» Artykuły » Inne artykuły » Redaktorzy oceniają: październik 2010

Redaktorzy oceniają: październik 2010

Redaktorzy oceniają: październik 2010
W okresie od 1 do 31 października 2010 roku w Dziale Książkowym opublikowanych zostało 26 recenzji, których średnia ocena wyniosła 6,82. Najwyższą ocenę − 10 − otrzymała książka Erynie autorstwa Marka Krajewskiego. Zaś najniżej ocenioną pozycją została powieść Klub martwych1.

Czytać:




Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę

"Jednak przewrotny sposób, w jaki autor oscyluje wokół tematu, sprawia, iż nawet po przeczytaniu książki nie do końca wiemy, kto był zły, kto dobry, a kto martwy. Swoją prozą wrocławianin łamie też inne gatunkowe konwenanse. Nie boi się bowiem szarpać najbardziej wrażliwych strun ludzkiej tolerancji; jego wyobraźnia zdaje się nieograniczona żadnym sacrum. Z mistrzowską wirtuozerią gra na uczuciach czytelnika, kreując protagonistę. Lekturze towarzyszy pełne spektrum odczuć wobec bohaterów książki – od ohydy przez złość aż po litość.

Erynie nie są tytułem dla każdego, epatują bowiem niesamowitą brutalnością. Ofiarą jest dziecko, a okoliczności jego śmierci stanowią osnowę dla dalszych wydarzeń opisanych przez autora. Ale sposób prowadzenia narracji, pozbawiony zbędnych wtrętów, sprawia, że mimo mrocznego charakteru powieści czyta się ją z zapartym tchem, niekiedy przełamując obrzydzenie."
Bartek 'Barneej' Szpojda



"Dawno nie spotkałem się z utworem science fiction, którego autor tak dokładnie wyłuszczyłby czytelnikowi logiczne podstawy swego uniwersum. Podrzucki nie skupia się tylko na codziennym życiu ludzi z odległej przyszłości, poświęcając bardzo dużo uwagi drodze, która ich do niej zawiodła. Dzięki temu prostemu zabiegowi, cykl stał się niesamowicie intrygujący. Nie sposób oderwać się od śledzenia wędrówki Thomasa, Gerharda i ich przyjaciół, kiedy ma się świadomość, że za kolejnym zakrętem może ukrywać się wyjaśnienie następnego problemu kluczowego dla fabuły. Podrzucki z zaskakującym wyczuciem miesza wiele drobnych elementów: między innymi obyczajowość, religię, technologię i filozofię, aby stworzyć hipnotyzujący amalgamat. Początki Uśpionego archiwum nie zapowiadają tak niesamowitej historii – przyznam szczerze, że byłem nawet zniechęcony, kiedy czytałem o budzącym się z kacem Thomasie. Wydawało mi się, że tak infantylne zawiązanie akcji, które przerobiły już setki autorów, nie może zwiastować niczego dobrego. Potem jednak, kiedy wątków jest coraz więcej, a dotychczasowe niesamowicie się komplikują, rozpoczyna się prawdziwa zabawa. Nie można nie zauważyć bogactwa, jakie serwuje nam Podrzucki: zarówno tego dotyczącego świata przedstawionego, jak i niezwykle kompleksowej fabuły. Podczas lektury trzech tomów cyklu (które łącznie przekraczają granicę tysiąca stron) będziemy mieli okazję oglądać setki retardacji, suspensów, zwrotów akcji, niesamowicie widowiskowych wydarzeń i zakulisowych intryg. Porażają też rozwiązanie akcji i epilog Yggdrasilla. Stanowią doskonałe podsumowanie niesamowitej historii, są niezwykle efektowne, zdumiewają skalą i podkreślają merytoryczną wagę tekstów. "Bartosz 'Zicocu' Szczyżański



"A i sami bohaterowie są nie mniej interesujący, niż intryga, w której uczestniczą: Merlin, niosący w sobie dziedzictwo zarówno Chaosu jak i Porządku, niesamowicie podobny do ojca pod względem talentu do wpadania w kłopoty; Ghostwheel – mechaniczne cudo, nieświadomie obdarzone przez swego twórcę wielką mocą, stający się samodzielnym graczem w intrydze; Luke, nabierający znaczenia w miarę upływu czasu, mający dość niejednoznaczną rolę; oraz wielu innych. Każdy z bohaterów pojawiających się w Kronikach… zapada w pamięć jakąś szczególną cechą czy umiejętnością – kreacja postaci w przypadku Zelazny'ego wypada znakomicie. Co prawda kilkakrotnie razi pokrętna logika wyborów podejmowanych przez bohaterów tudzież łatwość z jaką przychodzi im zmiana priorytetów, ale nie wpływa to zbyt negatywnie na radość płynącą z lektury.

