» Opowiadania » Pająk Artysta – Nnedi Okorafor

Pająk Artysta – Nnedi Okorafor


wersja do druku

(Spider the Artist)

Autor: Redakcja: Staszek 'Scobin' Krawczyk
Ilustracje: Emilia 'Jezebath' Nakielska
Tłumaczenie: Artur 'mr_mond' Nowrot

Pająk Artysta – Nnedi Okorafor

  Zombie nie iść, póki ty nie mówić iść
  Zombie!
  Zombie!
  Zombie nie stać, póki ty nie mówić stać
  Zombie nie skręcić, póki ty nie mówić skręcić
  Zombie!
  Zombie nie myśleć, póki ty nie mówić myśleć

  — z Zombie Feli Kutiego, nigeryjskiego muzyka i samozwańczego głosu niemych

***

  Mój mąż mnie bił. Dlatego właśnie poszłam tamtego wieczoru za nasz dom, poprzez zarośla, wysoką trawę, aż nad rurociąg. Nasz mały dom był ostatni w wiosce, właściwie w samym lesie. Więc nikt nigdy nie widział i nie słyszał, jak mąż mnie bije.

  Wychodzenie było najlepszym sposobem, by oddalić się od niego i jednocześnie nie rozgniewać go jeszcze bardziej. Gdy chodziłam za dom, wiedział, gdzie jestem, i wiedział, że jestem sama. Ale był zbyt zadufany, by zdać sobie sprawę, że myślę o samobójstwie.

  Mój mąż był pijakiem, jak wielu członków Ruchu Ludowego Delty Nigru. Wszyscy oni w ten sposób kontrolowali gniew i poczucie bezsilności. Ryby, krewetki i raki w strumieniach wymierały. Picie wody sprawiało, że łona kobiet wysychały a mężczyźni po jakimś czasie zaczynali sikać krwią.

  Za domem znajdował się strumień, z którego przynosiłam wodę. Niedaleko zbudowano stację pomp i strumień stał się smrodliwy i brudny, pokryty oleistą błoną, która mieniła się tęczą. Uprawy manioku i pochrzynu dawały coraz mniej plonów z każdym rokiem. Powietrze czyniło skórę brudną i pachniało jak coś, co ma niedługo umrzeć. W niektórych miejscach zawsze było jasno jak w dzień z powodu hałaśliwych pochodni gazowych.

  Moja wioska była gówniana.

  Na domiar złego członkowie Ruchu Ludowego ginęli jak muchy. Członkowie kill-and-go stawali się coraz śmielsi. Strzelali do członków Ruchu na ulicach, potrącali ich samochodami, zaciągali na bagna. I wszelki słuch po nich ginął.

  Próbowałam dać mojemu mężowi trochę szczęścia. Ale po trzech latach moje ciało wciąż nie zamierzało dać mu dzieci. Łatwo dostrzec powód jego frustracji i smutku… ale ból to ból. A on sprawiał mi go regularnie.

  Moją najcenniejszą i jedyną własnością była gitara ojca. Została wykonana z pięknego, polerowanego drewna Abura i miała śliczną szylkretową łezkę. Doskonałe rzemiosło. Mój ojciec mówił, że do wykonania tej gitary użyto jednego z ostatnich drzew delty ścinanych na drewno. Po przyłożeniu jej do nosa można było w to uwierzyć. Gitara miała kilkadziesiąt lat, a nadal pachniała jak świeżo ścięte drzewo, jakby chciała ci opowiedzieć swoją historię, bo tylko ona mogła to zrobić.

  Nie byłoby mnie na świecie, gdyby nie gitara mojego ojca. Gdy był młodzieńcem, siadywał wieczorem przed zabudowaniami i grał dla wszystkich. Ludzie tańczyli, klaskali w dłonie, zamykali oczy i słuchali. Komórki dzwoniły, ale wszyscy je ignorowali. Pewnego dnia moja matka zatrzymała się, by posłuchać.

  Często przyglądałam się szybkim, długopalcym dłoniom mojego ojca, kiedy grał. Och, te harmonie. Z pomocą swojej muzyki potrafił przywołać wszystko – tęcze, wschody słońca, pajęczyny pokryte lśniącymi kropelkami rosy. Moi starsi bracia nie chcieli uczyć się gry. Ale ja tak, więc ojciec przekazał mi wszystko, co wiedział. I teraz to moje długie palce trącały struny. Zawsze potrafiłam usłyszeć muzykę, a moje dłonie poruszały się jeszcze szybciej niż dłonie mojego ojca. Byłam dobra. Bardzo dobra.

  Ale poślubiłam głupiego człowieka. Andrew. Więc grałam tylko za domem. Z dala od niego. Moja gitara była moją ucieczką.

