» Opowiadania » Szkice z gwiazdami w tle − Wawrzyniec Podrzucki

Szkice z gwiazdami w tle − Wawrzyniec Podrzucki


wersja do druku
Autor: Redakcja: Marcin 'malakh' Zwierzchowski
Ilustracje: karola-j

Szkice z gwiazdami w tle − Wawrzyniec Podrzucki

  Z punktu widzenia przeciętnego mieszkańca Grad Elisabet − małej osady w jednym ze wschodnich konarów Drzewa − Travis Moran powinien być zadowolony ze swego żywota. Miał dom, rodzinę, miał się w co ubrać, i co do garnka włożyć, jednak jak każdy niespełniony artysta czuł gorycz i żal do losu. W jego sercu płonął twórczy ogień, którego niestety nikt, poza nim samym, nie potrafił dostrzec. Wieczorami zamykał się na zapleczu swojego niewielkiego sklepiku z wyrobami drewnianymi, jedynym miejscu, gdzie w spokoju mógł oddawać się swojej pasji, i z niezmiennym zapałem przenosić na papier bądź drewno cudowny świat własnej wyobraźni. Węglowy ołówek ożywał wówczas i prowadził jego dłoń, kreśląc z równą ochotą wyimaginowane stworzenia i krajobrazy, co sceny, podpatrzone przez Travisa na ulicy, w tawernie albo na bazarze. Kiedyś próbował nawet pochwalić się przed współziomkami kilkoma ze swych dzieł, ale po serii kąśliwych uwag typu: "Ej, Moran, jak mogłeś znowu zmarnować dobry kawałek papieru na takie bohomazy?!" zaprzestał jakichkolwiek publicznych prezentacji, od tamtej pory wszystko chowając do wielkiej skrzyni w najdalszym kącie magazynu.

  Jednak życie i ludzie w Grad Elisabet mieli swoje prawa, którym także płomienna dusza Travisa Morana musiała się podporządkować. Co roku w dniu Święta Miasta dokonywano rozdziału funkcji publicznych pomiędzy mieszkańców w sposób, który był tyleż prosty, co skuteczny. Na głównym placu ustawiano wielką, obrotową tarczę z wypisanymi stanowiskami do obsadzenia, i w atmosferze niezłej zabawy rzucano w nią strzałkami. Kiedy było po wszystkim, jedni oddychali z ulgą, że i tym razem ominęły ich dodatkowe obowiązki, inni zaś musieli przyjąć wyniki loterii, czy im się to podobało, czy nie. Przez kilka ostatnich lat Travisowi dopisywało szczęście, tego roku jednak dobra passa się skończyła. Wylosował jedno z mniej wdzięcznych stanowisk drugiego dowódcy, co oznaczało, że na najbliższe dwanaście miesięcy może się praktycznie pożegnać z nocną ciszą, zakłóconą jedynie cichym poskrzypywaniem węgla na kanwie…

  − Cóż mogę ci rzec. − Abelard Bloch, ustępujący Travisowi miejsca na urzędzie, dolał sobie ponczu z wielkiej kadzi, wystawionej dla publiki z okazji wyborczego festynu. − Roboty nie będziesz miał za wiele, w końcu znasz naszą osadę i sam wiesz, jak mało się tu dzieje. Czasem chłop z babą się pokłóci i narobi rwetesu po nocy, jeszcze rzadziej zdarzy się sprzeczka na targu z handlarzami z innych segmentów, poza tym nuda i nic, tylko łażenie w kółko, aż nogi zaczynają sztywnieć. Najbardziej nie lubiłem tych nocnych patroli w terenie. Guzik widzisz, do domu wracasz cały poharatany, a do tego musisz zapanować nad piątką podkomendnych, którzy tak samo, jak ty woleliby grzać łóżko z kobietą, zamiast w mrokach wypatrywać potencjalnych bandziorów, których już od ponad pokolenia nikt nie widział. No i jak, podoba ci się to?

  − Podoba, nie podoba, strzałka wybrała, i mówi się trudno − westchnął Travis, przegryzając trunek kawałkiem wędzonej szynki z dzika. − I tak lepsze to, niż, na przykład, sędzia albo rachunkowy.

  − Święte słowa - odparł Abelard, i obaj się roześmiali. − Zresztą, to tylko jeden rok. Spójrz na mnie: stary jestem, mikry, i nogą powłóczę, a jakoś sobie poradziłem. I nawet nikt przez ten czas na takiego starego dziada, jak ja, nie narzekał. Wierz mi, te dwanaście miesięcy szybko zleci.

  Służba miała trzy zmiany i dwa rewiry do obskoczenia (Grad Elisabet jako takie, oraz przyległe tereny w promieniu trzech standardowych kilometrów), w sumie sześć oddzielnych wacht. To, którą się danego dnia pełniło, również zależało od wyników losowania, przez pierwszy miesiąc raczej łaskawego dla Travisa. Wciąż wypadały mu patrole miejskie, i to w najspokojniejszych, przedpołudniowych godzinach, dzięki czemu pozostawało mu dość czasu zarówno na pilnowanie swojego skromnego interesu, jak i na malarskie wieczory. Z tych porannych obchodów wynikła dlań jeszcze jedna, nieoczekiwana korzyść, była to bowiem pora, kiedy kupcy z odleglejszych rejonów konaru rozkładali swoje kramy na bazarze. Niestety, co bardziej egzotyczny towar znikał ze straganów zbyt szybko, by Travis, raczej nie należący do skowronków, miał normalnie szansę coś sobie wybrać. Teraz jednak to on był jednym z najwcześniejszych klientów, dzięki czemu już w pierwszym tygodniu został szczęśliwym posiadaczem wspaniałego, dwustukartkowego bloku z satynowego papieru, oraz uniwersalnego "wiecznego ołówka", którym można było rysować we wszystkich kolorach tęczy i w każdym odcieniu szarości.

  W końcu jednak i on wyciągnął w służbowej loterii krótszą słomkę, i czternastego dnia ósmego miesiąca wyszedł wraz ze swoją drużyną w ciemność przez południową bramę Grad Elisabet. Obawy Abelarda co do ludzi okazały się przesadzone. Piątka młodzików, oddanych pod rozkazy Travisa, szybko przekonała się o złudności pozorów. Ten spokojny, zamknięty w sobie sklepikarzyna miał być nieudolnym fajtłapą, któremu z łatwością będzie można grać na nosie jak na okarynie. Ale Moran, mający już za sobą ojcowskie doświadczenia z trzema niezgorszymi urwisami, w przeciągu tygodnia wyprowadził swoich podkomendnych z błędu. Po następnych trzech, dzieciaki tworzyły już całkiem zdyscyplinowany oddziałek, maszerujący teraz za Travisem jak grzeczne kaczuszki. Dla wszystkich był to pierwszy nocny patrol, i myśl o czekających ich potencjalnych niespodziankach przeszywała młodych dreszczem podniecenia, które nie pozwalało im milczeć. Żaden z nich nie odważył się jednak podnieść głosu powyżej szeptu, gdyż ich dowódca nie przepadał za hałaśliwym gadulstwem. Travis poprawił sobie przewieszoną przez ramię półautomatyczną kuszę, i po kilkudziesięciu krokach dał znak, żeby się zatrzymali.

