» Recenzje » Pamięć Światłości

Pamięć Światłości


wersja do druku
Pamięć Światłości
Stało się! Po ponad ćwierćwieczu od publikacji pierwszego tomu Koła Czasu dzieło życia Roberta Jordana dotoczyło się do zwieńczenia za sprawą Brandona Sandersona, który został namaszczony na kontynuatora opowieści po śmierci autora poprzednich części. Czy warto było czekać na Pamięć Światłości? I tak, i nie.

W jednym z wieków, zwanym Trzecim wiekiem[…], w Górach Mgły podniósł się wiatr. Wiatr nie był prawdziwym początkiem. Nie istnieją ani początki, ani zakończenia w obrotach Koła Czasu. Czternasty już raz jego podmuchy towarzyszą Randowi, Matowi, Perrinowi, Nynaeve, Egwene i pozostałym bohaterom, którzy po rozlicznych przygodach dotarli do celu przyświecającego im od chwili, gdy w pierwszym tomie cyklu opuścili swą rodzinną wioskę – ostatecznego starcia z Czarnym w miejscu jego uwięzienia zwanym Shayol Ghul. Ta bitwa, będąca cyklicznie powtarzającym się od eonów monumentalnym starciem sił dobra i zła, tym razem ma wstrząsnąć posadami jordanowskiego uniwersum i ostatecznie zadecydować o jego losie, zatem rozegrać się musi na skalę do tej pory niewyobrażalną. I tak też się dzieje – wojna toczona na czterech frontach, w odległych od siebie miejscach, poraża swym rozmachem. Choć tylko do pewnego momentu.

W poprzednich tomach cyklu starcia zbrojne stanowiły integralną i nieodzowną część fabuły, lecz były w nią wplecione na tyle umiejętnie, iż mimo że stanowiły dominantę tekstu, nie budziły odczucia przesytu. Powiązane ze scenami obyczajowo-społecznymi, opisami politycznych i magicznych układów, z konsekwentnym uzupełnianiem mitologii, etnografii i historii świata przedstawionego oraz epizodami przepełnionymi humorem słownym i sytuacyjnym, bitwy były dramatyczne i emocjonujące, lecz jednocześnie nie przytłaczały. W finalnej części ta równowaga została zaburzona, wojenny zgiełk rozbrzmiewa na niemalże każdej stronie powieści, a przerywniki kolejnych, coraz to okrutniejszych, wizji rzezi rozmywają się w hektolitrach krwi i stosach zmasakrowanych zwłok. I o ile pierwsze opisy heroicznych, a zarazem tragicznych losów postaci stających w szranki z niezmierzoną potęgą Czarnego wywołują gorące emocje (zwłaszcza u wiernych czytelników sagi), to w pewnym momencie przychodzi zmęczenie tą eskalacją przemocy, która, miast podkreślać rangę Taimon Gaidon, czyni ją wyliczanką coraz to wymyślniejszych form zabijania, tak jakby autor zapragnął się popisać swoją wiedzą na ów temat.

Tylko który z autorów – Jordan czy też Sanderson? Wiadomo, że zmarły pisarz pozostawił szczegółowe notatki na temat zakończenia swej epopei, zaś twórca Imperium miał je wypełnić treścią. W Pomrukach burzy i Bastionach mroku czynił to na zasadzie literackiej mimikry, doskonale naśladując styl kreatora Koła Czasu, natomiast podczas lektury finalnej części można się zastanawiać, jak wiele koncepcji i rozwiązań zrodziło się w jego wyobraźni. Zwłaszcza dla osoby znającej dorobek obu literatów i ich warsztaty pisarskie te różnice są wyraźne. Niektóre sceny, jak  duchowa walka Randa z Shait’anem, wyraźnie noszą na sobie sandersonowskie znamię, zaś elementy charakterystyczne dla tekstów Jordana, jak chociażby szczegółowe opisy wyglądu postaci, zostały skrajnie uproszczone, momentami w sposób bliski pastiszowi. Również sam język powieści uległ zmianom, nurt  jego stylizacji, do tej pory celowo archaizowanej, zanieczyszczają wtrącenia rodem ze współczesnego slangu młodzieżowego. Trudno jednak stwierdzić, czy wynikają one z zamysłu porządkującego jordanowską spuściznę autora, czy też stanowią pokłosie działań tłumaczy – Jana Karłowskiego i Joanny Szczepańskiej, którzy na własną rękę przeprowadzili wiele zmian łatwych do wychwycenia przez osoby, które czytały wcześniejsze tomy. Odniosłam również wrażenie, że książkę dopadło przekleństwo konieczności zapełnienia monstrualnej ilości stron treścią, której nie ma zbyt wiele, co skutkuje rozciąganiem epizodów do granic możliwości, byle tylko uzyskać zaplanowaną objętość. Kolejnym mankamentem powieści jest rozdzielanie kluczowych dla opowiadanej historii wydarzeń rozległymi partiami tekstu, co skutkuje spadkiem dramatyzmu akcji – jeśli czytelnik nie zamierza pochłonąć Pamięci Światłości podczas jednego maratonu (co, biorąc pod uwagę jej monstrualną objętość, jest trudne), istnieje niebezpieczeństwo, iż w natłoku fabularnych "ozdobników" umknie mu ich kwintesencja.

