» » Pierwsze słowo

Pierwsze słowo


wersja do druku

Pierwsze słowo

Rozmowa dyskwalifikacyjna

 

— To może inaczej — powiedział przewodniczący, przerywając w końcu krępujące milczenie. — Proszę określić istotę swego jestestwa. Swej… jakby to ująć… krasnoludzkości.

— Mego czego? — zdurniał bez reszty Renruk. — Pan sobie jaja robi czy jak?

— Chodzi o to — zaczął pospiesznie Findecano, chcąc uprzedzić gniew komisji — żebyś powiedział, jak wygląda twoja codzienna praca.

— Toż mówię, że jestem krasnoludem!

— Ale szanowny przewodniczący widać nie wie, co to znaczy…

— Wiem, panie… panie… — rzut okiem do kwestionariusza — …panie Mi-thran-dir — przesylabizował. — Nie pierwszy raz mam do czynienia z osobnikami pokroju pana Hardejgęby. Jestem profesjonalistą, i to najlepszym, inaczej nie przewodniczyłbym szacownej komisji. Jednakowoż moja intencja nie została właściwie odczytana. Czy wiecie, panowie, co jest celem naszej wytężonej pracy? Otóż! — Odchylił się na krześle i złożył dłonie na brzuchu. — Celem naszej wytężonej pracy jest oddzielenie ziaren od plew. Nie oszukujmy się, trudne czasy wymagają trudnych decyzji. Nie dla każdego znajdzie się miejsce w nowej rzeczywistości… — Ze smutkiem pokiwał głową. — Zatem naszym zadaniem jest, by owo miejsce przypadło tym, ktorzy zasłużyli! Ktorzy się wyróżniają! Ktorzy są o-ry-gi-nal-ni, rozumiecie, panowie? O-ry-gi-nal-ni! Ponadprzeciętni, ponadprogramowi, z obrzydzeniem omijający brudne kałuże stereotypów, schematów i przesądów! — Gwałtownym ruchem pochylił się nad stołem i zniżył głos niemalże do szeptu. — Czy pan, panie Hardagębo, omija te kałuże? Czy może tapla się w nich z upodobaniem? Proszę wyjaśnić szacownej komisji, dlaczego spośrod setek innych krasnoludów mielibyśmy wybrać właśnie pana? Co świadczy o pańskiej o-ry-gi-nal-noś-ci?

 

 

Katábasis

 

Za bramą, zamkniętą na głucho, gęstniejący mrok pochłaniał łapczywie prostą, wąską ścieżkę. Nie odkładając wiązanki, kobieta chwyciła za pręty i zaczęła szarpać. Metaliczny brzęk żelaza uderzającego o żelazo poniósł się echem, lecz zamek trzymał, ani myślał ustąpić. I tylko makowe płatki opadały w błoto.

Naraz przed nią rozbłysły światełka — oczy piekielnego ogara, Cerbera przywabionego hałasem, który rozdzierał uświęconą ciszę.

— Czemu zakłócasz spokój zmarłych? — Strażnik zatrzymał się nieco dalej niż na wyciągnięcie ręki. — Nie widzisz, że pora zamknięcia bram już minęła?

— Wpuść mnie — odpowiedziała głosem wypranym z barw. — Muszę tam wejść.

Pokręcił głową.

— Nie możesz. Przyjdź jutro, po świcie, kiedy brama będzie otwarta.

— Wpuść mnie — prosiła dalej, głucha na jego słowa. Nie mogła zawrócić, gdy była już tak blisko. — Przyszłam po córkę, moje słońce. Uprowadziliście ją, zabraliście, zamknęliście za bramą. Uroniłam ostatnią łzę, zwędrowałam cały świat, by ją odzyskać. Wpuść mnie. Muszę tam wejść.

— Wróć za dnia. — Choć nie dawał po sobie nic poznać, błogosławił ciemność, która ich otaczała. Pękłoby mu serce, gdyby widział zmarszczki wyżłobione w twarzy kobiety przez czas i boleść. — Wtedy otworzę bramę i znajdziesz swoje dziecko.

— Znajdę, lecz nie odzyskam! — zaprotestowała. — Nie za dnia. Wpuść mnie teraz, strażniku, póki księżyc stoi na niebie. Spójrz! Przyniosłam maki, byś mógł ich sokiem uśpić zmarłych.

— Oni nigdy nie śpią. Wróć za dnia.

 

 

Dożywocie

 

Konrad nie miał już żadnych złych przeczuć ani wątpliwości. To one miały jego.

Pociągająca nosem istota bezsprzecznie była aniołem. W obszernym, długim za kolano T-shircie z Garfieldem, bamboszach i z najprawdziwszymi, porośniętymi jasnym, miękkim puchem skrzydłami. Jego długie włosy, przypominające pocięty na cieniutkie paski celofan, migotały w świetle dnia, otaczając postać delikatną aurą.

