» Fragmenty książek » Ostatni Nefilim

Ostatni Nefilim


wersja do druku

Fragment pierwszego rozdziału

Autor:
Ostatni Nefilim
Słońce zaczęło chylić się ku zachodowi. Czerwone wieczorne promienie padały na piasek pustyni, nadając mu niesamowitą rdzawą barwę. Zupełnie taką samą, jaką miała krew zaschnięta na klindze miecza albo żar z pogorzeliska po złupionej wiosce. Pomimo późnej pory, powietrze było gorące i duszne, jak zawsze w Palestynie o tej porze roku. Zachodzące słońce tworzyło na niebie ciekawe iluminacje, których nie powstydziliby się mistrze, co witraże w paryskiej katedrze wymalowali. Ba, nie powstydziliby się ich nawet ci z Konstantynopola, co freski ku uciesze tamtego cesarza wykoncypowali. A toć wiadomo przecie, że lepszych mistrzów w sztuce malarskiej nad Bizantyjczyków nie znajdziesz w całym świecie. No, może jeno Maurowie z Toledo i Grenady, aleć to przecie poganie, Saraceni bezecni. Ich malunków plugawych nie godzi się trzymać dobremu chrześcijaninowi pod swym dachem.

Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę
Po rdzawoczerwonym piasku pustyni wolno posuwał się niewielki orszak. Na samym przedzie jechał na siwym koniu młody rycerz. Na kolczugę nałożoną miał białą tunikę z czerwonym krzyżem, co pozwalało rozpoznać w nim templariusza. Za nim jechało dwóch pachołków służebnych, także w zakonnych szatach. Każdy z nich dzierżył w rękach napiętą kuszę. Za nimi, na wspaniałym bułanym rumaku, jechał rosły mężczyzna, lat około trzydziestu. Pasowany rycerz, sądząc ze stroju i wielkopańskiej postawy. Pomimo upału rycerz miał na sobie grubą przeszywanicę, na którą nałożył misternie splecioną kolczugę. Głowę ochraniał mu czepiec kolczy i żelazny toczek. Spod czepca wystawały kosmyki ciemnych włosów, oczy w kolorze bursztynu i lekko garbaty nos. Policzki rycerza pokrywał nie golony od kilku dni zarost. Jego twarz nie była szalenie piękna, miała jednak w sobie męski urok. Na kolczugę, wzorem wszystkich krzyżowców, rycerz założył aksamitną jakę z rodowym herbem: dwoma walczącymi na miecze gryfami. Taki sam herb zdobił podłużną tarczę, zawieszoną na lewym przedramieniu wojaka.
Za rycerzem jechał jego giermek, pacholę liczące nie więcej niż siedemnaście lat. Na tunice miał wyhaftowane dwa gryfy swojego pana. Chłopiec dźwigał długą kopię rycerską, na której powiewał proporczyk. Obok giermka jechało dwóch pachołków w hełmach z nosalami, uzbrojonych w oszczepy i kusze. Ci również nosili herb rycerza na odzieniu. Za nimi podążał mężczyzna wielkiej postury, istny olbrzym, ciągnący za sobą dwa juczne konie. Niedaleko z tyłu trzymało się czterech koniuszych, którzy doglądali jucznych koni wiozących spyżę i bukłaki z wodą. Pochód zamykało trzech pachołków, uzbrojonych jak reszta w oszczepy i napięte kusze. Ta trójka właśnie rozmawiała półgłosem. Z ich rozmowy wynikało, że raczej nie są wdzięczni opatrzności za swój los.
– Diabli nadali – pomstował jadący pośrodku barczysty mężczyzna w sile wieku. – Że też nas tu pchnęli przez tę zasraną pustynię ku cysorzowi. Co to, Niemiaszki sami drogi ku nam nie znajdą, hę? Pod Akkę cysorz sam bez nas nie trafi, hę? To czemuż niby o nim powiadają, że taki wielki i mądry, hę?
