» Fragmenty książek » Viriconium

Viriconium


wersja do druku

RYCERZE VIRICONIUM

Autor:
Viriconium
Gdy błądzący pośród opuszczonych obserwatoriów i porzuconych fortyfikacji w Lowth łotrzykowie arystokratów z Górnego Miasta zabierają się do gierek, w które są uwikłane ich stronnictwa i frakcje, zaczynają gwizdać. Te dźwięczne rozmowy – prowadzone gdzieś w oddali lub rozlegające się tuż na wyciągnięcie ręki – krótkie rozkazujące świśnięcia i przeciągłe odpowiedzi, często kończące się nutą, w której wielu usłyszałoby pytanie – tworzą podstawy złożonego języka.

Echa prowadzonych w nim konwersacji budzą was zwykle o ołowianej godzinie tuż przed świtem. Podchodzicie do okna: na ulicy nikogo nie ma. Słychać jedynie kroki biegnących albo czyjeś stłumione westchnienie. Po minucie lub dwóch wszystkie gwizdy milkną, odsuwają się w stronę Cynowego Rynku albo Margarethestrasse. Następnego dnia przechodnie znajdują któregoś z pomniejszych książąt z poderżniętym gardłem, a wy zostajecie z nieledwie przeczuciem tajemnych wojen, zabójczej cierpliwości i inteligencji prowadzonych pośród nocy manewrów.

Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę

Dzieci Dzielnicy udają, że rozumieją wszystkie te sygnały. Dobrze też znają opowieści o wszystkich najgroźniejszych ludziach w mieście. Rankiem, po drodze do Lycee na Simeonstrasse badawczo przypatrują się każdej twarzy, na której maluje się choćby cień wyczerpania.

– O! Tam idzie Antic Horn! – szepcą – Mistrz Filozoficznego Stowarzyszenia Błękitnego Anemona. – Albo: – Zeszłej nocy Osgerby Practal zabił dwóch ludzi królowej. Tuż pod moim oknem. Zadźgał ich swoim sztyletem. O, tak! I potem odgwizdał sygnał Klanu Szarańczy "odszukałem i zabiłem"...

Gdybyście za tymi gwizdami poszli pewnego surowego, grudniowego wieczoru, kilka lat po Wojnie Dwóch Królowych, zaprowadziłyby was do okrytego niesławą podwórca na zapleczu gospody o nazwie "Pod osiodłaną driadą", na skrzyżowaniu Rue Miromesnil i Alei Słonej Wargi. Słońce zaszło już godzinę temu. Skryło się za trzema sztabami pomarańczowych chmur. Zaraz potem zaczął padać mokry śnieg. Wciąż padał.

Z gospody wypływały dym i para, ich kłęby były wyraźnie widoczne w bijącym z uchylonych drzwi świetle; w powietrzu unosiła się ostra, przenikliwa woń, na którą składały się wymieszane zapachy pomady do ciała, wieprzowej kiełbasy i płonącego antracytu. Z trzech stron podwórka tłoczyli się ludzie w wełnianych płaszczach obrębionych pasemkiem koloru zakrzepłej krwi. Mężczyźni przestępowali z nogi na nogę "wyważonym krokiem charakterystycznym dla zawodowych tancerzy lub szermierzy". Stali skupieni, w milczeniu, niemal zupełnie ignorując dochodzące z gospody hałaśliwe śmiechy.

Dawno temu ktoś umieścił na dziedzińcu cztery drewniane słupki. Poczerniałe, ozdobione śnieżnymi czapami, tworzyły kwadrat o boku kilku metrów. Sześciu terminatorów pracowało teraz, by go oczyścić. Zgarniali zamarzniętą breję miotłami o długich trzonkach i tępili łopaty, rozbijając pozostałe po wczorajszych zawodach stwardniałe kawały lodu.

(Za dnia ci sami chłopcy sprzedawali na Bazarze Rivelin lukrowane anemony, lub służyli jako umyślni hazardzistom i innym miejskim cwaniakom. Po południu jednak ich spojrzenia stawały się nieobecne, zamyś­lone, podekscytowane: nie mogli się już doczekać nocy, kiedy to wkładali luźne, dziewczęce wełniane kurtki i obcisłe skórzane spodnie, gdy przeobrażali się zarazem w treserów i pielęgniarki mężczyzn, noszących płaszcze w kolorze mąki. Jak ich oceniać, czy choćby poddać opisowi? Są chudzi, niedożywieni, ale przecież bardzo żarliwi i zaangażowani. Stąpają lekko, sprężyście. Nie rozumie ich nikt, nawet ich panowie).

Dwóch z nich przygotowywało właśnie do walki niemłodego już człowieka, który siedział na stołku, pośród innych członków swego stronnictwa. Młodzieńcy zdjęli mu już płaszcz i kolczugę, a także wzmocnili płócienną opaską prawy nadgarstek mężczyzny. Odgarnęli z twarzy siwe włosy i spięli je z tyłu zdobną, stalową klamrą. Teraz wcierali balsam w sztywne mięśnie ramion. Nie zwracał na nich uwagi, pustym wzrokiem wpatrując się w poczerniałe słupki, które na niego czekały, niczym wyłowione na mokradłach martwe ciała topielców. Wydawało się, że wcale nie odczuwa zimna, choć jego pokryte bliznami ręce były fioletowe od chłodu. Poruszył się tylko raz – wsunął dwa palce pod pasek na nadgarstku, upewniając się, czy został dostatecznie mocno zaciągnięty. Miecz spoczywał oparty o jego kolana. Mężczyzna niedbałym gestem wcisnął jego ostrze pomiędzy dwa brukowce i zaczął podważać jeden z nich.

Gdy któryś z praktykantów pochylił się i wyszeptał mu coś do ucha, można było odnieść wrażenie, że mężczyzna nie odpowie, po chwili jednak odchrząknął, jak człowiek, który przez dłuższy czas z nikim nie rozmawiał.

– Nigdy przedtem o nim nie słyszałem – stwierdził. – Gdybym słyszał, nie dałbym mu tej satysfakcji. Czy to znowu jakiś nędzny obszczymur z Mynned?
Chłopiec uśmiechnął się do niego z miłością w oczach.
– Zawsze będę kroczył u twego boku, Practalu. Nawet jeśli obetnie ci nogi.
Practal sięgnął ku górze i uwięził w mocnym uścisku delikatny nadgarstek chłopaka.
– Jeśli on mnie zabije, uciekniesz z pierwszym pozerem, który tu przyjdzie w miękkich butach!
– Nie! – zaprotestował uczeń. – Nie!
Practal trzymał jego rękę jeszcze przez chwilę, po czym zaśmiał się chrapliwie.
– Głupiś – powiedział, jakby z zadowoleniem, i wrócił do rozwiercania bruku.

