

Polska odmiana steampunku musi być zatopiona w naszych dziejach. To, co przeżyliśmy jest ciekawe nie tylko dla nas samych – jest egzotyczne. Musimy tylko znaleźć odpowiedni sposób wyrażania tego. Kiedyś był romantyzm, literatura pisana dla pokrzepienia serc. Dziś jest już niezbyt potrzebna, ale to nie znaczy, że nie powinnyśmy odwoływać się do naszej historii. Szczególnie jeśli chodzi o steampunk. Aż się prosi, aby opisać parową Warszawę, przemysłową Łódź, majestatycznie dekadencki Kraków na przełomie wieków XVIII i XIX. Ja wziąłem się za Olsztyn, bo go znam.

Więc jeżeli nie pisać o naszej historii, tradycyjnie, czyli ku pokrzepieniu serc, to jak?

Po swojemu, bez kompleksów i z pomysłem. Nie odkrywać Ameryki, ale odkrywać Polskę. Olsztyn, który jest dużym miastem, ale jednak dość odległym od życia kulturalnego tego kraju (choć wciąż pięknym i dla mnie niesamowicie ważnym), miał mi do zaoferowania solidny podkład fabularny. Oddał też atmosferę, którą, jak mam nadzieję, widać w powieści. To samo, a nawet więcej, można znaleźć w innych zakątkach. Historia jest pajęczyną sensów, wciąż i wciąż interpretowanych na nowo. Wystarczy w nią wskoczyć i stworzyć własną nitkę.

Niedawno ukazała się także zapowiedź kolejnej Twojej książki, Rodu. Możesz powiedzieć o niej coś więcej?

Ród to współczesny realizm magiczny, trochę urban fantasy, ale znowuż pojęte na mój własny sposób. Jest w tym trochę Bułhakowa, jest trochę Palahniuka, sporo Twin Peaks jeśli mówimy o inspiracjach pozaliterackich. Powieść na pewno lżejsza niż Ektenia, ale posiadająca i tak znaczący ciężar treściowy. Nie chcę pisać lekko, nie chcę opowiadać prostych historii przezroczystym językiem. Tak robi w tym kraju zdecydowanie zbyt wielu autorów. Chciałbym więc znaleźć własną niszę. Dać wybór.

Ród to też płodozmian. Zmęczony jestem już steampunkiem, muszę spróbować czegoś innego. Skupiam się na fobiach dzisiejszego człowieka – kogoś bez przynależności generacyjnej, żyjącego w świecie absurdu nieznającego granic. Jest w Rodzie taka postać, bez imienia, ale nazywam ją Matką na własne potrzeby – to typowy everyman, kobieta-ktokolwiek; bez właściwości, bez natury, zaplątana w życie, wrzucona w świat. Nie projektuje siebie, bo nie ma ku temu możliwości, ani podstaw. Płynie z prądem, czasem się miotając. Mam wrażenie, że to archetyp, który dobrze opisuje ludzi, jakich mijasz na ulicy co dnia.

Brzmi to na całkowity kolaż wielu, dość odległych od siebie pomysłów – nie boisz się, że ostateczna konstrukcja okaże się w jakiś sposób niestrawna czy przeładowana dla czytelników?

Nigdy nie biorę tego pod uwagę. Piszę tak, jak chciałbym czytać – to banał, ale prawdziwy. Mam ochotę na skomplikowane, wielowarstwowe historie, które nie są liniowe. W fantastyce cenię realizm, nie znoszę eskapizmu. Fantastyka to dla mnie literatura, która, wykrzywiając, prostuje rzeczywistość.

