» Recenzje » Słowo i miecz - Witold Jabłoński

Słowo i miecz - Witold Jabłoński


wersja do druku

Słowiańska Gra o tron?

Autor: Redakcja: Tomasz 'earl' Koziełło

Słowo i miecz - Witold Jabłoński
Po Elżbiecie Cherezińskiej, która w ubiegłym roku Koroną śniegu i krwi zmierzyła się z raczej rzadko podejmowanym tematem rozbicia dzielnicowego, teraz Witold Jabłoński spróbował swoich sił tworząc Słowo i miecz, w którym przedstawia swoją wersję historii chrystianizacji Słowian. Obie powieści promowano jako "polską Grę o tron", licząc zapewne na to, że skusi to fanów prozy Georga R. R. Martina do zakupu. Choć Koronie… daleko do oryginalnej powieści amerykańskiego pisarza, a i fantastyki w niej niewiele, trudno tej pozycji cokolwiek zarzucić. Jak zaś z owego starcia wyszła najnowsza powieść Jabłońskiego, dowiecie się z poniższego tekstu.

Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę

_______________________


Prolog jest zapowiedzią końca. Od pierwszych scen wiadomo bowiem, że dojdzie do bitwy rozstrzygającej spór pomiędzy Ludem Słowa, zebranym pod sztandarem Miecława, a Krystowiercami, bo tak w powieści Jabłońskiego nazywani są krzewiciele wiary w Jezu Krysta, idący w bój za Kazimierzem Odnowicielem. Jednak żeby dowiedzieć się, jak do owej bitwy w ogóle doszło oraz jakim wynikiem się zakończyła, trzeba prześledzić losy konfliktu mającego początek w dniu, w którym Mieszko I odwrócił się od dawnych bogów i przyjął chrzest. Na czytelnika czeka przygoda drużyny śmiałków – wędrówka kipiąca od tajemnic i tragedii przez pełne straszydeł knieje, zaklęte bory, a nawet podwodne miasto. Jej celem jest uwolnienie jednego z pradawnych bogów Słowian, który ma wspomóc wyznawców starej wiary w walce z chrześcijanami. Podróż ta stanowi doskonałą okazję, aby lepiej poznać słowiańskie wierzenia, przyjrzeć się procesowi chrystianizacji oczami chrystianizowanych, a także z innej perspektywy spojrzeć na ciężko naznaczony przez los ród Piastów.

Historię przedstawioną w Słowie i mieczu przyjdzie nam śledzić oczyma kilkunastu bohaterów. Po pogańskiej stronie pierwsze skrzypce gra Żywia, kapłanka Matki Wilgotnej Ziemi, obdarzona wielką mocą przez bóstwa, która kroczy na granicy szaleństwa i prędzej doprowadzi świat ku zagładzie niż pozwoli wygrać Krystowiercom. Wokół czarodziejki tworzy się drużyna, do której należą: Mścigniew – nie do końca typowy rębajło potrafiący przybrać postać niedźwiedzia; Widun – mędrzec o tajemniczym usposobieniu oraz Andaj – młodzian wychowany w głębokiej puszczy wśród ludu Synów Drzew, nie znający ani zazdrości, ani zawiści, ale i nierozumiejący świata pełnego intryg oraz oszustów, do którego trafia. Nie wolno zapomnieć również o Miecławie, bękarcim synu Żywii, wychowywanym na piastowskim dworze na bojownika starej wiary, którym targają różnorakie wątpliwości. Po przeciwnej stronie barykady na uwagę zasługują przede wszystkim Piastowie – wszyscy, począwszy od Mieszka I po Kazimierza Odnowiciela raczej zagubieni i tragiczni niż bohaterscy. Warto wspomnieć także o czerńcach – bo tak nazywani są chrześcijańscy duchowni – którzy nie cofną się przed niczym, sięgną po kłamstwo, manipulacje, a nawet czarną magię, byleby dopiąć swego. W tym gronie na specjalne wyróżnienie zasługują Lucjusz, o którym najlepiej świadczy odpychająca fizjognomia oraz opętany fetyszem odciętego napletka Aron, późniejszy arcybiskup krakowski.

