» Fragmenty książek » Ściana burz

Ściana burz


wersja do druku
Ściana burz

Rozdział pierwszy

Wagarowicze

Pan: drugi miesiąc szóstego roku Rządów Czterech Spokojnych Mórz

Posłuchajcie mnie, panie i panowie.

Niech me słowa wymalują wam sceny wiary i odwagi.

Książęta, generałowie, ministrowie i służki, każdemu nieco uwagi.

Czym jest miłość dla księżniczki? Przed czym drżą królowie?

 

Jeśli trunkiem poluźnicie mi język i serce rozgrzejecie monetą,

wszystko wam zdradzę…

 

Niebo zasnuły chmury, a zimny wiatr przyniósł kilka płatków śniegu. Przechodnie w grubych płaszczach i futrzanych czapkach chyłkiem przemykali przez ulice Pan, Miasta Harmonii, śpiesząc się do ciepłych domów.

Albo przytulnego kąta w pubie, takim jak Trójnogi Dzban.

– Kira, czy to nie twoja kolej na stawianie? Wszyscy wiedzą, że twój mąż oddaje ci każdego miedziaka.

– I kto to mówi! Twój boi się kichnąć bez pozwolenia żony! Ale dzisiaj chyba Jizan stawia, siostro. Słyszałam, że bogaty kupiec z Ganu dał jej wczoraj pięć srebrników napiwku!

– Niby za co?

– Zaprowadziła go do jego ulubionej kurtyzany i w labiryncie ciemnych uliczek udało jej się zgubić szpiegów wynajętych przez jego żonę!

– Jizan! Nie miałam pojęcia, że posiadasz takie umiejętności…

– Nie słuchaj tych oszczerstw. Czy ja wyglądam jak ktoś, kto ma pięć srebrników?

– Cóż, wchodziłaś tutaj ze znaczącym uśmieszkiem. Pewnie ładnie ci zapłacił za pomoc w zorganizowaniu schadzki…

– Cicho już bądź! Jeszcze trochę i ktoś pomyśli, że witam gości w domu indygo…

– Ha, ha! Dlaczego miałabyś tylko ich witać? Na moje stać by cię było na zarządzanie całym domem indygo. Ba! Domem szkarłatu! Zdarzyło mi się ślinić do niejednego z tych chłopców. A może pomogłabyś siostrze z małą potrzebą…

– Chyba raczej dużą potrzebą…

– Czy wy nie potraficie choć na chwilę wznieść się myślami ponad rynsztok? Czekaj… Phiphi, chyba słyszałam brzdęk monet w twojej sakiewce, kiedy wchodziłaś. Czyżby poszczęściło ci się wczoraj w mahjonga?

– Nie wiem, o czym mówisz.

– Aha! Wiedziałam! Masz wszystko wymalowane na twarzy, dziwię się, że w ogóle potrafisz blefować w tej grze. Słuchaj, jeśli chcesz, żebyśmy z Jizan nie wspominały przed twoim mężem o twoim małym uzależnieniu od hazardu…

– Ty łysa kwoko! Ani mi się waż!

– Trudno się skupić na trzymaniu sekretów, gdy się człowiekowi chce pić. A może by tak zamówić trochę tego „nawilżacza umysłu”, jak to ładnie nazywają w operze?

– Och, wy zepsute… Dobra, dzisiaj ja stawiam.

– Kochana siostrzyczka.

– To tylko niewinne hobby, ale nie mogę znieść, jak mój stary łazi po domu ze smętną miną i marudzi, że przegram cały nasz dobytek.

– Trzeba przyznać, że wydajesz się ulubienicą Tazu. Ale fartem należy się dzielić!

– Rodzice przed moimi narodzinami najwyraźniej nie złożyli wystarczająco dobrej ofiary w Świątyni Tututiki, skoro wylądowałam z wami w roli „przyjaciółek”…

Tutaj, w środku Trójnogiego Dzbana, karczmy przycupniętej na obrzeżach miasta, ciepłe wino ryżowe, zimne piwo i arak kokosowy płynęły równie wartko co rozmowy. Płomienie tańczyły w palenisku na drewnianych polanach, napełniając pomieszczenie ciepłym światłem, a gości chętką na toasty. Zamarzająca para wodna na szybach w oknach tworzyła cudowne i skomplikowane wzory, odgradzając wnętrze od świata. Goście siedzieli wokół niskich stołów w pozycji géüpa, rozluźnieni i radośni, zajadali się pieczonymi orzeszkami w sosie z kolokazji, które podkreślały smak trunków.

Zazwyczaj artysta zabawiający ludzi opowieścią nie oczekiwałby od nich zaprzestania rozmów. Jednak ten im dłużej mówił, tym mniej głosów dało się słyszeć w tle. W tej jednej chwili przestały istnieć wszelkie różnice między stajennymi bogatego kupca z Wilczej Łapy, służkami mędr-

Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę
ca z Haanu, urzędnikami cesarskimi niskiego szczebla wymykającymi się popołudniem z biura, robotnikami odpoczywającymi po uczciwej porannej pracy, właścicielami sklepów, którzy udali się na chwilę przerwy, oddawszy swoje przybytki we władanie żonom, pokojówkami i matronami załatwiającymi sprawunki na mieście i spotykającymi się z przyjaciółmi – wszyscy stali się jedynie zafascynowanymi słuchaczami gawędziarza stojącego na środku karczmy.

