» Recenzje » Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta

Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta


wersja do druku

Jakub de Zoet dziwi się światu

Autor: Redakcja: Tomasz 'earl' Koziełło, Marcin 'lemon' Łukasiewicz

Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta
Ekranizacja Atlasu chmur sprawiła, iż powieści Davida Mitchella przeżywają renesans swojej popularności, zaś wydawcy prześcigają się w zdobywaniu praw do ich publikacji. Zatem nie dziwi fakt polskiej premiery Tysiąca jesieni Jacoba de Zoeta, zaskakującym jeno może być to, iż trzy lata upłynęły od opublikowania powieści, nim została ona przetłumaczona na nasz język. Ale warto było czekać, gdyż otrzymaliśmy książkę, która potwierdza wirtuozerskie pióro autora, odmienną od innych jego dzieł, a zarazem im pokrewną, gdyż i w niej wyraźny jest charakterystyczny, Mitchellowski "pazur". Powieść wielowarstwową, którą można odczytywać na różnorakie sposoby, a każdy z nich daje asumpt do nowych wniosków.

Jest rok 1799. Na wyspę Dejima usytuowaną w Zatoce Nagasaki, będącą placówką Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej, przybywa Jacob de Zoet. Młodzieniec, który opuścił rodzinny kraj pełen nadziei na rychłe wzbogacenie się, tudzież zrobienie kariery. A oba te czynniki miały prowadzić ku bardziej dalekosiężnemu planowi – małżeństwu z piękną Anną, której ojciec niechętnie spoglądał na niezbyt majętnego adoratora córki, lecz nie miałby nic przeciwko jej mariażowi z utytułowanym przedstawicielem Kompanii. Jednak już w chwili, gdy jego stopa stanęła na nowej ziemi, Jacob, zafascynowany jakże odmiennymi realiami, zaczyna o swej narzeczonej myśleć z coraz większym dystansem. Natomiast od momentu, w którym zostaje wciągnięty w rozliczne intrygi i zaangażowany w działalność momentami sprzeczną z jego ideałami, kiedy coraz bardziej oczarowany zostaje Japonią i jej mieszkańcami (a zwłaszcza akuszerką Orito Aibagawa), a od jego decyzji zależeć będzie "być albo nie być" samej Dejimy, całkowicie zmienia się jego percepcja świata, a i system wartości mocno się dewaloryzuje.

Tysiąc jesieni… jest niczym sztuka podzielona na trzy akty, które same w sobie stanowić mogą odrębne opowieści, lecz jednocześnie zazębiają się na podobieństwo trybów wielce skomplikowanej maszynerii, której prawdziwą istotę poznać można dopiero w momencie zakończenia lektury. Każda część powieści rozgrywa się w innych dekoracjach, mając co prawda za aktorów te same postaci, które jednak w każdej kolejnej odsłonie ukazane są z nowej perspektywy, ich wizerunki ewoluują i zostają wzbogacone o nowe fakty. Najpierw wprowadzeni jesteśmy w rządzony skomplikowanymi regułami świat Dejimy, w którym pod płaszczykiem polityczno-kupieckich negocjacji rozgrywa się czysty spektakl korupcji, a zaangażowani w niego są wszyscy pracownicy faktorii – począwszy od naczelnika, na najniżej w hierarchii umiejscowionych sługach kończąc. A jest o co walczyć. Umożliwiony jedynie Holendrom handel z Japonią – krajem owianym tajemnicą, a jednocześnie jawiącym się jako źródło nieprzeliczonych bogactw – to okazja, jaka nieczęsto się trafia. Druga część przenosi czytelnika do serca tej krainy, jednocześnie zmieniając sposób narracji na bardziej osobisty, rzec można – kobiecy, gdyż główną protagonistką staje się Orito, która, sprzedana do klasztoru na górze Shiran, odkrywać będzie mroczne tajemnice zakonu. Po czym znów powrócimy na Dejimę, by obserwować walkę o supremację w handlu z Japonią, która będzie rozgrywać się pomiędzy Holendrami a Anglikami. I znów Mitchell w odmienny sposób poprowadzi ów wątek, ujęty momentami niczym soczysta proza marynistyczna, by po chwili zmienić się w pełne dramatyzmu, głęboko poruszające sceny.