  − Masuk, zgaś latarnię − polecił, kiedy cała drużyna stanęła u rozwidlenia dróg, jednej wiodącej prosto ku ścianie Lasu na południu, drugiej skręcającej na zachód, do starej przeprawy na Rzece. − A ty, Krantz, przestań wreszcie trajkotać i słuchaj, bo nie będę dla ciebie sto razy powtarzał tego samego. Nasz plan na dzisiaj zakłada wykonanie następującej rundy: stary most − Sine Garby − Schronisko − Jama Szaleńców − farma McDevlinów − Nowy Most − Trzeci Las − ambona. Wszyscy jesteśmy w tym nowi, więc ostrożnie i bez wygłupów. Patrzeć pod nogi, iść tak, żeby nie stracić z oczu idącego przed wami, i pod żadnym warunkiem nie opuszczać szeregu bez mojego zezwolenia. No i, rzecz jasna, mieć oczy i uszy szeroko otwarte. Michael, ty chodzisz najszybciej, dlatego będziesz zamykał tyły. Prowadzę ja, i jak który wyrwie przede mnie, własnoręcznie głowę odkręcę, zrozumiano?

  Piątka urwisów mruknęła potwierdzająco.

  − W porządku. Są jakieś pytania?

  − Czy możemy uzbroić kusze? - spytał Slavko, najdrobniejszy, ale zarazem najbardziej rezolutny z całej drużyny. - Lepiej przygotować się na niespodzianki, co nie?

  − Dobrze, załóżcie bełty - nie bez wahania odparł Travis. − Ale niech was ręka Matki broni przed ich użyciem bez mojego rozkazu. Jeśli któryś zauważy coś podejrzanego, ma tylko klepnąć w ramię sąsiada, a tamten następnego, i tak dalej, aż dojdzie do mnie. Żadnych okrzyków, żadnego hałasu, jasne? No, to idziemy.

Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę
  Podekscytowana gromadka ruszyła za swoim dowódcą w dół, wąskimi schodkami z powichrowanych, oślizgłych desek. "Nie ma co, za stary już jestem na takie zabawy" − pomyślał Moran, ostrożnie stawiając stopę na pierwszym z kilkuset zdradliwych stopni, na których nawet za dnia nietrudno było skręcić nogę. Dobijający sześćdziesiątki, z oczami zniszczonymi od ślęczenia do późnych godzin nad szkicownikiem, raczej marnie nadawał się do swojej obecnej roli. Na domiar złego, w tym świecie srebrna latarnia legendarnego Księżyca nigdy nie rozświetlała nocnych szlaków. Tutaj po zmierzchu wędrowcom musiała wystarczyć jedynie słaba, fosforyczna poświata żywoskłonu, toteż Travis, stąpający praktycznie po omacku, zdążył dotrzeć do Rzeki, nim jego leciwe oczy zdołały wreszcie jako tako zaadaptować się do ciemności.

  − Pięć minut na docinki pod adresem niedołężnego ślepca, jeśli już który nie może się powstrzymać - mruknął, od drwiących szeptów za plecami woląc otwartą krytykę. Chłopcy zadziwili go jednak.

  − Jak na niedołężnego ślepca, panie Moran, to nieźle pan posuwał na tej zjeżdżalni − stwierdził gadatliwy Krantz z nutą niekłamanej admiracji. − Ciekawym, kto w ogóle ustala marszruty dla patroli, wie pan może? Przecież po nocy te schody to istna ścieżka samobójców!

  − Krantz dobrze mówi - dorzucił mały Slavko, wyplątując się z pasków tornistra. − Mało mi sam nóg nie połamał, tak się poślizgnął. A pan leciał, aż strach było patrzeć. Chodził już pan tędy o takiej porze?

  − Nie, synu, nigdy − skłamał Travis dla świętego spokoju. Jeszcze wyciągną go na wspominki z przeszłości, na co raczej nie miał w tej chwili ochoty.

  Odsapnąwszy nieco, poprowadził swój mały oddział na drugi brzeg. Stara przeprawa nie była taką jedynie z nazwy; skrzypiący most chybotał się jak pijany na swych wiekowych podporach, zaś od zachodniego przyczółka wdzierała się nań zachłanna roślinność, pospołu z chciwym grzybem stopniowo niszcząc drewnianą konstrukcję. Nie było sensu szukać ścieżki w tej gęstwinie. Nawet jeśli kiedyś istniała, dzikie chwasty zarosły ją dawno temu i można było co najwyżej zawrócić, albo spróbować przedrzeć się przez nie na siłę. Zastanawiając się, dlaczego nikomu z wcześniejszych patroli nie przyszło do głowy wykarczowanie sobie przejścia w zielsku, Travis zagłębił się w zieloną plątaninę. Kolczaste łodygi były jak rączki złośliwych duchów, czepiające się wszystkiego i zarzucające mu na twarz sieci mokrych pajęczyn, i choć pas nadbrzeżnych zarośli wcale nie był szeroki, przedarcie się przezeń umordowało go nie gorzej, niż pół dnia przenoszenia skrzynek z towarem. A to był dopiero początek nocy.

  − I którędy teraz, panie Moran? − usłyszał tuż za sobą ściszony głos Slavko.

  Obtarłszy z czoła lepkie, pozbierane w drodze przez chaszcze świństwo, Travis popatrzył na pofałdowane pustkowie przed sobą, nagie i ciągnące się aż do odległego o kilkaset metrów Lasu. Instynkt oraz dość już wyblakłe wspomnienia podpowiadały mu, by podążać prosto na zachód, o ile mieli w miarę szybko dotrzeć do opuszczonego schroniska drzewiarzy. Z drugiej strony, trudno byłoby w Grad Elisabet znaleźć człowieka, nie odczuwającego respektu przed tym kawałkiem ziemi niczyjej. Stanowiące niegdyś teren intensywnych, hydroponicznych upraw, Sine Garby były czymś pomiędzy ruchomymi piaskami a polem minowym od czasu, gdy okrywający je żywogrunt rzekł w końcu "dość!", i raz na zawsze wypowiedział posłuszeństwo swym dręczycielom. Teraz nic tu nie rosło, nawet jednokomórkowe glony nie miały szans przeżycia na przewrażliwionej tkance, a każdy z miejscowych, kto posiadał choć trochę rozumu, omijał ten "kożuch śmierci" z daleka. Obcy, to była oczywiście zupełnie inna sprawa, stąd Sine Garby od lat stanowiły żelazny punkt wszystkich patroli. By jednak dostrzec ewentualnych intruzów, nie trzeba było od razu wykazywać się brawurą graniczącą z głupotą, trawersując niebezpieczną pustynię.

  − Obejdziemy Garby dookoła − zdecydował Travis, a słysząc pomruk zawodu, dorzucił stanowczo: − Nie, moi drodzy, nic z tego. Dobrze wiem, że was korci, ale ja nie jestem tu po to, żeby zaspokajać wasze potrzeby mocnych wrażeń, ani oglądać czyjeś zmacerowane przez żywogrunt nogi. No, już, dosyć szemrania, na przygody macie jeszcze całe życie.