Napił się spienionego piwa, odstawił kufel, klepnął kilka razy dłońmi po długich rękawach i ciągnął dalej:

– Wtem hegemon dobył Na-aroénny, zaś Mocri wycofał się o krok, by podziwiać wspaniałe oręże: prześladowcę wrogów, pogromcę nadziei, ciemiężyciela dusz. Nawet księżyc jakby nieco przygasł, onieśmielony blaskiem tej cudownej broni. „Przepiękny macie miecz – powiedział król Mocri, czempion Ganu. – Przewyższa wszystkie inne miecze tak jak consorta Mira przewyższa wszystkie inne kobiety”.

Hegemon popatrzył na Mocriego z pogardą, jego podwójne źrenice zabłyszczały. „Czyżbyście chwalili moje oręże, bo w waszych oczach posiadam niesprawiedliwą przewagę? Podejdźcie i wymieńmy się mieczami, a ja pewien jestem, że i tak was pokonam”. Mocri odrzekł: „A gdzieżby! Chwalę ten oręż, ponieważ wierzę, iż wojownika poznaje się po wybranej przez niego broni. Cóż lepszego może się przydarzyć człowiekowi niż spotkanie prawdziwie godnego siebie przeciwnika?”.

Twarz hegemona nieco złagodniała. „Wolałbym, żebyście nigdy się nie zbuntowali, Mocri…”

W kącie, ledwo oświetlonym przez blask ognia, dwóch chłopców i dziewczynka siedzieli skuleni wokół stolika. Ich szaty konopne były proste, ale solidnie wykonane, po czym można było wnosić, że to dzieci rolników albo służący bogatej kupieckiej rodziny. Starszy chłopiec wyglądał na dwanaście lat, miał jasną karnację, łagodne oczy i proporcjonalną budowę ciała. Ciemne, naturalnie kręcone włosy związał w nieporządny kok na czubku głowy. Po drugiej stronie stołu siedziała dziewczynka na oko rok młodsza, również o jasnej cerze i kręconych włosach – rozpuszczonych, opadających kaskadą wzdłuż ładnej, okrągłej twarzy. Uniosła kąciki ust w delikatnym uśmiechu i rozejrzała się po pomieszczeniu. Jej piękne oczy w kształcie dyrany błyszczały. Chłonęła wszystko z żywym zainteresowaniem. Obok niej miejsce zajął chłopiec jeszcze młodszy, mniej więcej dziewięcioletni, który miał cerę ciemniejszą, włosy zaś proste i czarne. Starsze dzieci wzięły młodszego w środek, między siebie, uniemożliwiając wyjście zza stołu. Jego szelmowski błysk w oku i nieustanne wiercenie się sugerowały powód tego stanu rzeczy. Podobieństwo rysów twarzy świadczyło o pokrewieństwie trojga dzieci.

– Ale fajnie! – szepnął młodszy chłopiec. – Założę się, że mistrz Ruthi ciągle myśli, że tkwimy w swoich pokojach i odbywamy karę.

– Phyro – zaczął starszy, nieznacznie marszcząc brwi – dobrze wiesz, że nam się nie upiecze. I tak będziemy musieli dzisiaj napisać trzy eseje o tym, jak można odnieść Moralność Kona Fijego do naszego zachowania, jak szczenięcą energię można okiełznać edukacją, zaś…

– Ciii… – uciszyła go dziewczynka. – Próbuję słuchać gawędziarza! Przestań prawić kazania, Timu. Już się zgodziłeś, że nie ma różnicy, czy najpierw się zabawimy, a potem pouczymy, czy najpierw pouczymy, a potem zabawimy. To się nazywa „zamiana czasu”.

– Zaczynam myśleć, że te wasze pomysły powinny się raczej nazywać „stratą czasu” – oznajmił starszy chłopiec. – Nie powinniście byli z Phyro żartować z Mistrza Kona Fijego, a ja powinienem był was traktować surowiej. Karę należy przyjmować z godnością.

– Och, poczekaj tylko, aż się dowiesz, co żeśmy z Thérą… mmf…

Dziewczyna zatkała młodszemu bratu usta.

– Nie faszerujmy Timu zbędną wiedzą, dobrze? – Phyro pokiwał głową, a Théra go puściła.

Chłopiec wytarł usta.

– Jesteś słona! Fuj! – prychnął, po czym odwrócił się do starszego brata. – Skoro tak się nie możesz doczekać pisania esejów, Toto-tika, z ogromną chęcią przekażę ci własny ich przydział, żebyś mógł napisać ich sześć zamiast trzech. Mistrz Ruthi i tak woli twoje.

– Akurat! Jedyny powód, dla którego zgodziłem się wymknąć z tobą i Thérą, jest taki, że jako najstarszy powinienem się wami opiekować, a wy obiecaliście, że później przyjmiecie karę…

– Starszy bracie, jestem zszokowany! – Phyro przyjął srogi wyraz twarzy, naśladując minę, którą przybierał ich nauczyciel przed rozpoczęciem kolejnej tyrady. – Czyż Kon Fiji w swoich Opowieściach o rodzinnym oddaniu nie pisał, że młodszy brat powinien wręczyć starszemu najdorodniejsze śliwki z koszyka, by okazać mu szacunek? Czyż nie jest też napisane, że starszy brat winien bronić młodszego przed zadaniami wykraczającymi poza jego możliwości, ponieważ obowiązkiem silniejszego jest chronić słabszego? Eseje są dla mnie jak twarde orzechy, lecz dla ciebie to soczyste śliwki. Proponuję ci to, ponieważ staram się być dobrym moralistą. Myślałem, że będziesz zadowolony.

