» Fragmenty książek » Pożądanie. Antologia opowiadań miłosnych, zmysłowych, erotycznych i dziwnych

Pożądanie. Antologia opowiadań miłosnych, zmysłowych, erotycznych i dziwnych

Pożądanie. Antologia opowiadań miłosnych, zmysłowych, erotycznych i dziwnych
Michał Cetnatrowski - RP Productions

Przejście na stronę fizycznej dojrzałości dokonało się nocą, jak na mitologiczne transformacje przystało, w ciemności pokoju i waginalnej duchocie naciągniętej wysoko kołdry. Paweł był jedynakiem; do tej pory nie umiał się z tym do końca pogodzić, od tego dnia zaczął ten fakt błogosławić. Leżąc w łóżku, samotnie, nienękany niczyim towarzystwem, dodał dwa do dwóch, poskładał rzucane coraz śmielej – w miarę postępu filmowej akcji – uwagi kolegów i przypomniał sobie wstawkę z wąsatym dominatorem, który pojawił się na ekranie i wywarł na nim piorunujące wrażenie, i wiedział już, co robić. Słodko-dotkliwe napięcie, które nie opuszczało go, odkąd rozstali się przed drzwiami Kałamarza, wreszcie podpowiedziało mu, co robić. Gorącą dłonią ujął rozpalone ciało, zamknął oczy, otworzył się na zapamiętane obrazy. Widok nauczycielek już nigdy nie miał być dla niego taki sam jak wcześniej.

Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę
Kiedy skończył, w bolesno-ekstatycznym skurczu, pierwszy raz, ze strachem i dumą odkrył, że dłoń i poszewka kołdry pokryły się ciepłą, lepką wilgocią. Nie bardzo zdając sobie sprawę, co robi, polizał palce. Płyn smakował przepoconym podkoszulkiem i dorosłością; uświadomił sobie, że wkracza w wiek męski. Nie wstał, nie wytarł się, nie oczyścił pościeli. Zasnął w młodzieńczych sokach, przez noc wytarzał się w nich jak zwierzę w swym zapachu, nasiąkł nimi. Kiedy zamknął oczy, dziwnie ociężały, wciąż pobudzony, napełniony niedającym się sprecyzować lękiem i wielką ekscytacją, śniły mu się ogromne, obłe oparcia sof o naprężonym obiciu i sterczących, twardych napach, rozchylone miękko drzwi, zapraszające w ciepłą, wilgotną ciemność wijących się za nimi korytarzy, gęste, wełniane dywany o długim włosie, bardzo włochate, zaplatające się między palcami; śnił twarde, potężne butelki z nagazowaną oranżadą, mające zaraz wybuchnąć, i wreszcie wybuchające, kaskady płynu leją się pod ciśnieniem na dłonie i twarze, gazowana ekstaza, i usta, więcej spijających ją, lepkich ust. Obudził się i wiedział, co musi zrobić. Zaczęły się dla niego intensywne lata.
Skromną sztukę dawania rozkoszy manualnej doprowadził wkrótce do perfekcji. Zaczynał od klasycznej domowej partyzantki, kolejne kręgi przyjemności rozkręcały się po coraz szerszych ramionach spirali. A więc najpierw sypialnia i to, co w ciemności nocy; potem łazienka, początkowo w wannie, pod pierzyną pary. Ale szybko zaczął przełamywać najoczywistsze lokalizacje i naturalny dla wszystkich onanistów pasjonatów harmonogram dnia. A więc: już nie tylko wieczorem, nie tylko o zmierzchu, ale też rankiem, przed wyjściem do szkoły, i w południe, przed obiadem, w jasności, w blasku, w mocnym popołudniowym słońcu. Czuł, jakby po latach astmy zaczął wreszcie oddychać pełną piersią.
Już wkrótce człapał klonem wszędzie, gdzie tylko się dało. Wstawał wcześnie i prężył strunę przed wyjściem z domu, a potem pędził, żeby zdążyć do szkoły przed pierwszym dzwonkiem, gdzie majestatyczne, secesyjne łuki framug i sklepień w męskich toaletach, a był sumienny i przerobił wszystkie na każdym z trzech pięter, wprowadzały go w uniesienie i skłaniały do tym bardziej entuzjastycznego przycinania knota. Jak się okazało, szkolne kotłownie – i poszczególne klasy, i schowek na szczotki, i pachnący męską przygodą kantorek wuefistów, i pokój nauczycielski, w tych rzadkich chwilach, kiedy wabił pustką i nie było w nim nikogo – od tej strony również nie miały się czego wstydzić. Przed powrotem do domu znikał na chwilę za przystankiem autobusowym, by zagiąć rurę, a wiatr czule pieścił rozpaloną głowę i ciało. Już wkrótce poznał smak ryzyka przed zamkniętymi drzwiami sąsiadów, w piwnicy, w windach poszczególnych bloków na osiedlu, w pokoju rodziców, w szafie z zimowymi kurtkami, wdychając dusząco słodką woń kulek na mole, albo nad wielkim błyszczącym zapraszająco kuchennym stołem.
Gdy wychodził w plener, dbał, by robić to z klucza faunistycznego: walił konia, dusił węża, głaskał karpia, patroszył śledzia, rozciągał węgorza, drażnił byka w parku pomiędzy ławkami, poganiał muła, ujeżdżał źrebię, budził smoka na polnych ścieżkach, nad rzeką, za miastem. Gdy był w nastroju refleksyjnym, florystycznie, niespiesznie prostował banana, łupał orzecha, łuskał kaczana, golił ogóra na działkach, patrząc z uznaniem na dojrzewające plony, pompował gruchę, opędzając się od os, gładził grzyba, gdy zażółciły się liście. Przeszedł szczęśliwie etap, gdy po stolarsku heblował belę, rzeźbił strzałę, muskał pieniek, frezował trzonek i szkolił majstra wszędzie, gdzie na dłużej przystanął. Po ślusarsku, dla fanaberii, prostował gwoździa, toczył tuleję pod obwieszonymi zardzewiałymi kłódkami osiedlowymi garażami, studził pręta, przekładał wajchę, a w dni dżdżyste i chłodne, kiedy nie wychodził z domu, niespiesznie, w swoim rytmie brał się do klepania kowadła. Ale nie zawsze było tak sielankowo – w chwilach militarystycznej złości z gniewem i dyscypliną ćwiczył młodego, musztrował jegra, aż furczało, polerował kolbę, smarował lufę, skręcał wyciora, przeładowywał gnata, szorował zbroję i do upadłego, do znoju, do braku tchu gonił kaprala. Gdy wyjeżdżał, zawsze pilnował się, żeby robić to z klucza narodowo-etnicznego: czesał murzyna, łapał tatarzyna, na ścianie wschodniej przepędzał ruska, ale też skalpował wodza, mając w pamięci rozległe niziny śródpolskich równin, w nastroju bezpaństwowym niańczył smerfa, a w momentach szczególnie przykrych bił niemca w hełm. To były piękne i groźne chwile, fascynujące pięknem i grozą, jaką mają nieodkryte lądy i nienapisane księgi. Kiedy prawie przyłapano go, gdy zaszyty w zieleni parku próbował trafić łabędzia, myśl o bieli na białym tle wprawiała go w niepokojący, filozoficzny nastrój, zdał sobie w pełni sprawę ze społecznego ostracyzmu towarzyszącego podobnym praktykom. Od tej pory stał się ostrożniejszy, jednak dzieła ejakulicznej partyzantki nie porzucił do końca, nie pozwalała mu duma, poczucie obowiązku i rozpalony wąż wijący się na dłoni.