W powieści pojawiają się wszystkie – zarówno pierwszo- jak i drugoplanowe postaci, które do tej pory zagościły na stronach cyklu, również i te uśmiercone we wcześniejszych tomach. Budzi to radość – szczególnie jeśli już od dłuższego czasu brakowało na ich temat wieści, a powroty dają szansę na uzupełnienie luk z okresu ich nieobecności, dopełnienie ich wizerunku lub jego przenicowanie. Jednak z drugiej strony ich natłok sprawia, że część z nich, do tej pory bardzo istotnych dla przebiegu akcji, została potraktowana po macoszemu, występując jedynie w rolach marginalnych, zaś niekończąca się wyliczanka person biorących udział w konkretnej scenie sprawia wrażenie literackiego horror vacui. Godnym podziwu jest za to wyjście poza ramy klasycznego schematu "od zera do bohatera", połączonego z motywem herosa zapowiedzianego przez proroctwa i predestynowanego do wielkich czynów, które zostało w finalnej części zamknięte w przewrotny sposób uroborosową pętlą. W przypadku niektórych postaci ten zwrot nie wyszedł najlepiej – Randa, pomimo bycia spiritus movens całej fabuły, można nazwać najbardziej wtórną postacią cyklu, gdyż szarpanych przez emocje i prześladowanych wewnętrznymi demonami bohaterów pojawia się w fantasy na pęczki, a nadmiernie eksploatowany mesjanistyczny rys jego charakteru nie czyni go kimś wyjątkowym. Znacznie ciekawiej zostali ukształtowani jego towarzysze, których ostateczny potencjał dopiero teraz został ujawniony. Uroczy drań, hazardzista i zdobywca niewieścich serc Mat Cauthon; będący opoką i wcieleniem zdrowego rozsądku Perrin Aybarra; Egwene, która stała się uosobieniem magii, a także wojująca feministka Nynaeve oraz raz na zawsze królowa Elaine i wielu innych osiągnęli na różne sposoby doskonałość. Szkoda tylko, że rozpływa się ona w chwilach, kiedy przychodzi do opisania ich miłosnych relacji, wówczas  zaczynają  przypominać persony wycięte z literatury dla kucharek.

Dość ryzykownym rozwiązaniem było wprowadzenie w finalnej części nowego wroga, Sharanów, których militarno-magiczna potęga przekracza moce wszystkich dotychczas ukazanych ludzkich antagonistów. Wydają się oni wkomponowani w tekst ad hoc, a informacje na ich temat są nader skąpe. Biorąc pod uwagę, z jakim pietyzmem do tej pory opisywano kolejne społeczności jordanowskiego świata – Aielowie, Seanchanie, Lud Morza, a także polityczno-magiczne organizacje na czele z Aes Sedai, taka niedbałość razi. Natomiast ukazanie pełni zdolności pozostałych przy życiu Przeklętych, wreszcie spuszczonych ze smyczy apostołów Czarnego, przeprowadzone zostało na wielką skalę i sprawiło, iż już od dawna chwiejny podział pomiędzy dobrem a złem stał się jeszcze bardziej ambiwalentny. Zarówno bowiem przedstawiciele Światłości, jak i ci występujący pod sztandarami Cienia w istocie mało się od siebie różnią, a metody ich postępowania bywają identyczne.