– To… nie możesz… – W tej odmianie sztuki prowadzenia dyskusji Timu nie mógł się równać z młodszym bratem. Zgromił Phyro wzrokiem, a na jego twarzy wykwitł rumieniec. – Żebyś ty był taki mądry na lekcjach.

– Powinieneś się cieszyć, że Hudo-tika choć raz przeczytał to, co zostało zadane – powiedziała Théra, która podczas kłótni braci starała się zachować powagę. – A teraz bądźcie obaj cicho, bo chcę posłuchać opowieści.

– …spuścił Na-aroénnę, którą Mocri zatrzymał swą tarczą obitą żelazem i wzmocnioną łuskami crubena. Zupełnie jakby sam Fithowéo uderzył włócznią w górę Kiji albo Kana swą ognistą pięścią w powierzchnię morza. Lepiej jeszcze, posłuchajcie, jak wyśpiewam wam historię tego pojedynku:

 

Z jednej strony czempion Ganu, Wilczej Łapy syn;

Z drugiej strony hegemon Dary, ostatni z rodu Zyndu.

Jeden jest dumą ludu wyspiarzy, znakomitych włóczników;

Drugi wcieleniem boga wojny, samego Fithowéo.

Czy Pogromca Wątpliwości pokaże, któż jest władcą Dary?

A może Goremaw wreszcie zakrztusi się posiłkiem?

Jeden sieknie mieczem, drugi grzmotnie pałką.

Ziemia się trzęsie, gdy dwaj tytani biją, skaczą, łupią.

Przez dziewięć dni i dziewięć nocy na odludnym wzgórzu walczyli,

a siłę ich woli sami bogowie Dary sądzili…

 

Śpiewając, gawędziarz stukał kuchenną łyżką o skorupę orzecha kokosowego, żeby imitować odgłosy miecza uderzającego w tarczę. Od czasu do czasu podskakiwał lub machał długimi rękawami, żeby przywołać wojenny taniec legendarnych bohaterów. Jego głos unosił się i opadał, w jednej chwili brzmiał ostro, w następnej był tkliwy i rozmarzony, a słuchacze myślami przenosili się do innego czasu i miejsca.

– Po dziewięciu dniach zarówno hegemon, jak i król Mocri byli u kresu sił. Po odparciu kolejnego ciosu Pogromcy Wątpliwości Mocri zrobił krok w tył i potknął się o kamień. Upadł, wypuszczając z rąk miecz i tarczę. Wystarczyłby jeden cios hegemona, by skrócić go o głowę.

– Nie! – Phyro nie zdołał się powstrzymać. Timu i Théra, równie zaabsorbowani historią, nie uciszali go.

Gawędziarz z zadowoleniem skinął w kierunku dzieciaków i zaraz wrócił do opowieści.

– Jednak hegemon pozostał na miejscu i czekał, aż Mocri podniesie się i stanie w gotowości, z mieczem i tarczą w ręku. „Dlaczego tego nie skończyłeś?”, zapytał Mocri, dysząc. „Ponieważ wielki człowiek zasługuje na to, by jego życie nie skończyło się przypadkiem – rzekł hegemon, który oddychał równie ciężko. – Świat może nie jest sprawiedliwy, lecz musimy się starać, by go takim uczynić”. „Hegemonie – odparł Mocri – cieszę się i smucę jednocześnie, że się spotkaliśmy”.

I znów ruszyli przeciwko sobie, krocząc głośno i dumnie.

– No i to się nazywa prawdziwy bohater – wyszeptał Phyro z podziwem i tęsknotą. – Hej, Timu i Théra, wy poznaliście hegemona, prawda?

– Tak, ale to było bardzo dawno temu – odpowiedział Timu. – Właściwie to niewiele pamiętam, poza tym, że był naprawdę wysoki, a te jego dziwne oczy wyglądały potwornie i dziko. Pamiętam, jak myślałem o tym, ile siły musi mieć, by posługiwać się tym ogromnym mieczem, który nosił na plecach.

– Musiał być wspaniałym człowiekiem – stwierdził Phyro. – Był taki honorowy, taki wspaniałomyślny dla swoich wrogów. Jaka szkoda, że nie mogli razem z tatą…

– Cicho! – przerwała mu Théra. – Hudo-tika, nie tak głośno! Chcesz, żeby wszyscy się dowiedzieli, kim jesteśmy?

Phyro może był nieznośny dla starszego brata, lecz autorytet siostry respektował. Natychmiast zniżył głos.

– Przepraszam. Po prostu wydaje mi się, że był niesamowicie odważnym człowiekiem. I Mocri też. Muszę opowiedzieć Ada-tice o bohaterze z jej rodzinnej wyspy. Dlaczego mistrz Ruthi nigdy nam nic nie mówił o Mocrim?

– To tylko historyjka – oznajmiła Théra. – Chyba nie wierzysz, że naprawdę walczyli przez dziewięć dni i dziewięć nocy? Pomyśl tylko: gawędziarza tam nie było, więc skąd może wiedzieć, co powiedzieli hegemon i Mocri? – Widząc rozczarowanie na twarzy braciszka, zaraz dodała łagodniejszym tonem: – Jeśli chcesz usłyszeć prawdziwe historie o bohaterach, opowiem ci później o tym, jak ciocia Soto powstrzymała hegemona przed skrzywdzeniem mamy i nas. Miałam wtedy tylko trzy latka, ale pamiętam to, jakby się wydarzyło wczoraj.

