» Fragmenty książek » Tajemnica Godziny Trzynastej

Tajemnica Godziny Trzynastej


wersja do druku

Tajemnica Godziny Trzynastej

W nocy coś ją obudziło. Jakiś dźwięk, który sprawił, że otworzyła oczy i zamarła, zupełnie już przytomna. W kuchni było cicho, nawet zegar umilkł i w gęstej jak smoła ciemności dziewczyna słyszała tylko swój własny niespokojny oddech i serce uderzające o żebra.

A przecież nie wydawało się jej, naprawdę ze snu wyrwał ją jakiś odgłos. Nie w mieszkaniu, tylko gdzieś na zewnątrz.

Nie wstając z podłogi, namacała pudełko zapałek oraz lichtarz ze świecą. Ruchliwy płomień wydobył z ciemności kawałek kuchni i jednocześnie pogłębił cienie dalej, poza kręgiem światła. Dziewczyna czekała, nasłuchując.

Coś było na zewnątrz. Nie pod oknem, ale na korytarzu, przed drzwiami wejściowymi. Słyszała dźwięk, jaki mogłyby wydawać pazury drapiące o drewno. I ciężki, sapiący oddech. Nie człowieka, tylko jakby dużego zwierzęcia.

Lichtarz w jej ręce zadygotał, kropla gorącego wosku kapnęła na dłoń.

Proszę, niech to sobie stąd pójdzie, niech sobie pójdzie, niech sobie pójdzie.

Jeszcze jedno drapnięcie i zwierzę – jeśli to było zwierzę, bo przecież nie mogła mieć pewności – fuknęło gwałtownie jak zirytowany pies, węszący wokół obiecująco pachnącej nory.

Dziewczyna czekała i liczyła uderzenia serca: jedno, drugie, trzecie, czwarte...

Przy dwudziestym trzecim zwierzę fuknęło jeszcze raz, a potem usłyszała odgłos pazurów stukających o posadzkę korytarza.

To tylko jakiś bezdomny pies, pomyślała, kiedy mogła już normalnie oddychać. Zwyczajny pies, bo cóż by to mogło być innego?

Wtedy przypomniała sobie, co zaniepokoiło ją wcześniej.

Jeśli nie liczyć być-może-psa, który przed chwilą złożył jej wizytę, w mieście nie widziała żadnych zwierząt. Jasne, koty czy bezdomne kundle w takie mroźne dni zazwyczaj chowały się gdzieś w piwnicach. Ale dziewczyna nie dostrzegła też żadnych ptaków, a ich nie odstraszyłoby zimno. Nie było wron kołujących nad miastem w poszukiwaniu jedzenia ani wróbli przysiadających na gałęziach nagich drzew. Więcej nawet – uświadomiła sobie, że przez cały wieczór nie usłyszała chrobotu myszy, choć w starej kamienicy można się było spodziewać nieproszonych lokatorów.

A więc nie tylko ludzie zniknęli z miasta, zwierzęta – z wyjątkiem być może jednego – także.

Dziewczyna na powrót skuliła się pod kocem. W kuchni nadal było ciepło, choć ogień w piecu wygasł. Która mogła być godzina? Pierwsza, druga? Sądząc po ciemności na zewnątrz, wciąż gęstej jak smoła, do świtu zostało jeszcze sporo czasu.

Tym razem się nie rozpłakała, chociaż niewiele jej brakowało. Swoją drogą to też było dziwne, miała przecież nie więcej niż czternaście lat, powinna więc chyba... panikować? wołać mamę? No, robić to wszystko, co robią przerażone dzieciaki. A tymczasem, owszem, była cholernie (poczuła się trochę bardziej dorosła, kiedy użyła wyrażenia „cholernie”) wystraszona, ale mimo wszystko wciąż potrafiła jasno myśleć.

To nie jest mój pierwszy raz, przyszło jej do głowy. Już kiedyś zetknęłam się z czymś podobnym. Nie dokładnie takim, oczywiście, ale czymś równie dziwnym i przerażającym.

Zetknęłam się i przeżyłam.

Ta myśl uspokoiła ją na tyle, że pół godziny później udało jej się ponownie zasnąć.