  Przygaszone nieco tymi słowami towarzystwo ruszyło za Moranem wzdłuż granicy pomiędzy bujną zielenią, a zbuntowanym żywogruntem. W ten sposób znacznie nadkładali drogi, ale czy gdzieś im się spieszyło? Dziesięć kilometrów czy dwanaście, jaka to różnica, skoro i tak nie mogli zakończyć obchodu przed świtem. Z dwojga złego lepiej już, a zwłaszcza ciekawiej było bawić się w nieustraszonych zwiadowców, niż po prostu wleźć do jednej z peryferyjnych strażnic i bezczynnie przesiedzieć w niej kilka następnych godzin, nawet podstarzały Travis musiał się z tym zgodzić. Zresztą, co tu kryć, jemu także zaczął się z wolna udzielać nastrój ekscytującej tajemniczości. Z mroków pamięci wypłynęły wspomnienia jego własnych, młodzieńczych wypraw w głąb segmentu, i marzeń o podróżach po całym Drzewie, brutalnie przerwanych najpierw groźnym wypadkiem, któremu uległ w wieku dwudziestu trzech lat, a potem ostatecznie zepchniętych w cień przez mitręgę obowiązków, związanych z utrzymaniem rodziny. Marzeń, które tak naprawdę nigdy w nim nie umarły, w wyobraźni bowiem Moran nadal peregrynował po najodleglejszych zakątkach świata, relacje z wojaży zdając ołówkiem i bambusowym pędzelkiem do tuszu.

  − Panie Moran… − Travis poczuł nieśmiałe szturchnięcie w ramię.

  − Co się dzieje?

  − Nic, tylko… chyba nie idziemy we właściwym kierunku - bąknął skonsternowany Slavko. − Nie powinniśmy byli skręcić w prawo?

  Zamyślony, Travis nawet nie zauważył, kiedy przeszedł obok ostatniego z garbów, i zamiast odbić w tym miejscu ku zachodowi, kroczył dalej prosto przed siebie, niczym stary, półślepy muł Ferenca, wywoziciela nieczystości. Dlaczego jednak żadna przeszkoda nie zatrzymała go wcześniej? Zdumiony, rozejrzał się dookoła: zewsząd otaczały go krzewy srebrnołuskiego tamaryszku, pod stopami zaś miał drewniany bruk drogi, swego czasu prowadzącej do Rysy, jak potocznie nazywano południowy obóz ciężkich robót. Od Sinych Garbów oddalili się już dobre kilkaset metrów, a droga wiła się gęsto, jakim więc cudem zaszedł aż dotąd, nie zbaczając z niej ani na krok? Co ważniejsze, w jaki sposób ma wyjaśnić to chłopcom, nie ośmieszając się przy tym z kretesem?

  − W zasadzie powinniśmy − odparł, przybierając nonszalancki ton. − Pomyślałem sobie jednak, że skoro już tak chodzimy, to czemu nie mielibyśmy zajrzeć, gdzie się da? Poza tym, z obozowej wartowni jest doskonały widok na całą okolicę.

  To, czy mu uwierzyli, nie miało znaczenia wobec entuzjastycznej reakcji, z jaką wszyscy bez wyjątku przyjęli jego słowa. Krantz aż zapiszczał z radości.

  − Do obozu? O, rany, ale w mąkę! Wiecie, chłopaki, że tam straszy?

  − Straszy, jak karaluch w kaszy - zadrwił Slavko, demonstrując swoją pogardę dla lokalnych zabobonów. − A już najbardziej straszy twój pysk, Kanciasty, wiecznie brudny i nieogolony.

  − Chciałbyś taki mieć, osesku - odciął mu Krantz. − A w obozie straszy na sto procent, wszyscy wam to powiedzą.

  − Wszyscy, to znaczy kto? Twój halucynujący staruszek i jego kolesie-moczymordy? − parsknął Slavko wzgardliwie. - Ech, Krantz, jak ja bym miał twój rozum, to bym nim sobie chyba buty wycierał.

  − Odpieprzysz ty się ode mnie, szczurzy ryju?! Byłeś kiedy w obozie? Nie? No, to co się wymądrzasz? Mój stary przez dwa sezony pracował tu jako nadzorca, i na własne oczy widział zjawy, które nocą wyłaziły ze sztolni!

  − Taaa, czego to człowiek nie widzi po pijaku... − wtrącił półgębkiem Michael, wywołując eksplozję chichotów.

  − Głupcy, jeszcze przestanie wam być do śmiechu! - zirytował się Krantz.

  − Duchy, jak duchy, wiadomo, że bzdura − nieoczekiwanie odezwał się Urle, kędzierzawy grubasek, rzadko kiedy wypowiadający więcej, niż pięć zdań w ciągu całego dnia. - Ale o ciemnawcach to nawet ja słyszałem. I o systemie podmacierzowych tuneli. Podobnież ciemnawce mieszkają w nich całymi tabunami, a tunele są tak długie, że przechodzą konar na wylot i otwierają się pod spodem na Zewnętrzne Piekło.

  − Proszę, następny amator bajek − Slavko, dumny ze swego nad wiek sceptycznego podejścia do życia, wydął usta. − Złapcie, i pokażcie mi chociaż jednego z tych ciemnawców, to może wtedy pogadamy. Nie znam nikogo, kto by się oko w oko spotkał z takim stworem.

  − Bo one są jak zaraza ostrożne...

  − Dobra, wystarczy tej pogawędki − Travis przerwał im widząc, że chłopcy zaczynają rozkręcać się w najlepsze. − Później sobie podyskutujecie, a na razie buzie w sznurowadła. Nie zapominajcie, że ciągle jesteśmy na patrolu.

  Ruszyli dalej w górę łagodnego zbocza. Tu i ówdzie droga była mocno podniszczona i zaniedbana, zwłaszcza w miejscach, gdzie pod jej ogniodębowe klepki wdarły się korzenie okolicznych krzewów, ale i tak marsz owym szlakiem, przeznaczonym dla większych grup więźniów, był czystą przyjemnością. Mniej więcej po trzech kilometrach obozowy trakt wyprowadził ich na niewielki, sztuczny płaskowyż z samotną wieżą wartowni, ciemniejącą smukłym ogromem na tle bladej łuny żywoskłonu. Otoczona galeryjką kwadratowa buda wznosiła się jakieś piętnaście metrów ponad żywogruntem, i to nie na zwykłych palach, lecz na trójnogu z potężnych pni, których wciąż żywa korzeniowa platforma pokrywała blisko hektar powierzchni.

  − Matko, ale wielka! − wyszeptał Krantz w osłupieniu, zadzierając głowę. − Założę się, że obydwie przegrody z niej widać… Slavi, zaczekaj no na mnie!

  − Hej, gdzie, do ciężkiej...! − krzyknął Travis, lecz podniecona gromadka już go nie słuchała, gnając na łeb, na szyję ku wieży, ogromnej i tajemniczej, jak baśniowe zamczysko. Dzieciaki miały jednak na tyle rozsądku, by zatrzymać się u jej stóp, i na niego zaczekać.

  − Czy nie mówiłem, że macie cały czas trzymać się za mną?! − huknął na swoich podopiecznych, rozeźlony ich szczeniacką beztroską. − Tak wam spieszno, żeby sobie łby porozwalać? Krantz, chodź no tutaj.

  Pryszczaty dryblas niechętnie przerwał oględziny metalowych stopni strażnicy.