  Tego pamiętnego wieczoru siedziałam na ziemi tuż nad rurociągiem. Przebiegał on wprost przez podwórka mieszkańców. Moja wioska była wioską ropy, tak samo jak ta, w której dorastałam. Moja matka mieszkała w podobnej osadzie, nim wyszła za mąż, tak jak i jej matka. Jesteśmy Ludem Rurociągu.

  Babka mojej mamy była znana z tego, że wylegiwała się na rurociągu biegnącym przez jej wioskę. Potrafiła tak leżeć całymi godzinami, nasłuchując i zastanawiając się, jakie magiczne płyny podróżowały tymi wielkimi, niekończącymi się stalowymi rurami. Oczywiście wtedy nie było jeszcze Zombie. Zaśmiałam się. Gdyby teraz spróbowała położyć się na rurociągu, zginęłaby straszliwą śmiercią.

  Zawsze gdy czułam się wyjątkowo przybita, brałam gitarę i przychodziłam tutaj usiąść nad rurociągiem. Wiedziałam, że kuszę los, przebywając tak blisko, ale kiedy ogarniał mnie taki nastrój, niewiele mnie to obchodziło. Właściwie to nawet cieszyłam się z możliwości skończenia z życiem. To cud, że mój mąż nie roztrzaskał gitary podczas jednego z napadów pijackiego szału. Bez wątpienia od razu rzuciłabym się na rurociąg, gdyby to zrobił. Może właśnie dlatego był bardziej skłonny rozbić mi nos niż gitarę.

  Tego dnia tylko uderzył mnie mocno w twarz. Nie miałam pojęcia dlaczego. Po prostu wszedł do domu, zobaczył mnie w kuchni i plask! Może miał zły dzień w pracy – ciężko harował w pobliskiej restauracji. Może jedna z jego kobiet go odrzuciła. Może zrobiłam coś złego. Nie wiedziałam. Nie dbałam o to. Krew powoli przestawała płynąć z mojego nosa i nie widziałam już tylu gwiazd.

  Moje stopy znajdowały się zaledwie kilka cali od rurociągu. Tej nocy byłam wyjątkowo brawurowa. Było znacznie cieplej i wilgotniej niż zazwyczaj. A może nadal piekła mnie twarz. Nawet moskity tak bardzo mi nie przeszkadzały. W pewnej odległości widziałam Nnekę, kobietę, która rzadko się do mnie odzywała, kąpiącą swoich synków w wielkiej balii. Jacyś mężczyźni grali w karty przy stoliku kilka domów dalej. Było ciemno, wokół rosły niewysokie drzewka i krzewy, i nawet najbliżsi sąsiedzi byli oddaleni, więc byłam ukryta.

  Westchnęłam i położyłam dłonie na strunach gitary. Zagrałam melodię, którą grywał mój ojciec. Zamknęłam oczy. Zawsze będę tęsknić za ojcem. Niezwykłe było czuć struny wibrujące pod palcami.

  Pogrążyłam się całkowicie w muzyce, tkając ją, a potem unosząc się na wspaniałym zachodzie słońca, który rozświetlał szczyty palm i…

  Klik!

  Zamarłam. Z rękami wciąż na strunach, których wibracje ucichły. Nie miałam odwagi się poruszyć. Oczy nadal miałam zamknięte. Połowa twarzy pulsowała.

  Klik! Tym razem dźwięk rozległ się bliżej. Klik! Bliżej. Klik! Bliżej.

  Serce mi waliło i zrobiło mi się mdło ze strachu. Pomimo ryzyka wiedziałam, że nie chcę umrzeć w ten sposób. Kto by chciał zostać rozerwanym na kawałki przez Zombie? Jak każdy mieszkaniec mojej wioski kilka razy dziennie, przeklęłam po cichu nigeryjski rząd.

  Brzdęk!

  Drżenie struny zostało wytłumione przez mój środkowy palec, który wciąż na niej spoczywał. Dłonie zaczęły mi drżeć, ale wciąż zaciskałam powieki. Coś ostrego i chłodnego uniosło mój palec. Chciałam krzyczeć. Coś ponownie trąciło strunę.

  Brzdęk!

  Dźwięk był głębszy i pełniejszy, mój palec nie tłumił już drgania. Bardzo wolno otwarłam oczy. Serce mi zamarło. Istota stojąca przede mną miała około trzech stóp wysokości, co oznaczało, że znajdowałam się z nią oko w oko. Nigdy nie widziałam żadnej z bliska. Niewielu ludzi widziało. Istoty te zawsze biegają w górę i w dół po rurociągu jak stado wyjątkowo szybkich wołów, zawsze czymś zajęte.

  Przyjrzałam się bliżej. Naprawdę miały osiem nóg. Nawet w ciemności odnóża lśniły, odbijając nawet najsłabsze światło. Gdyby było trochę jaśniej, mogłabym zobaczyć doskonałe odbicie mojej twarzy. Słyszałam, że same się polerowały i naprawiały. Brzmiało to w tej chwili wyjątkowo prawdopodobnie, bo kto miałby wystarczająco wiele czasu, by utrzymywać je w tak nieskazitelnej czystości?

