» Fragmenty książek » Przebudzenie

Przebudzenie


wersja do druku

Przebudzenie

Wcisnął guzik na skrzyneczce i reszty nie usłyszałem.

 

Nie było urwanego filmu, poczucia upływu czasu, w ogóle żadnej przerwy w świadomości. Tylko „pstryk!”, bardzo głośne, jakby Jacobs strzelił palcami koło moich uszu, chociaż był co najmniej półtora metra ode mnie. A mimo to nagle pochylał się nade mną, zamiast stać przy urządzeniu, które nie było wzmacniaczem Marshalla. Biała skrzyneczka sterownicza zniknęła, a z moim mózgiem działo się coś złego. Zaciął się.

– Coś – powiedziałem. – Coś, coś, coś. Się stało. Się stało. Coś się stało. Coś się stało, się stało, coś się stało. Się stało. Coś.

– Przestań. Nic ci nie jest. – Ale w jego głosie nie było pewności. Był strach.

Słuchawki zniknęły. Próbowałem wstać i zamiast tego wyrzuciłem rękę do góry jak drugoklasista, który wyrywa się do odpowiedzi.

– Coś. Coś. Coś. Się stało. Się stało, się stało. Coś się stało.

Uderzył mnie w twarz, i to mocno. Szarpnąłem się do tyłu i wywinąłbym kozła, gdyby nie to, że krzesło stało prawie pod samą metalową ścianą warsztatu.

Opuściłem rękę, przestałem bełkotać i tylko patrzyłem na niego.

– Jak się nazywasz?

Powiem, że coś się stało, pomyślałem. Imię Coś, nazwisko Się Stało.

Ale tak nie powiedziałem.

– Jamie Morton.

– Drugie imię?

– Edward.

– Jak ja się nazywam?

– Charles Jacobs. Charles Daniel Jacobs.

Wyjął i podał mi buteleczkę heroiny. Spojrzałem na nią i mu oddałem.

– Na razie nie trzeba. Dopiero co mnie częstowałeś.

– Tak myślisz? – Pokazał mi swój zegarek. Przyjechaliśmy rano. Teraz było kwadrans po drugiej po południu.

– To niemożliwe.

Wyraźnie się zainteresował.

– Dlaczego?

– Bo nie minęła nawet chwila. Tyle że… minęło kilka godzin. Prawda?

– Tak. Długo rozmawialiśmy.

– O czym?

– O twoim ojcu. Twoich braciach. O śmierci twojej matki. I Claire.

– Co mówiłem o Claire?

– Że mąż się nad nią znęcał i przez trzy lata nic nikomu nie mówiła, bo było jej wstyd. W końcu zwierzyła się twojemu bratu Andy’emu i…

– Nazywał się Paul Overton – powiedziałem. – Uczył angielskiego w ekskluzywnej szkole w New Hampshire. Andy pojechał tam, zaczekał na parkingu, aż Overton wyjdzie, i skuł bydlakowi mordę. Wszyscy kochaliśmy Claire… kochał ją każdy, pewnie nawet Paul Overton na swój sposób… ale ona i Andy byli najstarsi i szczególnie z sobą zżyci. To ci mówiłem?

– Prawie słowo w słowo. Andy powiedział: „Jeszcze raz ją tkniesz, to cię zabiję”.

– Co jeszcze mówiłem?

– Że Claire się wyprowadziła, wywalczyła w sądzie zakaz zbliżania się dla męża i wniosła o rozwód. Przeprowadziła się do North Conway, znów zaczęła pracować jako nauczycielka. Pół roku po sfinalizowaniu rozwodu Overton pojechał tam i zastrzelił ją w klasie, kiedy poprawiała wypracowania po lekcjach. Potem się zabił.

Tak. Claire umarła. Na jej pogrzebie reszta mojej dużej, kłótliwej, zwykle szczęśliwej rodziny po raz ostatni zebrała się w komplecie. W słoneczny październikowy dzień. Po wszystkim pojechałem na Florydę tylko dlatego, że jeszcze nigdy tam nie byłem. Miesiąc później grałem z Patsy Cline’s Lipstick w Jacksonville. Ceny paliwa były wysokie, a aura przeważnie ciepła, więc wymieniłem mój samochód na kawasaki. Nie najlepsza decyzja, jak się okazało.