– Głupiś Bertrand – odparł wysoki chudzielec, obgryzający właśnie pieczoną rzepę. – Głupiś jak ta kobyła, co cię na grzbiecie nosi, abo li nie przymierzając, jak cap. Toć my nie po to do rudego jedziem, żeby mu drogę pokazać, jeno splendur. Polityka taka.
– Sameś głupi – rzekł Bertrand. – Też mi bedzie splendur i polityka, jak nas tu słońce wykończy albo i Saladyn. Jeno patrzeć, jak nam tu który z tych jego asasynów zza wydmy wyskoczy. Obaczym wtedy Gui, jaki będziesz mądry. Jak ci się będzie chciało uczone gadki prawić, kiedy szablą po łbie weźmiesz.
– Nie widzi mi się, żeby nas tak rach ciach napadać mieli – rzekł chudzielec nazwany Guim. – Toć o asasynach gadają, że to rozumne pachołki, choć Saraceny. A kto rozumny by w taki skwar przez pustynię gonił. Chyba jeno taki dureń, jak nasz jaśnie, tfu, pasowany.
Trzeci z pachołków, łysy jak kolano, nie brał udziału w tej pogawędce. Jechał pogwizdując sobie pod nosem. Było to, oprócz opróżniania dzbanów z winem i piwem, jego ulubione zajęcie. Jemu też zawdzięczał swoje przezwisko: Świstak.
– Bo tak to zawdy było i tak jest – ciągnął swój uczony wywód Gui. – Jak wielmoża do wielmoży w gościnę jedzie, to ten ku niemu poczet na powitanie wysyła. Że niby powitać mają gościa w swoich ziemiach.
– A gdzież tu jerozolimskiego króla ziemie, psia mać, hę? – zaperzył się Bertrand. – Toć tutaj Gwidon tyle jeno ma ziemi, ile pod jego namiotem leży. A i to może mu Saladyn łacno odebrać.
– Ano po to właśnie jedziem, żeby splendur pokazać. Że to niby nasza ziemia, Franków. Że my tu wprzódy przyszli. Obaczysz ty, jak się pany króle i cysorze będą za łby brali, niech no jeno Saladyna zdusim. Bo też łakomy kąsek, ta Ziemia Święta. Niejeden tu chrapkę na nią ma. A po sprawiedliwości, toć komu się ona należy, jak nie nam? Kto tu łba pod saraceński nóż nadstawia, jak nie my? Angliki i nasz król Bóg jeden raczy wiedzieć, kiedy do Palestyny zjadą. Rudobrody z Niemiaszkami gdzieś w Anatolii i wcale mu ku nam nie spieszno. Jeno Gwidon, pospołu z templariuszami i z tymi, co z Królestwa Jerozolimskiego się ostali, pod Akką leży. Lennik jego, psia mać, tyż siedzą po twierdzach i zamkach, zamiast na wojnę ruszyć. Toć komuż się pytam, ziemia ta się należy, jak nie nam?
– Sprawiedliwie, że nam – podrapał się w głowę Bertrand. – Jeno widzi mi się, że cysorz nam będzie z tym perpecyje czynił. Boć Niemcom też pachnie jak psu sperka, żeby króla swojego na tronie jerozolimskim posadzić. Aleć jedno mi jeszcze po łbie chodzi. Chciał li król jerozolimski splendur cysorzowi pokazać, to czemuż zaś nie posłał znaczniejszych jakich posłów? Małoż to ma u siebie hrabiów i baronów, alboć i księcia jakiego, hę?