Równie udanie autorowi wychodzi tworzenie niesamowitych opisów, zwłaszcza dotyczących poruszania się między Cieniami – podczas lektury niejednokrotnie czułem się jakbym podróżował znarkotyzowany kolorowym pociągiem pełnym hipisów; na osobne pochwały zasługują surrealistyczne sceny odwołujące się do Alicji w Krainie Czarów i kota z Cheshire."
Bartłomiej 'baczko' Łopatka




Unikać:




"Zastanawiałem się, co w ogóle autorka powieści chciała tym zabiegiem osiągnąć. Jeśli przekazać jakąś głębszą myśl o ludziach i tolerancji, to zdecydowanie chybiła. Natomiast w pełnej okazałości udało jej się przedstawić chaos, niezdecydowanie i absurdalną wręcz głupotę jej głównej postaci literackiej. To wszystko zaowocowało oczywiście bzdurami wszelkiej maści u innych bohaterów tej książki, czego wynikiem jest tak pogmatwana fabuła, że po jej rozpisaniu drzewo genealogiczne rodziny Foresterów z Mody na sukces wydaje się kryształowo przejrzyste.

Po przebrnięciu w końcu przez tę pozycję miałem gigantyczne problemy z ulokowaniem jej w jakimś gatunku literackim. Co prawda poprzednie dwie opowieści z serii o Sookie Stackhouse też były ciężkie do sklasyfikowania, ale mimo to dało się to uczynić. W przypadku Klubu Martwych jest to niewykonalne. Książka ta jest miksem pseudofilozoficznych oraz pseudomoralnych wywodów, zawierającym cały ogrom scen spod znaku sado-maso przeplatających się z tanim porno, z udziałem mitycznych stworzeń dark fantasy, a na koniec doprawionym nielogicznym wątkiem kryminalnym o charakterze pokracznego dramatu. Słowem chaos. Jedno, z czym mogę się zgodzić, to pogląd, że jest to pozycja z gatunku horroru, tyle że dla oczu osoby mającej nieszczęście przeczytać powyższe "dzieło"."
Artur 'Vermin' Tojza




"Autor w jednym z przypisów twierdzi, iż: "nie tyle chodzi o przedwiośnie w różnych jego aspektach, co o odhumanizowanie rzeczywistości w jej rozmaitych przejawach". Nie udało się. Diabeł, golem, anioł czy nekromanta nie tworzą nieludzkiego świata, tak jak armia żywych trupów, których kulinarne zwyczaje z rzadka są komentowane i niemal nigdy nie wzbudzają jakichkolwiek emocji, nie wywołuje komentarzy czy chociażby zdziwienia. Na Warszawę maszerują nieumarli a mieszkańcy nie zająkną się na ten temat nawet słowem, uznając zjadanie mózgów pokonanych wrogów za coś najzupełniej zwyczajnego i niewartego rozmowy.

Jeśli więc jest ukryta w tym wszystkim treść, tworzona przez dopisane w paru miejscach a skreślone w innych słowa i całe zdania, powieść zaś nabrała przez to innego charakteru, dodatkowej głębi i znaczenia, to ja nie potrafię niczego takiego zauważyć. Zamiast tego widzę dość dobrą, licealną lekturę, do której pod pretekstem wydobycia nowych treści dopisano kilka motywów czy postaci, występujących w kanonie fantasy, ale ich rola została w zdecydowanej większości przypadków mocno ograniczona. Nigdzie nie zostało wyjaśnione, jaką rolę przy tureckiej ofensywie na Baku odegrały bojowe dżiny, dlaczego księża mają różki a rewolucjoniści zachowują się jak zombie po niepełnej przemianie. Autor swoje dopisał, ale nowych wątków dalej nie pociągnął, przez co sprawiają wrażenie porzuconych i dodanych właściwie bez powodu."
Łukasz 'Salantor' Pilarski



Czytaj również

Dżuma w Breslau
Trudne początki Mocka
- recenzja
Śmierć w Breslau
Pierwsze spotkanie z Eberhardem Mockiem
- recenzja
Zabić niewinnych, by ratować własne życie?
Marek Krajewski na wariografie

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.