  − Słuchaj no, jeszcze raz wytniesz mi taki numer, to cię zostawię tu przywiązanego do drzewa − ostrzegł go Travis.

  − Ee, nie zrobiłby pan czegoś takiego, panie Moran.

  − A chcesz się założyć?

  − Nie - mruknął Krantz, uchylając się przed twardym wzrokiem przełożonego.

  − To dobrze − rzekł krótko Travis, i chwytając za poręcz przy schodach, zwrócił się do pozostałych: − A wy nie myślcie sobie, że przesiedzimy tu przez resztę nocy. Rozejrzymy się trochę z góry, odpoczniemy, i ruszamy dalej.

  Buda na szczycie okazała się zadziwiająco przestronna, ale w chłopcach największy zachwyt wzbudziła niesamowita wręcz ilość metalu. Cała platforma wykonana była praktycznie z jednego kawałka grubej blachy, także barierkę wokół niej zrobiono ze lśniących prętów. Metalowe akcenty były wszędzie, począwszy od stojącego na środku stołu i ław pod ścianami, a na wieszaku przy wejściu kończąc.

  − Niech mnie ogolą, patrzcie, ile tu tego jest! − Slavko stuknął z niedowierzaniem w okucie na drzwiach. - W życiu nie widziałem tyle wręgometalu naraz! Skąd oni go wzięli?

  − Z wyrobiska, a skąd − odezwał się za jego plecami zasapany Urle. Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale zamiast tego rozkichał się na potęgę od kurzu, którego całe tumany uniosły się w powietrze razem ze stadkiem gołębi, kiedy tylko Travis postawił nogę wewnątrz strażnicy.

  − Właźcie, i zamykajcie drzwi − ponaglił ich, jednocześnie opuszczając na okna bambusowe rolety. - Masuk, włącz latarnię i postaw ją na stole. Aha, któryś z was powinien zostać na galerii jako wachtowy. Ochotnicy?

  Pięć rąk uniosło się natychmiast do góry.

  − Michael był pierwszy − zadecydował Travis. − Zmiana za kwadrans. Rany Drzewa, ależ ta strażnica jest zaświniona!

  "Zafajdana" byłoby odpowiedniejszym słowem. Wszystkie ławy, podobnie jak podłoga, a zwłaszcza okienne parapety, pokryte były kilkucentymetrową warstwą ptasich odchodów. Oczyściwszy jedną z ław kolbą kuszy, Travis rzucił plecak na stół, i usiadł po raz pierwszy od kilku godzin.

  − Nie wiem, jak wy, ale ja zgłodniałem − rzekł, sięgając do plecaka po prowiant. Chleb razem z ćwiartką sera były na wierzchu, bukłak obsunął się jednak gdzieś na dno, i aby się do niego dostać, Travis musiał wyjąć na stół większość swojego skromnego bagażu. Jak zawsze ciekawski, Slavko wyciągnął rękę w kierunku szkicownika.

  − Strasznie fajne! Jak pan to zrobił, panie Moran? Z jakimś szkłem powiększającym?

  − Co?

  − No, ten rysuneczek, o, tu… − Slavko wskazał na miniaturową, niezwykle skomplikowaną rycinę, powtórzoną na wszystkich kartkach w prawym, dolnym rogu.

  − Nie, to już tu było − powiedział Travis, odbierając szkicownik z rąk chłopaka. − Pewnie znak firmowy manufaktury.

  Ostrożnie, żeby nie powalać swojego skarbu ptasim łajnem, odłożył go na bok, zaraz jednak wziął blok z powrotem, i od niechcenia zaczął rysować. Chłopcy, z ich niewymuszonym zachowaniem i żywą mimiką twarzy, byli świetnymi modelami, a jemu rzadko ostatnio trafiały się okazje do wykonania dobrego, anatomicznego studium. Naszkicował już podobiznę wiecznie skwaszonego Masuka, małomównego Urle oraz Slavko-cynika, i właśnie zabierał się za najtrudniejszego z nich wszystkich, ruchliwego jak woda Krantza, kiedy z galerii dobiegł podniecony okrzyk Michaela:

  − Panie Moran, prędko!

  Zaalarmowany, Travis poderwał się z siedzenia i wyjrzał przez drzwi.

  − Co się dzieje?

  − Tam, nad Rzeką! - Michael wyciągnął rękę. − Niech mnie ryba kolcem, to chyba diabelska plwocina!

  − Co?! Gdzie? Z której strony? O, w kluchę...! Auć! Kanciasty, nie pchaj się na mnie! − zelektryzowani chłopcy wypadli na galerię, omal się nawzajem nie tratując. Okrzyk Michaela sprawił, że w pierwszym odruchu zwrócili oczy ku żywoskłonowi, stamtąd bowiem przylatywały najczęściej płonące kamienie, "diabelska plwocina", jak w Grad Elisabet mówiono na meteory. Powietrza nie przecinała jednak żadna świetlista smuga.

  − No, i gdzie ty to masz, Micha? - Slavko nie krył rozczarowania.

  − Ech, wy ślepe larwy, mówię, że nad Rzeką! O, tam, prawie nad samymi wierzchołkami drzew!

  − Rzeczywiście, jest! Tylko, że to nie plwocina, Micha.

  − A niby co innego, hę?

  Czarci wiedzą, co − Slavko wzruszył ramionami. − Ale plwocina? Za nic. Kolor ma całkiem inny, przyjrzyj się też, jak leci: nisko, poziomo, i…

  − …prosto w naszą stronę − dokończył szeptem Travis.

  Chłopcy oniemieli. Nawet porażonemu Moranowi struny głosowe momentalnie odmówiły posłuszeństwa na widok niesamowitej, błękitnej zjawy, mknącej ku nim niczym oszalała jaskółka.

  − Na dół, z wieży!! − ryknął, odzyskując głos. − No już, już, szybciej!

  Chłopcy rzucili się w panice ku schodom. Strach dodał im skrzydeł i wyostrzył zmysły, ale i tak cud, że żaden z nich nie skręcił sobie karku. Travis, zeskoczywszy jako ostatni na otaczający wieżę drewniany trotuar, obejrzał się przez plecy. Błękitna zjawa właśnie dolatywała do strażnicy, rozpadając się w oczach. Fontanny płonących szczątków odrywały się od niej, lecąc na wszystkie strony ognistymi parabolami. Jeden z fragmentów trafił w dach, odbił się od niego, i z potwornym łoskotem zaczął koziołkować po metalowych stopniach.

  − Do krzaków, biegiem! − zakomenderował Travis.

  Poobtłukiwani i ogłuszeni, chłopcy pognali w tamaryszkowe zarośla. Coś gorącego przeleciało z piekielnym świstem koło ucha Morana, ale tym razem nawet nie odwrócił głowy. W chwilę później żywogrunt pod jego stopami zadrżał od potężnego uderzenia, a powietrzem wstrząsnął huk eksplozji.

  − Na dół, cholera wasza, twarzą do żywej gleby!! − wrzasnął, przekrzykując nieprawdopodobny łoskot, i samemu rozciągając się jak długi pod najbliższym krzakiem. Przygięta podmuchem gałąź smagnęła go po plecach, zahaczając przy tym o kuszę i zwalniając bełt, który wbił się centymetry od policzka Travisa.