Phyro aż oczy zabłyszczały i już miał zapytać o więcej szczegółów, kiedy nagle dało się słyszeć srogi męski głos.

– Dosyć mam tych absurdalnych bajek, ty zuchwały oszuście!

Zszokowany gawędziarz urwał w pół zdania. Wszyscy klienci karczmy spojrzeli na intruza. Obok paleniska stał wysoki mężczyzna, szeroki w barach i umięśniony jak robotnik portowy. Nie mógł się z nim równać chyba żaden z mężczyzn obecnych w pomieszczeniu. Poszarpana blizna, zaczynająca się przy lewej brwi i kończąca na prawym policzku, przydawała jego twarzy strasznego wyrazu, który wzmagał jeszcze widok naszyjnika z wilczych zębów na jego gęsto owłosionej piersi, widocznej pomiędzy luźnymi klapami krótkiej szaty. W rzeczy samej, gdy przybysz obnażył swe żółte zęby, wyglądał niczym wygłodniały wilk podczas polowania.

– Jak śmiesz zmyślać takie opowieści o tym zdrajcy Macie Zyndu? Przecież próbował przeszkodzić cesarzowi Raginowi w zdobyciu należytego tronu, spowodował wiele niepotrzebnego cierpienia i zniszczeń. Chwaląc tego nikczemnego tyrana Zyndu, oczerniasz zwycięstwo naszego mądrego cesarza i pomawiasz Tron Mlecza. Oto są słowa zdrady.

– Dopuszczam się zdrady, opowiadając kilka historyjek? – Gawędziarz tak się zirytował, że aż wybuchnął śmiechem. – A może jeszcze mi powiesz, że członkowie wszystkich trup teatralnych to wichrzyciele, bo pokazują wzloty i upadki dynastii tirojskich? A może mądry cesarz Ragin jest zazdrosny o kukiełki ze sztuk o cesarzu Mapidérém? Ależ z ciebie głupiec!

Właściciele Trójnogiego Dzbana, okrągły mężczyzna o mikrym wzroście i jego równie okrągła żona, wbiegli między spierających się ze sobą klientów, żeby ich pogodzić.

– Panowie! Pamiętajmy, że jesteśmy w skromnym przybytku rozrywki i odpoczynku! Żadnej polityki, uprzejmie proszę! Wszyscyśmy tu przyszli po ciężkim dniu pracy, żeby wypić parę kufli piwa i się zabawić. – Mężczyzna odwrócił się do olbrzyma z blizną i ukłonił się nisko. – Panie, widzę, żeś człek o gorącej krwi i silnym kręgosłupie moralnym. Jeśli opowieść was uraziła, pierwszy przepraszam. Dobrze znam Tino i zapewniam, że nie zamierzał obrażać cesarza. Wręcz przeciwnie! Zanim został gawędziarzem, walczył u boku cesarza Ragina w czasie Wojny Chryzantemy z Mleczem w Haanie, kiedy cesarz był jeszcze jedynie królem Dasu.Jego żona uśmiechnęła się przymilnie.

– A może by tak flaszkę wina śliwkowego na nasz koszt? Jeśli napije się pan razem z Tino, jestem pewna, że całe to nieporozumienie szybko odejdzie w niepamięć.

– Jak pani śmie sugerować, że chciałbym się napić wina z kimś takim? – oburzył się gawędziarz i pogardliwie machnął szerokim rękawem w kierunku olbrzyma z blizną.

Inni klienci również zaczęli lżyć intruza.

– Siadaj, ty ignorancki wieprzu!

– Wynoś się, jak ci się historia nie podoba. Nikt cię nie zmusza do słuchania!

– Sam cię wyrzucę, jak się zaraz nie uspokoisz! Przybysz uśmiechnął się, sięgnął po klapę szaty, pod wiszący na piersi wilczy naszyjnik, i wyciągnął stamtąd małą metalową tabliczkę. Pomachał nią, pokazując ją pozostałym gościom, a potem podstawił pod nos właścicielce przybytku.

– Rozpoznajecie?

Kobieta zmrużyła oczy, żeby dobrze się przyjrzeć. Tabliczka miała wielkość dwóch dłoni, a wyryte na niej były dwa logogramy: oko z wychodzącymi z niego promieniami, oznaczające słowo „wzrok”, oraz logogram słowa „daleki”, czyli liczebnik „tysiąc” zmodyfikowany przez wijącą się wokół niego ścieżkę. Zszokowana właścicielka zaczęła się jąkać.

– P-pan jest… yyy… jest pan z…

Przybysz schował tabliczkę i rozejrzał się prowokująco po pomieszczeniu z zimnym, pozbawionym wesołości uśmiechem.

– Zgadza się. Służę księciu Rinowi Codzie, Sekretarzowi Cesarskiego Dalekowidztwa.