Człowiek Mamki dotarł na dziedziniec spóźniony, w otoczeniu dworzan wystrojonych w żółte aksamitne płaszcze. Eskortowali go przez całą drogę z Mynned. Practal spojrzał na nich i splunął na kocie łby. W gospodzie teraz panowała cisza. Wydarzenia obserwowało zza uchylonych drzwi kilku gapiów – głównie straganiarze z Rivelin, choć przemieszani z pewną liczbą koników i drobniejszych cwaniaków stale przesiadujących „Pod osiodłaną driadą”. Koniki i hazardziści ściszonymi głosami obstawiali i przyjmowali zakłady. Z tyłu, w cieple za ich plecami, snuły się rozleniwione smugi dymu.

Wysłannik Mamki zignorował Practala. Od niechcenia przeszedł swobodnym krokiem wzdłuż boków kwadratowego placyku, kopiąc kolejno każdy z drewnianych słupków. Rozejrzał się wokół, jakby o czymś zapomniał. Był młody i wysoki. Miał duże oczy o dzikim spojrzeniu i włosy przystrzyżone i ufarbowane w taki sposób, że wyglądały jak sterczący pośrodku głowy czub lub grzebień ze szkarłatnych kolców. Był ubrany w jasnozielony płaszcz z wyhaftowanym na plecach symbolem pomarańczowej błyskawicy; kiedy go zdjął, gapie ujrzeli, że zamiast kolczugi nosi pod spodem jedynie luźną szenilową bluzę. Na ten widok członkowie kliki Practala zaczęli rechotać, wytykając przybysza palcami. Rzucił im obojętne spojrzenie, po czym kilkoma niewprawnymi, chaotycznymi ruchami, zdjął tę bluzę i rozdarł ją na pół. Ten gest wyraźnie zaniepokoił ludzi z dworu, którzy odsunęli się od niego i stanęli rzędem wzdłuż czwartego boku niewielkiego dziedzińca gospody. Ostentacyjnie wąchali kulki zapachowe.

– Przysłali nam tu dzieciaka – stwierdził zniesmaczony Practal.
Przysłali. Pierś miał chudą, bladą i nikczemną; widniejące na jego ciele dwa duże, zaleczone już ropnie wyglądały jak stożkowate wgłębienia. Plecy miał długie i wąskie. Gardło owinął sobie zielonkawą chustką. Wyglądał na jeszcze niedojrzałego, a zarazem już zniszczonego.

– Nie dziwota, że potrzebuje eskorty.
Przybysz z pewnością to usłyszał, ale nadal przechadzał się, powłócząc nogami, przeżuwając coś, co miał w ustach. Po chwili przeczesał zdecydowanym ruchem swoją dziwaczną fryzurę, uklęknął i wyszukał w porzuconym ubraniu długą na mniej więcej stopę ceramiczną pochwę. Na ten widok, wśród gapiów ponownie rozpoczęło się gorączkowe przyjmowanie zakładów; teraz obstawiano głównie przeciwko Practalowi. Stronnicy Klanu Szarańczy wydawali się mocno zaniepokojeni. Człowiek królowej, posykując przez zęby i cmokając, jakby uspokajał konia, wyszarpnął energetyczny nóż z pochwy i zamachnął się nim kilka razy. Dość niezręcznie. Ostrze brzęczało posępnie, złowróżbnie; otaczała je chmurka bladych, rozedrganych drobinek światła, iskierek, które rozlatywały się w wilgotnym powietrzu niczym otumanione narkotykiem ćmy; w zapadłym już mroku za nożem ciągnął się wyraźny, świecący ślad.
Osgerby Practal wzruszył ramionami.

– Żeby tego użyć, musiałby mieć bardzo długie ręce – powiedział.
Ktoś odczytał na głos zasady. Przegrywa ten, kto zostanie raniony jako pierwszy. Wyjście poza umowny, wyznaczony czterema słupkami ­kwadratowy placyk oznaczało kapitulację. Nikt nie miał zginąć (choć dochodziło do tego częściej niż rzadziej). Practal nie zwracał na słowa sędziego najmniejszej uwagi. Chłopiec za to przytakiwał skinieniem, słuchając z zainteresowaniem każdej kolejnej reguły, po czym odszedł, pogwizdując, z uśmiechem do swojego narożnika.

Walki przy użyciu odmiennych rodzajów broni nie były częste. Practal, który miał w nich niejakie doświadczenie, trzymał swój miecz nisko, z dala od energetycznego noża; po części dlatego, by zminimalizować ryzyko przecięcia stalowego ostrza na pół, i po części po to, by sprowokować przeciwnika do nieprzemyślanego ataku.

Chłopak przyjął niezgrabną postawę i po kilku sekundach krążenia wokół rywala zaczął ciężko dyszeć. Nagle rozbłysnął pomiędzy nimi energetyczny nóż, syknął i trysnął iskrami niczym fajerwerkami. Gapie jęknęli, ale Practal wykonał po prostu jeden krok w bok i zszedł z linii pchnięcia, pozwalając przeciwnikowi przejść mimo. Zanim chłopak odzyskał równowagę, płaz miecza uderzył go boleśnie w ucho. Młodzik zamrugał gwałtownie, złapał się za bok głowy i wpadł na jeden z drewnianych słupków.

Dworzanie zaczęli niecierpliwie cmokać.
– Może jednak wyjdziesz z tego narożnika i pokażesz nam prawdziwą walkę – podpowiedział ktoś z Klanu Szarańczy.
Wokół rozległ się śmiech.
Wtedy po raz pierwszy odezwał się chłopak.
– A może byś, towarzyszu, poszedł do domu i zerknął żonie między nogi. Mam nieodparte wrażenie, że zeszłej nocy coś tam zgubiłem – rzekł.
Ta riposta rozbawiła gapiów jeszcze bardziej. Chłopak uśmiechnął się do widzów i wtedy Practal znów uderzył go w ucho. Mocno.

Tym razem energetyczne ostrze wypadło mu z dłoni i przy wtórze mdłego brzęczenia zaczęło wgryzać się w bruk, mniej więcej cal od jego stopy. Młodzik stanął wyprostowany, patrząc w dół. Pocierał bolące ucho.
Ostry koniuszek miecza Practala spoczął na przeponie chłopca. Ten jednak nawet nie spojrzał na przeciwnika, więc Practal opuścił broń i wrócił na swój stołek. Usiadł zwrócony plecami do placyku, a jego uczniowie zaczęli ocierać mu twarz ręcznikiem, mamrocąc przy tym słowa podziwu i zachęty. Jeden z nich podał mu butelkę.
– Chcesz trochę?! – zawołał Practal przez ramię, unosząc ją.

To spodobało się widzom: radosne okrzyki rozległy się nawet w tłumie zebranym za przeciwległym narożnikiem.
– Tych szczyn? – odpowiedział młody. – Dziękuję, ale... wkrótce napiję się za swoje.
Practal zerwał się na równe nogi. Tak gwałtownie, że przewrócił stołek.
– Zatem dobrze! – krzyknął, czerwieniejąc na twarzy. – Chodź no tu!