W kącie stała mała lodówka. Jacobs otworzył ją i przyniósł mi butelkę soku jabłkowego. Opróżniłem ją pięcioma długimi łykami.

– Spróbuj wstać.

Podniosłem się z krzesła i zachwiałem na nogach. Jacobs podtrzymał mnie za łokieć.

– Na razie nieźle. A teraz przejdź do ściany i z powrotem.

Początkowo zataczałem się jak pijany, ale kiedy wróciłem, wszystko grało. Mógłbym robić za linoskoczka.

– Dobrze – powiedział. – Już nie utykasz. Wracajmy na jarmark. Musisz odpocząć.

– A jednak coś się stało – stwierdziłem. – Co?

– Drobna reorganizacja twoich fal mózgowych, jak sądzę.

– Tak sądzisz.

– Tak.

– Ale nie wiesz?

Rozmyślał nad tym długo, jak mi się zdawało, choć w rzeczywistości mogło to trwać raptem kilka sekund; dopiero po tygodniu zacząłem odzyskiwać normalne poczucie czasu.

– Mam duże trudności ze zdobyciem pewnych ważnych książek – odezwał się wreszcie – przez co przede mną jeszcze wiele badań. W związku z tym czasami muszę podejmować drobne ryzyko. Zawsze w granicach bezpieczeństwa. Jesteś cały i zdrowy, zgadza się?

Wydawało mi się, że jest za wcześnie, by o tym wyrokować, ale tego nie powiedziałem. Co się stało, to się nie odstanie.

– Chodź, Jamie. Dziś czeka mnie długi, pracowity wieczór i sam też muszę odpocząć.

Kiedy podeszliśmy do jego boundera, chciałem otworzyć drzwi, ale zamiast tego raz jeszcze wyciągnąłem rękę prosto do góry. Łokieć się zablokował; zupełnie jakby staw usztywniała stalowa szyna. Przez jedną przerażającą chwilę myślałem, że tak zostanę na zawsze, że przeżyję resztę życia z ręką podniesioną w tym geście mówiącym: „Psze pani, psze pani, chcę do odpowiedzi”. A potem to minęło. Opuściłem rękę, otworzyłem drzwi i wsiadłem.

– To przejdzie – powiedział.

– Skąd możesz wiedzieć, skoro nawet nie wiesz, co właściwie zrobiłeś?

– Bo nie pierwszy raz to widzę.

 

Kiedy zaparkował na swoim zwykłym miejscu na terenie jarmarku, znów pokazał mi buteleczkę heroiny.

– Możesz ją sobie wziąć, jeśli chcesz.

Nie chciałem. Czułem się jak człowiek, który patrzy na banana z lodami i bitą śmietaną po spałaszowaniu dziewięciodaniowego obiadu w Święto Dziękczynienia. Wiesz, że ten napakowany cukrem przysmak jest dobry, i wiesz, że w pewnych okolicznościach wtrąbiłbyś go łapczywie, ale nie teraz, po obfitym posiłku. Po obfitym posiłku banan z lodami i bitą śmietaną nie jest obiektem pożądania, tylko zwykłym obiektem.

– Może potem – powiedziałem, ale owo „potem” jak dotąd nie przyszło. I dziś, kiedy jako podstarzały człowiek z lekkim artretyzmem piszę o tamtych czasach, wiem, że nie przyjdzie nigdy. Jacobs mnie wyleczył, lecz jego lekarstwo było niebezpieczne i dobrze o tym wiedział – kiedy mówi się o ryzyku w granicach bezpieczeństwa, powstaje pytanie, kto te granice wyznacza. Charlie Jacobs był dobrym samarytaninem. Był też na poły szalonym naukowcem i tamtego dnia w opuszczonym warsztacie samochodowym zostałem jego najnowszym królikiem doświadczalnym. Mógł mnie zabić i czasem – nawet często – żałuję, że tego nie zrobił.

 

Resztę popołudnia przespałem. Po przebudzeniu czułem się jak dawna, przytomna, pełna werwy wersja Jamiego Mortona. Zwiesiłem nogi z łóżka i patrzyłem, jak Jacobs przebiera się w kostium.

– Powiedz mi coś – zagaiłem.

