» Recenzje » Reguła Dziewiątek - Terry Goodkind

Reguła Dziewiątek - Terry Goodkind

Reguła Dziewiątek - Terry Goodkind
Czy magia istnieje? Dlaczego przez całą historię we wszystkich kulturach pojawiają się legendy o czarodziejach, wróżkach i smokach, skąd wzięły się słowa na opisanie tych nierealnych wyobrażeń? Czy to jedynie mity zakorzenione w zbiorowej podświadomości, czy też zachowane wspomnienia sprzed tysięcy lat, swoista "pamięć genetyczna" przekazująca fakty, które rzeczywiście miały kiedyś miejsce? Na te pytania próbuje odpowiedzieć Terry Goodkind w Regule Dziewiątek, w której powraca do świata wykreowanego w cyklu Miecz Prawdy, zmieniając jednakże perspektywę opisywanych przez siebie wydarzeń.

Alexander Rahl wiedzie spokojną i raczej nudną egzystencję. Nie odnosi sukcesów jako artysta, jego obrazy zalegają w galerii, której właściciel wciąż sugeruje, by miast krajobrazów Alex zaczął tworzyć modne ekspresyjne abstrakcje. Najnowsza narzeczona wydaje się być bardziej zaangażowana w ich związek, niż on sam, samochód regularnie się psuje, zaś ekscentryczny dziadek absorbuje resztę jego uwagi. Po prostu – zwyczajne życie, które jednak diametralnie zmienia się w dniu dwudziestych siódmych urodzin mężczyzny. Pozornie nie związane ze sobą fakty: uratowanie spod kół ciężarówki tajemniczej kobiety i odziedziczenie Zamkowej Góry (rozległego terytorium w odludnej części stanu Maine) zapoczątkują lawinę zdarzeń, podczas których Alex pozna swoje prawdziwe przeznaczenie. Jax okaże się wysłanniczką z innego świata, której misja polega na ochronie mężczyzny, tak by mógł on wypełnić przekazywaną od pokoleń przepowiednię głoszącą, iż pewnego dnia ktoś niezrodzony w jej świecie będzie musiał go ocalić.

Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę

Brzmi zagadkowo i nieco patetycznie? Zapewne taki właśnie efekt chciał Goodkind wywołać − zaintrygować czytelnika, wciągnąć go w rozgrywkę pomiędzy siłami dobra i zła, która trwa od tysiącleci i toczy się w dwóch światach, czyli znanej nam rzeczywistości i uniwersum równoległym, rządzonym prawami magii. Obie rzeczywistości zostały przed wiekami rozdzielone przez Richarda Rahla, przodka Alexa, a w jaki sposób to się dokonało autor opisał w cyklu Miecz Prawdy, bez którego lektury raczej trudno będzie Regułę Dziewiątek zrozumieć. Zbyt wiele w niej odwołań i aluzji czy to do postaci, czy do wydarzeń tam przedstawionych, nawet wprowadzenie wielostronicowych wykładów, zarówno na temat historii, jak i reguł, wedle których egzystuje równoległa rzeczywistość, nie wystarcza, by ją do końca pojąć.

Akcja gna do przodu w zawrotnym tempie, gwałtownie przeskakując od jednego wydarzenia do kolejnego, tak jakby autor nie chciał nam pozwolić nawet na chwilę oddechu. Pogonie, pułapki, zamachy, złowrogie knowania antagonistów głównego bohatera, walki, zdrady, znów pościgi… To mnożenie przeciwności, na jakie natyka się Aleks, wywołało u mnie skutek odwrotny od zamierzonego – w pewnej chwili owo spiętrzenie zaczęło mnie nużyć. Wszystko dzieje się zbyt szybko i zbyt pobieżnie, takie rozwiązanie fabularne przypomina mi zapis sesji RPG − bieg od przygody do przygody, pokonywanie kolejnych przeciwników, od najsłabszego, poprzez wrogów potężniejszych, by w scenie finałowej zmierzyć się z głównym schwarzcharakterem. Do tego starcia bohaterowie przygotowują się, zbierając doświadczenie niemalże do ostatniej strony, lecz wypada ono blado i nieprzekonująco, napięcie miast wzrastać wraz z rozwojem fabuły – gwałtownie opada.