  − Matko wszechzieleni…! − wymamrotał, macając drżące jeszcze lotki. − Ja naprawdę jestem na to za stary.

  Grzmoty zamilkły i zrobiło się niemal tak cicho, jak przedtem, jeśli pominąć trzaski, jakby ktoś spacerował po kupie suchych gałęzi. Travis uniósł się na ramieniu, szukając wzrokiem członków swojej grupy. Chłopcy, na szczęście, zareagowali prawidłowo i legli pokotem, gdzie który stał.

  − Cali jesteście? − spytał, podnosząc się ostrożnie z wilgotnego mchu. Dopiero, kiedy twierdząca odpowiedź padła ze wszystkich pięciu gardeł, odważył się znów popatrzyć za siebie.

  Trzaski, które słyszał, były odgłosem pożaru. Błękitna zjawa − nie, jakiś latający pojazd, cóż innego mogło to być? − rozorała Las jak tytaniczny, ognisty miecz, znacząc drogę swojego upadku połamanymi pniami i szpalerem płomieni. Samego wraku nie było stąd widać, zbyt długą bruzdę wyciął sobą w drzewostanie. Zresztą, nie było chyba co mówić o wraku; uderzenie musiało zniszczyć piekielny okręt całkowicie. Mimo to szansa, że ktoś tam jednak ocalał, istniała dopóty, dopóki naoczne oględziny nie wykażą, że jest inaczej…

  Chłopcy, którzy także w międzyczasie się pozbierali, otoczyli Morana milczącym półkolem. Wciąż byli roztrzęsieni i zdezorientowani, ale w ich wieku szok mijał szybko.

  − Na rany macierzy, co to było, panie Moran? − w ściszonym głosie Krantza, który otrząsnął się jako pierwszy, pobrzmiewała autentyczna trwoga.

  − Okręt powietrzny, jak sądzę - odparł Travis, nie odwracając wzroku od płomieni. − Tylko nie pytajcie mnie, kto, i skąd, bo wiem tyle, co i wy.

  − Nie pytamy… − bąknął Krantz. − Ale, jeśli jest tak, jak pan mówi, to ktoś musiał być w środku, prawda? Chyba… tego… Nie powinniśmy pójść, i sprawdzić? Może ktoś przeżył?

  − Też o tym pomyślałem − rzekł Travis. − I, owszem, pójdziemy. Ale na pewno nie wszyscy. Ja, Slavko i Urle zrobimy rekonesans, reszta zostanie pod Lasem, i będzie miała baczenie na okolicę.

  Po lewej stronie pasa zniszczeń pożar rozszerzał się z wolna na Las, z prawej jednak podrażniony żywogrunt już zalewał płonące pnie i korzenie strumieniami wody. Tam też skierował się Travis z dwójką towarzyszących mu chłopców. Siła uderzenia oderwała i postawiła korzeniową platformę na sztorc, jak zwodzony most, ale tylko w bezpośredniej bliskości płonącej wyrwy. Szybko obeszli tę barykadę i wkroczyli pomiędzy dalsze drzewa. Las nawet w środku dnia był miejscem ciemnym i ponurym, teraz jednak marsz ułatwiała im łuna pożaru, szalejącego kilkadziesiąt metrów od nich. Travis szedł, starając się patrzeć jednocześnie przed siebie, pod nogi i w bok. Gdzieś ten cholerny pojazd, albo jego ostatnie szczątki, musiał się zatrzymać, ale przebyli już co najmniej ćwierć kilometra, a po lewej wciąż tańczyły płomienie i słychać było trzask połykanego przez ogień drewna. Może pożoga zdążyła rozlać się daleko poza miejsce katastrofy, a oni…

  − Och! O Matko, och…! − przerażony krzyk Urle zatrzymał Travisa w miejscu. Chłopak wyglądał, jakby za chwilę miał paść bez życia, wybałuszonymi oczami spoglądając na coś, w co właśnie jedną nogą wdepnął. Slavko, przez cały czas trzymający się Morana niczym myśliwski wyżeł, cofnął się i zakrył usta dłonią, powstrzymując wzbierające torsje.

  − Zostawcie, nie patrzcie na to − szepnął Travis, odwracając oczy od surrealistycznej dekoracji z ludzkich szczątków. − Lepiej wracajmy, tu nikt nie mógł ocaleć.

  Nie uszedł jednak nawet dwóch kroków, kiedy coś rąbnęło go w tył głowy. Ktoś wrzasnął nieludzko, błysnęło oślepiające światło, a potem już tylko ciemność i cisza...

***

  Zmysły odzyskał w otoczeniu diametralnie różnym od tego, w jakim je utracił. Mroczny, szeroki i jajowaty w przekroju korytarz, biegnący lekkim skosem w dół, którego urzeźbienie ścian przywodziło na myśl jelita... Travis nie był tu sam; tuż obok siedział z podkurczonymi nogami Slavko. Wyglądał na nieźle posiniaczonego, a rozmazana na jego policzku krew przywodziła na myśl jakiś koszmarny, teatralny makijaż, wyjąwszy jednak owe szczegóły oraz minę ponurego oczekiwania nie wiadomo, na co, nic mu chyba nie było.

  Travis przekręcił obolałą głowę, ale nigdzie nie mógł dostrzec Urle. Zobaczył natomiast czarnowłosą dziewczynę o pięknej, acz smutnej twarzy, i wspartego na jej ramieniu starca, na oko grubo po osiemdziesiątce. Obydwoje spoczywali pod przeciwległą ścianą w kompletnym milczeniu, nie umknęło mu jednak, że dziewczyna obserwuje go ukradkiem.

  − Senhor! - szepnęła, kiedy tylko poruszył się żwawiej. - Esto te a...

  − Przepraszam, ale nie rozumiem − odmruknął, usiłując wstać. − Slavko?

  − Tak, panie Moran?

  − Możesz mi powiedzieć, co się stało? Gdzie Urle?

  − Nie wiem, panie Moran - Slavko pociągnął smętnie nosem. − Wygląda, że zostaliśmy napadnię...

  Ni stąd, ni zowąd czyjeś ogromne łapsko schwyciło Travisa za koszulę i potrząsnęło nim z taką mocą, że zęby omal nie wyleciały mu na podołek:

  − Son? Werhen eis flyyrr, a? Takk, jon fakla banst, werhen eis da gedam flyyrr?!!

  Osobnik, który tak brutalnie przerwał im konwersację, był istnym ucieleśnieniem potocznych wyobrażeń o zbirze: wielki, owłosiony i cuchnący jak świńskie łajno, z pustym oczodołem i twarzą pooraną szramami, których liczba szła w dziesiątki. Grozę potęgowały świeże, wciąż jeszcze obficie krwawiące rany i wycelowana w czoło Travisa rura, niewątpliwie jakaś broń. Nie otrzymawszy w trybie natychmiastowym odpowiedzi na swoje pytanie, zniecierpliwiony troglodyta końcem rury wymierzył Travisowi ponaglający cios w podbródek.

  − Ojm usken, werhen eis at?!! − wrzasnął, zraszając go kropelkami śliny. − Daren Anhelo, jone hunk al son durra?!

  Jednym ruchem swego potężnego ramienia opryszek poderwał Travisa do góry, i już zamierzał się do kolejnego ciosu.

