» Recenzje » Słowa Światłości

Słowa Światłości

Słowa Światłości
W Słowach Światłości Sandersonowi udało się uniknąć większości niedociągnięć, które były bolączką pierwszego tomu Archiwum Burzowego Światła. W ten sposób czytelnicy otrzymali doskonałą zabawę z niemalże czystym destylatem epic fantasy.

Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że powoli, acz nieubłaganie nadciąga Wieczna Burza, opisywany w legendach i podaniach kataklizm zdolny zmieść cywilizację Rosharu z powierzchni ziemi. Prowadzone przez Jasnah Kholin badania sugerują, że mityczni Pustkowcy, siejący przed wiekami zniszczenie podczas Spustoszeń, mogą wkrótce powrócić, co miałoby skutki porównywalne z nadejściem Wiecznej Burzy. Jakby tego było mało, tajemniczy Skrytobójca w Bieli grasuje po całym Rosharze, zabijając koronowane głowy i tym samym sprowadzając chaos wszędzie tam, gdzie się pojawi. Aby świat nie legł w gruzach, Dalinar Kholin musi odtworzyć i zjednoczyć Świetlistych; cała trudność polega na tym, że ci odeszli przed wiekami okryci niesławą i nie zapowiada się na to, by prędko powrócili. Problemy mnożą się ze strony na stronę, więc bohaterowie nie powinni się nudzić.

Jeśli już o bohaterach mowa: w pierwszej kolejności należy pochylić się nad Shallan, bo to właśnie uczennicy Jasnah Kholin najbliżej do postaci wiodącej w tym tomie. Jak Kaladin w Drodze królów, tak teraz córka rodu Davar otrzymuje rozdziały retrospektywne, mające wyjaśnić jej teraźniejsze motywacje i zachowania. Również w teraźniejszej akcji rozwój postaci widoczny jest już na pierwszy rzut oka; Shallan z prowincjonalnej, zahukanej dziewczyny przemienia się w pewną siebie badaczkę. O ile rudowłosa dziewczyna w poprzednim tomie stała w cieniu swej mistrzyni, tak teraz to ona przeżywa najbardziej zróżnicowane przygody oraz bierze udział w najciekawszych intrygach, dzięki czemu jej rola w całości fabuły nabiera znaczenia. Historia Shallan budzi ciekawość z jeszcze jednego względu: otóż obok bohaterki Nowej Duszy Cesarza i do pewnego stopnia Vin z Ostatniego Imperium, która miotała się między rolami szlachcianki, złodziejki a Zrodzonej z Mgły, młoda jasnooka jest kolejną już postacią, jaka reprezentuje powracający w twórczości Sandersona motyw wielu twarzy, polifonii osobowości. Wątek Shallan to w dużej mierze rozważania nad naturą kłamstwa i prawdy oraz tego, jak się one wzajemnie przenikają, przeplatają i zazębiają.

Z kolei Kaladin, wciąż bardzo mocno zakotwiczony w przepełnionej cierpieniem i niewolą przeszłości, dalej toczy walkę ze swoimi uprzedzeniami wobec jasnookich, co prowadzi do kolejnych bolesnych upadków. Nie przeszkadza to jednak w najmniejszym stopniu jego ciągłemu rozwojowi. Zwykle małomówny (a dużo chrząkający) były mostowy najlepiej wypada w kontaktach z innymi bohaterami; interakcje w trójkącie Adolin-Shallan-Kaladin stają się przyczynkiem do wielu zabawnych scen, okraszonych – czasem niezbyt wyszukanym, ale zwykle stojącym na przyzwoitym poziomie – humorem. Świeżo mianowany kapitan powoli uczy się swoich nowych mocy, które przebudziły się pod koniec pierwszego tomu, ale na szczęście nawet te nadprzyrodzone zdolności nie rozwiązują wszystkich jego problemów. Uwikłany w arcytrudne moralne rozterki, ostatecznie bierze udział w walkach, których nie powstydziłyby się postacie z uniwersum Marvela.