***

Obudziła się zesztywniała, kiedy za oknem było całkiem jasno. Przez chwilę leżała jeszcze, mrugając w oszołomieniu i szukając pod kocem resztek coraz szybciej umykającego ciepła. Potem wstała i zabrała się do rozpalania ognia. Jeśli miała wyjść na zewnątrz, chciała najpierw trochę się rozgrzać. I zjeść śniadanie.

Zegar na szafce stanął na wpół do pierwszej, ale dziewczyna znalazła drugi w sypialni dorosłych. Mały stalowy budzik wskazywał dziesiątą rano. Jeśli wziąć pod uwagę, że w lutym słońce zachodziło po piątej, miała ponad siedem godzin, zanim zrobi się ciemno. Jeśli nie znajdzie w tym czasie pomocy, znowu będzie musiała poszukać miejsca, żeby schronić się na noc.

Odszukała w spiżarni kawałek słoniny, dwa jajka oraz cebulę i usmażyła jajecznicę. Zjadła ją, przegryzając wczorajszym chlebem, napiła się też ciepłego mleka z odrobiną miodu. Potem poszła do dziecięcego pokoju po zeszyt i ołówek – tak jak się spodziewała, przyborów szkolnych było tam pod dostatkiem.

Wyrwała z zeszytu kartkę i napisała:

Nocowałam tutaj, ponieważ nie miałam dokąd pójść. Przepraszam. Wzięłam też trochę jedzenia i ciepłe rzeczy z szafy. Musiałam,

bo chcę wyjść na mróz, żeby poszukać pomocy. Zwrócę je, jak tylko będę mogła. Straciłam pamięć i nie wiem, jak się nazywam, ale jestem uczciwa.

Ostatnie słowo podkreśliła dwa razy, po czym przyjrzała się krytycznie kartce. Czy brzmiało to przekonująco? Nie była pewna, ale niczego lepszego nie potrafiła wymyślić. Poza tym naprawdę zamierzała oddać pożyczone rzeczy – zwłaszcza kożuszek, który znalazła w szafie. Wyglądał na nowy i chłopakowi, jeśli wróci, na pewno jeszcze się przyda.

Stojące w przedpokoju śniegowce okazały się nieco za duże, ale ten problem załatwiło założenie dodatkowej pary wełnianych skarpet. Położyła kartkę na stole w kuchni i ciepło opatulona, uchyliła drzwi na zewnątrz.

Klatka schodowa była pusta.

Dziewczyna odetchnęła i wyszła z mieszkania. Na posadzce widniały mokre plamy, jakby ktoś naniósł tu śniegu, jednak nie była pewna, czy to jej ślady, czy może zwierzęcia, które odwiedziło ją w nocy. A na drzwiach...

O, cholera.

Na drzwiach, dobrych dziesięć centymetrów powyżej klamki, widniały cztery długie, głębokie rysy. Pies mógłby je zrobić, jeśli był naprawdę duży i jeśli stanął na tylnych łapach, ale...

Dziewczyna poczuła nadciągającą falę paniki, odetchnęła więc kilka razy głęboko. Miała ochotę zanurkować z powrotem do mieszkania i zamknąć się tam na cztery spusty, wiedziała jednak, że to głupi pomysł. Po pierwsze, prędzej czy później i tak będzie musiała wyjść. Po drugie, nie powinna zostawać w miejscu, które tajemnicze zwierzę już znało.

Odwróciła się i jednym susem przeskoczyła trzy niskie schodki prowadzące do drzwi wyjściowych. Były szeroko

otwarte, widziała padający na zewnątrz śnieg. Czy to ona tak je zostawiła zeszłego wieczoru? Jeśli tak, to wyjaśniałoby, jak zwierzę dostało się do środka. Jeśli nie... Cóż, wolała przyjąć, że to był jeden z tych inteligentnych psów, które potrafią otwierać zamknięte na klamkę drzwi.

Naciągnęła czapkę głębiej na uszy, założyła jeszcze kaptur i wyszła prosto w śnieżną zadymkę.