  − Laf ham, jon dabal! − z mroków korytarza wyskoczyła jeszcze jedna postać, utykająca i z wielką, nie do końca zakrzepłą raną w skos czoła. − Net ja sej dan alde attarsen nah ait warda?

  − Hundersun eis prettening, aht hin sonne stap! − odwarknął groźnie wielki oprych, ale puścił Travisa, który rozumiał z tej wymiany zdań jedynie tyle, że te dwa odstręczające typy nie zgadzały się ze sobą w jakiejś ważnej dla nich kwestii.

  − Baddar sum mag, daz al yoh kahall af, Harskan. − odpowiedział mu niski tonem nie pozostawiającym wątpliwości, kto w tym bandyckim duecie gra pierwsze skrzypce. − Bere gan ip, anda hauwe oj hor sorringes. Anda laf takkaling oh da smader auns.

  Wielki tylko zacisnął mocniej garść na swojej złowieszczej rurze, i odmaszerował w głąb korytarza. Niższy odprowadził wzrokiem swego kompana, a potem zbliżył się do czarnowłosej dziewczyny.

  − Joh − rzekł, podkreślając słowa skierowanym w jej pierś orężem. − Jan trodders ahel hauwe dars ledle mahejnes, translajdriks, ar wodwar jan gale darm. Hauwe ain byj jon?

  − Si − odparła dziewczyna półgłosem.

  − Dan gahe ein da jowre stubbe kine, ande fins af dern zirkus.

  − No esta mi pareho, lo ablabando to davija!

  − Jah, jah, natter - odmruknał niski, okraszając słowa niedbałym machnięciem ręki. − Gahe at, ande stap blobbaring!

  Dziewczyna sięgnęła do niewielkiej torby i wyjąwszy z niej przedmiot, przypominający monstrualny haczyk na ryby, podała go Travisowi.

  − I co ja mam z tym zrobić? − rzekł, spoglądając bezradnie na czarnowłosą.

  Dziewczyna wzięła przedmiot, włożyła jeden jego koniec do ucha, drugi zaś zbliżyła do ust, którymi parę razy poruszyła wyraźnie.

  − Chyba już wiem… − mruknął Travis, po czym naśladując ją, przywdział urządzenie.

  Niski zbliżył się do niego.

  − Ja jestem Drejk. Rozumjesz mnie? − rzekł powoli. Travis skinął potwierdzająco głową.

  − Dobrze znam, że i bez translator mnie rozumjesz, ale szkoda mnie czasu na twoje gierki. − kontynuował zbir, nie spuszczając oczu z Travisa. - Powtórzę pytanie mój kolegi: gdzje jest nasz latacz? Wy może myślicje, że ja żartuję? A może tak mało zależy wam na życie wasz patriarch, co? − to mówiąc, niski skierował wylot swojej rury na siwego staruszka pod ścianą. - U mnie nie ma już nic na stracenie, Anhelosie, i bez zmrużone oko zabiję starego, jego córeczka, ciebie i twój mały. Ty tylko przez minutę nie daj mi właściwej odpowiedzi, a zacznę strzelać. No, więc?

  − Ja... − Travis przełknął ślinę. − Obawiam się, że zaszło tu jakieś ogromne nieporozumienie. Absolutnie nic nie łączy mnie z tymi ludźmi, i pierwsze słyszę o jakimś lataczu...

  Zimny metal błyskawicznie znalazł się na jego policzku, a jego własny szkicownik przed jego oczami.

  − To było w twoich rzeczach − syknął niski, krzyżując swój wzrok ze wzrokiem Morana. − Znak waszego klanu, nieprawdaż? Więc nie kłam już więcej, bo Drejk bardzo nie lubi, kiedy się go okłamuje i bierze za ostatniego głupca. Wy − rura z policzka Travisa powędrowała w kierunku dziewczyny oraz starego − pobratymcy, i ty przyszedłeś im w sukurs z myślą, że pójdzie wam z nami bardzo łatwo, ale drogo zapłacicie za takie lekceważenie...

  Nagły rwetes zmusił niskiego do przerwania dumnego monologu. Travis dopiero teraz dostrzegł, że kilkanaście metrów dalej rzeźbiona fantastycznie ściana migocze pomarańczowymi refleksami. Światło padało gdzieś z góry, jakby spływało do wnętrza korytarza z sufitu. Musiał tam być jakiś prześwit... nie, nie prześwit, ale cała, ogromna dziura, a tańczące na fantasmagorycznych dekoracjach odblaski stanowiły echo pożaru, który najwidoczniej wciąż szalał nad ich głowami. "Niech mnie licho, jeśli nie jesteśmy w starej sztolni!" − zdążył pomyśleć Travis, nim po raz kolejny tego dnia oślepiło go niewiarygodnie jaskrawe światło. Jak wycięta z czarnego papieru sylwetka, mignął mu jeszcze wpadający przez dziurę w suficie człowiek z trzema krótkimi strzałami w szyi, a potem ktoś bezceremonialnie pociągnął go na dno korytarza.

  − Leż, senhor, leż, i nie podnoś się za nic! - usłyszał tuż koło swojego ucha kobiecy głos.

  − Dobrze, co tylko chcecie − odparł, nie bardzo wiedząc, dlaczego używa liczby mnogiej. − Ja już się kompletnie pogubiłem.

  I znowu czyjś przeraźliwy krzyk (nie Slavko, na szczęście, chociaż tyle miłosierdzia Matki!), przepływająca gdzieś bokiem fala żaru, niczym z chlebowego pieca, eksplozje światła tak intensywnego, że zdawało się przenikać przez skórę i kości, i konwulsje macierzy pod nim...

  − Panie Moran, panie Moran! − drobna, chłopięca ręka wsunęła się pod jego ramię. Druga, jeszcze delikatniejsza, uczyniła to samo z drugiej strony.

  − Spokojnie, nic mi nie jest − Travis, w swym mniemaniu niepotrzebnie wspomagany przez Slavko i czarnowłose dziewczę, dźwignął się do góry. Silny powidok sprawił jednak, że w pierwszej chwili nie widział nic, poza fioletowymi plamami, i bez podtrzymujących go rąk zapewne miałby kłopot z utrzymaniem równowagi. - Tylko trochę kręci mi się w głowie... Co to, u diabła, było, zdradzi mi ktoś? Roztrzaskał się jeszcze jeden latający okręt?

  − Nie, senhor, to była plazma − dziewczyna uśmiechnęła się słabo. − Temu wielkiemu zaciął się chyba karabin.

  − Plazam...? − Travis zmarszczył czoło, po czym machnął ręką, zrezygnowany: − Nie, poddaję się. Za głupi na to jestem. Powiedzcie mi lepiej, co z tym, jak mu było... Drejk, tak? Bo jakoś tym razem nikt nam nie przerywa rozmowy.

  W odpowiedzi Slavko, stanąwszy tam, gdzie jeszcze przed chwilą wielka dziura otwierała się w suficie korytarza, wskazał palcem w górę.

  − Co? Co ty mi pokazujesz... − Travis wytężył wzrok w ciemnościach, które dziwnie zgęstniały. − Nic tam... zaraz... Matko wszechzieleni, to on?!

  − On.