– Ha, byłby to czas pokoju, to posłałby choć krewniaka jakiego. Ale w wojenny czas wielmoże nie bardzo chcą głowy głupio pod topór dawać. Na wojnie wysyła się kogoś mniej znacznego. Takiego, co jak go gdzie złapią i zatłuką, to królowi nie bardzo żal. Trza przy tym, aby nie był to całkiem hołysz, ani taki, co się z nim nie liczą. Okrutnie by cysorz o to krzyw był, a kto wie, może i do wojny by przyszło, że osoby jego cysorskiej król należycie nie uszanował. Dobrze jak to będzie rycerz jaki możny, a przy tym poddany innego króla, ot taki, jak nasz jaśnie, tfu, pasowany. Uda mu się, to mir po wsze czasy zdobędzie i pieśni będą o nim śpiewać jak o Rolandzie, albo, nie przymierzając, Persivalu. Nie uda się, to go tu na pustyni kruki obdziobią i szakale kości jego obeszczają.
– Daj tedy Bóg, cobyśmy szybko do Niemców doszli.
– Ano dojdziem – westchnął Gui. – Z pomocą bożą i tego rycerza od templariuszów, co drogę pokazuje. Świstak! Do kurwy nędzy! Zamknijże wreszcie ten pysk! Gwiżdże i gwiżdże zatracony, rozmówić się nie można.
W stronę Świstaka poleciał ogryzek rzepy. Ten uchylił się zręcznie i pokazał zęby w szyderczym uśmiechu.
– Ano, gwiżdżę – odparł wesoło. – Lepsze to, niż wasze bajania o tym, kogo na tronie jerozolimskim posadzić. Do tego,widzi mi się, jeszcze daleko. Wprzódy trza Saladynowi rzyć złoić, boć się przecie sam jak wieprz na rzeźnickim stole nie położy.
– Umny jest, gadają – zasmucił się Bertrand. – I na wojnie się rozumie jak nikt.
– Umny nie umny – zaoponował Gui. – Trzem królom naraz przecie nie dostoi.
– A gdzie ty tu trzech króli masz? – zapytał Świstak. – Chyba po Bożym Narodzeniu ich na jasełkach obaczysz. Sameś rzekł, że jeno Gwidon samotny jako ten kołek Akkę oblega. Ani Fryderykowi, ani naszemu Filipkowi, ani Ryszardowi, co go nie wiedzieć czemu Lwim Sercem zowią, jakoś do Palestyny nie spieszno. Książę Boemund też nieprędko z Antiochii wyruszy.
– Toć Fryderyk ciągnie ku nam. Przez to ta cała nasza wędrówka. Naszego Filipa Augusta jeno tu patrzeć. A i Ryszard z Angielczykami się zjawi.
– I pewnie tyż nas ku niemu ze splendurem popchną, hę?
– U Rysia wszystko się może zdarzyć, takać z niego szalona głowa – rzekł Świstak. – Może być, że się pod Akką zjawi. A może być, że mu się po drodze odwidzi i zechce mu się uderzyć samemu, choćby na Egipt.
– Gdzieżby mu na Egipt iść. Chybaby z rozumu ktoś okraść go musiał.
– Tak czy owak, my się teraz nie o królów i cysorzy martwić musim, jeno o to, żeby nas ten nasz dureń pasowany bezpiecznie przez pustynię przeprowadził.
– Bogurodzicy dziękować, że to nie on nas prowadzi, jeno ten młodzik od templariuszów – powiedział Gui. – Ten widzi mi się ma głowę na karku, choć młody.
– Sprawiedliwie gadasz. Nasz jaśnie pan już dawno by nas w takie wertepy pociągnął, że zdechlibyśmy tam i nawet szakalom by się kości naszych szukać nie chciało.
– Ano, co prawda, to prawda. On by za każdym widziadłem pustynnym pognał jak wagabund za dziwką. Baczyliście, już trzy razy templariusz musiał mu w ten pusty łeb kłaść, że to, co niby widać przed nami, to nie miasto żadne, jeno ta... no... fa... famarogna.
– Fatamorgana – poprawił Świstak.