  Rząd wpadł na pomysł stworzenia Zombie, a Shell, Chevron i kilka innych koncernów naftowych (które były równie zdesperowane) dostarczyło na to funduszy. Zombie powstały, by zwalczać kradzieże ropy i akty terroru. Wydaje mi się to śmieszne. Rząd i kompanie naftowe zniszczyły naszą ziemię i wykopały naszą ropę, a potem stworzyły roboty, które mają powstrzymać nas od zabrania jej z powrotem.

  Początkowo nazywano je Droidami Anansi 419, ale my mówiliśmy na nie "ustrojstwa oyibo" albo, najczęściej, Zombie, tak samo jak na żołnierzy kill-and-go, którzy przychodzili nas dręczyć za każdym razem, gdy coś ich rozdrażniło.

  Mówi się, że Zombie potrafią myśleć. Nazywa się to Sztuczną Inteligencją. Trochę się uczyłam, spędziłam rok czy dwa na uniwersytecie, ale nie zajmowałam się naukami ścisłymi. Niezależnie od wykształcenia, kiedy tylko wyszłam za mąż i trafiłam w to przeklęte miejsce, stałam się taka jak każda inna tutejsza kobieta, prosta mieszkanka wioski w rejonie delty, gdzie Zombie zabijają każdego, kto tknie palcem rurociągi, bita przez męża od czasu do czasu. Co ja tam mogłam wiedzieć o inteligencji Zombie?

  Wyglądał jak wielki, błyszczący, metalowy pająk. Tak też się poruszał. Wydawał się składać tylko z nóg i giętkich stawów. Podpełzł bliżej i nachylił się, by przyjrzeć się strunom mojej gitary. Gdy to uczynił, dwie z jego tylnych nóg zastukały o metalową rurę. Klik! Klik! Klik!

  Położył mój palec z powrotem na strunach i trącił je dwa razy, wydobywając z niej stłumiony dźwięk. Spojrzał na mnie wieloma okrągłymi, połyskującymi, niebieskimi oczami. Z bliska widziałam, że nie były to światła, lecz kule lśniącego, metalicznie niebieskiego, falującego delikatnie płynu, przypominającego naładowaną rtęć. Patrzyłam w nie zafascynowana. Nikt z mojej wioski nie mógł wiedzieć tego co ja. Nikt nie zbliżył się wystarczająco. Oczy z połyskującego, jasnoniebieskiego płynnego metalu, pomyślałam. Na wa.

  Przycisnął mocniej moje dłonie i westchnęłam, mrugając i odwracając wzrok od hipnotyzujących oczu. Wtedy zrozumiałam.

  – Ty… chcesz, żebym zagrała?

  Siedział tam i czekał, kładąc odnóże na pudle gitary z cichym stuknięciem. Minęło wiele czasu, od kiedy ktokolwiek chciał, bym dla niego zagrała. Wybrałam moją ulubioną highlife'ową piosenkę. "Love Dey See Road" Olivera De Coque'a. Grałam, jakby zależało od tego moje życie.

  Zombie nie poruszył się, jego noga spoczywała nadal na mojej gitarze. Czy słuchał? Byłam pewna, że tak. Dwadzieścia minut później, gdy wreszcie przestałam grać i ociekałam potem, dotknął czubków moich obolałych dłoni. Delikatnie.

***

  Niektóre z tych rur niosą olej napędowy, inne czystą ropę naftową. Miliony litrów na dzień. Nigeria dostarcza dwadzieścia pięć procent ropy sprowadzanej do Stanów Zjednoczonych. I nie dostajemy właściwie nic w zamian. Nic oprócz śmierci podczas ataku Zombie. Wszyscy mamy historie do opowiedzenia.

  Kiedy Zombie zostały wypuszczone po raz pierwszy, nikt o nich nie wiedział. Słyszało się tylko pogłoski o ludziach rozszarpanych na kawałki w pobliżu rurociągów albo o wielkich białych pająkach w nocy. Albo też dochodziły nas odgłosy potężnych eksplozji rurociągów, pozostawiających wokół spalone ciała. Ale rury, przy których leżały zwłoki, były w nienaruszonym stanie.

  Ludzie wciąż kradli. Mój mąż był wśród nich. Podejrzewałam, że sprzedawał paliwo i ropę na czarnym rynku; przynosił je też do domu. Zostawiałeś ją na dwa dni w wiadrze i zaczynała przypominać naftę. Używałam jej do gotowania. Więc właściwie nie mogłam narzekać. Ale kradzież ropy była bardzo, bardzo niebezpieczna.