Wciąż jednak nic się nie działo. Chłopak po prostu stał i trącał piętą bryłę twardego, starego lodu, którą praktykanci przez zaniedbanie zostawili na środku placyku. Swój energetyczny sztylet trzymał nonszalancko blisko prawej nogi. Ostrze migotało, rozsyłając dokoła białawe iskierki, które roztaczając mdlącą woń, unosiły się nad głowami gapiów. Wydawało się, że coś go martwi.

– Plac boju został źle przygotowany – stwierdził.
Poirytowani stronnicy dworu zaczęli szeptać; z tłumu dobiegły kpiące gwizdy.
– Mnie to nie przeszkadza – odparł Practal i rzucił się do przedłużonego, zwartego, bardzo technicznego ataku; przez cały czas kontrolował ruch miecza, kreślącego ósemki, migocącego w jasnym, bijącym z drzwi gospody świetle.

Kibice Practala zakrzyknęli radośnie, wymachując rękoma. Chłopak został zmuszony do niezbornego odwrotu, przy którym zaczepił nogą o wystający kawał lodu. Krzyknął i przewrócił się. Practal ciął z całej siły mieczem w dół. Młodzik uśmiechnął się. Błyskawicznie odsunął głowę spod ostrza i stal weszła z metalicznym brzękiem pomiędzy dwa brukowce. Gdy Practal próbował uwolnić miecz, chłopiec uderzył zamaszystym ruchem od tyłu w jego nogi i przeciął ścięgna pod kolanem przeciwnika.

Na twarzy Practala odmalował się wyraz zaskoczenia.
– Taką bronią nie walczy się w ten sposób – zauważył takim samym tonem, jakiego używał, szkoląc terminatorów.
Puścił miecz i ruszył niepewnie przez placyk. Otworzył usta. Ręką trzymał się za tylną część nogi. Zaciekawiony chłopak poszedł za nim. Wreszcie mężczyzna padł. Wtedy młodzik przyklęknął i przysunął twarz blisko do głowy Practala. Chciał mieć pewność, że zostanie wysłu­chany.
– Nazywam się Ignace Retz – powiedział cicho. Practal gryzł bruk. Chłopak podniósł głos, tak by usłyszeli go wszyscy obecni. – Nazywam się Ignace Retz i wy to nazwisko dobrze sobie zapamiętacie.
– Zabij mnie – odezwał się Practal. – Nie będę mógł chodzić.

Ignace Retz pokręcił głową. Tłum zaszemrał. Retz podszedł do jednego z uczniów przeciwnika, tego, który trzymał kolczugę Practala i płaszcz koloru mąki.
– Będzie mi potrzebna nowa koszula i płaszcz – oznajmił donośnie – po to, by ci zacni ludzie nie czuli już więcej pokusy naśmiewania się z mojego stroju.
To powiedziawszy, odebrał rzeczy przeciwnika, do czego miał prawo w myśl zasad pojedynku, wsunął energetyczny sztylet do pochwy, tym razem manipulując nim o wiele zręczniej niż podczas pojedynku. Wyglądał na zmęczonego. Jeden z dworzan dotknął jego ramienia.

– Czas wracać do Górnego Miasta – powiedział zimno.
Retz pochylił głowę.
Gdy ze zwiniętą w ciężką kulę kolczugą pod pachą i zarzuconym luźno na ramiona płaszczem szedł ku drzwiom gospody, jeden z terminatorów Practala zastąpił mu drogę i krzyknął:
– Practal był lepszy! Practal walczył lepiej!
Retz spojrzał na niego i skinął głową.
– Owszem.
Uczeń pokonanego zaczął szlochać.
– Klan Szarańczy nie pozwoli ci żyć. Umrzesz za to – rzucił wściekle, dziko.
– Niczego innego się nie spodziewałem – odparł Ignace Retz.
Potarł ucho. Dworzanie zaczęli go ponaglać. Chcieli już iść. Tłum za nimi ucichł. Nie zaczęto jeszcze wypłacać wygranych.

***

Mamka Vooley rządziła przygnębiającym dworem. Była stara już wtedy, gdy – wkrótce po Wojnie Dwóch Królowych – Przybysze z Północy przywiedli ją do tego miasta. Teraz jej ciało wyglądało jak długa tyczka z kości słoniowej, udrapowana wyblakłą, purpurową suknią, która należała jeszcze do jej poprzedniczki. Tyczka ta podtrzymywała bardzo małą głowę, która wyglądała jak częściowo oskalpowana, częściowo nadpalona, a częściowo należąca do kogoś zagłodzonego na śmierć w klatce zawieszonej nad Bramą Gabelina. Mamka Vooley nie miała jednego oka.

Zasiadała na starym, stojącym na żelaznych kołach tronie z rzeźbionego drewna, w wysokiej, ­bielonej wapnem sali o pięciu oknach. Nikt nie wiedział, skąd przybyła, nie wiedzieli tego nawet Przybysze z Północy, których królową zastąpiła. Jej inteligencja jednak z wiekiem nie malała. Nocami służący słyszeli jej zawodzący śpiew, pieśni w języku, którego nie znał żaden z nich. Śpiewała, siedząc pośród starożytnych rzeźb i niedziałających maszyn, stanowiących dziedzictwo i wiano tego miasta.

Do sali wprowadzono Ignace’a Retza. Uczynili to ci sami dworzanie, którzy wcześniej przyprowadzili go na plac pojedynku. Ukłonili się przed Mamką Vooley i popchnęli chłopaka naprzód, nie starając się już nawet ukrywać odczuwanej wobec niego wzgardy. Mamka Vooley uśmiechnęła się na widok gości. Wyciągnęła rękę i przyciągnęła Retza blisko swej łysej czaszki. Z niepokojem spojrzała mu w oczy, przemknęła palcami po ramionach chłopaka, po jego szczęce, po szkarłatnym czubie na głowie. Przyjrzała się sińcom, które miecz Practala zostawił na uchu i policzku Ignace’a. Kiedy się upewniła, że młodzik nie doznał poważniejszych obrażeń, odepchnęła go.

– Czy mój czempion skutecznie bronił honoru swej królowej? – spytała. Gdy się odezwała, za pięcioma oknami zapłonęło światło, ukazując niewyraźne, skryte w półmroku niebieskie oblicza, które bezgłośnie powtarzały każde jej słowo. – Czy twój przeciwnik nie żyje?
Retz natychmiast zrozumiał, że popełnił błąd. Mógł był zabić Practala i teraz pożałował, że tego nie uczynił. Zastanawiał się, czy ona już wie. Zdawał sobie sprawę, że bez względu na to, co on teraz powie, dworzanie i tak wyjawią jej prawdę. Niemniej, by uniknąć udzielenia odpowiedzi, rzucił na posadzkę u jej stóp kolczugę Practala.

– Przynoszę ci jego zbroję, moja pani – oznajmił.
Popatrzyła na niego obojętnie. Z ust majaczących za oknami twarzy uniosły się bąbelki. Odezwał się ktoś za nim.
– Obawiamy się, że przeciwnik nie zginął, Wasza Wysokość. Retz bił się leniwie i uciekając się do taniego podstępu, podciął tamtemu ścięgna. Nie rozumiemy, dlaczego postąpił w ten sposób. Otrzymał wszak jasne instrukcje.