Archetypiczny motyw zapowiedzianego proroctwem człowieka, który ma za zadanie uratować świat, jest równie stary, jak i sama literatura. Tutaj przedstawiony został w sposób mało oryginalny. Może ów Wybraniec budzić skojarzenia z Matrixem − bohater zostaje nagle skonfrontowany z rzeczywistością odmienną od tej, do której przywykł, z wiedzą dostępną jedynie garstce wtajemniczonych. Alex zadziwiająco łatwo godzi się na swój los, niemal od pierwszej chwili całkowicie ufając słowom Jex – wszak pierwszym odruchem, gdy słyszy się historie o światach równoległych jest znaczące popukanie się w czoło. Protagonista jest bardzo niekonsekwentnie prowadzony – przez pierwszą część książki bierny, słaby i budzący politowanie, nagle zyskuje umiejętności, jakich nie powstydziliby się zaprawiony w bojach komandos i czarodziej zaawansowany w swych arkanach razem wzięci. Mimo tej ewolucji (czy może raczej – rewolucji) nie potrafił wzbudzić mojej sympatii, wydał mi się zbyt papierowy. Podobnie, jak i pozostałe postaci. Towarzysząca mu Jex to kolejna wariacja na temat kobiety-wojowniczki, zaś jej tajemnicze moce i zagadkowe pochodzenie wydają się oczywiste już od pierwszego momentu, gdy zaistniała na kartach powieści. Cała reszta stanowi bardziej tło, pobieżnie jeno zarysowane, niż pełnoprawnych bohaterów, lub też (w przypadku wrogów Aleksa) pełni rolę mięsa armatniego. Zaś główny jego przeciwnik, Radell Cain, tyran pragnący opanować wrota dzielące światy, przez większą część fabuły pozostaje w cieniu. Kwintesencja mroku, uosobienie zła w najczystszej postaci, tak straszny, że aż śmieszny.

Goodkind chyba nie lubi swoich bohaterów. Doświadcza ich w okrutny sposób, opisując w najdrobniejszych szczegółach wszelkie zadane rany, z patologiczną wręcz precyzją ukazując wymyślne tortury (dręczenie zarówno fizyczne, jak i psychiczne), jakim poddają ich wrogowie. Hektolitry przelanej krwi, wyrywane organy – takie sceny ciągną się przez wiele stron, eskalowane wraz z rozwojem wydarzeń, zajmują prawie połowę objętości Reguły Dziewiątek. Znaczne ich ograniczenie wpłynęłoby, przynajmniej moim zdaniem, korzystnie na fabułę, w takim natężeniu natomiast męczą i budzą obrzydzenie. Niepokojące jest takie granie na najniższych ludzkich instynktach, jakby o wartości książki miała świadczyć ilość trupów, które padają na jej kartach.

Nużące również są natchnione przemowy bohaterów, którzy rozwlekle prawią o szczytności swej misji, o tym, jak bardzo poświęcają się dla dobra ludzkości, jacy są szlachetni i prawi. Z ich słów zapewne ma płynąć nauka, lecz owy iście wańkowiczowski "smrodek dydaktyczny" w tak skomasowanej dawce odrzuca. Zwłaszcza że język, jakim posługuje się Goodkind, przypomina bardziej niewprawny debiut niż dzieło autora, który ma na swoim koncie liczne i znacznie lepsze powieści. W porównaniu do cyklu Miecz Prawdy czuje się regres, zarówno pod względem warsztatu literackiego, jak i w warstwie fabularnej i charakterystyce postaci. Alex jest bladą kopią Richarda, Jax to słabsza wersja Khalan, a dziadek głównego bohatera bardzo przypomina czarodzieja Zeddicusa.

Przystępując do lektury Reguły Dziewiątek przekonana byłam, iż sięgam po książkę z nurtu fantasy. Jakież więc było moje rozczarowanie, gdy z każdą kolejną stroną okazywało się, iż magiczne realia pojawiają się w niej marginalnie, ustępując miejsca pierwszoplanowemu wątkowi awanturniczo-sensacyjnemu. Interesujący pomysł skonfrontowania dwóch diametralnie od siebie odmiennych światów został zaprzepaszczony przez nienajlepsze wykonanie i nawet zagorzali wielbiciele prozy Terrego Goodkina mogą być tą książką zawiedzeni. Sądząc po otwartym zakończeniu, szykuje się ciąg dalszy, lecz na pewno nie będę na ową kontynuację oczekiwać z niecierpliwością.
5.0
Ocena recenzenta
7.25
Ocena użytkowników
Średnia z 4 głosów
-
Twoja ocena
Tytuł: Reguła Dziewiątek (The Law of Nines)
Autor: Terry Goodkind
Tłumaczenie: Lucyna Maria Targosz
Wydawca: Rebis
Miejsce wydania: Poznań
Data wydania: 4 maja 2010
Liczba stron: 448
Oprawa: twarda
Format: 135 x 215 mm
ISBN-13: 978-83-7510-429-5
Cena: 43,90 zł



Czytaj również

Pierwsza Spowiedniczka - Terry Goodkind
Nie graj tego jeszcze raz, Terry!
- recenzja
Spowiedniczka - Terry Goodkind
Czyli hurra, już koniec cierpień bohaterów
- recenzja
Bezbronne imperium - Terry Goodkind
Brutalne piękno
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.