– Jeśli chodzi o naszą małą przygodę w West Tulsa, wolałbym o tym nie rozmawiać. Na razie poczekajmy i zobaczmy, czy polepszyło ci się na stałe, czy głód narkotyczny wróci… cholerny krawat, nigdy nie mogę go dobrze zawiązać, a Briscoe jest do niczego.

Briscoe był jego asystentem, chłopakiem, który robił głupie miny do publiczności i kiedy trzeba, odwracał jej uwagę.

– Zostaw – powiedziałem. – Zupełnie go zaplączesz. Daj, pomogę ci.

Stanąłem za nim, przełożyłem ręce nad jego ramionami i zawiązałem krawat. Dłonie już mi nie latały. Były tak pewne jak moje kroki po tym, gdy minęły skutki zastrzyku z elektryczności w mózg.

– Gdzieś ty się tego nauczył?

– Po wypadku, jak już mogłem parę godzin stać o włas­nych siłach i grać, załapałem się do zespołu The Undertakers. – Marny to był zespół. Jak każdy, w którym to ja byłem najlepszym muzykiem. – Nosiliśmy surduty, cylindry i krawaty. Bębniarz z basistą pobili się o dziewczynę i kapela się rozpadła, ale przynajmniej zdobyłem nową umiejętność.

– Cóż… dziękuję. O co chciałeś mnie zapytać?

– O te Portrety Błyskawicą. Robisz zdjęcia tylko kobietom. Wydaje mi się, że w ten sposób tracisz połowę potencjalnych dochodów.

Uśmiechnął się swoim chłopięcym uśmiechem, tym, który miał na twarzy, gdy przewodził zabawom w piwnicy plebanii.

– Kiedy wynalazłem aparat portretowy… który, jak na pewno wiesz, w rzeczywistości jest połączeniem generatora i projektora… chciałem fotografować i mężczyzn, i kobiety. To było w małym nadmorskim parku rozrywki w Karolinie Północnej. Nazywał się Joyland. Już nie istnieje, splajtował, ale był naprawdę uroczy. Świetnie się tam bawiłem. Podczas mojego pobytu na Joyland Avenue… tak nazywał się główny pasaż… obok Pałacu Luster Mysterio była Galeria Łotrów. Stały w niej naturalnej wielkości tekturowe ludzkie sylwetki z wycięciem w miejscu twarzy. Był pirat, gangster z automatem, twarda laska z thompsonem, Joker i Kobieta-Kot z komiksów o Batmanie. Ludzie wkładali głowy w te otwory i fotografki zatrudniane przez lunapark… Gwiazdeczki, tak je nazywali… robiły im zdjęcia.

– To nasunęło ci ten pomysł?

– Tak. W tamtym czasie nosiłem pseudonim Mr. Electrico na cześć Raya Bradbury’ego, lecz wątpię, czy któryś ćwok się tego domyślił. Chociaż wynalazłem już prymitywną wersję projektora, którego dziś używam, do głowy mi nie przyszło, żeby wykorzystać go w moim show. Przeważnie posługiwałem się transformatorem Tesli i generatorem iskrowym, który nazywałem Drabiną Jakuba. Małą Drabinę Jakuba pokazałem wam, kiedy byłem pastorem w Harlow, Jamie. Zmieniałem kolor iskier przy użyciu substancji chemicznych. Pamiętasz?

Pamiętałem.

– Galeria Łotrów uzmysłowiła mi, jakie możliwości drzemią w moim projektorze, i tak oto zacząłem robić Portrety Błyskawicą. Jeszcze jedna sztuczka, jakich wiele, powiesz… ale pomogła mi też w badaniach i nadal pomaga. Podczas pobytu w Joylandzie miałem na estradzie dwa różne tła: jedno z pięknością w sukni balowej, drugie z dżentelmenem w eleganckim garniturze. Niektórzy mężczyźni owszem, chcieli się sfotografować, ale było ich zaskakująco mało. Domyślam się, że znajomkowie się podśmiewali, kiedy widzieli ich odstawionych jak z żurnala. Z kobietami jest inaczej, uwielbiają się stroić, więc się z takich rzeczy nie śmieją. Każda chciałaby być ubrana jak spod igły, nawet dwóch, gdyby się dało. I jak tylko zobaczą demonstrację aparatu, zaraz stają w kolejce do zdjęcia.

– Długo jesteś w tej branży?

Policzył w pamięci, mrużąc jedną powiekę. Po chwili szeroko otworzył oboje oczu zdziwiony.