– Ano, że dureń z naszego jaśnie, tfu, pasowanego, temu nikt nie zaprzeczy. Sami wy widzieli. Chciał mu król brańców przewodników dać, a ten jeno łeb do góry zadarł i gadki takie prawił, że niby nie lza krześcijańskiemu rycerzowi w kompaniji Saracenów się włóczyć.
– Co prawda, to prawda, tutaj rację miał.
– Gówno miał! Co by ci Saracen niewolnik pośrodku orszaku zrobił, hę? Z nożem by przecie ku tobie nie skoczył. Za dużo nas, a on sam.
– Ale Saracen piaski tutejsze i wertepy zna. Ot, ładnego mielibyśmy przewodnika! Prosto by nas do asasynów zaprowadził.
– Prawyś. Ale z tym, że onych wielbłądów zamiast koni nie wziął, toć pono głupio zrobił. Wielbłąd na upały tutejsze wytrzymały jest, bardziej gończy, no i połowy tego co koń nie wypije.
– Takąż samą miał odpowiedź. Że rycerzowi na koniu mus jeździć, bo to jest stworzenie boże, nie zaś na onych wielbłądach, które chyba Lucyfer musiał ku uciesze pogan zmajstrować.
– Oj udało się chyba naszemu jaśnie, tfu, pasowanemu drugim Rolandem zostać i samemu między Saracenów iść. Zważcie, jak ochoczo się króla o ową misję napraszał.
– Oby tylko jak Roland nie skończył. Bo razem z nim i my damy gardła. Ot, tak się kończy słuchanie głupich bajęd i poezyj.
– Nie jest powiedziane wszak, że damy gardła, zawsze w niewolę możemy popaść.
– Tak, a potem nam jajca obetną i będziem u Saladyna haremów pilnować.
– Ale to tylko, jak na oddział jaki regularny trafimy. Asasyni do niewoli nie biorą. Ot, nożem po gardle i do piachu.
– A wszystko przez to, że się jaśnie panu rycerzowi spodobało grać bohatera – rzekł z oburzeniem Świstak. – Jak taki z niego bohater, to mogą go dwa razy zadźgać – za mnie i za niego. Bo ja się nie napraszałem, coby drugim Rolandem abo li Oliwierem zostać.
– Akurat będą cię pytać, czyś się napraszał. Ot szablą po łbie weźmiesz i tyle.
– Pójdziesz stąd kaliko chędożona! Po coś przylazł?! – głos Bertranda był podniesiony. – Jeszczeć komuś wyjąka, o czym tu prawim.
Istotnie w ich kierunku zbliżał się wielkolud, który wcześniej ciągnął juczne konie. W poczcie rycerza z gryfami był koniuszym. I bardzo był z tego rad. Mając bowiem wadę wymowy, a przy tym będąc mało rozgarniętym, ciągle narażony był na żarty i docinki. Doczekał się nawet przydomka: Balbulus. Wolał towarzystwo koni niż ludzi. Te przynajmniej z niego nie drwiły.
– Ja... ja... jaaśniepan – zaczął olbrzym – ka... ka... kaa kaaaże się zaatrzymać. O... oo... ooobóz tu ro... ro... ro... rozzzbijem.
– Słyszelim. A teraz spierdalaj.
Obóz rozbili na niewielkiej piaskowej wydmie. Szybko rozpalono ognisko z suchych szczapek, które wieziono w jukach. Skromny posiłek składał się z suszonego mięsa podpieczonego w ogniu i wygrzebanej z popiołu rzepy. Było już całkiem ciemno, kiedy rycerz zarządził wieczorne modły. Na szczycie prowizorycznego namiotu zawiesił zdjęty z szyi krucyfiks i uklęknął przed nim. Reszta orszaku poszła za jego przykładem. Zaczął się modlić na głos. Zmówił po łacinie Pater Noster i Credo, po czym zaczął modły po francusku.
