» Artykuły » Inne artykuły » Viator - fragment

Viator - fragment


wersja do druku

"...Mąż Drzewa Lipcowego..."

Autor: Redakcja: Marcin 'lemon' Łukasiewicz

Viator - fragment

Wilander przyzwyczaił się do swojej kabiny na pokładzie Viatora. Mała i skromna, odpowiadała mu po części dlatego, że jego aspiracje były równie małe i skromne, ale także dlatego, że przywodziła skojarzenia z romantycznym losem poszukiwacza przygód w zamorskich krainach, które to marzenia dawno zdążyły w nim obumrzeć, a teraz – teoretycznie – właśnie się spełniały: wylądował przecież na frachtowcu, którego kapitan wpakował go na mieliznę z taką prędkością, że statek wbił się głęboko w ląd i prawie całkowicie zniknął wśród jodeł, wawrzynów i innych drzew, tak że kiedy opływało się cypel dookoła (co Wilander zrobił w zeszłym miesiącu na pokładzie holownika dostarczającego pocztę i zapasy na ten odcinek alaskiego wybrzeża; stał w rozkroku na dziobie stateczku, mocno zaciskał na relingu opatrzone masywnymi knykciami dłonie, wiatr odwiewał mu jasne blond włosy i chłostał kościstą, smętną twarz – wypisz, wymaluj prawdziwy odkrywca, z niepokojem obserwujący tajemniczą ciemną smugę lądu na widnokręgu), widziało się tylko ciemny punkcik rufy Viatora, z tej odległości maleńki i okrągły jak kropka oddzielająca dwa piękne, zielone zdania.

Kabina mieściła się w nadbudówce. Za dnia niezwykle jasne i czyste naturalne światło dostawało się do środka przez iluminatory, przesączywszy się uprzednio przez gąszcz szerokich jak dłoń liści lipy, której korona została przyciśnięta do zewnętrznej ściany kajuty, nocą zaś, w blasku sześćdziesięciowatowej żarówki nad umywalką i nocnej lampki ze stareńkim abażurem zrobionym ze skorupy żółwia (Wilander kupił ją od Arlene Dauphinee, rudowłosej zarządczyni faktorii handlowej w osadzie Kaliaska), kremowe ściany płonęły złotem, a przestrzeń jakby się kurczyła wokół niego, ściśle dopasowywała do sfery jego pragnień, bezpiecznej, ciepłej, tajemnej. Czuł wtedy wyraźnie, że światło przesącza się na zewnątrz, w głąb mrocznych skłębień paproci, pnączy i korzeni, przydając rozwiązłej gęstwinie niemal teologicznej doniosłości, tak jakby las był pozbawiony wszelkiego sensu – czy raczej jakby w każdej chwili mógł ulec przypadkowej, chaotycznej, przerażającej przyczynowości sennego koszmaru, gdyby nie ta emanująca światłem komórka otorbiona w samym jego sercu i zamieszkana przez człowieka śniącego kojące, mnisie sny.