  Istniały sposoby na otwarcie rurociągu bez ściągnięcia od razu gniewu Zombie. Mój mąż i jego wspólnicy używali jakiegoś rodzaju noży laserowych. Ukradli je ze szpitali. Ale podczas przecinania metalu musieli być bardzo, bardzo cicho. Wystarczyło jedno uderzenie, jedno drżenie, i Zombie zbiegały się w ciągu minuty. Wielu z towarzyszy mojego męża zginęło z powodu stuknięcia czyjejś obrączki albo czubka noża laserowego o metal.

  Dwa lata temu grupka chłopców bawiła się zbyt blisko rurociągu. Dwóch z nich szamotało się i upadli na rury. Zombie zjawiły się w kilka sekund. Jednemu z chłopców udało się odpełznąć. Ale drugiego złapały za ramię i rzuciły w zarośla. Ramię, podobnie jak obie nogi, było złamane. Przedstawiciele rządu twierdzili, że Zombie zaprogramowano, by wyrządzały możliwie najmniejszą krzywdę, ale… nie wierzyłam w to, na kłamstwo.

  Były przerażającymi istotami. Zbliżanie się do rurociągu groziło potworną śmiercią. A mimo to te przebrzydłe szkarady biegały przez nasze podwórka.

  Ale nie obchodziło mnie to. Mój mąż strasznie mnie bił w tamtym czasie. Nie wiem dlaczego. Nie stracił pracy. Wiedziałam, że widuje inne kobiety. Byliśmy biedni, ale nie głodowaliśmy. Może to dlatego, że nie mogłam urodzić mu dzieci. Wiem, że to moja wina, ale co mogłam poradzić?

  Coraz częściej wychodziłam na podwórze. A ten konkretny Zombie odwiedzał mnie za każdym razem. Uwielbiałam dla niego grać. Słuchał mnie. Jego śliczne oczy lśniły radością. Czy robot mógł odczuwać radość? Wierzyłam, że inteligentne, jak ten, mogły. Wiele razy w ciągu dnia widywałam gromadę Zombie przebiegającą wte i wewte po rurociągu, by go strzec lub dokonywać napraw, czymkolwiek się zajmowały. Nawet jeśli mój Zombie znajdował się wśród nich, nie potrafiłam tego stwierdzić.

  Odwiedzał mnie już mniej więcej dziesiąty raz, kiedy zrobił coś bardzo, bardzo dziwnego. Mój mąż wrócił do domu w stanie niemalże łatwopalnym, czuć było od niego kilkoma rodzajami alkoholu: piwem, winem palmowym, perfumami. Przez cały dzień ciężko myślałam. O swoim życiu. Utknęłam. Chciałam mieć dziecko. Chciałam opuścić dom. Mieć pracę. Przyjaciół. Potrzebowałam odwagi. Wiedziałam, że mi jej nie brakuje. Stanęłam twarzą w twarz z Zombie, wiele razy.

  Zamierzałam zapytać męża o nauczanie w szkole podstawowej. Słyszałam, że szukają nauczycieli. Kiedy wszedł, przywitał mnie niezdarnym uściskiem i pocałunkiem, a następnie zapadł się w kanapę. Włączył telewizję. Było późno, ale przyniosłam mu jego obiad, zupę pieprzową pełną koźlego mięsa, drobiu i wielkich krewetek. Był w dobrym pijackim nastroju. Ale gdy tak stałam i patrzyłam, jak je, cała odwaga mnie opuściła. Cała potrzeba zmiany rozpierzchła się i przyczaiła z tyłu mojej głowy.

  – Chcesz czegoś jeszcze? – zapytałam.

  Popatrzył na mnie i nawet się uśmiechnął.

  – Zupa dzisiaj jest dobra.

  Odpowiedziałam uśmiechem, ale coś we mnie pochyliło głowę niżej.

  – Cieszę się – powiedziałam. Sięgnęłam po gitarę. – Wychodzę na podwórze. Jest ładna pogoda.

  – Nie podchodź za blisko rurociągu – odpowiedział. Ale patrzył w telewizor i przeżuwał wielki kęs koźlego mięsa.

  Ruszyłam w ciemność, poprzez zarośla i trawy, do rurociągu. Usiadłam w zwyczajowym miejscu. Stopę od niego. Zaczęłam delikatnie, serią akordów. Tęskną melodią płynącą z mojego serca. Dokąd mogłabym stąd pójść? Czy tak miało wyglądać moje życie? Westchnęłam. Od miesiąca nie byłam w kościele.

  Kiedy przyszedł, stukocząc po rurociągu, moje serce się ożywiło. Płynne niebieskie oczy lśniły tej nocy mocnym blaskiem. Kupiłam kiedyś od pewnej kobiety belę niebieskiego materiału. Jego odcień był głęboki, przypominał mi otwartą wodę w słoneczne dni. Kobieta powiedziała, że materiał jest "lazurowy". Oczy mojego Zombie były tej nocy lazurowe.