Nie wiem, co lubią inni. Pytam, od czasu do czasu, ale ostatecznie w pisaniu jestem sam ze sobą, a nie potrafię i nie chcę robić czegoś wbrew sobie. Jest horda autorów, którzy łagodzą swoje dzieła: żeby historia nie była zbyt zawiła, bo się czytelnik zgubi; żeby była w niej szybka akcja, bo się czytelnik znudzi. Mnóstwo specjalistów od marketingu, tylko pióra jakieś stępione. Ja nie udaję, nie traktuję odbiorcy jak kogoś gorszego, nie mierzę go statystyką, ani stanem portfela. Nie chcę po prostu czegoś powiedzieć. Wolę zaprosić do rozmowy między czytelnikiem, historią, a sobą.

Czyli stanowczo odcinasz się od prostej literatury rozrywkowej?

Moja definicja literatury rozrywkowej jest zapewne inna, niż, załóżmy, Twoja. Piszę trudne rzeczy, ale kocham utwory naprawdę proste (choć nie chcę ich pisać). Zdecydowanie odcinam się natomiast od literatury prostackiej. Takiej, która wyjmuje mi tylko cenne godziny z życia, nie dając nic w zamian. Ubóstwiam Fight Club Palahniuka, Głos Boga Soboty. Rozrywki upatruję w rzeczach, które niosą moją własną myśl, które pozostawiają niezatarte wrażenie i prowokują do refleksji. Jednocześnie pokorny jestem wobec gustu czytelników, bo przecież każdy z nich ma rację, bo każdy czyta to, co chce i co lubi. Nie mi oceniać jakości czyichkolwiek preferencji.

Wybredny bywam w kilku przypadkach i literatura jest właśnie takim przypadkiem. Poza nią i kilkoma innymi rzeczami, które mnie kręcą, niewiele zostaje. Ale wierzę, że z popkultury należy brać mądrze, bo przecież czasu na całą nie starczy.

Mądrze, jak zrobił to Paweł Majka, którego Pokój światów zbiera bardzo pozytywne recenzje właśnie między innymi z powodów wielorakich odwołań?

Między innymi moją pozytywną recenzję. To znakomita powieść i podręcznikowy przykład tego, jak napisać literaturę rozrywkową, która nie jest miałka. Paweł wziął wszystkie nasze paranoje, fobie, ale i miłości, wrzucił do gara, przyprawił doskonałą frazą i proszę. Da się? Da. Skąd wniosek, że literatura rozrywkowa to słoma z butów wystająca i odwieczne obniżanie poprzeczki? Czytelnik nie jest idiotą, on wie, co chce czytać. Chce czytać doskonałe książki. Jeśli na dodatek niosą ze sobą jakiś przekaz – czemu nie? Nie bierze się książki dlatego, bo chce się zabić czas w pociągu. Bierze się książki, aby coś przeżyć. I Paweł to rozumie, dlatego jest tak cholernie dobrym pisarzem.

A mimo to wydał w małym, świeżo utworzonym wydawnictwie. Słabość rynku?

Genius Creations jest młode, ale z werwą, o czym sam się przekonuję co dnia. To rodzinna firma pasjonatów, na dodatek z pewnym zapleczem, które może okazać się pomocne w promocji. To nie jest takie wydawnictwo, które powstało, aby upaść. Jest mocne nastawienie na współpracę, spora przestrzeń twórcza oraz znakomici ludzie. Paweł w Genius Creations był pierwszy, a teraz idzie lawinowo. Doszedłem ja, doszedł Marcin Pągowski, w planach są jeszcze inni. O efektach tak naprawdę będzie można porozmawiać za dwa-trzy lata, ale już Pokój światów pokazał, że będzie nietuzinkowo, z nastawieniem na młodych i gniewnych, żeby użyć parafrazy słów Andrzeja Zimniaka (Andrzeju, pozdrawiam!).

Ja się cieszę, że Genius Creations dopiero startuje, bo lubię być współtwórcą nowych projektów. Lubię budować, czuję się wtedy bardzo potrzebny i emocjonalnie związany z całą sytuacją oraz osobami. Czy rynek nas zeżre? Nie wiem. Czy my zeżremy rynek? Tym bardziej nie wiem, ani też nie mi prorokować. Jednak na pewno jest tam pewna wizja, która mi odpowiada i zrobię dużo, aby pomóc ją zrealizować.