Wieczorami czterej mężczyźni, którzy zamieszkali na Viatorze przed przybyciem Wilandera, odwiedzali go czasem w jego kajucie, nie zdarzało się to jednak często. Ba, musiał upłynąć prawie tydzień, zanim udało mu się porozmawiać z którymś z nich – wcześniej widywał ich tylko przelotnie, błąkających się po wypatroszonych trzewiach statku, a kiedy bez entuzjazmu odpowiadali na jego powitalne okrzyki (albo nie odpowiadali wcale), wracał do swoich spraw. Przypuszczał, że kręcą nosem na jego zwierzchnictwo, ponieważ przybył ostatni; spodziewał się, że będzie musiał zdobyć ich zaufanie cierpliwością i szacunkiem dla ich ekscentrycznych obyczajów, ale kiedy szóstej nocy do jego kajuty wparował Peter Halmus – niski, krępy, ze sflaczałymi mięśniami, ogoloną głową i starannie przystrzyżoną brodą, która chyba tylko zdaniem samego Halmusa korzystnie obramowywała mięsiste rysy twarzy: ćwierćcalowej szerokości pasek ciemnych włosów podkreślał linię żuchwy, a cieńsza pionowa kreska łączyła podbródek z dolną wargą (taka koncepcja zarostu bardziej pasowałaby do starożytnego perskiego arystokraty) – rozmowa nie przebiegła bynajmniej zgodnie z przewidywaniami Wilandera, który oczekiwał ostrożnego i sympatycznego budowania podwalin nowej znajomości... Nic z tego: Halmus burkliwym, rozedrganym od gniewu głosem powiedział, że widział, jak Wilander wyłamywał resztki szkła z rozbitego iluminatora, i przestrzegł go, żeby nigdy więcej tego nie robił. Wyjaśnił, że szkło na Viatorze to jego wyłączna działka; jest jedyną osobą odpowiedzialną za zbadanie zasobów szkła i oszacowanie ich wartości i nie życzy sobie, żeby ktoś mu się do tego wtrącał. Kiedy zaś Wilander, woląc nie wytykać mu irracjonalności tych twierdzeń, zasugerował, że chciał w ten sposób tylko uniknąć zranienia i nie miał na myśli nic złego, Halmus odpowiedział mu jak człowiek szalony, i to po dwakroć: nie dość, że mówił bez ładu i składu, to jeszcze okazał się zwolennikiem jakiejś obłąkanej estetyki. Zaczął tłumaczyć, że szkło, od dwudziestu dwóch lat porzucone na pastwę żywiołów i pozostawione bez konserwacji, wykazywało przebarwienia nadające każdemu jego okruchowi wartość naturalnego minerału, lustra zaś wyewoluowały przez ten czas w istne dzieła sztuki. Wygłaszając to kazanie i ciskając gromy na Wilandera, przez cały czas spacerował od drzwi do umywalki i z powrotem, dwa szybkie kroki, w tył zwrot, i od nowa, podkreślał niełączące się w logiczną całość zdania uniesieniem pięści albo klepnięciem się w udo, rozsadzająca go energia drażniła Wilandera, który czuł się uwięziony na swojej koi, kiedy, siedząc na niej skulony, czubkiem głowy niemal dotykał spodu półki, na której stało parę książek, leżał portfel, klucze, kilka monet i innych drobiazgów – wszystko, co zachował ze swojej przeszłości.

– Zgoda – powiedział. – Nie będę już usuwał żadnego szkła. Musisz jednak zrozumieć, że szkło... szkło wcale nie jest tu najważniejsze. Mamy wycenić metal na złom. Nie tak powiedział wam Lunde?

– Od metalu jest Arnsparger – odparł Halmus beznamiętnie, jakby stwierdzał niepodważalne prawo, nienaruszalną zasadę rządzącą wszechświatem.

– Arnsparger... – powtórzył Wilander.

– Tak. Zajmuje się kadłubem i nadbudówką. Reszta, to znaczy instalacje, kambuz, silnik, no, w każdym razie to, co zostało z silnika... To już sprawa Nygaarda.

– A Mortensen?

Halmus chwilę się zastanawiał, zanim odparł:

– Ostatnio jest pochłonięty ładownią.

– Pochłonięty, powiadasz... – Wilander przerzucił nogi przez krawędź koi i usiadł na niej bokiem. – Wygląda na to, że nie potrzebujecie moich wskazówek, ale jednak przypomnę ci, że mamy tu konkretną robotę do wykonania. Nie powinno nas nic „pochłaniać”. Lunde na nas liczy. – Lundego nie interesuje, co tu robimy.

– Wprost przeciwnie, w rozmowie ze mną bardzo jednoznacznie przedstawił swoje oczekiwania: mamy przedstawić mu swoje szacunki, żeby mógł zdecydować, co zrobić z tym starym wrakiem.

Twarz Halmusa ściągnęła się w przykrym grymasie, jakby nie spodobał mu się ten „stary wrak”.

– Chcesz, żebym ci coś powiedział o twoim układzie z naszym panem Lundem?

– Jeśli twoim zdaniem to ważne...

– Ważne?! – Halmus spojrzał spode łba na Wilandera. – A skąd tymożesz wiedzieć, co jest ważne, a co nie?! Jesteś tu od tygodnia!

– Wiem, że nie chcę stracić tej pracy: stabilnej, niezbyt ambitnej, praktycznie bez kosztów własnych. To właśnie jest dla mnie ważne.