  Zatrzymał się, stając przede mną. Czekał. Wiedziałam, że to mój Zombie, ponieważ miesiąc wcześniej pozwolił mi nakleić niebieskiego motylka na jedną z przednich nóg.

  – Dobry wieczór – powiedziałam.

  Nie poruszył się.

  – Smutno mi dzisiaj – powiedziałam.

  Zszedł z rurociągu, metalowe nogi zastukały o rury a później zaszurały po trawie. Przysiadł na ziemi, tak jak zawsze. A potem czekał.

  Szarpnęłam struny kilka razy i zaczęłam jego ulubioną piosenką, "No Woman No Cry" Boba Marleya. W miarę, jak grałam, jego ciało powoli zaczęło się obracać, co uznawałam za przejaw przyjemności. Uśmiechnęłam się. Gdy skończyłam grać, jego oczy znów zwróciły się w moją stronę. Westchnęłam, zagrałam akord a-moll i wyprostowałam się.

  – Moje życie jest do bani – powiedziałam.

  Nagle podniósł się na ośmiu nogach z cichym szumem. Wyciągnął i wyprostował nogi, stając się o stopę wyższym niż normalnie. Z jego ciała, od spodu, zaczęło się wydobywać coś białego i metalicznego. Odetchnęłam głośno i chwyciłam moją gitarę. Rozum podpowiadał mi, by się cofnąć. Szybko. Zaprzyjaźniłam się z tą sztuczną istotą. Wiedziałam o tym. Albo wydawało mi się, że to wiem. Ale jakie naprawdę mogłam mieć pojęcie o tym, czemu robi to, co robi? Albo dlaczego do mnie przyszła?

  Metaliczna substancja pojawiała się coraz szybciej, gromadząc się na trawie. Zmrużyłam oczy. To był drut. Patrzyłam, jak Zombie zbiera go i zaczyna coś robić pięcioma nogami, wspierając się na pozostałych trzech. Nogi uwijały się, pracując, przeplatając błyszczący drut tu i tam. Poruszały się zbyt szybko, żebym mogła zobaczyć, co dokładnie tworzą. Trawa latała na wszystkie strony a szum stał się nieco głośniejszy.

  A potem nogi się zatrzymały. Przez chwilę słyszałam tylko dźwięki świerszczy i żab, i wiatru poruszającego korony palm i namorzyn. Czułam zapach oleju, na którym ktoś w pobliżu smażył banany albo pochrzyn.

  Mój wzrok padł na przedmiot stworzony przez Zombie. Uśmiechnęłam się. Bardzo szeroko.

  – Co to jest? – wyszeptałam.

  Zombie podniósł przedmiot w dwóch przednich nogach, a dwoma tylnymi uderzył dwukrotnie o ziemię, jak zawsze, gdy próbował coś podkreślić. Coś, czego zazwyczaj nie rozumiałam.

  Sięgnął trzema nogami i zaczął grać składankę moich ulubionych piosenek, od Boba Marleya, przez Sunny'ego Ade, po Carlosa Santanę. A potem jego muzyka przerodziła się w coś głębszego, coś tak złożonego i pięknego, że po twarzy zaczęły mi płynąć łzy radości, zachwytu, uniesienia. Ludzie musieli słyszeć muzykę, może wyglądali przez okna lub otwierali drzwi. Ale byliśmy ukryci w ciemności, trawie, pośród drzew. Płakałam i płakałam, nie wiem dlaczego, ale płakałam. Zastanawiam się, czy ucieszyła go moja reakcja. Myślę, że tak.

  Następną godzinę spędziłam, ucząc się grać jego melodię.

***

  Dziesięć dni później grupa Zombie zaatakowała obsługę rurociągu i żołnierzy w głębi delty. Dziesięciu mężczyzn zostało rozerwanych na członki, a zakrwawione szczątki rozrzucone po bagniskach. Ci, którzy uciekli, powiedzieli dziennikarzom, że nic nie było w stanie powstrzymać Zombie. Jeden z żołnierzy cisnął w któregoś granatem, ale istota osłoniła się tym samym polem siłowym, którego używała podczas eksplozji rurociągu. Żołnierz powiedział, że pole wyglądało jak pęcherz z błyskawic.

  – Wahala! Kłopoty! – powiedział rozgorączkowany żołnierz reporterom telewizyjnym. Jego twarz była błyszcząca od potu a kąciki jego oczu drgały. – Złe, złe rzeczy! Od początku tak myślałem! Spójrzcie na mnie z granatem! Ye ye! Nic nie mogłem zrobić!

  Rurociąg, który robotnicy ledwo co zaczęli budować, znaleziono w pełni złożony. Zombie stworzono do wykonywania napraw, nie do budowy. To było dziwne. Komentarze prasowe twierdziły, że Zombie stają się zbyt inteligentne dla własnego dobra. Że się buntują. Z całą pewnością coś się zmieniło.