Anioł jak w mordę strzelił, przemknęło osłupiałemu Konradowi przez myśl. Ale aniołów nie ma. Anioły są tylko na obrazkach z podpisem „Pamiątka Chrztu Świętego”, pocztówkach i nagrobkach albo w książkach dla dzieci, a nie w dziwacznych, gotyckich domach z wieżyczką. Bo w dziwacznych, gotyckich domach z wieżyczką — myśli galopowały dalej — mieszkają wampiry, duchy i wielkie pająki. Ale nie anioły. Aniołów nie ma.

— Apsik. Dzień dobry — przywitał się anioł, którego nie było. Odrobina puchu wzbiła się nad nim w powietrze.

 

 

Nawiedziny

 

— Bry. — Ladaco zawsze pamiętał o kurtuazji, a przynajmniej o jej podstawowych elementach. — Do kogo?

— Ja… ja… — wyjąkał Dydymus, którego głowa znalazła się nagle gdzieś w okolicach sufitu. — Tak tylko… po… pogawędzić… z panną…

— Imię proszę.

— Dydymus.

— Panny imię.

Młodzieniec bezradnie zamajtał nogami w powietrzu. Nigdy nie miał pamięci do imion, cud, że w ogóle znał własne.

— A niech to — stęknął. — Teo… Teo… Teokracja? Teologia? Teozofia? — strzelał na oślep, lecz ku jego rozpaczy wykidajło tylko kręcił przecząco głową. — Panie Urwipołeć…

— Ladaco.

— O, przepraszam. Ja… ja naprawdę nie pamiętam… Taka młoda…

— Tu są same młode. Wystarczy drobna zmiana w metryce. Albo skleroza.

— I ładna…

— Tu są same ładne. Makijaż i słabe oświetlenie czyni cuda.

— I cnotliwa — dokończył dzielny wojak z wyjątkowo głupawym, maślano-rozmarzonym wyrazem twarzy.

— Tu są same cno… — zaczął z rozpędu Ladaco, lecz urwał, bo coś mu się tu nie zgadzało. — Że jak? Cnotliwa?

 

 

Przeżycie Stanisława Kozika

 

Tymczasem Stanisław Kozik nie miał o tym pojęcia. Stał na przystanku autobusowym i patrzył na swoje odbicie w witrynie sklepowej po drugiej stronie jezdni. Na dobrą sprawę niczym nie wyróżniał się z tłumu. Zwykły facet po pięćdziesiątce, może niezbyt szczupły, ale też nieprzesadnie gruby, w trochę wymiętych garniturowych spodniach i koszuli z krótkim rękawem. Od pewnego czasu pogłębiały mu się zakola, lata za biurkiem sprawiły, że odrobinę się garbił, a krótki nos i głęboko osadzone, matowe i boleśnie suche oczy upodobniały go do smutnego mopsa. Teraz jednak wydawał się dziwnie blady jak na tę porę roku… chorobliwie blady. Krótko mówiąc, blady jak trup. Poruszył sinymi, wyschniętymi ustami — odbicie w witrynie zrobiło to samo. Tak, to on, bez dwóch zdań. Stanisław Kozik, denat.

 

 

Jadeit

 

Nikt nie lubi zrywać się z łóżka w środku nocy, a inspektor Warde nie należał do wyjątków. Po całym dniu grzebania w służbowych dokumentach czuł, że na widok kolejnego skrawka papieru bez wątpienia dostanie konwulsji. Zaczerwienione oczy domagały się odpoczynku, głowa ciążyła bólem. Wreszcie tuż po zmierzchu dotarł do domu. Gazetę, której od rana nie zdążył przeczytać, z rezygnacją cisnął do kominka. Wypił jeszcze filiżankę wystygłej herbaty, po czym poszedł spać ze stanowczym zamiarem, że wstanie nie wcześniej niż o szóstej. Niestety. Jeden ledwie czytelny gryzmoł zmusił go do zmiany planów i Warde zapewne byłby teraz nieludzko wściekły — gdyby ów gryzmoł postawiła inna ręka.

Zapinając pospiesznie kamizelkę, wyjrzał przez okno na ulicę. W świetle gazowych latarni zobaczył czekającą dorożkę. Podczas gdy woźnica drzemał w najlepsze na koźle, konstabl, który przyniósł list od naczelnika, przechadzał się chodnikiem. Warde machinalnie odszukał w pamięci nazwisko pasujące do tej pucułowatej, chłopięcej twarzy z marną imitacją zarostu.

— Mówcie, Brax — rzucił przez ramię, kiedy zszedł już na dół. Po krótkiej walce z zamkiem wreszcie zdołał zamknąć frontowe drzwi. — Czego sobie życzy naczelnik Fellowes o tak niezmiernie uroczej porze?