Halmus podniósł prawą rękę na wysokość ucha, zwróconą dłonią ku przodowi, z podkurczonymi palcami, jakby zamierzał cisnąć niewidzialny kamień. Zaniemówił na dłuższą chwilę.

– Po co ja w ogóle z tobą rozmawiam? – burknął w końcu z pogardą.

Opuścił rękę. – Jesteś mężem drzewa lipowego. Nie masz żadnej specjalności.

Parę wieczorów później Arden Nygaard zapukał grzecznie do drzwi kabiny i zapytał Wilandera, czy mógłby dostać jakieś narzędzie do odzyskiwania metalu z powłok chromowych. Był drobnej budowy, gładko ogolony, miał przywiędłe szpakowate włosy, garbił się lekko i w okularach w drucianych oprawkach do złudzenia przypominał nauczyciela. Za to jego spojrzenie – poczciwy, niewzruszony wzrok ograniczonego umysłowo prostaczka – wywlekało z głębin pamięci Wilandera obrazy bezdomnych z ulicznych przytułków i noclegowni, ludzi, których intelekt (zmasakrowany ubóstwem i alkoholem i przykrojony do dziecięcych rozmiarów) pozwalał im godzinami wpatrywać się z fascynacją we własny but albo w plamę na ścianie, w których dostrzegali cudowne kształty i obrazy ze swoich fantazji. To wrażenie upośledzenia, łagodnego obłędu, wzmogło się jeszcze, gdy na pytanie, dlaczego sam nie uda się do Kaliaski i nie kupi stosownego narzędzia, Nygaard odparł, że nie lubi jeździć do miasteczka, po czym długo, z namaszczeniem kiwał głową, jakby chciał w ten sposób wzmocnić wymowę swojego wytłumaczenia; jakby przyglądał mu się z różnych punktów widzenia i raz za razem utwierdzał się w przekonaniu o jego trafności. Wilander miał go nawet ochotę zapytać, dlaczego nie lubi bywać w Kaliasce, domyślał się jednak, że kolejna odpowiedź Nygaarda i tak niewiele mu wyjaśni, a ponieważ towarzystwo tego smutnego, małego człowieczka boleśnie przypominało mu nie tak odległy czas, gdy sam żył wśród takich ludzi i przypadkowemu obserwatorowi również mógł się wydać upośledzony, skrócił dalszą rozmowę do minimum i obiecał, że przy okazji następnego wypadu zaopatrzeniowego kupi odpowiedni sprzęt. Nygaard poczłapał do umywalki, pieszczotliwie pogładził jeden z chromowanych kurków, uśmiechnął się półgębkiem do Wilandera i wyszedł.

Po takich doświadczeniach ze spotkań z Halmusem i Nygaardem Wilander obawiał się, że pozostali dwaj członkowie ekipy również mogą być niepełnosprawni umysłowo, ale Henrik Arnsparger – pulchny, rumiany, łysawy i gadatliwy blondyn po czterdziestce, z brzuchem wylewającym się z poplamionych tłuszczem drelichowych spodni i życzliwym sposobem bycia, który swobodnie mieścił się w granicach normalnego zachowania – rozwiał jego obawy. Kiedy zwalił się ciężko na obrotowe krzesło przy malutkim biurku przyśrubowanym do ściany kabiny i zaczął gadać jak nakręcony, jakby byli starymi dobrymi znajomymi, którzy od lat się nie widzieli, Wilander doszedł do wniosku, że oto znalazł sprzymierzeńca, człowieka, któremu można zaufać i który będzie udzielał prostych odpowiedzi na proste pytania, zamiast bredzić od rzeczy, dlatego z miejsca poprosił go o wyjaśnienie kilku nękających go kwestii: dlaczego Halmus nazwał go „mężem drzewa lipowego”? Co mógł mieć na myśli, mówiąc, że Lunde nie interesuje się pracami ekipy? No i dlaczego Nygaard nie lubi jeździć do Kaliaski?