Postaci jest całe mnóstwo, ale w tym przypadku sprawdza się przysłowie: co za dużo to niezdrowo. Nie wszyscy bohaterowie są równie intrygujący co Andaj, ani tak dobrze wykoncypowani jak Żywia, większość z nich to statyści, wprowadzeni do powieści tylko po to, by wypełnić ściśle określoną rolę (np. przekazać informację, zdradzić, gdzie znaleźć magiczny przedmiot itd.). Drażni to przede wszystkim dlatego, że nawet postać o marginalnym znaczeniu została opatrzona często nazbyt szczegółowym opisem. Po co rozwodzić się przez stronę nad ubiorem i powierzchownością schwarzcharakteru, który ginie już w kolejnym akapicie? Powieść znacznie bardziej skorzystałaby, gdyby owo miejsce poświęcić na dokładniejsze nakreślenie sylwetek protagonistów, ewentualnie zeszczuplałaby o kilkanaście kartek, nic nie tracąc z treści, gdyby w ogóle z tychże opisów zrezygnować.

Za mankament należy uznać również "questowość" przedstawionej tu historii. Jabłońskiemu poprzez postmodernistyczne skoki w chronologii wydarzeń poniekąd udało się zamaskować fakt, że fabuła powieści opiera się na prostym schemacie: 1) znajdź magiczny artefakt, 2) aby go zdobyć idź do X i porozmawiaj z Y, 3) po drodze pokonaj Z a następnie 4) powtórz całość, i tak aż do skutku. Wypada jednak zaznaczyć, że owa kalka szczególnie rzuca się w oczy w rozdziałach poświęconych podróży wcześniej opisanej drużyny. Rozdziały te zostały przeplecione mniej przewidywalnymi, a znacznie ciekawszymi fragmentami, przedstawiającymi istotne wydarzenia z przeszłości bohaterów, ukazującymi poczynania wrogów czy też wprowadzającymi nową postać. Służą więc nie tylko poszerzeniu wiedzy i perspektywy czytelnika, ale ułatwiają również odnalezienie się w skomplikowanej sieci intryg, czasami stanowiąc wręcz osobne mini-historie.

Drobne niedoróbki bledną jednak w obliczu świetnego stylu autora. Jabłoński snuje swą opowieść z niewiarygodną swobodą i swadą, którą można porównać jedynie z językowym kunsztem Andrzeja Sapkowskiego. Długie, wypełnione metaforami zdania malują w wyobraźni czasami sielankowe a czasami bardzo ponure obrazy. Niektórzy mogliby się czepiać, że opisy są zbyt długie, miejscami może nawet niepotrzebne, i trudno byłoby im nie przyznać racji, ale plastyczność oraz, a może przede wszystkim, bogactwo językowe na pewno docenią bardziej wyrobieni czytelnicy. Jednakże i w tym miejscu pozwolę sobie na drobną uszczypliwość i wytknę autorowi niezdrową fascynację kolorem zielonym. Doprawdy, nie wiem ile razy owa barwa, w najróżniejszych i najbardziej wymyślnych kombinacjach, występuje na kartach powieści, ale można śmiało zakładać, że jeśli autor akurat nie opisuje krwawej bitwy, gdzie musi pojawić się oczywista czerwień, z pewnością wciśnie gdzieś coś zielonego.

Od kolorów ważniejsza jest jednak tematyka, nad którą w Słowie i mieczu pochylił się Jabłoński. Czegóż tu nie znajdziemy! Na uznanie zasługują chociażby ciekawie oddane wierzenia oraz zwyczaje Słowian – czytelnik ma okazję dowiedzieć się, jak dawniej wyglądały m.in. Noc Kupały, Dziady czy święto Jarych Godów. Na końcu powieści znajdziemy całkiem obszerną bibliografię, która dobitnie świadczy o tym, że autor poświęcił sporo czasu na przygotowania zanim jeszcze usiadł do pisania. Jeśli już o historycznych realiach mowa: podczas lektury wielokrotnie natkniemy się na stwierdzenie, iż w historii spisanej przez zwycięzców na próżno szukać obiektywizmu, co można rozumieć jako krytykę ówczesnej historiografii. Jednak na główny atut powieści wyrasta ukazanie procesu chrystianizacji Słowian z ich perspektywy. Jabłoński zobrazował przejście na chrześcijańską wiarę nie jako pojedyncze wydarzenie (w 966 roku chrzest przyjął tylko Mieszko i jego świta, a nie cała ówczesna Polska) a długotrwały i bardzo krwawy proces. Dla Słowian obcym, niechcianym i strasznym bóstwem był Jezu Kryst, który kazał swym wyznawcom pościć, żyć w brudzie i ubóstwie, a także zabraniał wszelkich przyjemności. Krzyżowcy nieśli ze sobą w pierwszej kolejności ogień i miecz, na drugi plan spychając miłosierdzie oraz przebaczenie. Zarzuty hipokryzji padające co i rusz wobec chrześcijan, a także pytania stawiane wobec ich wiary można bez przeszkód zadać sobie również dziś – możliwe, że wielu zapomniało, co tak naprawdę znaczy być dobrym chrześcijaninem. Do dnia dzisiejszego można odnieść także zarzut, iż ludzie zapominają swych korzeni, bezkrytycznie akceptując wszystko to, co oferuje zachodnia kultura. Jabłoński wielokrotnie podsuwa czytelnikom podobne problemy, zachęcając do poświęcenia im chwili namysłu.