  − Ale... tam wiszą tylko jego nogi!

  − Tak... − dziewczyna wydęła wzgardliwie wargi. − Loco, próbował uciec na zewnątrz, i nie zdążył.

  − Rozumiem, że ten drugi też nie żyje? − spytał retorycznie Travis.

  − I to nasi go załatwili − stwierdził nie bez dumy Slavko, dotykając jednego z bełtów, tkwiących w szyi wielkoluda.

  − Wygląda na to, że ocaliłeś nam życie, senhor - odrzekła dziewczyna, a jej oczy zalśniły, jak dwie krople wody. − Ty, i twoi dzielni towarzysze.

  Kilka następnych zdań z jej ust pozwoliło Travisowi z grubsza zrekonstruować wydarzenia. Nie mogąc doczekać się na wieści z miejsca katastrofy, zniecierpliwieni Michael, Krantz i Masuk podążyli zapewne jego śladem. Być może wielki, dostrzegłszy ruch w kniei, strzelił do nich pierwszy, a oni odpowiedzieli ze swych kusz. Ugodzony śmiertelnie, wielki runął ze swego posterunku na dno sztolni wraz z rurą, której spust zablokował jego zaciśnięty w ostatnim skurczu palec. Strumień oślepiających pocisków uderzył w macierz, podrażniając ją i wyzwalając w niej obronny odruch. Rozziew w stropie wręgowego korytarza począł się zamykać, na widok czego niski spanikował i skoczył do zasklepiającego się szybko otworu. Ale macierz po raz kolejny okazała się szybsza od człowieka, i niski na zawsze utknął w połowie drogi do ocalenia.

  − Chłopcy, właśnie... − nagły dreszcz przeszedł Travisa. − Slavko, nie wiesz, gdzie jest mój plecak?!

  Slavko wiedział, czarnowłosa uprzedziła go jednak i pozbierawszy do skórzanej sakwy rozbebeszony wcześniej przez bandziorów dobytek, wdzięcznym gestem podała ją Moranowi.

  − Dzięki − Travis odebrał tobołek z rąk dziewczyny. − Nie wiem, co wy dwoje teraz zamierzacie, ale ja i Slavko musimy wracać na górę, do reszty, i to natychmiast. Matko miłosierna, jeśli któremukolwiek z nich coś się stało…!

  − Którędy, senhor? - spytała głosem pełnym zarazem zdziwienia, jak i nadziei.

  − Którędy? Tą samą drogą, którą nas tutaj…

  Travis pobladł. Ślizgając się po wilgotnym dnie korytarza, podbiegł do trupa większego z bandziorów, i z niedowierzaniem uniósł wzrok. Jedynym śladem po zejściu do sztolni były nogi Drejka, niczym groteskowe stalaktyty zwisające z jednolitego teraz sklepienia.

  − To niemożliwe! Nie mówcie mi, że jesteśmy w pułapce bez wyjścia!

  Milczenie pozostałych towarzyszy niedoli było aż nadto wymowne.

  − Nie, to jest po prostu nie-mo-żli-we! − powtórzył, chodząc tam i z powrotem z zadartą głową. − Musi być jakiś sposób, żeby się stąd wydostać! Slavko!

  − Tak, panie Moran?

  − Pamiętasz, co mówił Urle? O ciemnawcach i tunelach, w których niby mieli mieszkać?

  − Przecież to bajki − nonszalancja i wigor, którymi zawsze wyróżniał się wśród swych rówieśników, wyparowały ze Slavko, jak rosa w południe. − Grubas wymyśla je, bo niczym innym nie może zaimponować. Nie ma żadnych tuneli, panie Moran.

  − Jak w takim razie określisz miejsce, w którym teraz jesteśmy?

  Chłopak wzruszył tylko obojętnie ramionami, nie wiedząc, a może zwyczajnie nie mając ochoty odpowiadać na pytanie. Travis zacisnął pięści, a potem wyjął z plecaka swoje elektryczne łuczywko i włączywszy je, zaczął maszerować w górę korytarza.

  − Senhor, zaczekaj! − dziewczyna poderwała się z miejsca. − Dokąd chcesz iść?

  − Jak to, dokąd? Przecież nie mogę tak po prostu siedzieć i czekać, aż wszyscy poumieramy tu z głodu! − zirytował się Travis. − Na pewno jest stąd jakaś inna droga na powierzchnię, ale sama do nas nie przyjdzie, więc trzeba jej poszukać.

  − Zostań, senhor Moran. I tak już zrobiłeś dla nas bardzo dużo, a poza tym…

  Z małej saszetki na pasie dziewczyna wyjęła złożoną we czworo kartkę, i rozwinęła ją. Zaskoczony Travis przez chwilę wpatrywał się w wykrzywioną zawadiackim uśmieszkiem twarz Slavko.

  − Mój szkic!

  − Przepiękny, wart każdych oczu − wyszeptała czarnowłosa z przejęciem. − Jesteś niezwykłym artystą, senhor.

  − E, tam… - wybąkał, zaambarasowany. − Rysunek jest co najwyżej poprawny, zresztą, portrety nigdy nie wychodziły mi najlepiej…

  − Skromność, cnota wszystkich wielkich umysłów − w głosie dziewczyny zabrzmiał niekłamany szacunek. − Ja sama trochę maluję, niektórzy twierdzą, że nawet całkiem udanie, ale w porównaniu z twoimi, senhor, najlepsze moje prace wyglądają jak dziecinna bazgranina. Nigdy jeszcze nie widziałam tak genialnego oddania rysów, charakteru, duszy, nie mówiąc już o technicznej finezji! Nie mogę pozwolić, byś narażał się na ryzyko, senhor Moran. Tym bardziej, że nie ma takiej potrzeby. Moi bracia od kilku minut wiedzą o naszym położeniu, i na pewno wkrótce dadzą nam instrukcje, jak się stąd wydostać. Chodźmy, może padre już się obudził. Musi to zobaczyć. A tak w ogóle, to mam na imię Maria…

* * *

  Dziewczyna nie rzucała słów na wiatr. Parę godzin później, po męczącej wędrówce wewnątrz wręgi, Travis, Slavko i dwójka Anhelosów (takim mianem określali siebie ich nowi towarzysze) stanęli w bladym świetle przedświtu na wąskiej, wyrastającej ze ściany segmentu półce, z kożuchem Lasu pod stopami i zapierającą dech w piersiach panoramą, jakiej żadna, najwyższa nawet wieża strażnicza nie mogłaby zaoferować. Niedługo potem lśniący niczym kropla rosy pojazd zmaterializował się zupełnie znikąd, i zabrał ich na swój pokład. Slavko, na powrót w swej dawnej skórze, omal nie padł z wrażenia. Podobnie zresztą jak Travis, choć ten ostatni nie wskutek zetknięcia się z niezwykłą maszynerią obcych, ani nawet samego faktu, że leci w przestworzach na podobieństwo ptaka, lecz na widok oszałamiających pejzaży. Długi czas Maria nic nie mówiła, śledziła tylko jego dłoń, zapełniającą rysunkami kolejne arkusze ze szkicownika.

  − Niebywałe…! − szepnęła w końcu, nie mogąc powstrzymać się od wyrażenia na głos zachwytu. − Po prostu niebywałe, senhor Moran! Jeśli jednak mogłabym cokolwiek radzić, to proszę zachować chociaż kilka kartek na później.