– Z Nygaardem to nigdy nie wiadomo, co sobie myśli – odparł Arnsparger. – Facetowi brakuje piątej klepki, jakby miał dziurę w głowie; jak mu tylko coś do niej wleci, to zaraz wylatuje z powrotem. Ale za Kaliaską to żaden z nas nie przepada. Sam widziałeś, że to paskudna dziura: żule, wredne psy, nieprzyjazne spojrzenia... A Halmus miał chyba na myśli tę lipę. Tę pod twoim oknem.

– Mnie też nic innego nie przychodzi do głowy.

Arnsparger rozparł się wygodnie i wydmuchnął powietrze, jakby gasił świecę.

– Kiedy przyjechałem, Mortensen powiedział coś takiego... Wtedy byliśmy tu tylko my dwaj. Przygarnął mnie, wziął pod swoją opiekę. Ależ facet miał wtedy gadane... Nie to, co dziś.

– Od dawna tu jest?

– Nie jestem pewien, ale podobno, kiedy przyjechał, było jeszcze od groma śniegu. To on uruchomił generatory, wiesz. I całą instalację hydrauliczną. Tak czy inaczej, powiedział mi, że dokonując penetracji lasu, Viator skonsumował małżeństwo organicznego z nieorganicznym. To jego słowa, nie moje, bo ja cały czas nie mam pojęcia, o co mu chodziło.

Mówił też, że wszyscy jesteśmy częścią tego związku. Ja zostałem poślubiony żelazu, tak powiedział. Halmusowi powiedział, że jest wybrańcem szkła. Stale tak gada, filozof jeden...

– Dla mnie to brzmi jak fantastyka, nie filozofia.

– A jaka to różnica? – Arnsparger szturchnął nogą swój marynarski worek. – Zmierzam do tego, że może Mortensen rozwinął tę metaforę i powiedział Halmusowi, że jesteś mężem drzewa lipowego. Halmus nie jest taki cwany, żeby samemu coś takiego wymyślić; niby chodził do college’u, ale ciemny jest, jak cię mogę... Powinieneś zapytać Mortensena. Założę się, że jeśli tylko uda ci się go namówić na rozmowę, będzie miał dla ciebie jakieś nieprzeciętne wyjaśnienie.

Wilander odkręcił butelkę z wodą, ale zamiast się napić, zamyślił się nad słowami Arnspargera.

– Dziwne to wszystko – ciągnął Arnsparger. – Nie uważasz? Wszyscy się nad tym zastanawiamy: czterech facetów... z tobą to już pięciu. Pięciu pechowców, Skandynawów, szuka pracy. Trafiają do agencji prowadzonej przez następnego Skandynawa, zaprzyjaźniają się z nim, a on ich wysyła Viatora. Z tobą też tak było, nie?

– Zaprzyjaźniliście się z Lundem? Wszyscy?

– A co, myślałeś, że tylko ty? Że jesteś wyjątkowy? Ja też tak sobie myślałem. Wyobrażałem sobie, że będziemy kumplami do końca życia, ja i Lunde. Stawiał mi obiady, zabierał mnie do kina, rozmawialiśmy o Szwecji... chociaż gówno o niej wiem, bo moja rodzina wyemigrowała, kiedy miałem trzy latka. Z początku myślałem, że to jakiś podstarzały pedryl, ale w końcu doszedłem do wniosku, że jest po prostu samotny i lubi sobie powspominać.

– Z tamtymi było tak samo?

– Mhm. Tylko że jak już tu przypłyniesz, to Lunde przestaje być taki rozmowny. Przez telefon się nie rozgaduje, zawsze tylko konkrety i do widzenia. Masz coś nowego? pyta. Ty mówisz, że nie albo wciskasz mu jaki kit. On wtedy pyta, czy zauważyłeś coś niezwykłego. Nie, mówisz, nic a nic. No to w porządku, on na to. Dobra robota. Tak trzymać. Bóg jeden wie, co on sobie myśli, że my tu robimy. Bo tu nie ma nic do roboty.