Retz zaniósł się złowrogim śmiechem.
– To nie był tani podstęp – odparł. – Przeciwnie, był bardzo sprytny. Pewnego dnia podobny zastosuję na tobie.
Mamka Vooley siedziała w milczeniu niczym stos suchych patyków. Jej jedyne oko lustrowało powałę.
Po chwili wykonała ruch przypominający wzruszenie ramionami.
– Tym razem to wystarczy – powiedziała nieobecnym głosem. – W przyszłości jednak musisz ich zabijać. Zawsze będziesz musiał ich zabijać. Za każdym razem. Ja chcę, żeby umierali.

Pokryta starczymi plamami ręka na powrót wychynęła spomiędzy fałd jej powłóczystych szat, na których – niczym kurz na pozwijanych liściach tropikalnej, doniczkowej rośliny – osiadły maleńkie płatki wapna i wilgotnego tynku.
– A teraz oddaj mi broń. Dostaniesz ją przed następną walką.

Retz masował ucho. Energetyczny sztylet pozostawił w jego kościach coś dziwnego – rodzaj wibracji, od której czuł teraz ociężałość i mdłości. Bał się Mamki Vooley i jeszcze bardziej przerażały go martwe niebieskawe oblicza w oknach; bał się dworzan, którzy, wciąż szepcąc między sobą, przechadzali się tam i z powrotem za jego plecami. Ale w Dolnym Mieście miał już tylu wrogów, że musiał jakoś przekonać królową, by – przynajmniej dzisiejszej nocy – pozwoliła mu zatrzymać nóż. By zyskać na czasie, padł przed nią na jedno kolano. Przypomniał sobie wersy, które znał z popularnej sztuki Wojna z wielkimi żukami.

– O, pani! – rzucił pośpiesznie. – Pozwól mi służyć sobie wciąż i wciąż, bez wytchnienia! Na południu i na wschodzie! Tam gdzie surowe pustkowia grożą wchłonięciem Viriconium. To tam wykujemy nowe imperia, tam czekają nas nowe skarby! Udziel mi tylko tego ostrza, wierzchowca i ludzi garść, a natychmiast poniosę twe imię tamtejszym krainom!

Kiedy tegeus-Cromis, szalony miecznik z Wojny z wielkimi żukami odezwał się tymi słowy do królowej Methvet Nian, natychmiast wysłała go (chociaż przyglądała się mu przy tym z nikłym, profetycznym uśmieszkiem) w podróż, która doprowadziła bohatera do pokonania Żelaznego Karła, a zarazem do uzyskania niezmiernej potęgi. Mamka Vooley jednak tylko gapiła się przed siebie.

– O czym ty mówisz? Przecież wszystkie imperia świata i tak już należą do mnie – wyszeptała.
Retz na chwilę zapomniał o swych tarapatach. Nagle, gwałtownie i przemożnie zapragnął skarbu zaginionego gdzieś pośród okrytych złą sławą bagnisk i sypiących się, zgnuśniałych miast południa. Zdumiała go wyrazistość własnej halucynacji, a także wywołane nią bolesne pożądanie.
– Jak mnie w takim razie wynagrodzisz? – rzucił ostro, z goryczą. – Przecież nie zawiodłem.
Mamka Vooley wybuchnęła śmiechem.
– Dam ci kolczugę Osgerby’ego Practala – odparła. – Widzę bowiem, że wzgardziłeś strojem, w który cię ubrałam. A teraz – prędko! – zwróć mi ten oręż. Nie należy do ciebie. Służy jedynie obronie mego honoru, o czym dobrze wiesz. Będziesz musiał go zwracać po każdej walce.

Retz objął cienkie, zgięte w dziwacznie umiejscowionych stawach nogi Mamki Vooley i spróbował złożyć głowę na jej kolanach. Zamknął oczy. Poczuł, jak odciągają go od niej dworzanie. Zaczęli się z nim szarpać. Mimo że wściekle kopał na oślep, błyskawicznie rozebrali go z płaszcza o barwie mąki, sycząc przy tym z odrazy na widok jego bielejącego w półmroku ciała. Szybko odnaleźli przytroczoną pod pachą Retza ceramiczną pochwę. Ignace pomyślał o tym, co się z nim stanie, jeśli członkowie Klanu Szarańczy odnajdą go bezbronnego gdzieś w ruinach Lowth albo na Wyspie Psów, na której mieszkała jego matka.

– Moja pani – błagał – użycz mi tego noża. Na tę jedną noc. Będzie mi potrzebny jeszcze przed świtem.
Ale Mamka Vooley już się do niego nie odezwała. Krzyknął rozpaczliwie, odtrącił od siebie dworzan i gwałtownie wysunął ostrze z pochwy. Białe, przypominające trądowe plamy iskierki zalśniły w zimnej sali. Kości jego ręki ponownie zmieniły się w papkę.
– Tylko to od ciebie dostałem – usłyszał własny głos – i tak właśnie zwrócę ci twoją broń, Mamko Vooley!
Błyskawicznym smagnięciem ostrza odciął rękę, którą władczyni unios­ła w lekceważącym geście. Królowa spojrzała na kikut swego ramienia i z powrotem na Retza: wydawało się, że jej oblicze wynurza się z ponurej głębiny – niespokojna, jednooka, wciąż niezdolna zrozumieć tego, co ją właśnie spotkało.
Retz złapał się dłońmi za głowę.

Wyrzucił broń, chwycił swoje rzeczy i – dopóki dworzanie wciąż jeszcze kłębili się bezładnie w strachu i zmieszaniu, dotykając odrętwiałymi palcami swych płaszczy tam, gdzie zbryzgała je krew Mamki Vooley – jęcząc żałośnie, wybiegł z pałacu. Z tyłu za nim, w oknach sali tronowej, otwierały się i zamykały pobudzone błękitne usta. Ich ruchy przypominały podrygiwanie stworzeń żyjących w zastałym i z nagła poruszonym stawie.

Na zewnątrz, w Alei Protonów, upadł wprost w mokry brejowaty śnieg i zwymiotował. Leżał i myślał: dwa lata temu byłem niczym; potem stałem cię czempionem królowej, wielkim wojownikiem; teraz urządzą na mnie polowanie i znów stanę się niczym. Spoczywał tak w bezruchu przez dwadzieścia minut. Nikt go nie ścigał. Wokół panowała nieprzenikniona ciemność. Kiedy już się uspokoił i w pełni dotarło do niego, w jakim rozpaczliwym położeniu się znalazł, włożył strój Osgerby’ego Practala i ruszył ku Dolnemu Miastu. Włóczył się jakiś czas bez celu i w końcu dotarł do lokalu, który, o ile dobrze pamiętał, nazywał się „Bistro Californium”. Usiadł tam, popijał cytrynowy gin, aż na dworze znów rozległy się gwizdy i strach wygonił go na ulicę.