Teoretycznie można by było uznać Tysiąc jesieni... za powieść historyczną. Lecz jest to teoria nie do końca przystająca do rzeczywistości, gdyż Mitchell w charakterystyczny dla siebie sposób połączył rozmaite gatunki, serwując w efekcie wielce złożoną i wielowymiarową opowieść. Jego sposób narracji może przypominać, czasami wręcz na granicy mimikry, książki autorstwa wielu pisarzy. Począwszy od Jamesa Clavella, poprzez hornblowerowski cykl C. S. Forestera, kończąc na fragmentach obyczajowych, będących jednocześnie znakomitym studium charakterologicznym bohaterów godnych pióra Dostojewskiego. A całość wzbogaca elementami, które mogłyby zaistnieć w filmach Kurosawy, scenkami rodzajowymi, żywcem przeniesionymi z drzeworytów Hokusaia i Hiroshige, tudzież scenami rodem z powieści gotyckiej, a nawet elementami fantasy. I choć fantastyki w tej książce jest bardzo mało, ponieważ do samego końca nie wiemy, czy zbrodnicze praktyki ujęte w dwunastu dogmatach zakonu Shiranu, któremu przewodzi demoniczny opat Enomoto, miały rzeczywiście magiczną moc, to wystarczą pewne sugestie autora, by wyobraźnia czytelnika rozpoczęła szaleńczą pracę, dopowiadając coraz to nowe ich wytłumaczenia.

Nie tylko ten wątek budzi tak żywiołową reakcję. Cała książka bowiem stanowi nieustanną grę z jej odbiorcą, kiedy podsuwane mu są kolejne tropy, które znaczącymi okazują się czasem za moment, czasem po kilkudziesięciu stronach, czy wreszcie – dopiero pod sam koniec powieści. Zaskakująca jest jej drobiazgowość, kiedy każdy element dopracowany jest z wielkim pietyzmem. A tych elementów jest tak wiele! Mamy tu bowiem historię, którą odczytywać można na wiele sposobów: jako intrygę polityczno-obyczajową, powieść awanturniczo-przygodową, moralitet (kiedy to Mitchell pisze o dobru i złu, zbrodni i karze, winie i odkupieniu), delikatnie poprowadzony romans, wykład medyczny (który autor wkłada w usta doktora Marinusa – jednej z najbarwniej nakreślonych postaci) i filozoficzny, analizę społeczną oraz studium odmienności. Zetknięcie się całkowicie różnych światów, których przedstawiciele kierują się innymi zasadami, niezrozumiałą etyką, obcą dla tych drugich religią, powolne wzajemne się oswajanie to jeden z bardziej frapujących aspektów Tysiąca jesieni… Jest to wreszcie powieść opisująca archetypiczny rytuał przejścia, kiedy pod wpływem kolejnych doświadczeń bohater staje się godnym, by wkroczyć we w pełni dorosłe życie.

Wbrew pozorom książka nie utrzymana jest całkowicie w poważnym nastroju. Autor często operuje humorem, czyniąc to w sposób bardzo ciekawy, opierając się zarówno na tym, który zawiera się w warstwie słownej, jak i na humorze stricte sytuacyjnym. Kapitalne są dialogi pomiędzy niektórymi bohaterami – pełne uszczypliwości i ciętej ironii. Ale Mitchell, ten mistrz nastroju, potrafi płynnie przejść od scen zabawnych do dramatycznych, zmieniając przy tym perspektywę. Raz świat, widziany oczyma kolejnych bohaterów, opisywany jest, na ile to możliwe, w sposób obiektywny, jako relacja konkretnych wydarzeń, ujęta bez ich oceny. I nagle, niczym gwałtowny akord, autor wprowadza emocjonalny, całkowicie subiektywny komentarz, będący obnażeniem duszy w jednej, krótkiej iluminacji, oszczędnej w słowach, niczym haiku, która porusza bardziej niż całe dramatyczne akapity. Tych zresztą Mitchell wyraźnie unika, jakby znakomicie wiedział, iż nadmierny patos mógłby zaszkodzić powieści.