 

***

Godzinę później zgubiła drogę. To znaczy tak naprawdę zgubiła ją już wcześniej, ale dopiero teraz zorientowała się, że nie ma bladego pojęcia, dokąd właściwie zawędrowała. Zatrzymała się. Śnieg sięgał do kolan i wciąż padał. To jej nie przeszkadzało, w zadymce miasteczko traciło swoją pocztówkową nieruchomość i wydawało się... no cóż, nieco bardziej żywe. Nie zmieniało to jednak faktu, że szukanie czegokolwiek w taką pogodę niewiele miało sensu, widoczność sięgała góra kilku metrów, a uliczki wokół rynku były zaskakująco do siebie podobne. Ostatnio szła Garncarską, potem chyba Żelazną, a wreszcie Szewską. Miłe staroświeckie nazwy, bez żadnych nawiązań do polityki. Dziewczynie się podobały, bo były jak powiew starego świata, tego sprzed wojny. Albo i dwóch wojen. Czasów, kiedy kobiety nosiły długie suknie, a mężczyźni chodzili w cylindrach i podkręcali wąsy, dyskutując przy kieliszku koniaku. To rodzaj eleganckiego alkoholu, tyle wiedziała.

Zdesperowana pchnęła drzwi najbliższego sklepu, a te okazały się otwarte. Weszła. W środku pachniało pieczywem, na półkach leżało kilka bochenków chleba i stos rogalików z lukrem. Dziewczyna wzięła jeden i zaczęła pogryzać

odruchowo, bez poczucia winy, bo przecież rogaliki za chwilę będą czerstwe. W piekarni było zimno, ale i tak cieplej niż na zewnątrz, postanowiła więc tu zaczekać.

Żałowała, że nie wzięła z mieszkania książki, którą mogłaby teraz poczytać.

Siedziała, gapiąc się w okno i walcząc ze łzami, które znów zaczęły napływać jej do oczu. Była zupełnie sama w opuszczonym mieście, bez nikogo, kto mógłby jej pomóc. I nadal nie miała pojęcia, kim jest ani co się tu stało. A przecież powinna to wiedzieć. Nie mogła długo leżeć na zimnej posadzce w pałacyku. Rozsądek podpowiadał, że nie zdołałaby tak łatwo wstać, gdyby leżała tam dłużej niż trzy-cztery godziny, jeśli więc mieszkańcy nie zniknęli w tak krótkim czasie (co wydawało się niemożliwe), dziewczyna musiała coś wcześniej zauważyć.

Gdy skończyła rogalik, poczuła pragnienie, poszła więc na zaplecze, gdzie znalazła czajnik stojący na wystygłym piecu. Było w nim trochę wody. Dziewczyna przelała ją do szklanki i wypiła. Woda smakowała osadem z kamienia, ale poza tym była całkiem w porządku.

Kiedy wróciła na swoje miejsce przy oknie, śnieg wciąż padał, choć nie tak gęsto jak wcześniej. Dziewczyna czekała cierpliwie. Nic innego jej nie pozostawało. Wreszcie, gdy wiszący nad ladą zegar wskazał godzinę drugą, zadymka ustała. Dziewczyna wsunęła do kieszeni kożuszka dwa rogaliki, naciągnęła na czapkę kaptur i wyszła. Odbite od śniegu słońce niemal ją oślepiło. Zamrugała, pod powiekami pojawiły się łzy. Zapadając się w zaspach, ruszyła przed siebie. Rynek powinna mieć po lewej. Chyba. Teraz, kiedy wreszcie mogła zobaczyć, dokąd idzie, zaczęła rozpoznawać mija-ne kamieniczki. Przyszło jej do głowy, że mogłaby znaleźć

kościół, wspiąć się na wieżę i stamtąd się rozejrzeć. Dlaczego nie wpadła na to wcześniej?

Kościół musiał być gdzieś w centrum, a więc niedaleko.

Szła jak żuraw: podnieść nogę wysoko, opuścić, znowu podnieść... Powietrze było ostre i zimne, otaczające miasteczko góry na tle błękitnego nieba znowu wyglądały jak z pocztówki. Karkonosze, przypomniała sobie. Jeśli znalezione w kuchni przewodniki nie kłamały. To oznaczało, że znajdowała się gdzieś w pobliżu granicy z Czechosłowacją. Przez chwilę rozważała możliwe scenariusze: była kolejna wojna, Niemcy znowu napadli na Polskę i w jakiś sposób sprawili, że wszyscy zniknęli. Może mają jakąś supernowoczesną broń, może...

Potknęła się i upadła. W ostatniej chwili wyciągnęła ręce i jej twarz zatrzymała się parę centymetrów nad białą zaspą. Zaczęła się podnosić, przeklinając pod nosem i strzepując śnieg z kożuszka.