***

Była ostatnia godzina przed świtem i skuwający wszystko mróz przemienił zryty koleinami śnieg w twardy lód. Retz przebiegł pod łukowato sklepioną bramą w alei nieopodal Nabrzeża Line Mass i znalazł się na głębokim, wąskim podwórku, na którym wydęte ściany domów były podparte wielkimi drewnianymi belkami. Na dnie tej sypiącej się studni panowały okropny ziąb i absolutna ciemność, której nie mąciły ani dzień, ani noc; wszędzie dokoła walały się potłuczone gliniane naczynia i wiele innych odpadków. Retz zadrżał.

W trzech ścianach widniały okna, czwarta była gładkim, oblepionym sadzą klifem, poznaczonym w kilku miejscach żelaznymi hufnalami. Wysoko w górze zobaczył niewielki kwadracik rozświetlonego księżycową poświatą nieba. Na razie udało mu się zgubić pościg. Prześladowcy stracili jego trop. Ostatnim razem słyszał pogoń gdzieś w ulicach nad kanałem. Upewniwszy się, że choć przez chwilę będzie sam, usiadł przed wejściem do jednego z budynków. Chciał tu przeczekać do pierwszych promieni świtu. Opatulił się ciasno wełnianym płaszczem.

Nagle, tuż przy jego uchu rozległo się ciche gwizdnięcie. Krzyknął przestraszony, poderwał się na równe nogi i zaczął łomotać do drzwi.
– Pomocy! – wrzeszczał. – Mordują!
W ciemności za nim ktoś zaśmiał się cicho, ironicznie.
Wcześniej stronnicy Klanu Szarańczy przepędzili go z Dzielnicy Artystów prosto do Lowth. Tam, na znajomym wzgórzu, z narastającym uczuciem paniki rozpoznawał ich nawoływania, ostre krzyki i ciche, tęskne gwizdy – sygnały tuzina innych frakcji, w tym Mohoków Anaksa-Hermaksa z Górnego Miasta, Gorączkowego Anschlussu z ich nadnaturalnie przeciągłym hymnem "Wszystkich nas to spotka", sygnały Ludzi Żółtego Papieru i Bractwa Piątego Września, a nawet wyniosłych najemników Błękitnego Anemona.

Wszyscy czekali tylko na niego, ­zawiesiwszy z tej okazji swoje tradycyjne konflikty. Ich gwizdy sprawiły, że można było pomyśleć, iż spędza noc w ptaszarni. Gonili go w tę i z powrotem po całym Lowth, wśród wciąż padającego, zimnego deszczu ze śniegiem, aż poczuł w płucach palący ból. Ukazywali się mu tylko po to, by ani na chwilę nie ustawał w biegu, i zaganiali stopniowo w stronę Górnego Miasta i pałacu Mamki Vooley. Teraz trzymał się już tylko nadziei, że nie zabiją go w czyimś domu, ani w świetle dnia. Wystarczyło jedynie dotrwać do świtu.

– Pomocy! – krzyknął raz jeszcze. – Ratunku! Proszę!
Nagle otworzyło się jedno z okien na górze i pojawiła się w nim czyjaś, ostrożnie przechylona głowa. Retz zamachał rękoma.
– Mordują!
Okno się zatrzasnęło. Jęknął i ze zdwojonym impetem ponownie zaczął się dobijać do drzwi. Tymczasem za nim cały dziedziniec już rozbrzmiewał pogwizdywaniem Ludzi Żółtego Papieru. Gdy się obejrzał, ujrzał ich sylwetki na drewnianych belkach, rysujące się na tle nieba. Chcieli wypędzić go z podwórka i zagonić z powrotem do miasta. Ktoś klepnął go w ramię i wyszeptał niewyraźnie kilka słów. Kiedy Retz wyciągnął rękę, niewidoczny przeciwnik ciął go lekko w wierzch dłoni. Mgnienie oka potem otworzyły się drzwi. Retz wpadł przez nie do tonącego w półmroku korytarza, w którym czekał nań odziany w granatowy płaszcz starzec ze świecą w dłoni.

***

U szczytu schodów, za zasłoną z ciężkiego płótna, na końcu korytarza znajdował się przestronny pokój z kamienną podłogą i otynkowanymi na biało ścianami. Temperaturę nieco powyżej zera utrzymywała w nim misa wypełniona żarzącymi się węglami. Pomieszczenie było umeblowane ciężkimi drewnianymi krzesłami, antycznym kredensem i pulpitem w kształcie orła, którego rozpostarte skrzydła podtrzymywały starą książkę. Na jednej ze ścian wisiał gobelin – stary, wystrzępiony i niepasujący do reszty pokoju, który mógł należeć do opata, sędziego albo żołnierza w stanie spoczynku.

Starzec posadził Retza na jednym z krzeseł i przysunął świecę, by przyjrzeć się lepiej szkarłatnemu czubowi gościa. Najwyraźniej w pierwszej chwili pomyłkowo wziął fryzurę przybysza za ślad krwi na głowie.
– Ach, tak – westchnął po chwili, zniecierpliwiony.
– Proszę pana – zaczął Retz, mrużąc oczy w świetle – czy jest pan lekarzem? – I po chwili: – Proszę pana, trzyma pan świecę w ten sposób, że w ogóle pana nie widzę.

To ostatnie nie było do końca prawdą. Gdy poruszył nieco głową w bok, dostrzegł pożółkłą, wysuszoną twarz, pociągłą i inteligentną, oraz cienką skórę naciągniętą na kościach niczym woskowany papierowy ­abażur.
– Owszem, jestem – odpowiedział starzec. – Jesteś głodny?
Nie czekając na odpowiedź, podszedł do okna i wyjrzał przez nie.
– No cóż, przechytrzyłeś inne wilki i pożyjesz jeszcze jeden dzień. Zaczekaj tu – powiedział po chwili i wyszedł z pokoju.

Retz pełnym zmęczenia gestem uniósł dłonie do oczu. Mdłości zatrzymały pot schnący mu na krzyżu. Gwizdy Ludzi Żółtego Papieru oddaliły się na wschód, w stronę kanału i wreszcie, stopniowo, ucichły zupełnie. Po kilku minutach wstał i ogrzał się przy misie z węglami, rozcapierzając nad nią palce niczym wachlarz, po czym mechanicznie zatarł dłonie. Spojrzał na stojący na środku pokoju pulpit. Wykonano go z dobrej jakości stali i Retz zastanowił się, ile można by za ten przedmiot wziąć w lombardach na Margarethestrasse. Jego oddech unosił się kłębami pary w zimnym powietrzu.

Kim jest ten stary mężczyzna? Meble ma drogie. Ignace pomyślał, że kiedy gospodarz wróci, poprosi go o ochronę. Być może, myślał, da mi swojego orła, bym mógł kupić sobie konia i opuścić to miasto. Takiego starca z pewnością stać na podobny gest. Retz przyjrzał się porcelanowym talerzom w kredensie. Obejrzał gobelin. Większa jego część była przegniła i nie miał pojęcia, co ukazywała dawniej, choć w jednym z narożników zauważył coś, co musiało być wzgórzem i krętą, wijącą się pomiędzy kamieniami i korzeniami starych drzew ścieżką. Ten pejzaż sprawił, że poczuł się nieswojo i bardzo samotnie.