Sporej zmianie ulega dynamika pomiędzy poszczególnymi członkami rodu Kholinów. Tym razem to Adolin przez większość czasu gra pierwsze skrzypce. Młodzian wiele zyskuje przede wszystkim dzięki partnerce do rozmowy w postaci wspominanej już niejednokrotnie Shallan. Konstrukcji tego bohatera można zarzucić zbytnią schematyczność (w końcu to młody, przystojny szlachcic obdarzony talentem do walki, wyposażony w magiczne artefakty i cieszący się ogólną sympatią), ale pod koniec powieści młody książę Alethich pokazuje pazur, co ciekawie wróży na przyszłość.

Jednakże najważniejsza zmiana wiąże się z niepodzielnie panującą w interludiach Eshonai, która służy nam jako para oczu umieszczona w społeczności Parshendich. Wprowadzenie tej postaci pociągnęło za sobą znaczne poszerzenie perspektywy, efektem czego jest wiele nowych informacji na temat świata przedstawionego i rządzących nim podziałów, jak również przesunięcie podziału na dobrych i złych w strefę szarości. Okazuje się bowiem, że Parshendi mają zarówno swoje racje, jak i motywacje, a skrytobójstwo, które doprowadziło do wielkiej wojny na Strzaskanych Równinach, było z ich perspektywy środkiem zaradczym przeciwko większemu złu.

Dalszy postęp można dostrzec także na płaszczyźnie literackiej. O ewolucji stylu Sandersona pisałem już w recenzji Drogi królów – w poprzednich powieściach Amerykanin nie zawsze potrafił zachować odpowiednie proporcje, nierzadko ciekawe i oryginalne pomysły przesłaniało pozostawiające nieco do życzenia wykonanie. Wystarczy przypomnieć sobie opisy walk z Ostatniego Imperium, które nadmiarem "przyciągania" i "odpychania" mogły doprowadzić do mdłości, nie wspominając o chaosie niepodzielnie królującym w scenach starć Zrodzonych z Mgły. Znajdujący się na początku Drogi królów rozdział Kłamcy z Shinovaru cierpiał na tę samą przypadłość, co nie wróżyło najlepiej całemu Archiwum…; na szczęście w Słowach Światłości, choć występuje tu znacznie więcej scen z udziałem magii, problem został niemal całkowicie wyeliminowany. Być może pisarz w końcu zrozumiał, że czytelnikowi wystarczy jedno wyjaśnienie, na czym polega dana sztuczka, i dlatego przestał zaśmiecać zbędnym balastem sceny akcji, które mają przecież cieszyć dynamiką. Urozmaicone zostały też sceny rozmów – postacie nie przypominają już zawieszonych w pustej przestrzeni monologizujących głów, a same dialogi prowadzone są z większą wprawą i swadą, co przydaje im wiarygodności.

Jako największą zaletę drugiego tomu Archiwum Burzowego Światła należy zaś wskazać ogromną różnorodność. Na porządku dziennym są pełne niebezpieczeństw podróże, fragmenty jakby żywcem wyjęte z filmów szpiegowskich, ale okraszone magicznymi sztuczkami, wychodzące na jaw coraz to nowe intrygi i wyrastające jak grzyby po deszczu tajemnicze organizacje, złowróżbne przepowiednie, mistyczne wizje i, last but not least, prawdziwie epickie walki, które wprost proszą się o wizualizacje w wysokobudżetowej formie. Zawartość fantasy w fantasy utrzymuje się tu na niebezpiecznie wysokim poziomie, co może prowadzić do kłopotów z niewyspaniem – wielu czytelników może zetknąć się również z wystąpieniem syndromu jeszcze jednego rozdziału.