Pokrzykiwania klientów zaraz przycichły i nawet harde dotąd spojrzenie Tino przygasło. Chociaż przybysz wyglądał bardziej jak bandyta niż urzędnik, mówiło się, że książę Coda, który dowodził szpiegami cesarza Ragina, współpracował też z nieco bardziej szemranym towarzystwem. Także z kimś takim jak olbrzym z blizną. Co prawda nikt z obecnych w karczmie nie słyszał, by jakikolwiek gawędziarz wpadł w kłopoty z powodu nieco wyolbrzymionej opowieści na temat hegemona, lecz książę Coda faktycznie zajmował się między innymi tropieniem zdrajców i niezadowolonych byłych arystokratów, którzy spiskowali przeciwko cesarzowi. Nikt nie chciał ryzykować, że napyta sobie biedy, występując przeciwko zaufanemu człowiekowi cesarza.

– Czekaj… – Phyro już miał coś powiedzieć, kiedy Théra złapała go pod stołem za rękę i ścisnęła, a potem powoli pokręciła głową.

Widząc, jakie wrażenie wywarł na wszystkich dokoła, olbrzym z blizną uśmiechnął się z satysfakcją. Odepchnął właścicieli przybytku i pomaszerował w stronę Tino.

– Tacy cwani, nielojalni artyści jak ty są najgorsi. Fakt, że walczyłeś dla cesarza, nie daje ci prawa, by mówić, co ślina na język przyniesie. Normalnie zabrałbym cię do konstabli na dalsze przesłuchanie – Tino skurczył się ze strachu – ale mam dzisiaj dobry humor. Jeśli zapłacisz dwadzieścia pięć sztuk srebra i przeprosisz za błędy, może puszczę cię z ostrzeżeniem.

Tino zerknął na te kilka monet w miseczce z napiwkami i odwrócił się z powrotem do olbrzyma. Ukłonił mu się kilka razy. Wyglądał przy tym jak kura dziobiąca w ziemi.

– Szlachetny panie, proszę! Ta suma to więcej, niż zarabiam w ciągu tygodnia. A w domu mam chorą matkę…

– Oczywiście, że tak – odparł mężczyzna z blizną. – Będzie za tobą potwornie tęsknić, gdy trafisz na przesłuchanie, prawda? A porządne zbadanie sprawy może zająć kilka dni, nawet tydzień. Rozumiesz?

Na twarzy Tino odmalowała się wściekłość, a następnie poniżenie. Wreszcie uznał swoją porażkę i sięgnął za pazuchę, by wyciągnąć sakiewkę. Klienci karczmy odwrócili wzrok, bojąc się choćby pisnąć.

– Nie myślcie sobie, że was to ominie – oznajmił mężczyzna z blizną. – Widziałem, jak wam się podobało, kiedy gawędziarz przemycił w swej kłamliwej historyjce krytykę cesarza. Każdy z was będzie musiał zapłacić jedną srebrną monetę za współudział w przestępstwie.

Kobiety i mężczyźni w tawernie wydawali się niepocieszeni, ale kilkoro westchnęło i zaczęło wyciągać sakiewki.

– Przestańcie.

Mężczyzna z blizną rozejrzał się w poszukiwaniu źródła tego ostrego, zdecydowanego głosu, w którym nie dało się słyszeć choćby cienia strachu. W ciemnym kącie dostrzegł czyjąś niewyraźną postać, która po chwili podeszła do paleniska, wyraźnie kulejąc. Każdemu jej krokowi towarzyszyło stukanie laski.

Chociaż ubrana była w powłóczystą, wykończoną niebieskim jedwabiem szatę uczonego, okazała się kobietą. Miała jakieś osiemnaście lat, jasną cerę i szare oczy, które emanowały pewnością siebie nieprzystającą do jej wieku. Jej lewy policzek pokrywały rozchodzące się promieniście krawędzie bladoróżowej blizny, niczym szkic kwiatu w rozkwicie, którego łodyżka ciągnęła się po szyi jak linia boczna na ciele ryby. Przydawało to swego rodzaju żywotności tej skądinąd wymizerowanej dziewczynie. Jej jasnobrązowe włosy były upięte na czubku głowy w zwyczajny potrójny kok. Z jej niebieskiej szarfy zawiązanej w pasie zwisały frędzle i plecione sznurki – znak rozpoznawczy mieszkańców dalekich północno-zachodnich wysp dawnej Xany. Dziewczyna opierała się na drewnianej lasce, niemal tak wysokiej jak ona sama. Prawą rękę oparła na noszonym przy pasie mieczu, którego pochwa i rękojeść wyglądały na zniszczone i nędznej jakości.

– Czego chcesz? – zapytał mężczyzna z blizną. W jego głosie jednak nie słyszało się już takiej arogancji jak wcześniej. Zawijany kok dziewczyny i śmiałość, z jaką nosiła broń w Pan, wskazywały, że należała do uczonych o randze cashima, co w klasycznym ano oznaczało „praktykę”: zdała drugi poziom cesarskich egzaminów.

Cesarz Ragin przywrócił i rozwinął system egzaminów na urzędników państwowych – dawniej praktykowany przez królów tirojskich i xańskiego cesarza – uczyniwszy go jedynym modelem awansu dla ludzi z ambicjami politycznymi. Tym samym wyeliminował inne przez długi czas stosowane sposoby zdobywania ważnych stanowisk: protekcję, kupowanie i dziedziczenie tytułów czy rekomendację ze strony szlachetnie urodzonych. Konkurencja na egzaminach była zażarta, zaś cesarz – samemu osiągnąwszy władzę dzięki pomocy kobiet na wysokich stanowiskach – pozwolił brać w nich udział przedstawicielom obu płci. Chociaż kobiety w toko dawiji – randze nadawanej tym, którzy zdali egzaminy miejskie, czyli te najniższego stopnia – wciąż spotykało się rzadko, a te w randze cashima jeszcze rzadziej, cieszyły się takimi samymi przywilejami, co mężczyźni. Na przykład toko dawiji były zwolnione z pańszczyzny, zaś cashima dodatkowo mogły zostać zaprowadzone bezpośrednio do cesarskiego magistratu w chwili oskarżenia o przestępstwo, zamiast trafić na przesłuchanie do konstabli.