Wiatr poruszał gałęziami lipy, liście kleiły się do szyby jak zielone dłonie z czułością masujące szkło, a Arnsparger wykładał Wilanderowi całe szaleństwo planu Lundego: przecież to niedorzeczne, sprowadzać tutaj specjalnie czterdziestu czy pięćdziesięciu chłopa, żeby rozmontowali statek; po opłaceniu im kosztów mieszkania, wyżywienia i zapłaceniu za robotę nigdy się nie wygrzebie z długów. Co innego, gdyby Viator dopłynął na miejsce przeznaczenia... Czy Lunde wspomniał Wilanderowi, że statek płynął akurat do Ameryki Południowej? Tam go mieli pociąć na żyletki. Tak, tak właśnie było. Płynął do którejś z tych dziur, gdzie tubylcy specjalizują się w rozbieraniu statków na kawałki. To musi być jakieś straszne zadupie. No i na pewno nie przejmują się tam rakiem, bo te stare statki są całe wypchane azbestem i innymi truciznami. Przed wyjazdem z Fairbanks Arnsparger zajrzał do biblioteki publicznej, usiadł przy komputerze, poszukał takich miejsc, pooglądał: pustkowia, długie plaże, dziesiątki wyciągniętych na brzeg kadłubów – sterczą koślawo z piasku, czasem już same szkielety, wręgi, i te setki robotników, którzy gęsiego ładują się do środka; wyglądają jak skazańcy maszerujący do komór gazowych. W takim miejscu obeszłoby się bez zbędnych kosztów i pocięcie Viatora byłoby tanie jak barszcz; nikogo przecież nie interesowało, ilu ludzi zachoruje przy okazji albo umrze, byle mogli zarobić te parę dolców. A tutaj? Od początku nic, tylko wydatki, wydatki, wydatki. I jeszcze związki zawodowe patrzą człowiekowi na ręce, na siłę chcą uszczęśliwiać robotników. Tyle zachodu dla jednego statku? Bez sensu.

Arnsparger wstał, zarzucił worek na ramię i podał Wilanderowi rękę na pożegnanie.

– To na razie, Tom – powiedział. – Do zobaczenia. Mogę ci mówić Tom? W naszej sytuacji Thomas brzmi jakoś... sztywno.

– Tom będzie w porządku.

Arnsparger plasnął się otwartą dłonią w czoło.

– Byłbym zapomniał... – Z kieszeni spodni wyłuskał telefon komórkowy i podał go Wilanderowi. – Twoja kolej.

Wilander spojrzał na niego pytająco.

– Zmieniamy się, wszyscy po kolei. Poza Nygaardem. Przy składaniu raportów i tak dalej.

– Ach, rozumiem.

– Głupio mi, że tak od razu muszę cię zagonić do roboty, ale czy mógłbyś zamówić dla mnie trochę pudełek na kompakty? Takich plastikowych, przezroczystych. Dwieście, dwieście pięćdziesiąt sztuk. W hurcie są za półdarmo.

– Do czego są ci potrzebne?

– Na próbki. Wpadnij do mnie kiedyś wieczorem, pokażę ci.

– Nie do końca zrozumiałem, co miałeś na myśli, opowiadając mi o Lundem. Chcesz powiedzieć, że przysłał nas tu bez powodu?

– Co ja ci mam powiedzieć? Kiedy rozmawiam z nim przez telefon, zawsze podrzucam mu parę liczb, podaję zaktualizowane szacunki... Żeby był zadowolony, rozumiesz. Lubię tę robotę. Ale kiedy próbuję pociągnąć go za język, dowiedzieć się czegoś więcej, kiedy przyjedzie reszta ludzi, na przykład, albo po prostu zapytam, co słychać, to zawsze mi mówi albo że ma drugi telefon, albo że musi komuś pomóc coś tam zrobić w biurze. Kiedyś myślałem, że wyświadcza nam, swoim kumplom, przysługę, dlatego dał nam taką lekką robótkę, ale on naprawdę nie zachowuje się już jak przyjaciel. Zresztą, może sam ci to wyjaśni. Zwłaszcza że to ty teraz będziesz do niego dzwonił. Ty tu rządzisz. – Arnsparger wyszczerzył zęby w uśmiechu i zasalutował z werwą. – Jesteś mężem drzewa lipowego.




Czytaj również

Modlitewnik amerykański. Luizjański blues. Viator
Trzy stadia ludzkiej duszy
- recenzja
Krokodylowa skała - Lucius Shepard
Nie tylko Griaule
- recenzja
Smok Griaule - Lucius Shepard
Smoczne opowieści
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.