  – Może to tylko kwestia czasu, zanim te przeklęte istoty zabiją nas wszystkich – powiedział mój mąż z piwem w dłoni, czytając w gazecie o całym zajściu.

  Rozważałam niezbliżanie się nigdy więcej do mojego Zombie. Były nieprzewidywalne i być może wymknęły się spod kontroli.

***

  Była północ a ja znów tam wyszłam.

  Mąż od paru tygodni nie podniósł na mnie ręki. Chyba wyczuł we mnie zmianę. Zmieniłam się. Teraz częściej słyszał moją grę. Nawet w domu. Rankiem. Po ugotowaniu obiadu. W sypialni, gdy odwiedzali go przyjaciele. I wiedziałam, że piosenki, które słyszał, napełniały go najwspanialszymi uczuciami. Tak jakby każdy akord, każdy dźwięk został zbadany przez naukowców i dobrany, by wywoływać jak najsilniejsze uczucie szczęścia.

  Zombie rozwiązał moje problemy małżeńskie. A przynajmniej te najgorsze. Mąż nie mógł mnie uderzyć, kiedy piękna muzyka posyłała jego zmysły w kojące, słodkie miejsca. Zaczęłam mieć nadzieję. Na dziecko. Na to, że pewnego dnia porzucę dom i obowiązki żony na rzecz pracy nauczycielki muzyki w szkole podstawowej. Nadzieję na to, że pewnego dnia moja wioska skorzysta na ropie, którą się jej wydziera. I śniłam, że otula mnie lazurowy płynny metal, sieć z drutu i muzyki.

  Obudziłam się tej nocy z jednego z tych dziwnych snów. Otworzyłam oczy i uśmiechnęłam się. Nadchodziły dobre rzeczy. Mój mąż spał mocno obok mnie. W bladym świetle księżyca wyglądał tak spokojnie. Jego skóra już nie pachniała alkoholem. Pochyliłam się i pocałowałam go w usta. Nie obudził się. Wysunęłam się z łóżka, włożyłam spodnie i bluzkę z długim rękawem. Nocą na zewnątrz latały moskity. Wzięłam gitarę.

  Nazwałam mojego Zombie Udide Okwanka. W moim języku znaczy to "pająk artysta". Zgodnie z legendą Udide Okwanka to Najwyższa Artystka. Mieszka pod ziemią, gdzie zbiera kawałki różnych rzeczy i przemienia je w coś innego. Potrafi nawet tkać duchy z trawy. To było dobre imię dla mojego Zombie. Zastanawiałam się, jak Udide nazwał mnie. Byłam pewna, że nadał mi jakieś imię. Wątpiłam, czy powiedział o mnie innym. Nie sądzę, żeby mu pozwolono widywać się ze mną.

  Udide czekał już na mnie, jak gdyby przeczuł, że przyjdę tej nocy. Uśmiechnęłam się szeroko, w sercu czułam ciepło. Usiadłam, a on zszedł z rurociągu i podpełzł bliżej mnie. Niósł swój instrument na szczycie głowy. Coś, co przypominało wieloramienną gwiazdę wykonaną z drutu. W przeciągu tygodni dodał więcej kawałków drutu, niektóre cienkie, inne grube. Często zastanawiałam się, gdzie chowa tę rzecz, gdy biega z innymi, ponieważ instrument był zbyt duży, by ukryć go wewnątrz ciała.

  Udide uniósł go na wysokość oczu. Przednią nogą zagrał słodką, prostą melodię, która niemal sprawiła, że zapłakałam z radości. Przywoływała obrazy mojej matki i ojca, gdy byli jeszcze młodzi i pełni nadziei, gdy moi bracia i ja byliśmy zbyt młodzi na zawieranie małżeństw i wyprowadzkę. Zanim kill-and-go sprawili, że mój najstarszy brat wyjechał do Ameryki, a drugi na północ… gdy jeszcze wszystko było możliwe.

  Zaśmiałam się i otarłam łzę, a potem zaczęłam grać akordy pod tę melodię. Potem przeszliśmy w coś misternego, złożonego, przeplatającego… Chei! Czułam się, jakbym rozmawiała z Bogiem. Ach-ach, ta maszyna i ja. Nie wyobrażacie sobie tego.

  – Eme!

  Nasza muzyka natychmiast ustała.

  – Eme! – zawołał ponownie mój mąż.

  Zamarłam, wpatrując się w Udide, który także stał bez ruchu.

  – Proszę – wyszeptałam. – Nie rób mu krzywdy.

  – Samuel wysłał mi wiadomość! – powiedział mój mąż, z oczami wlepionymi w ekran komórki, idąc w moją stronę. – Niedaleko szkoły powstała wyrwa w rurociągu. Ani jednego cholernego Zombie w pobliżu! Zostaw tę gitarę, kobieto! Chodź i weźmy… – podniósł wzrok. Na jego twarzy pojawił się grymas przerażenia.