Świat przedstawiony w opus magnum Jordana zadziwia swym rozmachem, na którego tle zarówno martinowska Pieśń Lodu i Ognia, jak i Malaz Eriksona wydają się opowieściami niezbyt skomplikowanymi, choć nie przeczę, że lepiej napisanymi. Mapę, na której rozgrywa się akcja epopei, wypełniają setki lokacji, zaś podczas tworzenia drobiazgowych opisów państw, królestw i plemion je zamieszkujących obaj autorzy inspirowali się kulturami całego globu na przestrzeni wszystkich epok historycznych – począwszy od starożytnych Chin i Japonii doby szogunatu, poprzez orientalny przepych Bliskiego Wschodu, Anglię wzorowaną na micie arturiańskim, barokową Francję, Hiszpanię okresu rekonkwisty, kończąc na alegorii rzeczywistości nam współczesnej, nad którą wisi cień atomowego zagrożenia. I dopiero w Pamięci światłości dane nam jest w pełni docenić tę złożoność.  Równie skomplikowana jest ukazana w powieści magia, która od czasów prostego podziału na męskie (saidin) i kobiece (saidar) połowy Źródła Mocy rozwinęła się w multikulturowy przekładaniec ludowych wierzeń, mitów, baśni i legend z całego świata, uzupełniony techniką pochodzącą ze świata przed Pęknięciem.

Czymże więc jest finał Koła Czasu? Opisaniem klasycznej krainy fantasy w chwili apokaliptycznego starcia dobra ze złem? Grafomańskim romansidłem, w którym wszyscy bohaterowie wcześniej czy później stają na ślubnym kobiercu? Przejmującą wizją świata przyszłości po nuklearnej katastrofie? Nadmiernie rozbuchanym słowotokiem odciągającym uwagę od kluczowych dla fabuły wydarzeń? Ziszczeniem snów każdego militarysty?  Czy też tym wszystkim na raz, a zarazem opowieścią nigdy nie ukończoną – wszak Koło nie ma kresu. Gdybyż jeszcze proporcje owej literackiej mieszanki były lepiej dobrane!

7.0
Ocena recenzenta
10
Ocena użytkowników
Średnia z 1 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 1
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Pamięć Światłości
Cykl: Koło Czasu
Autor: Robert Jordan, Brandon Sanderson
Tłumaczenie: Joanna Szczepańska, Jan Karłowski
Wydawca: Zysk i S-ka
Data wydania: 25 sierpnia 2016
Liczba stron: 1182
Oprawa: miękka
Format: 140 x 205 mm
ISBN-13: 978-83-7785-710-6
Cena: 59 zł



Czytaj również

Bastiony Mroku
Układy i spiski
- recenzja
Pomruki burzy - Robert Jordan, Brandon Sanderson
Pogrobowe grand finale
- recenzja
Legion
- fragment
Bezkres magii
Podróżując po Cosmere
- recenzja
Rozjemca
Wszystko dla pokoju
- recenzja
Bezkres magii
- fragment

Komentarze Obserwuj


historyk
    Bardzo dziękuję
Ocena:
0

za streszczenie książki z podaniem zakończenia. Jesteście nieocenieni, dzięki Wam nie muszę czytać tej powieści...

01-12-2016 21:39
Asthariel
   
Ocena:
0

Co konkretnie jest tu zdradzone z zakończenia?

01-12-2016 21:44
historyk
    Wszystko
Ocena:
0

apokaliptyczne starcie dobra ze złem, które dobro wygrywa, a wszyscy bohaterowie stają na ślubnym kobiercu.

01-12-2016 22:17
Asthariel
   
Ocena:
0

Mistrzowskie przeinaczenie tego, co autorka miała na myśli.

01-12-2016 22:23
historyk
    A co mnie obchodzą jej myśli?
Ocena:
0

interesuje mnie co napisała, a nie co myśli.

01-12-2016 23:18

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.