– Przestań dręczyć tych ludzi – powiedziała spokojnie. – A już z pewnością zapomnij o wydobyciu srebrnej monety ode mnie.

Człowiek z blizną nie spodziewał się kogoś w jej randze w takiej mordowni jak Trójnogi Dzban.

– Droga pani, wy oczywiście nie musicie płacić. Nie wątpię, że w niczym nie przypominacie tych zdradzieckich kundli.

Dziewczyna pokręciła głową.

– Nie wierzę, że pracujesz dla księcia Cody.

Przybysz zmrużył oczy.

– Wątpisz w znak dalekowzrocznych?

Uśmiechnęła się.

– Tak szybko go schowałeś, że nie zdążyłam mu się przyjrzeć. A może mi go jeszcze pokażesz?

Mężczyzna roześmiał się niezręcznie.

– Taka uczona z pewnością rozpoznała logogramy na pierwszy rzut oka.

– Łatwo je podrobić za pomocą wosku i warstwy srebrnej farby, zaś o wiele trudniej wykuć naprawdę przekonującą tabliczkę od sekretarza Rina.

– Co… co ty bredzisz? Przecież to czas Wielkiego Egzaminu, kiedy śmietanka uczonych z całej Dary zjeżdża się do stolicy. Wichrzyciele tylko czekają na taką okazję, by skrzywdzić utalentowanych mężczyzn i, no, kobiety, którzy przybyli służyć cesarzowi. To naturalne, że książę Coda zwiększyłby liczbę agentów.

Dziewczyna pokręciła głową i ciągnęła dalej z niezmąconym spokojem.

– Cesarz Ragin szczyci się sławą tolerancyjnego władcy otwartego na szczere rady. Z jego ręki nawet Zato Ruthi, który niegdyś występował przeciwko niemu, doczekał się stanowiska Cesarskiego Nauczyciela ze względu na szacunek, jakim cieszyła się jego wiedza. Oskarżanie gawędziarza o zdradę za trochę artystycznej swobody zmroziłoby serca kobiet i mężczyzn, których cesarz próbuje zwerbować. Książę Coda, który doskonale zna cesarza, nigdy nie zezwoliłby na takie działania.

Mężczyzna aż poczerwieniał. Na jego twarzy odmalowała się furia, a gruba blizna zdawała się wić jak wąż. Mimo to nawet nie drgnął, nie postąpił w stronę dziewczyny nawet o krok.

Ta roześmiała się.

– Właściwie to sama zawołam konstabli. Podszywanie się pod cesarskiego agenta to przestępstwo.

– O nie – szepnęła Théra.

– Co? – rzucili Timu i Phyro jednocześnie.

– Nie powinno się zapędzać w kąt wściekłego psa – jęknęła dziewczynka. Mężczyzna z blizną zmrużył oczy, a jego respekt wobec kobiety w randze cashima ustąpił pod naporem gniewu. Przybysz ryknął i rzucił się na dziewczynę. Zaskoczona zdołała w ostatniej chwili niezdarnie usunąć mu się z drogi, ciągnąc za sobą niesprawną lewą nogę. Postawny napastnik wylądował na stole, a siedzący przy nim klienci odskoczyli, przeklinając i krzycząc. Mężczyzna zaraz się podniósł, wyraźnie jeszcze bardziej zezłoszczony, i złorzecząc, znów przypuścił atak.

– Mam nadzieję, że dziewczyna walczy tak samo dobrze, jak gada – stwierdził Phyro. Zaklaskał i się roześmiał. – Nigdy jeszcze nie mieliśmy takiej zabawy!

– Nie ruszajcie się! – rozkazał Timu, wyciągając ręce, by ochronić brata i siostrę przed zamieszaniem.

Dziewczyna dobyła miecza. Wciąż opierając się na lasce, niepewnie wysunęła broń przed siebie i skierowała ku napastnikowi. Jednak ten jakby oszalał – nie zwolnił, po prostu rzucił się na nią, chwytając ostrze miecza gołymi dłońmi.

Klienci karczmy zamarli, spodziewając się, że spomiędzy ściśniętych palców zaraz popłynie krew.

Rozległ się trzask. Miecz złamał się w pół, a dziewczyna wylądowała na podłodze, przygnieciona ciałem mężczyzny. Wciąż trzymała w ręku połówkę swojej broni, a nigdzie nie dało się dostrzec nawet kropli krwi.

Ten z blizną roześmiał się i rzucił drugą część miecza do paleniska, gdzie pomalowane srebrną farbą drewno zaraz zajęło się ogniem.

– Kto tu jest prawdziwym oszustem? – zakpił. – Swój pozna swego, co? A teraz mi za to zapłacisz. – Podszedł do wciąż ogłuszonej dziewczyny niczym wilk zbliżający się do ofiary. Teraz, gdy rąbek jej szaty zadarł się, mężczyzna zobaczył, że jej lewa noga została umieszczona w swego rodzaju uprzęży, podobnej do tych noszonych przez weteranów, którzy na wojnie potracili członki. – Czyli jesteś też bezużyteczną kaleką. – Splunął na nią, podniósł prawą nogę obutą w ciężki skórzany bucior i wycelował w głowę.