– Już prawie piętnaście lat.

Pokręciłem głową z uśmiechem.

– Kaznodzieja stał się kuglarzem.

Ledwie skończyłem mówić, a już zrozumiałem, że zabrzmiało to złośliwie, ale ciągle nie mogłem się oswoić z myślą, że mój dawny pastor pokazuje sztuczki na jarmarku. On jednak się nie obraził. Tylko raz jeszcze spojrzał z podziwem w lustro na swój wzorowo zawiązany krawat, po czym mrugnął do mnie.

– Jeden diabeł – powiedział. – Obaj muszą przede wszystkim być przekonujący dla ćwoków. A teraz wybacz, ale czas, żebym sprzedał ludziom parę piorunów.

Zostawił heroinę na stoliku pośrodku boundera. Zerkałem na nią od czasu do czasu, nawet raz wziąłem ją do ręki, ale nie korciło mnie, by zażyć. Prawdę mówiąc, nie mogłem zrozumieć, czemu w ogóle tak schrzaniłem sobie życie z jej powodu. Całe to szalone łaknienie wydawało mi się snem. Byłem ciekaw, czy wszyscy tak się czują po wyjściu z nałogu. Nie wiedziałem.

Do dziś nie wiem.

 

Briscoe odszedł w siną dal, jak to z pracownikami sezonowymi często bywa, i kiedy spytałem Jacobsa, czy mogę przejąć jego obowiązki, zgodził się od razu. Tak naprawdę tych obowiązków nie było wiele, ale przynajmniej nie musiał tracić czasu na poszukiwania jakiegoś miejscowego ciołka, który wnosiłby i znosił aparat ze sceny, podawał mu cylinder i udawał porażonego prądem. Zasugerował nawet, żebym w czasie pokazu zagrał parę akordów na moim gibsonie.

– Coś budującego napięcie – poinstruował mnie. – Coś, co nasunie ćwokom myśl, że dziewczyna może się jednak usmażyć.

To było względnie proste. Przejście z a-moll na E (akordy, na których opierają się House of the Rising Sun i The Springhill Mining Disaster, jeśli to was ciekawi) zawsze wieści nadciągającą zgubę. Lubiłem to grać, choć zawsze sądziłem, że efekt byłby jeszcze lepszy, gdyby dorzucić bębny głośno wybijające powolny rytm.

– Nie przywiązuj się za bardzo do tej roboty – poradził mi Charlie Jacobs. – Zamierzam się stąd zwinąć. Po zamknięciu jarmarku frekwencja w Bell’s leci na łeb na szyję.

– Zwinąć się? Dokąd?

– Nie jestem pewien, ale przywykłem podróżować samotnie. – Klepnął mnie w ramię. – Żebyś nie był zaskoczony.

Nie byłem. Od śmierci żony i dziecka Charlie Jacobs występował wyłącznie solo.

Jego wizyty w warsztacie z dnia na dzień były coraz krótsze. Zaczął znosić część sprzętu z powrotem i chować do małej przyczepy, którą miał holować bounderem, kiedy wznowi swoje wędrówki. Wzmacniacze, które nie były wzmacniaczami, więcej się nie pojawiły, dwie z czterech podłużnych metalowych skrzynek też nie. Domyślałem się, że chce zacząć od nowa, dokądkolwiek trafi. Jakby zaszedł jedną drogą najdalej, jak mógł, i postanowił wypróbować inną.

Nie miałem pojęcia, co zrobić z własnym życiem, teraz już wolnym od narkotyków (i kuśtykania; to też), na pewno jednak nie chciałem go spędzić w podróży z Królem Wysokiego Napięcia. Byłem mu wdzięczny, ale ponieważ tak naprawdę nie pamiętałem już koszmaru uzależnienia od heroiny (tak jak zapewne kobieta, która powiła dziecko, nie pamięta bólów porodowych), nie tak wdzięczny, jak można by sądzić. Poza tym on mnie przerażał. Jego tajemna elektryczność też. Mówił o niej górnolotnymi słowami – „sekret wszechświata”, „droga do najwyższej wiedzy” – lecz miał nie większe pojęcie o jej prawdziwej naturze niż trzylatek o pistolecie znalezionym w szafie tatusia.