Nie można zapomnieć, że Słowo i miecz to powieść fantasy, więc i fantastycznym elementom wypada poświęcić kilka słów. A tych jest co niemiara. Jabłoński dobrze przyswoił sobie bestiariusz słowiański, toteż w powieści pojawią się strzygi, utopce, wilkołaki, wiedźmy i wiele podobnych straszydeł. Nie zabraknie także magii, i to pod najróżniejszymi postaciami. Szkopuł tkwi w tym, że autor najwidoczniej wyszedł z założenia, iż każdą przeciwność można pokonać przy użyciu czarów. Bohaterowie muszą przebyć wielką wodę, a w pobliżu nie ma mostu? Żaden problem, wszak któraś z postaci z pewnością zna zaklęcie, przywołujące magiczne stworzenia potrafiące upleść przejście z chmur i tęczy. Podobne przykłady można mnożyć. Drugim, prócz magii, filarem, na którym zwykle opierają się powieści fantasy, jest akcja. Choć tej w powieści Jabłońskiego nie brakuje, trudno oprzeć się wrażeniu, iż autorowi cyklu Gwiazda Wenus, Gwiazda Lucyfer znacznie lepiej wychodzi snucie pełnej wydarzeń zwrotnych fabuły, okraszonej inteligentnym humorem i intrygującymi dialogami, niż prezentowanie opisów bitew. Choć rzemieślniczo stoją na wysokim poziomie to brakuje im dreszczyku emocji, który sprawiłby, że czytelnik drży z obawy o bohaterów lub ekscytacji wywołanej wymianą ciosów. Nie jest źle, ale mogłoby być znacznie lepiej.

Trochę ponarzekałem, ale summa summarum Słowo i miecz to dobre, miejscami nawet bardzo dobre przygodowo-historyczne fantasy, godne polecenia szerokiej rzeszy czytelników. Coś dla siebie znajdą tu zarówno osoby szukające sprawnie napisanej przygody, ci zainteresowani wierzeniami i obyczajami Słowian, jak i miłośnicy historii, którzy nie przepadają za wypełnionymi suchymi faktami podręcznikami. Jabłoński wybrał ciekawy okres historyczny, postanowił przyjrzeć mu się z innej niż dotąd perspektywy, a całość okrasił mnóstwem smaczków, które czekają na odkrycie przez uważnych czytelników. Nie pozostaje nic innego, jak tylko czekać na kontynuację powieści pod tytułem Ślepy demon, która, jeśli wierzyć informacjom z okładki, już znajduje się w przygotowaniu.
8.0
Ocena recenzenta
7.57
Ocena użytkowników
Średnia z 7 głosów
-
Twoja ocena
Tytuł: Słowo i miecz
Autor: Witold Jabłoński
Wydawca: SuperNOWA
Data wydania: 26 marca 2013
Liczba stron: 648
Oprawa: miękka
Format: 120 x 198 mm
ISBN-13: 978-83-757-8040-6
Cena: 42 zł



Czytaj również

Uczeń czarnoksiężnika
Czarna owca Witelon
- recenzja
Jedenaście pazurów
Szczyt piramidy - Artur Baniewicz