A piszesz obecnie coś jeszcze?

Zawsze.

Chętnie dowiem się czegoś więcej o twoim nowym(nowych?) projektach, jeżeli tylko możesz i masz ochotę o nich opowiedzieć.

Nie o wszystkich mogę mówić, ale od wydania Ektenii zebrało się tego trochę. O Rodzie już wiesz. Ród aktualnie angażuje mnie najbardziej, bo to oddech po tym, co robiłem wcześniej. Współczesny realizm magiczny, bliski temu, co cię otacza, ale na tyle daleki, abyś poczuł się obco. Trochę tańczę w nim z popkulturą, o wiele bardziej, niż w Ektenii – tam były smaczki, w Rodzie są pewne motywy na tyle ważne dla treści, że mogę wreszcie tak powiedzieć. Trochę pijacka to proza, trochę kpiąca, na pewno mroczna, ale napisana językiem nieco lżejszym, niż debiutancka powieść.

Wiesz już też o współpracy z Kuźnią Gier i dalszych steampunkowych ruchach w projekcie Wolsung. Mogę więc powiedzieć, że pracuję jeszcze nad trzema innymi książkami, z czego, jeśli wszystko wyjdzie zgodnie z planem, dwie poznasz w przyszłym roku. To absurdalnie szybko jak na mnie, tak mogłoby się wydawać, ale to nie do końca prawda. Te rzeczy powstawały od jakiegoś czasu, w przerwach od Ektenii.

Podobno ma ukazać się także tłumaczenie Ektenii na język angielski – jak do tego doszło?

To się dopiero dzieje. Aktualnie w całości przełożona została Kolej karna; jest właśnie w korekcie. Mam wrażenie, że polski steampunk szybciej zaskoczy na Zachodzie, niż tutaj. Po pierwsze dlatego, że jest egzotyczny i może zaciekawić. Tam jest szersze grono odbiorców i większy głód nowości. A ja mam głód ciekawości – chciałbym zobaczyć jak to będzie, czy nasza kultura, pomieszana, poplątana, bardziej gorzka, zasmakuje komukolwiek poza nami.

A możesz opisać sam proces, który doprowadził do tłumaczenia Twoich tekstów? Które, tak na marginesie, zbiegło się w czasie z angielskim przekładem Chrztu Ognia Sapkowskiego.

Wrzuciłem informację na profil autorski na Facebooku i zgłosiła się do mnie tłumaczka. Dogadaliśmy się i o ile tekst przejdzie na zachodnim rynku, skorzystamy na tym. Jeśli nie, trudno. To ryzyko, które chcieliśmy podjąć. Bardzo bym chciał, aby się udało, bo dajemy z siebie wszystko.

Co myślisz o takiej sytuacji: na polskim rynku cieszysz się umiarkowaną popularnością, a na Zachodzie chwytasz i nagle możesz tworzyć dla znacznie szerszej publiki?

Byłbym wniebowzięty, bo nic tak nie cieszy, jak możliwość dialogu z drugim człowiekiem przez własną prozę. Polak, Anglik, Chińczyk – co za różnica? Chcę innych wokół siebie, chcę wiedzieć, że mam do kogo gębę otworzyć. A kocham porozumiewać się przez literaturę i kocham tych, którzy pragną przez literaturę rozmawiać.

No i może przebiłbym "rekord" Malanowskiej. To byłoby fajne.




Czytaj również

Pokój światów
O niespokojnej duszy, krakowskim smoku i Marsjanach
- recenzja
Ród
Rodzinne tajemnice
- recenzja
Ród
- fragment
Ektenia
Gliniany debiut
- recenzja
Science Fiction - antologia
Antologia twarda jak diament
- recenzja
Polcon 2017
Grunt to atmosfera
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.