» Artykuły » Inne artykuły » Wieści z warsztatu # 10

Wieści z warsztatu # 10


wersja do druku
Autor: Redakcja: Marcin 'malakh' Zwierzchowski

Wieści z warsztatu # 10
Poniżej przedstawiam krótki fragment mojej nowej powieści o Warszawie. O Warszawie przyszłości, konkretnie. Jak to mi się już od pewnego czasu zdarza, pierwotnie miało to być opowiadanie. Kiedy jednak dotarłem do liczby 150 tys. znaków, czyli górnej objętości przyjętej dla opowiadania, akcja dopiero się rozpędzała, struktura literacka coraz bardziej się gmatwała, a pliki z pomysłami wciąż puchły. Przystąpiłem więc do przepracowania całości tak by powstała powieść. To już inna skala trudności, bo prawdziwa powieść zaczyna się od skromnego pół miliona znaków. Miałem nadzieję, że zdążę z wydaniem Różańca (to tytuł roboczy) na Polcon w Cieszynie. Rzeczywistość zweryfikowała moje plany. Po pierwsze historia zaczęła mi rosnąć i pączkować wątkami pobocznymi w sposób zupełnie niezaplanowany, a po drugie musiałem więcej siły zaangażować w poprawianie scenariusza filmowego, a właściwie w pisanie go od nowa. Tak więc z przykrością musiałem odłożyć prace nad Różańcem do końca roku. Na pocieszenie podrzucam Wam ten oto fragment:

Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę

"Przeczucie powinno mu podpowiedzieć, że jest już po tamtej stronie. Ale on nie miał przeczuć, jego przodkowie tłumili je od niepamiętnych czasów. Zorientował się, że coś jest nie tak, gdy dwóch osiłków w czarnych lustrzanych maskach anonimizujących zagrodziło mu trasę jego cowieczornego joggingu. Parkowe drzewa zasłaniały światła latarni, prawie na nich wpadł. W pierwszej chwili pomyślał, że to napad, i chyba tylko dlatego zareagował błyskawicznie. Rzucił się w bok, potykając się o krawężnik. Usłyszał elektryczny trzask, a błękitne iskry przeleciały nad jego głową. Podparł się dłonią o trawnik, wyskoczył w górę i pognał przed siebie. Nie krzyczał, nie oglądał się, by nie tracić energii. Po prostu biegł najszybciej, jak mógł. Błękitne iskry przecięły powietrze jeszcze dwukrotnie. Tamci nie mogli strzelać i biec jednocześnie. Odległość rosła. Miał nad nimi przewagę, biegi trenował codziennie. Przeskoczył niskie ogrodzenie klombu, zdeptał róże i skręcił w stronę bramy od Alei Ujazdowskich. Zaryzykował i obejrzał się. Tamci nie nadążali, byli dobre piętnaście metrów za nim. Jeśli dobiegnie do bramy… tam będą jacyś ludzie, będą kamery, dużo kamer. Wypadł na brukowaną alejkę i w kilka sekund pokonał dystans dzielący go od wybawienia.

Dokładnie na wprost bramy zatrzymała się czarna furgonetka marki Nysa. Z sykiem sprężonego powietrza drzwi z napisem »EL« w kółku odsunęły się do tyłu, a z wnętrza wysypało się czterech mężczyzn w czarnych kombinezonach i maskach. Z przerażeniem na pół sekundy prawie się zatrzymał. Skręcił w lewo i wystartował sprintem, ale tej pół sekundy mu zabrakło. Błękitny błysk zbiegł się z ostrym bólem lewego ramienia. Reszta ładunku rozbiegła się z sykiem po kutym ogrodzeniu. Płatki róż posypały się jak pierze z rozdartej poduszki. Krzyknął i zachwiał się. Bezwładna ręka spowolniła go, ale biegł dalej.

Ktoś szedł z przeciwka. Dwoje ludzi. Patrol policji! Otworzył usta, ale nie zdążył krzyknąć. Iskry zatańczyły po chodniku, wzdłuż szczelin w granitowych płytach. Świetlne szpilki dosięgły jego stóp, łydki zwiotczały momentalnie. Zwalił się na ziemię, amortyzując upadek sprawną ręką. Policjanci zwolnili krok i z zaciekawieniem przyglądali się temu z odległości kilkunastu metrów. Uniósł na nich zdziwiony wzrok i zrozumiał − to nie jest napad.

Tupot ciężkich butów załomotał koło jego ucha. Ktoś przygniótł go kolanem do ziemi, ktoś inny wykręcił mu ręce i zapiął na nadgarstkach kajdanki. Podciągnęli go w górę we trzech. Sam nie mógł ustać.

– Obywatel Marek Reweda? – zadudnił zza maski jeden z czarnych i nie czekając na odpowiedź, kontynuował: – W imieniu Prezydenta Warszawy zatrzymujemy pana prewencyjnie. Przysługujące panu prawa zostaną odczytane w ciągu dwudziestu czterech godzin, po potwierdzeniu legalności procedury pochwycenia.

Bezradnie wodził wzrokiem od lustrzanej maski do maski. Wiedział już, ale potrzebował jeszcze chwili, by uwierzyć. Przecież za godzinę był umówiony na kolację, przecież jutro to spotkanie, projekt rozgrzebany.

– Jak…? – zdołał wykrztusić. – Przecież ja nie… Ja nic…

Więcej nie mógł powiedzieć. Na jego głowie znalazł się płócienny worek. Poczuł, że go ciągną, a bezwładne nogi trą czubkami butów o chodnik. Ale jak to? Przecież chciał kupić kota, żeby coś żywego plątało się po domu. Już prawie się zdecydował na czarnego, żeby sierści nie było widać na dywanie. Samochód miał umyć, prezent dla Anki kupić na za tydzień. Tyle rzeczy do zrobienia… Więc jak to…?

Zasunęły się za nim drzwi, a Nysa z szelestem elektrycznych silników, bez pośpiechu ruszyła w kierunku Placu Trzech Krzyży. Lakier płynnie zmienił kolor z czarnego na pomarańczowy, a na burcie pojawiła się reklama usług hydraulicznych."



Czytaj również

Kameleon
O podobieństwach planet
- recenzja
Marsjański poślizg w czasie
Zawieszeni pomiędzy przyszłością a przeszłością
- recenzja
Nowi ludzie
Zagubieni w przyszłości
- recenzja
Felix, Net i Nika oraz Teoretycznie Możliwa Katastrofa - Rafał Kosik
Superpaczka podróżuje w czasoprzestrzeni
- recenzja
Herosi - antologia
Herosie, czy Ci nie żal?
- recenzja
Łopatką Wronkę: Implozja po eksplozji
...czyli na rynku status quo. Dyskusja o wydawcach polskiej fantastyki

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.