– Jezu Chryste – zaczął monotonnym głosem – któren siedzisz po prawicy Boga Ojca w niebiesiech, a któren nas przywiodłeś tu, do Twej Ziemi Świętej, abyśmy ją z rąk onych bezecnych pogan odbili. Oto ja, grzeszny sługa Twój, rycerz z ziemi Franków, Roderic Plaisantin, dzięki Tobie składam, iżeś mnie wybrał, aby dzieło Twe szerzyć i plugawych a skurwiałych Saracenów nawracać. O to Cię też proszę Jezu Chryste i Ciebie Panienko Przenajświętsza, abym na drodze swej jakowych saladynitów napotkał, którzy chędożonymi w rzyć sodomitami są, abym mógł ich moim mieczem pokarać, abo li zginąć na Twoją chwałę słodki Jezu. Takoż błagania do Ciebie zanoszę, Boże Święty w Trójcy Świętej jedyny i do Was wszyscy święci, abyście krucjacie naszej poszczęścili, ażebyśmy świętą stolicę Twą, Jeruzalem, Jezu Chryste na Twą chwałę zdobyli. Dajże nam słodki Jezu pławić się we krwi pogan na ulicy Twego świętego miasta, albowiem plugawe to plemię, to nieprzyjacioły Twe najgorsze. Daj nam zatem wybić ich wszystkich, kurwich synów bezecnych, domy ich zasię spalić, żony zaś i córki popędzić w niewolę, ażeby pomiędzy bydlętami naszymi żyły. Daj nam takoż Jezu Chryste żydowinów pognębić, którzy Ciebie na męki wydali, boć to także plemię plugawych wieprzy jest. I spraw takoż, Boże Przenajświętszy, ażeby Saladyna, tego bękarta kurwy i kozła, siedem nieszczęść spotkało. I spuść zarazę na jego dom, zatruj studnię jego. Spuśćże na niego wszystkie plagi swoje, jakoś drzewiej na Egipt bezbożny spuścił. I niech nie urodzi się na jego polu przez sto lat nic prócz kąkolu, a plemię jego niech popadnie w niewolę i niech odpadnie mu jego zgrzybiała kuśka. O to Cię słodki Jezu proszę. Amen.
*****

Ciepły czerwcowy wiatr kołysał czubkami młodych brzózek, które gęsto porastały wzgórze. Na jego szczycie, ponad brzozowym gaikiem, wznosił się zamek z ciosanego kamienia.
Zamek, jakich wiele w Prowansji, otoczony grubym kamiennym murem i głęboką fosą, mógł być siedzibą jakiegoś hrabiego, barona, czy nawet bogatego rycerza. W narożach murów wznosiły się cztery wieżyczki, zaś do ścian zamku przylegały dwie potężne baszty. Na jednej z nich dumnie powiewał niebieski proporzec z dwoma gryfami walczącymi na miecze – herb rodu Plaisantinów. U stóp wzgórza dwóch chłopców, może dwunastoletnich, wiodło zaciekły pojedynek na drewniane miecze. Walce przyglądał się trzeci z nich, również uzbrojony w drewniany mieczyk.
– No dalej Louis – dopingował głośno. – Nuże na niego.
Louis jednak nie wytrzymał ataku rówieśnika. Drewniany oręż minął zastawę i wyrżnął chłopca prosto w ciemię. Louis momentalnie zaniósł się płaczem.
– Beczysz jak baba – zbeształ go niedawny kibic. – To rycerzowi nie przystoi.
– Zaraz i ty będziesz beczał – rzucił zaczepnie zwycięzca pojedynku. – Zaraz i tobie skórę wygarbuję jako jemu. Stawaj Jacques, chyba że cię strach obleciał.
– Strach mnie? – odparł Jacques. – Przed takim psim chwostem jak ty? Zaraz tu twój czerep do fosy wrzucę! Albo na włócznię nasadzę, żeby wszyscy widzieli, że Robert de Mounlaint ugiął się pod przewagą mego miecza.