Ale na tym nie koniec progresu. Praktycznie wszystkie postacie potrafią teraz zainteresować czytelnika swoimi losami, co w przeszłości nie zawsze było oczywiste. Znacznie częściej udaje się Sandersonowi wywołać w odbiorcy – może nie skrajne, ale zawsze – emocje. Najbardziej w pamięć zapadają rozgrywki polityczne toczące się wokół Dalinara, mimo że ten pozostaje nieco w tle z uwagi na niewielką liczbę rozdziałów napisanych z jego perspektywy. Myślę tutaj o rywalizacji Czarnego Ciernia z Sadasem, obfitującej w mniejsze i większe zwroty akcji; o zaangażowaniu Adolina w ten konflikt; wreszcie o roli Kaladina jako królewskiego ochroniarza, z którego wysoką pozycją społeczną łączy się opór ze strony konserwatywnych jasnookich. Warto podkreślić, że najsilniej angażujące konflikty rozgrywają się nie w wielkich starciach między Parshendimi a armiami Alethich, ale na poziomie dylematów i tragedii poszczególnych jednostek (bolesna strata, z którą musi sobie radzić Kaladin; poczucie bezsilności Adolina; próby uporania się z trudnoą przeszłością w przypadku Shallan itp.). O ile jednak z dramatycznymi sekwencjami autor radził sobie i wcześniej całkiem znośnie, tak niedostatki we fragmentach humorystycznych dawały się mocno odczuć. W Słowach Światłości także na tej płaszczyźnie widać zauważalny postęp; nie raz zdarzyło mi się parsknąć śmiechem, co raczej nie miało miejsca podczas lektury wcześniejszych książek Sandersona.

Wad nie ma wiele i nie powinny stanowić problemu dla czytelnika, który przebrnął przez Drogę królów. Choć wciąż można natknąć się tu i ówdzie na rozdziały plasujące się trochę poniżej średniej, to naprawdę nudne lub z jakiś innych względów ślamazarne fragmenty zdarzają się nadzwyczaj rzadko. Niektóre wątki mogłyby zostać poprowadzone nieco bardziej dynamiczne (np. część retrospekcji Shallan), ale Sandersonowi przy okazji Słów Światłości i tak należą się pochwały za lepsze zbilansowanie tempa rozwoju wydarzeń. W całej powieści znajduje się kilka punktów kulminacyjnych, z których każdy w innej serii fantasy mógłby uchodzić za wielki finał, a samo zakończenie u Amerykanina rozciąga się na jakieś sto pięćdziesiąt stron i nie pozwala oderwać się od lektury. Drodze królów zarzucałem także fragmenty, które burzyły zawieszenie niewiary (chodziło przede wszystkim o towarzyszącego Kaladinowi sprena) – w drugiej części cyklu autorowi udało się rozwiać wszystkie wątpliwości związane z tym elementem.

Archiwum Burzowego Światła po całkiem udanym początku notuje ogromną zwyżkę formy. Brandon Sanderson tym samym udowodnił, że potrafi utrzymać w ryzach molocha zaplanowanego na dziesięć tomów. Jeśli pozostałe części tego gigantycznego cyklu nie spadną poniżej poziomu prezentowanego przez Słowa Światłości, czytelnicy na całym świecie będą mogli cieszyć się z bardzo długiej, po brzegi wypełnionej atrakcjami przygody. Pytanie tylko, jak długo przyjdzie nam czekać na dalsze losy Kaladina i spółki?

9.0
Ocena recenzenta
8.75
Ocena użytkowników
Średnia z 8 głosów
-
Twoja ocena
Tytuł: Słowa światłości (Words of Radiance)
Cykl: Archiwum burzowego światła
Tom: 2
Autor: Brandon Sanderson
Tłumaczenie: Anna Studniarek
Wydawca: MAG
Miejsce wydania: Warszawa
Data wydania: 3 grudnia 2014
Liczba stron: 960
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-7480-466-0
Cena: 59 zł



Czytaj również

Archiwum burzowego światła - przekrojowo
Skazany na sukces?
- recenzja
Z mgły zrodzony
Mission impossible w złodziejskim wydaniu
- recenzja
Droga Królów
Początek bardzo długiej drogi
- recenzja
Słowa światłości
Epickie fantasy żyje!
- recenzja
Dawca Przysięgi. Tom 1 i 2
Nieoczekiwane aspekty Spustoszenia
- recenzja
Dawca Przysięgi. Tom 2
Alethkar się pali!
- recenzja

Komentarze


Asthariel
   
Ocena:
+2

Świetna powieść, na pewno lepsza od tomu pierwszego, i obok Bohatera Wieków najlepsza książka Sandersona do tej pory.

10-02-2015 19:42
Scobin
   
Ocena:
+1

Czyli "Bohater Wieków" jest jeszcze lepszy niż "Studnia Wstąpienia"? Czytam, niedługo wyrobię sobie własne zdanie!