Komentarze


Melanto
   
Ocena:
+2
Zdam, obronię się, kupuję i czytam .
Styl Jabłońskiego to jedna z tych rzeczy, które w literaturze polskiej lubię najbardziej, a z recenzji wynika, że autor jest w formie, co mnie cieszy wielce. Długo czekałam na tę powieść i pozytywne recenzje sprawiają, że chcę ją juz przeczytać. Bardzo.
Spodziewałam się takiego a nie inngo obrazu chrześcijaństwa i chrystianizacji, zobaczymy, na ile będzie to sugestywne.
W pisowni " co niemiara" byk się wkradł. Ostatni akapit. Poza tym bardzo dobra recenzja, trudno będzie wytrzymac do 18 czerwca, bo dopiero wtedy planuję nabyć...
22-05-2013 22:35
Patryk Cichy
   
Ocena:
+1
Świetnie napisana recenzja, a sama powieść faktycznie zapowiada się wyjątkowo interesująco, szczególnie dla osób zafascynowanych historią.
Jedyne, co mnie trochę odstrasza (oprócz tęgiej objętości) to fakt, którego obawiałem się przez cały tekst, a który dopadł mnie dopiero w ostatnim zdaniu, kiedy sądziłem już, że jestem bezpieczny - początek cyklu.
Co jakiś autor wpadnie na oryginalny, ciekawy pomysł, już musi zacząć odcinać od niego kupony. Naprawdę tak trudno napisać dzisiaj suwerenną powieść? Miejmy nadzieję, że akurat w przypadku pana Jabłońskiego nie zaowocuje to ciągnącym się jak guma tasiemcem.
Niechbym tylko znalazł więcej czasu na czytanie, a pewnie sięgnę po "Słowo i miecz".
22-05-2013 22:39
Melanto
   
Ocena:
+1
Cykle są fajne: ) Chyba, że trzeba latami czekac na kolejny tom.
Jabłoński w cyklu o Witelonie trzymał poziom przez całość, ilośc tomów też była przyzwoita i pisana nie na siłę. Suwerenna jest "Fryne hetera" i jest dobra, autor potrafi i cykl, i pojedynczą książkę spłodzić na dobrym poziomie.
Tematyka, jakiej się tym razem podjął, trudna byłaby do upchania w jednym tomie bez przywalenia czytelnika materiałem. Ja się ciesze z rozłożenia, to sporo ułatwia.
Zapomniałam dodać, że wkurza mnie cokolwiek porównywanie i Cherezińskiej ( a nawet układ jej powiesci) i teraz Jabłońskiego do "Gry o Tron". No czy naprawde aż tak trzeba reklamowac coś dobrego, żeby porównac do zachodniego, bardzo chodliwego towaru. Ja wiem, ze marketing itepe, ale to irytujące.
22-05-2013 22:44
Patryk Cichy
   
Ocena:
0
Szczególnie, że z pewnością znajdą się tacy, dla których reklama typu "TO jest podobne do TAMTEGO" będzie odpychająca, bo po co im coś co już znają w innej wersji? Poza tym, to wcale nie musi świadczyć o intencjach autora, polegających na "ściąganiu" od kogoś, po prostu wydawca chce jakoś ludzi zachęcić i z tego powodu sięga po takie dyskusyjne slogany. "Lubisz mało oryginalne książki? To się świetnie składa - mamy tu coś w sam raz dla Ciebie!"

Jeśli chodzi o cykle, to naprawdę mnie to niezbyt kręci. Jakąś trylogię to owszem, lubię czasem przeczytać, ale tasiemiec na 5,7 czy 12 tomów... Wcale nie uważam, że im dłużej, tym lepiej. Cała sztuka tworzenia dobrych historii polega na zwięzłości i precyzyjnej selekcji wątków. Masz dużo dobrych pomysłów? Świetnie! To wybierz najlepsze z nich, napisz pojedynczą powieść na 400 stron i będzie super. Masz tych pomysłów jeszcze więcej? To poczekaj kilka lat, aż Ci się ich nazbiera, i napisz drugą osobną książkę. I nikt Ci nigdy tasiemcowości nie zarzuci.