  Przez długą chwilę wydawało się, że czas się dla nas zatrzymał. Mój mąż stojący na skraju wysokich traw. Udide przy rurociągu, z instrumentem wzniesionym jak obrzędowa tarcza. I ja pomiędzy nimi, zbyt przerażona, by się poruszyć. Odwróciłam się w stronę męża.

  – Andrew – powiedziałam z największą delikatnością. – Pozwól mi wytłumaczyć…

  Powoli przesunął wzrok i spojrzał na mnie tak, jak gdyby widział mnie po raz pierwszy.

  – Moja własna żona?! – wyszeptał.

  – Ja…

  Udide wzniósł dwie przednie nogi. Przez chwilę zdawało się, że błaga mnie o coś. Albo chce mnie przytulić. Później stuknął jedną nogą o drugą tak mocno, że wyleciała spomiędzy nich duża, czerwona iskra i rozległ się donośny dźwięk.

  Mój mąż i ja zasłoniliśmy uszy dłońmi. W powietrzu w jednej chwili uniosła się woń zapalonej zapałki. Nawet przez dłonie słyszałam odzew z rurociągu. Stukoty były tak liczne, że brzmiały jak deszcz kamyków spadających na rury. Udide zadrżał, wdrapał się z powrotem i czekał. Przybyły tłumnie. Około dwudziestu. Pierwszą rzeczą, na którą zwróciłam uwagę, były ich oczy. Wszystkie przybrały odcień głębokiej, gniewnej czerwieni.

  Zebrały się wokół Udide, stukając nogami o rury w skomplikowanym rytmie. Nie mogłam dostrzec jego oczu. Potem wszystkie odbiegły zdumiewająco szybko na wschód.

  Odwróciłam się do męża. Już go nie było.

***

  Wieść rozprzestrzeniała się jak wirus, gdyż niemal każdy posiadał komórkę. Wkrótce wszyscy stukali w klawisze, wysyłając wiadomości takie jak: "Awaria rurociągu, blisko szkoły! Żadnych Zombie!" i "Biegnij do szkoły, weź wiadro!" Mój mąż nigdy mi nie pozwolił na kupienie własnej komórki. Nie było nas stać a poza tym nie uważał, żeby była mi potrzebna. Ale wiedziałam, gdzie znajduje się szkoła.

  Ludzie wierzyli teraz, że wszystkie Zombie się zbuntowały, porzucając zadania przydzielone im przez człowieka, i uciekły na bagna delty, by zajmować się swoimi sprawami. Zazwyczaj jeśli złodzieje zrobili szczelinę w rurociągu, nieważne jak cicho, Zombie dowiadywały się o tym w przeciągu godziny i naprawiały rury w następną godzinę. Ale tym razem po dwóch godzinach z uszkodzonej rury nadal wylewało się paliwo. Wtedy ktoś zdecydował się powiadomić innych.

  Ja jednak wiedziałam. Zombie wcale nie były "zombie". Były myślącymi istotami. Bystrymi. W ich szaleństwie kryła się metoda. A większość z nich nie przepadała za ludźmi.

  Reflektory kilku samochodów i furgonetek oświetlały zamieszanie. Rurociąg, skręcający na południe, wznosił się w tym miejscu. Ktoś to wykorzystał i usunął cały segment rury. Różowy olej napędowy lał się z obu końców jak z wielkiej fontanny. Ludzie gromadzili się w kałuży jak spragnione słonie, napełniając kanistry, butelki, miski, wiadra. Jakiś człowiek trzymał nawet worek na śmieci, póki paliwo nie przeżarło się przez niego, oblewając pierś i nogi mężczyzny.

  Wyciek tworzył wielką, ciemnoróżową kałużę, która szybko zaczęła rozprzestrzeniać się w stronę szkoły, zalewając plac zabaw. Opary dotarły do mnie, jeszcze zanim ujrzałam zabudowania szkolne. Łzy napłynęły mi do oczu i pociekło mi z nosa. Zasłoniłam bluzką nos i usta. Pomogło tylko trochę.

  Ludzie przybyli samochodami, motocyklami, autobusami, piechotą. Wszyscy wysyłali wiadomości komórkami, przenosząc wieść dalej. Minęło sporo czasu, odkąd ludzie, którzy nie zajmowali się na co dzień kradzieżą paliwa, mogli uszczknąć trochę dla siebie za darmo.

  Wszędzie kręciły się dzieci. Biegały wte i wewte, wysłane przez rodziców lub po prostu chcące wziąć udział w zabawie. Pewnie nigdy nie widziały, żeby ludzie zbliżali się do rurociągu i nie ginęli. Hip-hop i highlife dobiegały z samochodów i SUV-ów wyposażonych we wzmacniacze. Wibracje basów były niemal tak przytłaczające jak opary. Nie miałam wątpliwości, że Zombie wiedzą, co się dzieje.