Wtedy zauważyła ślady.

Zwyczajne ludzkie ślady, wyraźnie odciśnięte w świeżym puchu. Dziewczyna zastygła. Przez cały czas tak bardzo liczyła na to, że w mieście jest jeszcze ktoś oprócz niej, a teraz nagle na widok tych śladów poczuła niepokój.

Wstała i otrzepała spodnie. Odciski stóp zaczynały się w jednej z bocznych uliczek, przecinały główną i znikały w zaułku. Nie były głębokie – ktokolwiek tędy szedł, miał duże stopy, ale nie był zbyt ciężki. To ją odrobinę pocieszyło. Z chudym, drobnym mężczyzną chybaby sobie poradziła, gdyby... gdyby nie okazał się przyjazny.

Skręciła i poszła za śladami, czując się trochę jak Winnetou z powieści Karola Maya. Pamiętała, że to czytała, choć znowu nie miała pojęcia kiedy i gdzie. Nieważne, za chwilę być może znajdzie kogoś, kto pomoże jej wszystko sobie przypomnieć.

Ślady wyglądały na świeże, poruszony śnieg osypywał się jeszcze z krawędzi. Ktoś tędy szedł nie dalej niż kilka minut temu. Jakim cudem dziewczyna go nie dostrzegła? Jasne, była zajęta gapieniem się na mijane kamienice, ale powinna przynajmniej tajemniczego ktosia usłyszeć. Chyba że szedł naprawdę bardzo cicho...

Znowu zrobiło jej się odrobinę nieprzyjemnie, szła jednak dalej. Mogła zawołać – otworzyła już usta, ale przypomniała sobie, jak słabo i dziwnie rozbrzmiewał w ciszy jej głos, i zrezygnowała.

Ślady minęły śmietnik, wijąc się pośród zagraconych podwórek na tyłach kamienic. Były tu klatki, w których chyba hodowano króliki, chlewik z uchylonymi drzwiami, śmierdzący jeszcze świniami, ale oczywiście pusty, rower bez jednego koła oparty o trzepak, resztki dziecięcego wózka. Ślady zniknęły w ciemnej bramie i wynurzyły się z powrotem po drugiej stronie, zupełnie jakby ktoś bawił się w ciuciubabkę.

Wie, że za nim idę, pomyślała. Myślała o nieznajomym „on”, bo nosił męskie buty, ale równie dobrze mogła to być kobieta – dziewczyna sama miała na sobie pożyczone od obcego chłopaka śniegowce.

Może on boi się mnie tak samo jak ja jego?

Ślady kończyły się przy kolejnym chlewiku. Po prostu urywały się, jakby nieznajomy wszedł w murowaną ścianę. To było niemożliwe. Dziewczyna gapiła się w stare cegły, jakby mogła wyczytać z nich odpowiedź. Potem zauważyła, że to wcale nie jest gładka ściana. Na wysokości uda cegły były tak ukruszone, że tworzyły niewielki ustęp. Pół metra wyżej wystawała lekko kolejna cegła. Jeśli ktoś był naprawdę bardzo zręczny, mógł się wspiąć...

Uniosła głowę i w tym momencie z dachu chlewika runęło na nią jakieś sto kilo żywego ciała. Przynajmniej to właśnie czuła, kiedy przewracała się na plecy, machając desperacko rękami. Wrzasnęła, słońce przez ułamek sekundy świeciło jej w szeroko otwarte oczy, a potem przesłonił je cień.

– Czemu za mną łazisz?! – Głos nie należał do mężczyzny, ale do nastoletniego chłopca.

-
Ocena użytkowników
Średnia z 0 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 0
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Tajemnica Godziny Trzynastej
Cykl: Tajemnica Diabelskiego Kręgu
Tom: 3
Autor: Anna Kańtoch
Wydawca: Uroboros
Data wydania: 18 kwietnia 2018
Liczba stron: 544
Oprawa: miękka
Format: 202 x 135 mm
ISBN-13: 978-83-280-5048-8
Cena: 39,90 zł



Czytaj również

Diabeł na wieży
Powrót Domenica Jordana
- recenzja
Światy Dantego
Niepokojąco i zaskakująco
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.