— Czy list…

— Nie, Brax, w liście nic na ten temat nie było. Jak sądzicie, dlaczego pytam?

Nie czekając na odpowiedź, klepnął woźnicę po ramieniu i wsiadł do dorożki.

— Sir, naczelnik nalegał, by to pan zajął się sprawą — rzekł konstabl, gdy pojazd ruszył ulicami Winchesteru. — Jest, jak to ujął, delikatna, sir.

 

 

Miasto motyli i mgły

 

— Tu ci będzie dobrze, robaczku. — Davyn poczuł, że silne ręce kładą go na łóżku, nie tak miękkim i pachnącym, jak jego własne, lecz przyjemnie ciepłym, zdejmują mu czapkę, surducik i buty i wreszcie okrywają szorstkim kocem. Po chwili zapłonęła druga lampa, lecz nawet jej światło nie rozproszyło wszędobylskich cieni. — Daleko cię poniosło, daleko od domu, co? Pewnikiem mamunia się teraz niepokoi o swojego robaczka, tak, tak… — Położył dłoń na jego czole, potem przytknął ucho do piersi i przez chwilę nasłuchiwał. Mruknął coś pod nosem, odchrząknął. — Niepokoi się, tak… I cóż by tu z tobą począć? — Zniknął gdzieś za granicą światła i cienia. Coś brzęknęło raz czy drugi w dalekim kącie. — Nie, to nie to, nie to… O, to się nada, tak… No, jak tam, robaczku? — Znów pochylił się nad chłopcem, bacznie przyglądając się mokrej od potu twarzyczce i płonącym niebieskim oczom, jasnym niczym lód, a następnie odchylił brzeg koca i chwycił drobną dłoń, zbyt drobną nawet jak na pięciolatka. — Nie bój nic, zaraz coś poradzimy na to całe zło, nie bój, nie bój się nic a nic.

Całkowicie obezwładniony tętniącym bólem Davyn nie poczuł drobnego ukłucia po wewnętrznej stronie nadgarstka. Patrzył tylko błagalnie w uśmiechnięte oczy Troucheta, usiłując wydobyć głos z wyschniętego na wiór gardła.

— Tak, właśnie tak. — Mężczyzna bezustannie kiwał głową jak nakręcony. — Spokojnie, robaczku, wszystko będzie dobrze…

Powoli po ciele Davyna zaczęło rozlewać się ciepło — nie znana mu dobrze, otumaniająca gorączka, lecz zupełnie obce, błogie, kojące ciepło. Duszący ciężar w piersi zelżał nieco. Chłopiec westchnął z ulgą.

— Tak, właśnie tak… — usłyszał jeszcze cichnący szept.

Oddech za oddechem osuwał się prosto w kojącą nieświadomość, rozluźniony, spokojny, bezpieczny.

A tam czekała już śmierć. I gwiazdy. Mrowie srebrzystych gwiazd.

 

 

W zamku tej nocy…

 

— Ktoś ty, dziewczę smętnie nadobne? — zapytał Winkelried, mrużąc odzwyczajone od światła oczy.

— Imaginacja.

— Czyja? Chyba nie moja?…

Wzruszyła kościstymi ramionami.

— Twoja, jego, wasza, jeden pies.

— Niezbyt żeś bogata jak na imaginację — skrzywił się Wallenrod. — O słownictwie nie wspominając.

— Jaki pan, taki kram — prychnęła. — Nie do mnie z pretensjami, że natura poskąpiła tego i owego.

Do środka zajrzała głowa o wielkich, wyłupiastych oczach, zwieńczona strzechą szpakowatych włosów.

— Panowie wybaczą, Strach jestem, do usług szanownych panów — wydukał. — Najmocniej przepraszamy za te niespodziewane komplikacje, nie byliśmy przygotowani na aż trzech skrytobójców jednej nocy. Co prawda to żadne usprawiedliwienie, gdyż szczycimy się mianem widm profesjonalnych, jednakowoż paru kolegów nam zachorowało niespodzianie, węże na granicy zatrzymano, więc i rąk do pracy, i akcesoriów nam brakuje, a nie chcielibyśmy panom szanownym byle czym w głowach mieszać. Ot, trudna zmiana, na szczęście już za kwadransik, góra dwa powinniśmy mieć już kilka gadzin, a kolega zaraz skończy układać trumny pod oknem. — Zamrugał kilkakrotnie, jakby mu jakiś paproch wpadł do oka. — Pozostaje jeszcze pewna, hm, dość delikatna kwestia… — Odchrząknął. — Sami panowie rozumiecie, trzech skrytobójców na jednego tyrana… to jak dwa grzyby w barszcz.

 

 

Szaławiła

 

Wtedy Kuleczka pisnęła i wcisnęła się pod kuchnię, do wnęki na drewno. Znieruchomiała Oda, choć dałaby sobie rękę uciąć, że to niemożliwe, znieruchomiała jeszcze bardziej.