Tymczasem starzec powrócił. Przyniósł tacę z ciastem i kawałkiem chleba. W ślad za nim do pokoju weszły dwa albo trzy koty i spojrzały nań wyczekująco w brązowym, chwiejnym świetle świecy. Gospodarz zastał Retza przed gobelinem.

– Odejdź stamtąd! – rzucił ostro.
– Proszę pana – zaczął Retz, głęboko się kłaniając – ocalił mi pan życie. Jak mogę panu służyć?
– Nie chcę, by mi służył morderca – odparł starzec.
Retz przygryzł dolną wargę, hamując złość. Odwrócił się, usiadł i zaczął napychać sobie usta chlebem.
– Gdyby to pan żył tam na zewnątrz, robiłby pan to samo! – wymamrotał. – Co innego mi pozostaje?
– Mieszkam w tym mieście od tylu lat, że sam już nie pamiętam ile ich minęło – odpowiedział gospodarz. – I nigdy nikogo nie zamordowałem.

Po tych słowach zapadło dłużące się, niezręczne milczenie. Starzec siedział z brodą spuszczoną na pierś. Wydawał się pogrążony we własnych myślach.
Węgle na patelni strzelały, przygasając. Przeciąg szarpał gobelinem, który wydymał się jak rozerwana zasłona w oknie gdzieś na Bulwarze Aussmana. Koty skrobały podłogę w cieniu za krzesłami. Ignace Retz zjadł, wypił i otarł usta ręką. Potem zjadł jeszcze trochę i znów wytarł usta. Gdy się upewnił, że starzec go nie obserwuje, dokładniej przyjrzał się stalowemu orłu. Raz nawet, pod pretekstem podejścia do okna, podniósł się i dotknął rzeźby.

– Z jakimiż potwornościami mamy do czynienia dzień w dzień! – wykrzyknął starzec nieoczekiwanie. – Westchnął. – Słyszałem, co powiadają kawiarniani filozofowie: Świat jest tak stary, że sama istota rzeczywistości nie ma całkowitej pewności, czym i jaka powinna być. Pierwotny wzór zatarł się i jest nie do odczytania. Historia wciąż i wciąż powtarza dzieje tego jednego miasta i kilka przerażających wydarzeń – nie odtwarza ich sztywno, niezmiennie, ale raczej w mroczny, niepewny sposób, jakby nie znała już żadnych innych możliwości, choć bardzo chciała się ich nauczyć.

– Świat to świat – odparł Ignace Retz. – Bez względu na to, co ktokolwiek o nim powie.
– Spójrz na gobelin – polecił starzec.
Retz spojrzał.
Okazało się, że rysunek, który oglądał wcześniej, górska ścieżka i skarłowaciałe cisy, przedstawia więcej, niż zauważył poprzednio. Po ścieżce piął się z trudem łysy mężczyzna. Nad nim zawisł w powietrzu spory ptak. W tle, aż po horyzont ciągnęły się góry i doliny.

Wszystko zostało wyobrażone tak realistycznie, że Retz odniósł wrażenie, że wygląda przez okno. Na powierzchni gobelinu nie dostrzegał śladu nici, ani żadnego szwu. Mężczyzna mozolący się na ścieżce miał żółtawą skórę i niebieski płaszcz. Opierał się na lasce, tak jakby zabrakło mu tchu. Nagle, bez ostrzeżenia, odwrócił się i wyjrzał z gobelinu prosto na Retza. W tej samej chwili tkanina zmarszczyła się w zimnym powiewie, który przyniósł jej wilgotną woń. Wtedy cała scena zniknęła.

Retz zaczął drżeć. Usłyszał dobiegający z daleka głos starca:
– Nie ma powodu do strachu.
– To żyje – szepnął Retz. – Mamka Vooley...
Zanim jednak zdążył dokończyć, ukazała się mu inna scena.
Przedstawiała świt w Viriconium. Niebo przypominało wypełnioną chmurami miskę, naznaczoną na krawędzi plamą koloru słomy. W Alei Protonów – wspinającej się spiralnie ku pałacowi, wspartej w powietrzu na setce kolumn z czarnego kamienia – padał deszcz. W połowie tej smętnej, starożytnej drogi stały dwie lub trzy postacie w jarzących się szkarłatnych zbrojach.

Przyglądały się mężczyźnie zmagającemu się z metalowym sępem. Twarz tego człowieka została już straszliwie poharatana; deszcz i krew opadały mu na ramiona mrocznym, ponurym całunem. Klęczał na drodze. A jednak wygrywał. Po chwili podniósł się zmęczonym ruchem na nogi i rzucił martwego ptaka widzom do stóp. Tamci odwrócili się, nie chcieli się do niego przyznawać. Wyjrzał z gobelinu. W miejscach, w których drapieżnik uderzył go dziobem, ciało policzków zwisało płatami. Był stary, siwowłosy. W oczach miał ogromny żal. Poruszył ustami i zniknął.

– Przecież to byłem ja! – zawołał Ignace Retz. – To naprawdę ja?
– Viriconium istniało już wiele razy – odparł starzec. – Patrz na gobelin.
Dwóch mężczyzn z zardzewiałymi mieczami biegło po wysokim wrzosowisku. Daleko za nimi pędził karzeł na mechanicznych, żelaznych szczudłach. Na głowie miał otwartą ranę. Czekali, by ich dogonił, ale gdy tylko się do nich zbliżał, zaraz znów zostawał w tyle. Wpadł na jarzębinę i skręcił w złą stronę. U pasa jednego z mężczyzn, wyglądającego jak Ignace Retz, kołysał się martwy ptak. Mężczyzna spojrzał pozbawionym nadziei wzrokiem na prawdziwego Retza, chwycił ptaka jedną ręką za szyję i uniósł wysoko w powietrze. W tej samej chwili przeszedł przed nim karzeł, z którego szczudeł wyciekały strugi niezdrowych, białych gazów. Przebrnęli razem przez strumień i cała trójka zniknęła w oddali, kierując się ku czekającemu na nich na wzgórzu miastu.

Potem, w cieniu urwiska walczyli ze sobą jacyś ludzie. Wysoko nad nimi, wielkie, opalizujące żuki patrolowały zniszczony erozją szczyt klifu. Ogarnięty gorączką podróżnik o zrozpaczonym spojrzeniu siedział w powozie zaprzężonym w wielkiego, białego leniwca. Wreszcie dotarli na skraj niecki zatopionego miasta. Jaszczurki bez końca okrążały usypany na pustyni stos trupów.
Po pewnym czasie Retz przywykł do tego, że zawsze, w każdej z tych scen odgrywał główną rolę, choć zdarzało się, że zaskakiwał go własny wygląd. Ostatnia scena okazała się jednak zbyt ciężka do zniesienia.