– Ani mi się waż! – krzyknął Phyro. – Tylko jej dotknij, a pożałujesz! Mężczyzna z blizną zatrzymał się i odwrócił w stronę trójki dzieciaków w kącie.

Timu i Théra gapili się na młodszego brata.

– Mistrz Ruthi zawsze powtarza, że prawdziwy moralista musi stawać po stronie potrzebujących – oznajmił obronnym tonem Phyro.

– Więc nagle postanowiłeś, że czas zacząć słuchać mistrza Ruthiego? – jęknęła Théra. – Wydaje ci się, że jesteśmy w pałacu, otoczeni przez strażników, którzy nas obronią?

– Przepraszam, ale nie mogłem pozwolić, by kalali imię taty! – szepnął zawziętym tonem Phyro.

– Uciekajcie, oboje! – krzyknął Timu. – Ja go zatrzymam. – Zamachał cienkimi rękami, niepewny, co właściwie z nimi począć.

Przyjrzawszy się trójce „bohaterów”, mężczyzna z blizną wybuchnął śmiechem.

– Zajmę się wami, bachory, jak już skończę z tą tutaj. – Odwrócił się i pochylił, żeby sięgnąć po sakwę podróżną przyczepioną do przepaski dziewczyny.

Théra omiotła wzrokiem wnętrze karczmy: niektórzy klienci stali przyciśnięci do ścian, próbując trzymać się jak najdalej od miejsca bójki, inni powoli wycofywali się w stronę drzwi. Nikt nie zamierzał przeszkadzać mężczyźnie w kradzieży – a może i czymś gorszym. Théra złapała Phyro za uszy, zanim zdążył czmychnąć, odwróciła go twarzą w swoją stronę, a potem przystawiła czoło do jego czoła.

– Auć! – syknął chłopiec. – Musisz to robić?

– Timu jest odważny, ale nie poradzi sobie w walce – powiedziała.

Phyro pokiwał głową.

– Chyba że mówimy o pojedynku w zapisywaniu najbardziej nieznanych logogramów.

– Właśnie. Czyli musimy coś zrobić, ty i ja. – Szybko wyszeptała mu do ucha plan.

Phyro wyszczerzył zęby.

– Jesteś najlepszą starszą siostrą.

Timu, wciąż kręcąc się niepewnie, pchnął ich oboje w stronę wyjścia, lecz ani myśleli uciekać.

– No, już was tu nie ma! – popędzał. Mężczyzna z blizną przeglądał właśnie zawartość sakwy wyrwanej dziewczynie, która leżała nieruchomo u jego stóp. Może wciąż nie odzyskała przytomności po tym pierwszym ciosie.

Phyro skoczył i zniknął w tłumie klientów.

Tymczasem Théra wspięła się na stół.

– Hej, ciociu Phiphi, ciociu Kiro, ciociu Jizan! – zawołała, wskazując trzy kobiety zbliżające się do drzwi. Zatrzymały się i spojrzały na nieznajomą dziewczynkę, zdumione, że mała zna ich imiona.

– Znacie ją? – zapytała Phiphi.

Jizan i Kira pokręciły głowami.

– Siedziała przy stoliku obok – odpowiedziała szeptem Kira. – Mogła nas podsłuchiwać.

– Czy nie powtarzacie mi ciągle, że nie mogę się dawać rozstawiać po kątach, jeśli po wyjściu za mąż chcę mieć spokój w domu? – ciągnęła dalej Théra. – Skoro wszyscy mężczyźni uciekają z podkulonymi ogonami, może wy, ciotki, pomożecie mi dać nauczkę temu prostakowi?

Olbrzym z blizną spoglądał to na Thérę, to na trzy kobiety, nie wiedząc, co się właściwie dzieje. Dziewczynka nie zamierzała dać mu czasu na rozpracowanie tej sytuacji.

– Och, kuzynko Ro! Widzę, że jesteśmy tu całą rodziną. Dlaczego tak się boimy tego bęcwała?

– Bynajmniej – odpowiedział głos z tłumu. Wydawał się młody, dziewczęcy. A chwilę potem z cienia niedaleko drzwi pofrunęła czarka i trafiła w tego z blizną, oblewając go aromatyczną, gorącą herbatą. – A niech mnie, tyle nas tutaj, że moglibyśmy go utopić w samej ślinie! Ciociu Phiphi, ciociu Kiro, ciociu Jizan, no dalej!

Klienci zmierzający ku wyjściu przystanęli. Wywołane z imienia kobiety gapiły się na mężczyznę z blizną, który wyglądał jak zmokła kura. Następnie popatrzyły po sobie i wyszczerzyły zęby w uśmiechu.

Chwilę później w powietrze poleciały trzy kufle i wylądowały na twarzy intruza. Mężczyzna wrzasnął z wściekłości.

– A teraz coś ode mnie! – Théra porwała ze stołu dzban wina ryżowego i cisnęła nim w głowę olbrzyma. Nie trafiła i naczynie rozbiło się o palenisko; wino zasyczało w ogniu.