O dziwo, koleżanki ze szkoły nie interesowały go w ogóle. Albo były za chude, albo za grube, ubrane workowato, obojętne lub opryskliwe, nieuległe, na pewno niepachnące farbą drukarską, choć kto wie, może wydepilowane? (Ta myśl budziła w nim na krótko głębsze zainteresowanie). Zasmakował za to w magazynach erotycznych, które jak kwiaty wolności zakwitły na półkach uwolnionych ekonomicznie punktów z prasą i licznych stolikach porozrzucanych w strategicznych punktach hali targowej. Odtwarzacza wideo się nie dorobił, na wizyty u kolegów wkrótce stał się zbyt blady i za stary. Za to w wieku, w którym rówieśnicy godzinami kopią piłkę, ćwiczą wina na ogniskach i – ci o największym farcie – naprawdę poznają pod namiotami smak dziewczęcego ciała, a zbierają najwyżej barwne opowieści o kacu i epickim pawiowaniu na imprezach w parku, z przyjemnością odkrył w sobie żyłkę dojrzałego kolekcjonera. Wyszukiwał ze znawstwem pierwsze numery „Nago”, „Peep Show” i „Seksrety”, śledził perypetie wydawnicze „Foto Sexu”, swojsko-siermiężnego „Wampa” i „Erotykonu”. Znał nazwiska modelek – prawdziwe bądź przybrane – wiedział, która i pod jakim pseudonimem pojawiła się w poszczególnych publikacjach. Doceniał nordycki profesjonalizm „Catsa”, „Raportu”, „High Society” i „Playstara”, zamiast „Brava Sportu” i „Popcornu” podczytywał „Twój Weekend”, rozczulała go stosunkowa niewinność pojawiających się tam zdjęć, zawsze zasłaniających to, co najistotniejsze, z modelkami o rozchylonych ustach zastygających tuż nad kolorowymi gwiazdkami, pod którymi skrywano wyprężone fallusy i otwarte na oścież waginy. Kiedy po dwóch numerach zawieszono wydawanie „Penthouse’a”, naprawdę zapłakał. Pisał listy do redakcji i próbował swoich sił, tworząc pieprzne erotyczne opowiadania słane na konkursy. Raz wygrał, pocztą przesłano mu Kompleks Portnoya, ale nie przeczytał książki, uznał ją za hardkor dla dewiantów i dziwaków.
Miłością potężną i prawdziwą, niespodziewanie dla samego siebie, pokochał też komiksy, które razem z pornobiznesem przekroczyły granice uwolnionego z historycznej homeostazy kraju. Już wkrótce, z utęsknieniem nie mniejszym niż to towarzyszące oczekiwaniu na nowego „Wampa”, oczekiwał na następne numery kolejnych -manów. Ileż to stron skleił z płomiennowłosą Mary Jane, dziewczyną Człowieka Pająka, z Gwen Stacy o wąskiej talii, zawsze nienagannie ubraną… Wyczekiwał nowych odcinków X-Manów z czarnoskórą Storm o białych oczach i włosach jak wybuch na Słońcu, piękną w tym swoim wyciętym głęboko w pachwinach, futurystycznym wdzianku, i sam nieudolnie próbował szkicować Jean Grey w niegrzecznych, wyuzdanych pozach. Śnił o lolitce Jubilee i lateksowej Kobiecie Kot, bardzo dojrzałej, dominującej w snach. Obcisły trykot Czarnej Wdowy rozciągającej się w kadrze niczego nie ukrywał, kobiece krągłości, pasma mięśni i sutki były widoczne jak w atlasach anatomicznych; zastanawiał się, jak w stroju pokojówki i z odkrytymi piersiami wyglądałaby Lois Lane. To były jego pierwsze miłości, losy tych kobiet – tak prawdziwych mimo wyimaginowanych przygód oraz niewprawnej kreski ilustratorów, którzy nigdy nie zawahali się, malując na wieczność wydepilowane kobiece pachy i nogi długie jak wymarzone przez mężczyzn fallusy – śledził z prawdziwym zaangażowaniem i emocjami. Bał się o nie, cieszył wraz z nimi, kibicował im i wygrażał tym, którzy je poniżali; cokolwiek by o nim mówić, nad ich podobiznami wytapiał świecę zawsze z czułością i bardzo delikatnie.
Później błogosławił ślepym bogom losu, że były to wciąż czasy, kiedy nie istniał powszechny dostęp do sieci. Gdy nieco dorósł i spojrzał na swoje życie z tej krótkiej perspektywy, jaką daje drugi krzyżyk na karku, ze stoickim spokojem zdał sobie sprawę, że w zalewie dwu–, trzyminutowych filmików zatraciłby się zupełnie, z lubością dałby się pochłonąć, strugałby wtedy kloca nawet podczas jazdy autobusem i wspólnych rodzinnych obiadów. Jedno, co może by się nie zmieniło, to matura: nieważne, z siecią czy bez, zdałby ją prawdopodobnie tak samo. Drugim z przełomów w jego życiu, wydarzeniem naznaczonym brzemiennym dotknięciem fatum, stał się bowiem egzamin dojrzałości. Dotknęło go wtedy nienazwane, świat pokazał mu swoją utajoną twarz i bez maski rzekł, co chciałby, żeby czynił dalej. Paweł Łazarczuk wkroczył w wiek dojrzałych cudów.



Czytaj również

Pies i Klecha. Żertwa i inne historie
Polscy Ghostbusters
- recenzja
Jedenaście pazurów
Szczyt piramidy - Artur Baniewicz
Pisarze recenzujący dzieła innych pisarzy

Komentarze


banracy
   
Ocena:
0
To chyba nie jest książka fantastyczna.
12-02-2013 22:09
mr_mond
   
Ocena:
0
Jest, tylko w mniejszym stopniu.
13-02-2013 10:35

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.