Zasadniczo zgadzam się z recenzją. Tak jak pisałem podczas redakcji, dla mnie szczególną zaletą tej książki było powiązanie worldbuildingu z dynamiką fabularną i rozwojem postaci. Sandersonowe systemy magii nie są dla mnie specjalną atrakcją (choć rozumiem, dlaczego wielu innych czytelników je lubi), ale odkrywanie skomplikowanej i wielokrotnie fałszowanej historii świata – w powiązaniu z postępem historii oraz dojrzewaniem bohaterów – to co innego!

11-02-2015 00:59
Clod
   
Ocena:
+1

@Asthariel - choć Bohater Wieków zrobił na mnie całkiem spore wrażenie, to, według mnie, daleko mu do obu tomów ABŚ pod względem sprawności literackiej autora. Świat Ostatniego Imperium wydawał mi się nieciekawy, wręcz pretekstowy (jedynym wyróżnikiem był spadający z nieba popiół), ot koleje narzędzie fabularne niezbędne, by historia ostatecznie nabrała spójności. Uniwersum prezentowane w Drodze i Słowach jest znacznie bogatsze, ciekawsze i żywe. Można się kłócić, że porównanie jest nie na miejscu, skoro tamten świat umierał, ale i Roshar poznajemy w obliczu zagłady, a jest znacznie barwniejszy. Bohater był świetną książką ze względu na wielość intryg, twistów i zaskakujących rozwiązań - szczególnie tych nagromadzonych w końcówce. Natomiast Słowa są po prostu bardzo przyjemną lekturą od początku do końca.

@Scobin - również doceniam, to o czym wspominasz (btw. motyw z fałszowaniem historii jest obecny u wielu autorów, którzy debiutowali w ciągu ostatnich 10 lat - był u Abercrombiego w związku z wydarzeniami w Domu Boga, jest mocno obecny u Rothfussa, u Sandersona i w Ostatnim Imperium i w ABŚ, nie wiem, czy Tschaikovski też poszedł w tę stronę? - Tomku?), ale ja doceniam Sandersona za ten wielokrotnie podkreślany w recenzji progres, który zachodzi na wielu płaszczyznach. Jak przez Mistborny brnąłem dość mozolnie i często odkładałem lekturę, tak Słowa pochłonąłem bardzo szybko, biorąc pod uwagę rzecz jasna natłok dodatkowych obowiązków. Sanderson tworzy coraz ciekawsze postacie, mimo że wciąż krąży wokół mocno utartych schematów, stają się one wiarygodniejsze i pełniejsze - nie mogłem znieść Kelsiera, jego ekipa to wydmuszki, a Vin działała mi na nerwy przez pierwsze dwa tomy trylogii. Tu Kaladin początkowo za dużo się nad sobą użala, a Shallan na początku stoi w cieniu Jasnah, ale obie postacie jeszcze w Drodze Królów zyskały moją sympatię, a w Słowach Światłości zmieniły się, a raczej ewoluowały, w doskonały sposób. O tajemnicach worldbuildingu możesz porozmawiać z Tomkiem, bo on siedzi w tych wszystkich teoriach, a ja podkreślę jeszcze raz coś, co dla mnie jest ważne podczas lektury - losy bohaterów potrafią wywołać we mnie emocje i nie pozwalają się oderwać od książki, to świadczy dla mnie o jakości :)

12-02-2015 20:26
Scobin
   
Ocena:
+1

Z tym wywoływaniem emocji to jednak mocno subiektywna sprawa, nie? Potrzeba czegoś więcej, żeby z czystym sumieniem polecić książkę komuś innemu. :-) Co zresztą ładnie pokazuje Twoja recenzja, w której wzmianka o emocjach jest marginalna w porównaniu do pozostałej argumentacji.

Tak czy inaczej, konstrukcja bohaterów w "Słowach światłości" rzeczywiście jest najciekawsza w całej znanej mi twórczości Sandersona (ABŚ, Warbreaker, trylogia mistbornowa). Chociaż akurat Kelsier i Vin nie drażnili mnie tak jak Ciebie, to z opinią o wydmuszkach trudno się nie zgodzić.

13-02-2015 11:44

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.