» Artykuły » Inne artykuły » Piórem po srebrnym ekranie #1

Piórem po srebrnym ekranie #1


wersja do druku

Nocny Latawiec

Autor: Redakcja: Tomasz 'Sting' Chmielik

Piórem po srebrnym ekranie #1
Nocny Latawiec (The Night Flier), Nocne zło (Night Flier), Richard Dees i Dwight Renfield. Co ich łączy? O kim można przeczytać, a kogo obejrzeć?
Nocny Latawiec to tytuł opowiadania Stephena Kinga z tomu Marzenia i koszmary.
Nocne zło, to tytuł filmu w reżyserii Marka Pavii.
Richard Dees jest dziennikarzem będącym na tropie tajemniczego lotnika, Dwighta Renfielda. Pościg zaś jest osią fabularną książki i filmu.

Zawsze pada to nieśmiertelne pytanie, czy najpierw przeczytać książkę, czy raczej obejrzeć film na jej podstawie. Zazwyczaj stawiałam książkę przed filmem. Ale od jakiegoś czasu zaczęłam się zastanawiać, czy nie powinno być odwrotnie? Film bardzo często narzuca mi wizję reżyserską, jest jednowymiarowy, jest obrazem narzuconym. Książka zaś to fundament, na którym wyobraźnia czytelnika buduje nowe światy, przygody i historie. Książka sprawia frajdę nawet wtedy, gdy znamy już historię. Film, w którym dużo zależy od zaskoczenia, nie zawsze.

Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę

Stephen King napisał dużo powieści, opowiadań i wciąż jeszcze pisze. To na podstawie jego prozy powstają amatorskie produkcje typu Dollar Babies. To po jego historie sięgają zarówno reżyserzy znani, początkujący jak i amatorzy, których dzieła oglądać będzie tylko grupka znajomych.
Nocny latawiec nie jest wybitnym opowiadaniem. Jest raczej ciekawym pomysłem i tyle. Zawsze zastanawiało mnie, dlaczego w wielu historiach pisarz lub dziennikarz pełni funkcję detektywa i jego śledztwo przynosi rezultaty lepsze niż dochodzenie osoby w tym celu wykształconej i posiadającej doświadczenie. Największą zaletą wykorzystania tej właśnie roli jest zapewne osobiste odczucie Kinga - jak zareagowałby autor w tej właśnie sytuacji? Opowiadanie Nocny Latawiec przypomina wiele innych o podobnej treści. Bohater jest samotnikiem, żyje swoją pracą i ma niezłego nosa. Nie jest osobą, którą mogłabym polubić.
Film oddaje atmosferę historii, a w pewnych momentach można wręcz odczuć zupełną jedność scenariusza z opowiadaniem.

Według mnie reżyser, Mark Pavia zasługuje na dwa bardzo duże plusy:

Po pierwsze, dodał elementy fabularne, dzięki którym została dokładniej zarysowana postać głównego bohatera, Richarda Deesa. Dees posługuje się łatwo rozpoznawalnymi rekwizytami i zachowuje się w sposób schematycznie utrwalony w naszej świadomości. Nie robi nic, czego nie mógłby robić dziennikarz poszukującej sensacji dla gazety i jednocześnie jest wzorem dla wszystkich tego typu opowieści. Reżyser krok po kroku pokazuje nam jego egoizm, strach przed porażką, podłe zagrywki i samotniczy tryb życia. King bardzo dobrze pokazał to w opowiadaniu, ale Pavia jeszcze bardziej podkreślił i uwypuklił.

Po drugie, przeniósł ciężar historii ze śledztwa na rozgrywkę między reporterem i Renfieldem oraz kwestię, czym jest dziennikarstwo i pogoń za sensacją. To jest film pełen symboli. W świecie zwykłych ludzi w dżinsach, małych lotnisk i domów z drzwiami z siatką pojawia się postać – symbol. Czarny jak „"tyłek świstaka" płaszcz i czarny samolot to wizytówka istoty nie z tego świata. Rekwizyty symbolu i mitu. Pewnego rodzaju uczłowieczenie tej postaci jest niewielkie – w zasadzie sprowadza się tylko do wspomnienia o jego przeszłości, którego nie było w opowiadaniu, jednak nadaje ono filmowi pewnego dodatkowego smaczku. Wiele rzeczy pozostaje w domyśle, ale widz bez problemu je rozpoznaje – należą bowiem do popkultury, z którą obcujemy na co dzień.
Pojedynek dwóch bohaterów ma w sobie coś z westernu, a częściowo również coś z dramatyzmu Harry’ego Angela; bardzo ostro nazywa rzeczy po imieniu, pokazuje prawdę, której widz wolałby nie poznawać.

Jest to film traktujący o micie i jego odbiciu w realnym świecie. O tym, jak doskonale pokrywa się z rzeczywistością i funkcjonuje w przełożeniu na język świetnie nam znany - język gazet poszukujących sensacji. Bardzo łatwo może okazać się, że dziennikarz, łowca sensacji, będący kimś w rodzaju van Hensinga, nieprzejednanego łowcy wampirów i tropiciela prawdy, wysforuje się tak bardzo, że biegnący za nim czytelnicy, mogą pomylić się co do oceny sytuacji i nazwać złoczyńcą kogoś, kogo mają w zasięgu wzroku. Oni chcą mieć swojego Nocnego Latawca i nie jest ważne, czy będzie nim ta sama osoba, co na początku pościgu.
Obraz wampira pozostającego w roli okrutnego drapieżcy, wyzbytego zasad i poczucia winy samotnika na uboczu jest wciąż aktualny. I tego nie zmienią chyba żadne opowieści Anne Rice.

Jakkolwiek opowiadanie jest źródłem samego pomysłu, sądzę, ze film rozwija go w sposób doskonały. Proza Kinga ma w sobie coś filmowego i myślę, że to dobrze, iż jego opowiadania są ciągle filmowane.

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.