– Odszczekaj to! – warknął tamten gniewnie. – Odszczekaj albo ci będzie bieda.
– Giń saraceńskie ścierwo! – Jacques rzucił się na przeciwnika.
Rozgorzał pojedynek, którego nie powstydziłby się Lancelot ani Persival. Powietrze wypełniły głuche uderzenia drewnianej broni i szybkie oddechy chłopców. W końcu Jacques wykonał szybki piruet i z półobrotu walnął przeciwnika prosto w ucho, które momentalnie spuchło i zsiniało.
– Ała, ała! – zawył z bólu Robert. Jacques tymczasem zadarł do góry głowę niczym zwycięzca w prawdziwym bohurcie i wzniósł do góry swój drewniany mieczyk. Louis, który w międzyczasie przestał płakać, rzekł do towarzyszy.
– Nie chce mi się już potykać. Chodźmy lepiej porzucać z procy.
– Chodźmy – zgodził się Robert. – Kto pierwszy na skałkach.
Trzech chłopców rzuciło się do szaleńczego biegu.
*****
Pustynia ma to do siebie, że za dnia jest na niej gorąco i duszno, w nocy zaś chłód daje się mocno we znaki. Podróżować można praktycznie tylko do południa, kiedy słońce nie rozgrzało jeszcze piasków, i wieczorem, kiedy żar nieco zelżeje. Południe, kiedy słońce pali najbardziej, najlepiej przeczekać w cieniu namiotów. Noc zaś najlepiej spędzić przy ognisku, jeśli tylko ma się czym palić. Lepiej jednak podróży przez pustynię unikać, jeśli kto nie musi.
A podróż taką musiał – w swoim mniemaniu – odbyć rycerz Roderic Plaisantin. Ażeby splendur pokazać – jak powiedzieliby jego pachołkowie, którzy teraz, zaspani i ziewający, ciągnęli posłusznie w orszaku. Choć na wschodzie pojawił się już skrawek słońca, chłód dawał się jeszcze we znaki.
Roderic, jakby nic nie robiąc sobie z chłodu i opadających powiek, prowadził dysputę z templariuszem. Rycerz w ogóle niewiele odzywał się do swoich pachołków. W zasadzie czynił to tylko wtedy, kiedy w pobliżu nie było giermka, bo w innych razach zwracał się do niego i przez niego wydawał czeladzi rozkazy. Szlachetny pan nie uważał za stosowne przemawiać do nisko urodzonych.
– Przed nami jest oaza, za jakieś siedem mil – powiedział młody templariusz. – Akurat na południe winniśmy tam stanąć. Wczasu tam zażyjem, ludziom pić damy i konie napoim, a potem obaczym, co dalej.
– Jakże co dalej, szlachetny rycerzu? – zapytał Roderic. – Toć wiadomo, dalej na północ ku Jego Wysokości Cesarzowi Fryderykowi! Choćby i do Azji Mniejszej.
– Radziłbym na wschód ku rzece się posunąć – odparł zakonnik. – Nadłożym co prawda dzień drogi albo i półtora, ale podróż będziem mieć niewymownie wygodniejszą. Pojedziem na północ zachodnim brzegiem Jordanu. Tam się o wodę ni spyżę dla koni nie będziem musieli troskać.
– Tedy z oazy owej możem ku Jordanowi jechać. To i lepiej nawet. Nic to, że drogi nadłożym.
– Jeno z tym mogą być perturbacje, szlachetny panie – rzekł młody. – Wszystko zależy od tego, czy na zachodnim brzegu Saraceni stoją. Bo jeśli nie stoją, to śmiało możem i trzy dni brzegiem jechać, zanim ku niemieckim wojskom skręcimy. Jeśli jednak poganie Jordan przeszli, tedy nie lza nam czekać ani dnia, jeno wczasu w oazie zażyć i jeszcze dziś na wieczór na północ ruszyć.
– A skąd będziemy wiedzieć, czy Saladyn na tym, czy na tamtym brzegu?