Bohaterowie traktowani są w sposób arcyciekawy, zaś ich wizerunki stanowią arcydzieła, w przypadku niemalże każdego z nich wyszlifowane niczym diament. Nie bez kozery używam tego jubilerskiego porównania, gdyż przedstawione przez Mitchella postaci są wielowymiarowe, a ocena ich na podstawie początkowego jeno opisu jest niemożliwa. Niczym kamień szlachetny, błyszczący odmiennie w zależności od tego, jak pada nań światło, Mitchellowskie postaci w różnych sytuacjach zmieniają swe zachowanie. Ci, których w pierwszym momencie można by uznać za szlachetnych, ukazują swe zdeprawowane oblicze, zaś ci zaliczani wstępnie do szwarccharakterów nagle, jednym czynem, zmieniają tę ocenę o sto osiemdziesiąt stopni. Autor zastosował ciekawy zabieg – wielu bohaterów poznajemy za sprawą ich relacji z własnych przygód, tak obszernych, że owe fragmenty można by określić mianem opowieści szkatułkowych, zmyślnie wkomponowanych w fabułę.

Najbardziej zaś zmienia się Jacob de Zoet, przechodząc twardą szkołę życia, dojrzewając i ucząc się ponoszenia konsekwencji za swe decyzje i czyny. Kiedy pełen ideałów trafia na Dejimę, przekonany, iż wystarczy ostry jak brzytwa umysł, by osiągnąć zaplanowane cele, boleśnie się rozczarowuje. A potem powoli uczy się reguł nowej gry, by na koniec osiągnąć w niej mistrzostwo, wciąż jednak pozostając w pewnym stopniu tym samym, młodym Holendrem, zafascynowanym nowym światem, choć w finalnej części książki umie to ukryć pod kolejnymi maskami.

Tysiąc jesieni..., choć odmienne od Atlasu chmur i pozornie łatwiejsze w lekturze – akcja biegnie w niej bowiem w miarę linearnie, w ciągu praktycznie jednego roku – okazuje się na koniec niemal równie złożoną. Przyodziana w historyczny kostium, jest to bowiem opowieść o znaczeniu uniwersalnym, erudycyjna układanka pełna intertekstualnych gier i aluzji, ukazany w niej świat nie różni się zbytnio od współczesności, zaś poruszane problemy są aktualne i dziś. To książka, która powinna mieć na okładce ostrzeżenie, iż zaczynając lekturę, należy przygotować się na wielogodzinny maraton, gdyż nie sposób się od niej oderwać, wciąga niepostrzeżenie, acz z siłą czarnej dziury i ta moc będzie trwała aż do momentu, póki nie zamknie się okładek.

9.0
Ocena recenzenta
9
Ocena użytkowników
Średnia z 1 głosów
-
Twoja ocena
Tytuł: Tysiąc jesieni Jacoba de Zoeta (The Thousand Autumns of Jacob de Zoet)
Autor: David Mitchell
Tłumaczenie: Justyna Gardzińska
Wydawca: MAG
Data wydania: 6 listopada 2013
Liczba stron: 768
Oprawa: miękka
Format: 135x202 mm
ISBN-13: 978-83-7480-399-1
Cena: 45 zł



Czytaj również

Czasomierze
Piaski czasu
- recenzja
Czasomierze
- fragment
Widmopis
W drodze po opowieść
- recenzja

Komentarze


Edgar Allan
   
Ocena:
0

Absolutnie świetny tekst! Dzięki za rekomendację. :)

29-01-2014 19:04

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.