  − Na później? Dlaczego?

  − Sam się za chwilę przekonasz, senhor.

  Travis zerknął pytająco przez ramię, ale ona nie dodała nic więcej, poza tajemniczym półuśmiechem. Zaintrygowany, przerwał pracę. I dobrze, bo przesycony kolorami i kształtami świat zniknął naraz w jednolitej bieli, a potem…

  − Oooch, matko wszechstworzenia! C… co to jest?! Maria, co to… gdzie my jesteśmy?!

  − Na zewnątrz, senhor Moran − szepnęła miękko dziewczyna. − Oto jest pejzaż, godny twego talentu.

  Sparaliżowany, porażony, zaczarowany, Travis wypuścił z ręki ołówek i tylko patrzył, patrzył, patrzył… Na wielki, lśniący, spłaszczony, pokryty dziwną wysypką i nieskończenie, zdawało się, długi cylinder, który w miarę, jak pojazd Anhelosów się od niego oddalał, stawał się coraz cieńszy i coraz wyraźniej podzielony poprzecznymi grzebieniami na z lekka bulwiaste segmenty, rozwidlający się raz, drugi i trzeci…

  − Konar? Rany macierzy, to przecież jest nasz konar!

  … i do którego dołączył wkrótce następny, i jeszcze jeden, i jeszcze, wspinające się poprzeczną, gałęziastą spiralą wokół odległego, gigantycznego cylindra…

  − Drzewo… nasze Drzewo… − wykrztusił, czując narastający zawrót głowy. − Ludzie, powiedzcie mi, że ja nie śnię, że to… że to naprawdę…

  − Naprawdę, senhor Moran.

  − Jestem w raju… − szepnął, padając na klęczki. A potem porwał ołówek, i zaczął rysować jak w transie…

* * *

  Wydarzenia następnych dwudziestu czterech godzin do końca życia pozostały dla Travisa Morana mgliste i fragmentaryczne. Pamiętał przyjęcie w karawanie Anhelosów, godne legendarnych królów albo bohaterów, jak również to i owo z lądowania pojazdu Marii na samym środku targowego placu w Grad Elisabet, i z jeszcze jednej fety na jego cześć, tym razem wyprawionej przez własnych współziomków. Pamiętał ulgę, jaką poczuł na widok drących się bez opamiętania Krantza, Michaela, Masuka, nawet Urle, i to, jak chłopcy ponieśli go na swoich ramionach ponad głowami wiwatującej ciżby. Pamiętał także pojawienie się w miasteczku trzech innych napowietrznych statków z egzotycznymi gośćmi, których kolorowy, sympatyczny tłum na pół dnia zawładnął osłupiałą osadą, i po odejściu których w jego starej skrzyni, niegdyś po brzegi wypełnionej przez nikogo niechcianymi obrazkami, praktycznie nic nie zostało.

  Wszystko to mniej lub bardziej głęboko zapadło w jego świadomość, żadne jednak wspomnienie nie pozostało tak ostre, jak niewinna rozmowa z Abelardem Blochem. Pod koniec dnia Travisowi pozwolono nareszcie odsapnąć w domowym zaciszu, Abelard musiał jednak wpaść na osobną pogawędkę, i na tradycyjnego kielicha przed snem.

  − No, Moran, narobiłeś zamieszania, że niech cię kulawy kundel ogonem! − rzekł, przepijając ponczem do swojego starego przyjaciela.

  − Człowieku, chociaż ty dałbyś spokój − mruknął Travis, podtrzymując pięścią opadającą ze zmęczenia głowę. − Jestem tak skołowany, że nie bardzo wiem, gdzie jestem i jak się nazywam.

  − Cóż, sława kosztuje − uśmiechnął się Bloch. − Ale popatrz, jakie to życie dziwne: wszyscy chcą mieć teraz twoje obrazki, tylko, że dalej mało kogo interesuje, co tak naprawdę na nich jest. A propos, te papugi z latawców zostawiły ci choć jeden?

  − Nawet parę.

  − To może i ja bym wreszcie zobaczył, o co tyle szumu, hę?

  Travis westchnął teatralnie, ale zwlókł się z ławy, i po chwili rzucił na stół pięć płacht jedwabistego papieru. Na wszystkich, jak dla oka Abelarda, widniało to samo.

  − Więc mówisz, że tak z zewnątrz wygląda to, w czym mieszkamy?

  − Drzewo? Dokładnie tak, Abe - odparł Travis, kątem oka podchwytując sceptyczny grymas Blocha. − No, i czego się krzywisz? Słyszałeś, żebym ja kiedykolwiek miał przywidzenia? Nigdy. Wierz mi, widziałem to na własne oczy, jak ciebie teraz.

  − Z tymi starymi oczami to też różnie bywa… − bąknął Abelard pod nosem, natychmiast jednak uniósł ręce w pojednawczym geście. − Dobra, dobra, już nic nie mówię. Zresztą, mnie tam w gruncie rzeczy wszystko jedno, jaki świat ma kształt. Drzewo, kula czy świński ogon, gówno i tak wszędzie będzie śmierdzieć gównem. Jedno mi tylko wytłumacz: po co spaskudziłeś takie ładne, czarne tło tymi białymi kropkami?

  − Niczego nie spaskudziłem, Abe - mruknął Travis. - To są gwiazdy.

  − Ależ co ty wygadujesz? Przecież gwiazda ma zawsze taki kształt − to mówiąc, Bloch kilkoma ruchami palca wyrysował na blacie pięcioramienny kontur. − Na szyldzie gospody Martensa…

  − Nie obchodzi mnie szyld Martensa, tylko świadectwo moich własnych źrenic − Travis przerwał mu niecierpliwym machnięciem ręki. − To są gwiazdy, przyjacielu, prawdziwe, żywe gwiazdy, czy ty w to wierzysz, czy nie. Ale, co mi tam, chcesz, to je zamażę, skoro tak kłują cię w oczy.

  − Dajże spokój, źle mnie zrozumiałeś… Zaraz, to znaczy, że mi go dajesz?

  − Bierz − mruknął Travis czując, że jeszcze chwila, a uśnie na siedząco.

  − Dzięki, Moran. Tylko jak byś się jeszcze podpisał...

  − Jutro, Abe…

  − W porządku, jutro, przecież się nie upieram… Czekaj no, a to ma jakiś tytuł?

  − Oj, człowieku, wymyśl sobie sam, ja nie mam już dzisiaj głowy do niczego.

  − Ee, w takim razie może… "Pejzaż z gwiazdami w tle", co ty na to? Moran? Hej, Moran!

  − Taa... − wymamrotał Travis, zapadając w głęboki sen.

Pobierz plik PDF z opowiadaniem




Czytaj również

Uśpione Archiwum - Wawrzyniec Podrzucki
Nie senne archiwum
- recenzja
Yggdrasill
Północna kraina
- recenzja

Komentarze


Sternik
    Zaciekawiło mnie...
Ocena:
0
Bardzo dobre opowiadanie. Szczerze powiedziawszy wcześniej nie byłem jakoś specjalnie zainteresowany sagą Yggdrasil ale zamierzam nadrobić zaległości
09-04-2010 21:01

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.