Bo na ich oczach klapa zaczęła się pomału unosić i z piwnicy wylazło coś.

Małe.

Kudłate.

I… i… rogate?…

W całkowicie bezmyślnym odruchu Oda podniosła latarkę, żeby lepiej się przyjrzeć, a wtedy owo coś odwróciło się w jej stronę.

— Co do czorta!? — wrzasnęła i uniosła siekierę.

— Ne!!! Ne do czorta, tylko ne do czorta!!!

Klapa huknęła, pies zaskowyczał, Halszka wrzasnęła, a kudłate, rogate coś rzuciło się do ucieczki.

Sęk w tym, że nie za bardzo wiedziało, którędy uciekać. W związku z tym zrobiło jedyną rzecz, na jaką wpadło.

Z siekierą uniesioną nad głową i rozdziawionymi ustami Oda Kręciszewska patrzyła, jak coś bardzo podobnego do Koziołka Matołka, na przemian to sapiąc niczym lokomotywa, to jojcząc jak opętane, przez chwilę w panice dreptało w kółeczko, tupiąc przy tym straszliwie, aż drżała cała podłoga. Wreszcie zatrzymało się, kwiknęło i zemdlało z wrażenia prosto do kosza z praniem.

 

 

Cały świat Dawida

 

Link był niebieski, nie fioletowy, jak każdy poprzedni. A to oznaczało, że Dawid nigdy dotąd go nie otwierał. Nie patrząc na adres, kliknął.

Przed nim rozpostarła się pustka, choć pewnie jakiś lider, pełen kompetencji i co najmniej trzech lat doświadczenia, poprawiłby go, że to szlachetny minimalizm. Ale Dawid nie ufał wielkim słowom, których znaczenia do końca nie rozumiał.

„Podaj swój adres e-mail”, poleciła pustka.

No to podał.

„Podaj swoje imię.”

Okej.

Potem pustka kazała mu wybrać, czy szuka pracy, czy też chce ją dać, zapytała o rok urodzenia i miejsce zamieszkania — kraj, województwo, powiat, gmina, miejscowość. Wpisując kolejne nazwy, niemal czuł, jak spojrzenie wielkiego pustkowego oka z każdą odpowiedzią coraz bardziej i bardziej ogniskuje się na nim, jak patrzy. I widzi. Wszystko. Widzi blok Dawida, jego mieszkanie, jego pokój, jego córkę na polówce, a nawet plakat nad komputerem i czterdzieści cztery grosze na biurku.

Przez chwilę pustka milczała.

„Czego zatem pragniesz?” — zapytała wreszcie.

— Co?

Komunikat zniknął, a w jego miejsce wyświetlił się nowy:

„Czego pragniesz?”

„O czym marzysz, Dawid, rocznik 1981, zamieszkały w Polska, województwo małopolskie, powiat...”

 

 

Pierwsze słowo

 

Pamiętam, że wtedy był piątek i był maj, i było gorąco.

Dziś też jest piątek. Tak jak wtedy. Jak tydzień temu. I dwa. I trzy. I trzysta trzydzieści trzy. Dlatego jak co piątek o tej samej godzinie wychodzę na balkon i najpierw długo patrzę w dół, na plac, na bunkier, na budynek Dolmedu. I na lokomotywę. Mija osiem lat, odkąd stanęła na placu Strzegomskim. Od pięciu moi rodzice nie żyją, od dwóch Michał pracuje w Holandii. Nie pisze, nie dzwoni, nie przyjeżdża, a lokomotywa wbrew całemu światu stoi na torach skierowanych ku niebu, prawie gotowa do podróży. Z początku widziałam w niej symbol wiary w niemożliwe. Teraz widzę wyłącznie daremność.

Patrzę w kąt balkonu. Stołeczek stoi tam, gdzie zawsze. Wystarczy się na niego wspiąć i uchylić okno. Siódme piętro to naprawdę wysoko, a w dole rozpościera się sam asfalt i beton. Zaledwie kilka sekund niewyobrażalnego strachu dzieli mnie od ulgi.

-
Ocena użytkowników
Średnia z 0 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 0
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Pierwsze słowo
Autor: Marta Kisiel
Wydawca: Uroboros
Data wydania: 17 października 2018
Oprawa: miękka



Czytaj również

Pierwsze słowo
Nietuzinkowo, niejednoznacznie i w sposób niezapomniany
- recenzja
Rozmowa z Martą Kisiel
Tłok robi mi źle na wszystko
- wywiad
Toń
Ałtorka na poważnie?
- recenzja
Toń
- fragment
Nomen omen
Wyrób pratchettopodobny
- recenzja
Siła niższa
Gdzie anioły dwa, tam spokoju nie ma
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.