W przypadku pana Jabłońskiego akurat jeszcze się wstrzymam z opinią na temat poziomu selekcji, bo jego cykli nie czytałem. Ale kiedyś się za to wezmę.
22-05-2013 23:18
Scobin
   
Ocena:
+1
@Melanto

Dzięki za zwrócenie uwagi na pisownię "co niemiara". Najwidoczniej ktoś zdążył już poprawić. :-)
22-05-2013 23:35
radosiewka
   
Ocena:
+1
Książka już czeka u mnie na półce, aż skończę z zaległymi tytułami. Do jej kupna zachęciła mnie przede wszystkim tematyka i osadzenie fabuły w czasach słowiańskich. Mam nadzieję, że kontynuacja zostanie wydana ponieważ Jabłoński to ciekawy autor i ma dużą wiedzę o tamtych czasach - przekonałam się o tym parę lat temu na Polconie w Łodzi:)
23-05-2013 10:43
Krakonman
   
Ocena:
+2
U mnie też leży i czeka na swoją kolej.

Mnie również niepokoi dążenie autorów do pisania cykli zamiast samodzielnych powieści. Jakoś ubię mieć wszystko podane w jednej książce, zamiast sięgać po ich szereg. Z tego powodu jeszcze nie zabrałem się za Świat Dysku.
23-05-2013 12:12
Asthariel
   
Ocena:
+3
Ale każda powieść ze Świata Dysku opowiada oddzielną fabułę...
23-05-2013 19:33
lemon
   
Ocena:
+1
Mnie również niepokoi dążenie autorów do pisania cykli zamiast samodzielnych powieści

To wszystko przez Tolkiena (a raczej jego wydawcę).

@Krakonman
Czy wolisz także obejrzeć jeden film, zamiast sięgać po szereg odcinków serialu?
23-05-2013 21:12
Patryk Cichy
   
Ocena:
0
@Krakonman:
Ja również nie zabierałem się za "Świat Dysku" z tego właśnie powodu, a nawet za cokolwiek Pratchetta. Choć wiem, że pojedyncze powieści też ma. Rozumiem, że niektórzy pisarze są bardziej płodni, ale taka taśmowa produkcja budzi moje wątpliwości. Kiedyś to zweryfikuję.

@Asthariel:
Paradoksalnie - to jeszcze gorzej! Bo znaczy to, że autor specjalnie pisze tak, żeby więcej ludzi przyciągnąć, lękając się, że jeden ciąg fabularny zniechęci przygodnych czytelników. A tak - każdy może zacząć w dowolnym momencie. Więcej egzemplarzy się sprzeda, niż gdyby każdy kolejny wymagał znajomości wszystkich poprzednich.

@lemon:
Nie wiem jak Krakonman, ale ja na pewno wolę pojedyncze filmy, niż cykle. (Może z wyjątkiem Riddicka... Tutaj akurat chętnie oglądałbym nową część regularnie co dwa lata!) A seriali nie oglądam wcale. Z takich samych powodów, z których nie przepadam za cyklami książkowymi.
23-05-2013 21:29
Melanto
   
Ocena:
+1
Samodzielna powieśc jest dobrą rzeczą wówczas, gdy w sposób odpowiedni wyczerpie wszystkie wątki tak, że nie pozostawia niedosytu czytelniczego. I wtedy, gdy świat nie jest wielkim uniwersum a liczba bohaterów nie jest przeogromna. Wówczas nie lubię ani skracania i zamykania wątków na siłę, ani przeciagania w nieskończoność.
Inna sprawa, że zwykle przywiązuję się do bohaterów i niełatwo mi się z nimi pożegnać. Nie umiem sobie np wyobrazić cyklu Bakkera czy Kresa jako jednotomówek.
A z drugiej strony po przeczytaniu prequeli ( nie wiem, czy dobrze piszę) "Mgieł Avalonu" nie byłam zachwycona.
23-05-2013 22:10
Clod
   
Ocena:
+1
O ile nie jestem zwolennikiem wszechobecnych "cyklizacji", bo rzeczywiście nie wszystkim tytułom wychodzi to na zdrowie, tak muszę uspokoić wszystkich przedpiśców, że "Słowo i miecz" broni się jako samodzielna powieść. Najważniejsze wątki zostały zamknięte, a po przeczytaniu ostatniego zdania nie miałem wrażenia, że "czegoś tu zabrakło". Także nawet jeśli ktoś nie chce inwestować w cykl, spokojnie może sięgnąć po tę książkę i czytać ją jako samodzielną powieść :)
23-05-2013 22:20

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.