Wyglądał przez wysokie, łukowato sklepione okno; wokół kamiennego, dzielącego je na pół słupka wiła się zdobna róża. Kolce i różane kwiaty obrębiały pomieszczenie, przez które dryfowały zasłony srebrnego światła, co wyglądało jak deszcz sączący się pomiędzy enigmatycznymi kolumnami. Posadzka sali została wykonana z kryształu barwy cynobru, a na jej środku ustawiono prosty tron. Przy tronie stała – z dwoma leżącymi u jej stóp lwami – szczupła kobieta w aksamitnej sukni. Spoglądała głębokimi, fioletowymi, współczującymi oczyma, a jej włosy miały barwę, jaką jesienią rdzawią się liście. Na długich palcach nosiła dziesięć identycznych pierścieni, a przed nią stał rycerz w jaśniejącej szkarłatnej zbroi, częściowo przesłoniętej srebrno-czarnym płaszczem. Pochylił głowę w pełnym szacunku ukłonie. Miał białe dłonie. Do pasa przytroczył sobie stalowy miecz.

Retz wyraźnie usłyszał wypowiedziane przez kobietę słowa.
– Obdarzam cię tymi przedmiotami, lordzie tegeus-Cromis, ponieważ ci ufam. Gdybym go miała, dałabym ci nawet nóż energetyczny. Udaj się na południe i zdobądź dla nas wszystkich wspaniały skarb.
Z gobelinu popłynął zapach kwitnących ciepłym wieczorem róż. Rozległ się delikatny szmer spadającej wody i skądś doleciała pojedyncza, powtarzana wciąż i wciąż fraza melodii wygrywanej na jakimś strunowym instrumencie. Rycerz w szkarłatnej zbroi ujął dłoń swej królowej i ucałował ją. Odwrócił się do okna i zamachał ręką, jakby rozpoznał kogoś, kto za nim przechodził.

Jego czarne włosy były przedzielone przedziałkiem pośrodku głowy i spływały po bokach, tworząc ramę dla przeobrażonej twarzy Ignace’a Retza. Stojąca za nim królowa uśmiechnęła się. I wtedy cała scena zniknęła, pozostawiając po sobie zapach wilgoci, i jedynym, co można było zobaczyć przez rozdarcia w tkaninie był tynk na ścianie.
Ignace Retz energicznie przetarł oczy. Skoczył, pociągnął starca z jego krzesła, chwycił go za ramię i zaprowadził do gobelinu.

– Ta ostatnia scena! – zapytał ostro. – Czy to się wydarzyło naprawdę?
– Nie wszystkie królowe są Mamką Vooley – odpowiedział gospodarz, takim tonem, jakby właśnie zwyciężył w doniosłej dyspucie – i nie wszyscy rycerze są Ignacem Retzem. To, co widziałeś, już się wydarzyło, albo dopiero się wydarzy.
– Spraw, by to się pokazało raz jeszcze.
– Jestem tylko kustoszem tego gobelinu. Nie mogę go do niczego zmusić.

Retz odepchnął starca tak brutalnie, że mężczyzna upadł na kredens i strącił z niego tacę. Wystraszone koty rozbiegły się, unosząc w pyszcz­kach kęsy jedzenia.
– Nie mogę w to uwierzyć! – zawołał Retz.
Zerwał gobelin ze ściany i dokładnie go obejrzał. Wydawało się, że ma nadzieję zobaczyć na nim jeszcze jakiś ruch. Tkanina nie ukazała jednak niczego więcej i pozostała tylko tkaniną. Retz cisnął ją na podłogę i kopnął.
– Jak mógłbym dalej żyć własnym życiem, gdybym uwierzył w to, co zobaczyłem? – spytał sam siebie.
Zwrócił się na powrót do starego mężczyzny, chwycił go za ramiona i potrząsnął nim.

– Dlaczego mi to pokazałeś? Jak teraz ma wystarczyć mi to upiorne miasto?
– Nie musisz przez cały czas żyć tak jak dotąd – odparł gospodarz. – Sami tworzymy światy, w których żyjemy.
Retz znów go odepchnął. Mężczyzna uderzył głową w kredens, wydał z siebie dziwny, gniewny jęk i znieruchomiał. Chyba jednak nie umarł.
Przez kilka kolejnych minut Retz chodził nerwowo w tę i z powrotem – od okna pod ścianę, na której jeszcze przed chwilą wisiał go­belin.

– Jak mam teraz żyć? Jak mogę żyć? – powtarzał.
Po chwili podbiegł do pulpitu i spróbował oderwać od niego rzeźbę orła. Teraz w mieście na pewno zapanował już dzień, kaszlący ludzie z pewnością już ogrzewali swe dłonie nad naftowymi płomieniami Cynowego Rynku. Miał kilka godzin, podczas których zdążyłby sprzedać ptaka, zdobyć konia i nóż i wyjechać, zanim polowanie zaczęłoby się na nowo. Opuściłby miasto konno przez Nawiedzoną Bramę i pojechał na południe, by nigdy już tu nie powrócić.

Ptak się poruszył. W pierwszej chwili Retz pomyślał, że rzeźba po prostu obluzowała się na drewnianym cokole. Zaraz potem jednak poczuł ostry ból w lewej dłoni i kiedy spojrzał w dół, zrozumiał, że drapieżnik ożył i szarpie się w jego uścisku. Ptak przekręcił głowę i spojrzał na niego zimnym, wrogim spojrzeniem. Orzeł oswobodził jedno skrzydło, po chwili drugie i wznowił walkę ze zdwojoną siłą. Retz zdołał utrzymać go jeszcze przez sekundę czy dwie, lecz potem, krzycząc w panice i z odrazy, puścił ptaka i zatoczył się chwiejnie do tyłu, z rozedrganymi, pociętymi boleśnie rękoma. Potknął się o coś leżącego na podłodze, przewrócił i po chwili spojrzał w niebieskie jak porcelana oczy starca.

– Wynoś się z mojego domu! – krzyknął gospodarz. – Mam cię dość!
Tymczasem ptak wzbił się zwycięsko w powietrze i zaczął krążyć po pokoju, tłukąc wielkimi skrzydłami o ściany. Skrzeczał. Światło krzesało na jego piórach miedziane rozbłyski. Koty przycupnęły w najwyższym przerażeniu pod meblami.
– Pomóż mi! – poprosił Retz. – Ten orzeł jest żywy!
Starzec jednak wciąż leżał na podłodze jak sparaliżowany. Zacisnął usta.
– Sam to na siebie sprowadziłeś.

Retz podniósł się i spróbował przejść przez pokój do drzwi wychodzących na schody. Ptak, który do tej pory obsesyjnie zmagał się z własnym cieniem na ścianie, natychmiast rzucił się na twarz Ignace’a, atakując jego oczy, drapiąc ostrymi pazurami szyję i klatkę piersiową. Retz wrzasnął, zerwał z siebie drapieżnika i cisnął nim o podstawę ściany, gdzie zdezorientowany orzeł łopotał przez chwilę skrzydłami, a następnie skierował swą agresję przeciwko jednemu z kotów. Retz patrzył na to przerażony. Przycisnął dłonie do skrwawionej twarzy i wypadł z pokoju, po czym zbiegł pędem po wąskich schodach i wyskoczył na podwórko. Zatrzasnął za sobą drzwi.