Dowodzenie tłumem to delikatna sprawa. Czasami wystarczyło tylko dać przykład, żeby stado bojaźliwych owiec zmieniło się w watahę wilków. Będąc pod wrażeniem postawy kobiet, mężczyźni popatrzyli po sobie znacząco. Nagle wstąpiła w nich odwaga. Nawet gawędziarz Tino, tak uległy jeszcze chwilę wcześniej, rzucił w oszusta swoim niedopitym piwem. Czarki, filiżanki, dzbany i kufle frunęły z różnych stron na mężczyznę z blizną, który osłaniał głowę rękami i próbował się uchylać, wrzeszcząc z bólu. Małżeństwo prowadzące przybytek skakało tu i tam, błagając ludzi, by nie niszczyli ich mienia, ale było już za późno.

– Zapłacimy wam – zawołał Timu, próbując przekrzyczeć tłum, nie miał jednak pewności, że właściciele go usłyszeli. Oszust oberwał wielokrotnie, więc zapewne dorobi się paru nowych blizn. Krew płynęła z rozcięć na jego twarzy, był przemoczony herbatą, winem i piwem. Zdawszy sobie sprawę, że nikogo już tutaj nie przestraszy, splunął z nienawiścią na Thérę i postanowił dać nogę, zanim tłum rozochoci się jeszcze bardziej i spróbuje go powalić.

Wrzucił sakiewkę w ogień, po czym, przepychając się łokciami, ruszył do wyjścia. Ludzie, wciąż będąc pod wrażeniem jego postawnej sylwetki i siły, usuwali mu się z drogi. Wypadł na zewnątrz niczym wilk przegoniony z dala od watahy przez stado psów gończych i zaraz zostało po nim tylko kilka wirujących w powietrzu płatków śniegu. Biesiadnicy kręcili się po karczmie, klepiąc się nawzajem po plecach i gratulując sobie odwagi. W świętowaniu nie uczestniczyli jedynie właściciele, którzy uzbrojeni w miotłę, wiadro i szmatę sprzątali pobojowisko. Phyro przepchnął się przez tłum i stanął obok siostry.

– Trzasnąłem go tą pierwszą czarką prosto w szyję – pochwalił się.

– Dobra robota, „Kuzynko Ro” – odparła Théra z uśmiechem.

Gawędziarz Tino i właściciele przybytku przyszli podziękować trójce dzieciaków za ich heroiczny czyn – a w przypadku tych drugich także upewnić się, że naprawdę za wszystko zapłacą. Pozostawiając Timu, żeby zajął się kwiecistym językiem wzajemnych podziękowań, uprzejmej skromności i obietnic, Théra i Phyro podeszli do pobitej dziewczyny, żeby sprawdzić, czy wszystko z nią w porządku.

Została ogłuszona przez pierwszy potężny cios, ale poza tym niewiele jej dolegało. Pomogli jej wstać i podali czarkę z ciepłym winem ryżowym.

– Jak się nazywasz?

– Zomi Kidosu – powiedziała słabym, zawstydzonym głosem. – Pochodzę z Dasu.

– Jesteś prawdziwą cashima? – zapytał Pyro, wskazując na złamany drewniany miecz.

– Hudo-tika! – Théra była zażenowana niegrzecznym pytaniem młodszego brata.

– No co? Jeśli miecz nie jest prawdziwy, może jej ranga również.

Młoda kobieta nie odpowiedziała. Wpatrywała się w palenisko, gdzie druga część jej broni została spalona na popiół.

– Moja przepustka… Moja przepustka…

– Jaka przepustka? – zapytał Phyro.

Zomi nie przestawała mamrotać pod nosem, jakby nie usłyszała słów chłopca.

Théra przyjrzała się zniszczonym butom dziewczyny i połatanej szacie; jej wzrok zatrzymał się na moment na misternie skonstruowanej uprzęży wokół jej lewej nogi. Nigdy wcześniej nie widziała czegoś takiego, nawet u cesarskich lekarzy, którzy pracowali nad wyleczeniem urazów u najbardziej zaufanych strażników jej ojca. Zauważyła zgrubiałe opuszki prawego kciuka, palca wskazującego i środkowego, a także z tyłu palca serdecznego. Zobaczyła okruchy wosku i plamy atramentu pod paznokciami.

„Dziewczyna jest daleko od domu, a ostatnio bardzo, bardzo intensywnie ćwiczyła pisanie”, pomyślała.

– Oczywiście, że to prawdziwa cashima – oznajmiła na głos. – Przyjechała tutaj na Wielki Egzamin. Ten głupiec spalił jej przepustkę do Sali Egzaminacyjnej!

-
Ocena użytkowników
Średnia z 0 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 0
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Ściana burz (The Wall of Storms)
Cykl: Pod sztandarem Dzikiego Kwiatu
Tom: 2
Autor: Ken Liu
Tłumaczenie: Agnieszka Brodzik
Wydawca: SQN
Data wydania: 11 kwietnia 2017
Liczba stron: 768
Oprawa: miękka
Format: 135×210mm
ISBN-13: 978-83-7924-649-6
Cena: 54,90 zł



Czytaj również

Ściana burz
Wsłuchajcie się raz jeszcze w losy Dary
- recenzja
Królowie Dary
Weź udział w chińskiej rewolucji!
- recenzja
Królowie Dary
- fragment
Nebula 2012: O tworzeniu książek przez wybrane gatunki - Ken Liu
Wszyscy tworzą książki. Nie wszyscy otrzymają Nebulę
O tworzeniu książek przez wybrane gatunki – Ken Liu
(The Bookmaking Habits of Select Species)

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.