A skoro już o szafach mowa… byłem wścibski, dobra? I znalazłem album fotograficzny pełen zdjęć Patsy, Morriego i ich trojga razem. Strony nosiły ślady wielokrotnego kartkowania, oprawa się rozłaziła. Nie musiałem być Samem Spade’em, by się domyślić, że często oglądał te zdjęcia – nigdy jednak nie robił tego przy mnie. Ten album był jego tajemnicą.

Jak jego elektryczność.

 

Nad ranem trzeciego października, wkrótce przed tym, jak jarmark stanowy w Tulsa zamknął swoje podwoje do następnego roku, ostatni raz doświadczyłem skutków ubocznych strzału w mózg, który dostałem od Jacobsa. Jacobs płacił za moje usługi (swoją drogą dużo więcej, niż były warte) i wynająłem pokój jakieś cztery przecznice od jarmarku. Było oczywiste, że chciał zostać sam, bez względu na to, jak bardzo mnie lubił (o ile mnie lubił), i uznałem, że pora zwolnić jego łóżko.

Położyłem się o północy, jakąś godzinę po ostatnim pokazie, i od razu zasnąłem. Jak prawie zawsze. Bez hery w organizmie spało mi się dobrze. Tyle że tej nocy ocknąłem się po dwóch godzinach na zachwaszczonym podwórku pensjonatu. Na niebie wisiał lodowaty sierp księżyca. Pod nim stał Jamie Morton, nagi, tylko w jednej skarpecie i z gumową rurką zawiązaną wokół bicepsa. Nie mam pojęcia, skąd ją wytrzasnąłem, ale ponad nią wybrzuszały się naczynia krwionośne – każde idealne do tego, żeby się w nie wkłuć. Poniżej rurki moje przedramię było białe, zimne i zdrętwiałe.

– Coś się stało – powiedziałem. W dłoni miałem widelec (też Bóg raczy wiedzieć, skąd się wziął) i raz po raz dźgałem nim moje obrzmiałe ramię. Krople krwi perliły się z co najmniej dziesięciu nakłuć. – Coś. Się stało. Coś się stało. O matko, coś się stało. Coś, coś.

Kazałem sobie przestać, ale z początku nie byłem w stanie. Nie to, że się nie kontrolowałem, nie całkiem; nie ja mnie kontrolowałem, tak to należy określić. Pomyślałem o Elektrycznym Jezusie kroczącym po Jeziorze Pokoju na ukrytej szynie. To właśnie działo się ze mną.

– Coś.

Dziab.

– Coś się stało.

Dziab-dziab.

– Coś…

Wystawiłem i przygryzłem język. Znów rozległo się „pstryk!”, nie koło moich uszu, tylko głęboko w mojej głowie. Wewnętrzny przymus, żeby mówić i się dźgać, minął bez śladu. Widelec wypadł mi z ręki. Odwiązałem prowizoryczną opaskę uciskową i przedramię zaczęło mnie mrowić, kiedy napłynęła do niego krew.

Spojrzałem na księżyc. Dygocząc, zastanawiałem się, kto albo co mną sterowało. Bo coś mną sterowało, na pewno. Kiedy wróciłem do pokoju (z ulgą, że nikt nie zobaczył mnie z wackiem dyndającym na wietrze), zauważyłem, że w którymś momencie musiałem nadepnąć na potłuczone szkło, bo miałem głęboko rozciętą stopę. To powinno mnie było obudzić, ale nie obudziło. Dlaczego? Bo nie spałem. Byłem tego pewien. Coś wyrzuciło mnie z mojego ciała i przejęło stery, kierowało nim jak samochodem.

Obmyłem ranę i wróciłem do łóżka. Nigdy nie powiedziałem Jacobsowi, co się stało tej nocy – co by to dało? Stwierdziłby, że rozcięcie stopy na nocnej przechadzce to niska cena za cudowne uleczenie z uzależnienia od heroiny, i miałby rację. A mimo to…

Coś się stało.




Czytaj również

Przebudzenie - Stephen King
Kogut nie zapiał
- recenzja
Roland
Pierwsze kroki na najdłuższej z dróg
- recenzja
To
Tysiąc stron (nie)strasznej nudy
- recenzja
Koniec warty
Powrót do korzeni
- recenzja
Po zachodzie słońca
Raz lepiej, raz gorzej
- recenzja
Mroczna Wieża
Czas zabijania. Czas umierania
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.