Wciąż było ciemno.
Retz usiadł na progu i ostrożnie obmacał kark i szyję, by sprawdzić jak poważne odniósł obrażenia. Zadrżał. Rany wcale nie były płytkie. Nad nim wciąż rozlegało się skrzeczenie i łopot skrzydeł uwięzionego wewnątrz ptaka. Gdyby orłowi udało się uciec, z pewnością znalazłby Ignace’a. Ledwie krew przestała płynąć, Retz wycofał się chwiejnym krokiem przez dziedziniec i przeszedł pod łukowatym sklepieniem. Znalazł się w miejscu, którego nie znał.

***

Stał w szerokiej, otwartej alei, ograniczonej z obu stron stosami śmieci i gruzów oraz zniszczonymi budynkami. W kilku miejscach ulicę przecinały bezsensowne okopy, po obu stronach płonęły bez entuzjazmu ogniska. Spękane kasztanowce pokrywała warstwa kurzu, pył zalegał na wykorzenionych balustradach. Choć nie było nawet najmniejszego znaku nadchodzącego świtu, niebo w jakiś sposób zalewało wszystko niecodziennym, błoniastym światłem. Prostokątny dziedziniec za plecami Retza utworzył coś w rodzaju wysokiej wieży.

Początkowo Ignace pomyślał, że wciąż ogląda gobelin starca, potem przyszło mu do głowy, że to Mamka Vooley toczy z nim wśród nocy wojnę za pomocą jednej ze swych niszczycielskich broni; wreszcie nie wiedział, co myśleć. Ruszył nerwowym krokiem w stronę kanału, po chwili pobiegł. Biegł bardzo długo, lecz nie odnalazł kanału. Pod jego stopami melodyjnie grzechotały akry potrzaskanych dachówek. Kiedy oglądał się za siebie, wciąż widział wieżę, choć ta malała z każdą chwilą i wreszcie zapomniał, gdzie powinien jej szukać.

Przez całą noc nie miał pojęcia, gdzie jest, ale wyczuwał, że musi znajdować się na wysokim płaskowyżu, omiatanym wiatrami i w całości pokrytym pyłem i ruinami tego nieznanego mu miasta. Wicher kąsał go zjadliwie w zadane przez orła rany. Deszcz pyłu i kurzu bębnił o zrujnowane mury. Raz, z któregoś z odległych budynków doleciała go muzyka – gorączkowe uderzenia w wielki, płaski bęben, piskliwe, urywane zawodzenie instrumentu przypominającego klarnet. Kiedy jednak skierował się w tamtą stronę, na powrót zapanowała cisza. Przestraszył się i uciekł.

Potem, zupełnie blisko niego, ktoś wśród ruin – niewątpliwie człowiek – wydał z siebie śpiewny odgłos „U lu lu lu”. Natychmiast odpowiedziało mu dalekie, podobne psiemu, wycie. Retz umknął pomiędzy długimi pagórkami gruzów i śmieci, po czym przez jakiś czas krył się w wypatroszonej muszli budynku wyglądającego na katedrę. Kiedy siedział w nim już około godziny, na zewnątrz pojawiło się kilka niewyraźnych postaci.

Zaczęły w ciszy, energicznie kopać na ulicy rów. Nagle coś im przerwało: wszyscy unieśli wzrok ku niebu i zobaczyli. Retz nie wiedział co. Nieznajomi uciekli, zabierając ze sobą szpadle. Tymczasem Ignace usłyszał w ciemności wokół szuranie stóp. Ktoś przeciągle westchnął. Wstrząsająco blisko rozległo się "U lu lu", po czym znów został sam. Kimkolwiek byli niewidoczni prześladowcy, przyjrzeli się mu i zostawili go w spokoju, stwierdziwszy, że nie jest interesujący.
Tuż przed świtem wyszedł z budynku i ruszył okopem, który obcy wykopali w ulicy. Był płytki, nieudany, już teraz wypełniał go nanoszony bezustannie przez wiatr szary piach. Około mili dalej natknął się na ludzkie zwłoki ukryte za wysokim do pasa murkiem.

Retz przyklęknął i przyjrzał się martwemu.
Leżał, jakby padł, uciekając przed kimś. Kończyny miał wykrzywione, jedną ręką wyraźnie złamaną. Był muskularnie zbudowany, odziany w luźną białą koszulę i czarne moleskinowe spodnie przewiązane pod kolanami czerwoną nicią, którą miał też na masce w kształcie rybiego łba – ryba przypominała łososia o tłustych, obwisłych wargach, smętnych, wyłupiastych oczach i grzebieniu ze sztywnych płetw. Maskę zakładało się w ten sposób, że gdyby trup wstał, szkliste oczy patrzyłyby ku niebu. Do ramion miał uwiązane zielone wstążki, które trzepotały i szeleściły na wietrze. Obok, tak jak został upuszczony, leżał przebijający się stopniowo przez gruz nóż energetyczny, z którego biły strumieniem ku górze toksyczne żółte drobinki światła.
Zabrali mu buty. Białe, nagie stopy miał przyozdobione granatowym tatuażem, na pierwszy rzut oka wyglądającym jak żyły.

Retz wpatrywał się w trupa dłuższą chwilę. Potem wspiął się na murek i dokładnie rozejrzał po pustej ulicy. Bez względu na to, w jakie miejsce cisnął go starzec do spółki ze swym orłem, tutaj na pewno także była jakaś Mamka Vooley. Dziesięć minut później Retz wyszedł zza murku, przebrany w strój trupa. Ubranie było przyciasne i miał nieco kłopotów z założeniem rybiej głowy, we wnętrzu której potwornie cuchnęło, ale wreszcie udało mu się przywiązać i czerwoną nić i zielone wstążki.

Zabrał też nóż. Wreszcie nastał świt; na wschodniej krawędzi nieba, ponad pasmami żółcieni i szmaragdów uniosła się pokrywa brązowawych chmur i ukazała strome wzgórze, którego wcześniej nie zauważył. Jego szczyt był usiany wieżami, starymi fortyfikacjami i miedzianymi kopułami starożytnych obserwatoriów. Retz ruszył w stronę miejsca, w którym zniknęli kopacze okopów. "Shroggs Royd" głosiły tabliczki na rogach zniszczonych ulic. "Rue Ouled Nail" i wreszcie "Rue Sepile".
Tego popołudnia wybuchła sucha burza. Drobinki piasku wzbijały się pod ołowiane niebo.



Czytaj również

Viriconium - M. John Harrison
Czas umierania
- recenzja
Viriconium - M. John Harrison
Piętrowe iluzje
- recenzja
Droga serca
Stąd do nicości
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.