  Dostrzegłam swojego męża. Zmierzał w kierunku fontanny paliwa z wielkim czerwonym wiadrem. Pięciu mężczyzn zaczęło kłócić się między sobą. Dwóch z nich zaczęło się szamotać i popychać, nieomal wywracając się w kałużę.

  – Andrew! – zawołałam ponad zgiełkiem.

  Odwrócił się. Gdy mnie zobaczył, zmrużył oczy.

  – Proszę! – powiedziałam. – Ja… przepraszam.

  Splunął i odwrócił się.

  – Musisz stąd uciekać! – powiedziałam. – One przyjdą!

  Odwrócił się i podszedł do mnie.

  – Czemu, u diabła, jesteś tego taka pewna? Sama je tu sprowadziłaś?

  Jak gdyby w odpowiedzi, ludzie zaczęli krzyczeć i rozbiegać się. Zaklęłam. Zombie nadciągały ulicą, spychając ludzi w stronę kałuży paliwa. Zaklęłam ponownie. Mąż mierzył mnie wzrokiem. Wyciągnął palec w moją stronę z wyrazem obrzydzenia. Przez hałas nie słyszałam, co powiedział. Odwrócił się i odbiegł.

  Próbowałam dostrzec Udide pomiędzy Zombie. Oczy wszystkich były czerwone. Czy Udide był w ogóle wśród nich? Spojrzałam na ich nogi, szukając naklejki motyla. Tam był. Najbliżej mnie, po lewej.

  – Udide! – zawołałam.

  Gdy tylko wypowiedziałam jego imię, zobaczyłam, że dwa Zombie pośrodku unoszą po dwie przednie nogi. Mój uśmiech zamienił się w zdumione "O". Padłam na ziemię i zakryłam głowę dłońmi. Ludzie wciąż taplali się w kałuży paliwa, próbując przedostać się do szkoły. Samochody nadal grały hip-hop i highlife, reflektory nadal oświetlały szaleństwo.

  Zombie uderzyły nogami jedną o drugą, krzesząc dwie iskry. Stuk!

  WWWWWWUUUUUUUM!

***

  Pamiętam światło, żar, zapach palonych włosów i ciała, i krzyki przeradzające się w gardłowe rzężenie. Hałas był przytłumiony. Zapach – potworny. Tkwiłam w tym piekielnym zawieszeniu z głową między nogami przez długi, długi czas.

***

  Nigdy nie będę uczyć muzyki w szkole podstawowej. Spłonęła wraz z wieloma spośród dzieci, które do niej chodziły. Mój mąż także zginął. Zginął, myśląc, że jestem szpiegiem bratającym się z wrogiem… lub czymś podobnym. Wszyscy zginęli. Oprócz mnie. Na moment przed eksplozją Udide podbiegł do mnie. Osłonił mnie swoim polem siłowym.

  Więc przeżyłam.

  Dziecko we mnie także. Dziecko, na które moje ciało zgodziło się dzięki cudownej, kojącej muzyce Udide. Udide twierdzi, że to dziewczynka. Skąd robot może to wiedzieć? Udide i ja gramy dla niej każdego dnia. Mogę sobie tylko wyobrażać, jaka jest zadowolona. Ale na jaki świat ją wydam? Taki, w którym tylko jej matka i Udide stoją na drodze wojnie pomiędzy Zombie i ludźmi, którzy je stworzyli?

  Módlcie się, byśmy wspólnie z Udide przekonali ludzi i roboty do zawarcia pokoju, w przeciwnym razie przez deltę nadal będą się przetaczać fale krwi, metalu i płomieni. I wiecie co jeszcze? Powinniście modlić się także o to, by Zombie nie skonstruowały sobie płetw i nie przepłynęły przez ocean.

Nnedi Okorafor(ur. 1974), pisarka amerykańska pochodzenia nigeryjskiego, doktor literatury angielskiej (wykłada na Uniwersytecie Stanowym w Chicago). Autorka kilku powieści młodzieżowych (Zahrah the Windseeker, The Shadow Speaker, Long Juju Man, Akata Witch) oraz kilkunastu opowiadań, zdobyła World Fantasy Award za powieść Who Fears Death (nominowanej także do Nebuli).



Czytaj również

Laguna
"A co wy byście zrobili?"
- recenzja
Laguna - Nnedi Okorafor
Obcy po afrykańsku
- recenzja
Laguna
- fragment
Księga Feniksa – Nnedi Okorafor
[The Book of Phoenix (Excerpted from The Great Book)]

Komentarze


Aesandill
   
Ocena:
0
Bardzo fajne opowiadanie
Pozdrawiam
Aes
13-10-2011 22:01
Scobin
   
Ocena:
+1
Ano! Warto przeczytać, również dlatego, że doświadczenia autorki nie ograniczają się do kultury euroamerykańskiej, w której jesteśmy głęboko zanurzeni. Myślę, że widać to w opowiadaniu.
17-10-2011 09:44

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.