– Nad oazą mają pieczę joannici i niewielką załogę tam trzymają. Mała to potęga i obrony oaza przed wojskiem nijak nie da, aleć to nie twierdza, jeno strażnica jakby. Oni tam siedzą właśnie po to, żeby pustynię objeżdżać a ucha i oka nadstawiać. Któż inny, jak nie oni będą wiedzieć? A jeszcze nam powiedzą, którędy się najbezpieczniej do cesarza dostać.
– Ha, jedźmy tedy ku onej strażnicy. A niechbyśmy po drodze jakich Saracenów spotkali. Zaraz im skórę wygarbujem, jako święty Jerzy wygarbował onej gadzinie.
– Jużci – przytaknął templariusz. – Nie pierwszyzna to naszemu zakonowi tych psubratów siec na tych piaskach. Toć my od czasów Hugona de Payens nic innego nie czynim, jeno Turczyna po pustyni gonim.
– Bijże w imię Chrystusa! – zakrzyknął gromko Roderic.
– Na chwałę zakonu! – odkrzyknął templariusz.
Entuzjazmu rycerzy nie podzielała trójka jadących z tyłu pa¬chołków.
– Ot, widzi mi się, że my żywi to stąd nie wyjdziem – rzekł Bertrand. – A wy co myślicie, hę?
– A co tu myśleć – odparł Świstak. – Byleby jeno modlitwa tego durnia się nie spełniła, to będzie dobrze.
– Jaka modlitwa? – zapytał Gui.
– Jaka, jaka, ano ta w intencji, cobyśmy tu pogan spotkali. Że niby im skórę garbować mamy.
– On jeszcze gotów nas do obozu Saladyna poprowadzić, kurwi syn, byleby jeno pieśni o nim śpiewali.
– Szczęście, że Saladyn wedle Akki stoi, to nam nie po drodze ku niemu.
– Diabeł go wie, zaprzańca, gdzie stoi. Saladyn nigdy jednego tygodnia w miejscu nie usiedzi. Dziś pod Akką, jutro może ku Arabii albo Egiptowi ruszyć, albo i za Jordan.
– Bożesz ty mój Boże – zajęczał Bertrand. – Dlaczego ze wszyst¬kich rycerzy dałeś mi się zaciągnąć akurat do tego orszaku? Czemuś nie prowadził mnie ku panu, co głowę ma na karku, a w onej rozumu krzynę?
– A tobie co? – zapytał wesoło Świstak. – Orszak nasz ci się nie widzi? Kamratów swoich byś się wyrzekł, zaprzańcu, Judaszu zatracony? Widziałżeś go Gui, towarzystwo nasze mu się nie widzi.
– Toć ja nie o was...
– Nie widzi mu się! – wszedł w słowo Gui. – Niech tedy idzie na czoło, ku jaśnie, tfu, pasowanemu. Niechaj tam razem Saracena wypatrują, coby mu do rzyci nakopać.
– Głupiście oba – odciął się Bertrand. – Głupiście jako te woły u rzeźnika. Albo to wy nie wolelibyście u kogo innego służyć, hę? U takiego, co się nie wychyla, hę?
– U innego? No cóżeś ty? Toć inny by nam takiej podróży nie sprawił.
– A do rzyci z wami.
– Ha, nie mówiłem, obrzydło mu towarzystwo nasze. Do rzyci z nami tak?
– Tacyście sami durnie jako i ten nasz paniczyk. Trafił zaś swój na swego.
*****

Strażnik wychylił się z okienka baszty. Powodem jego zainteresowania był tuman kurzu, który pojawił się na drodze. A raczej ci, którzy tuman ów wzniecili. Tak, jak się spodziewał, z daleka dostrzegł dobrze mu znanego siwego ogiera. W oddali zamajaczyły sylwetki orszaku. Nie było jeszcze widać herbu na proporcu kopii, ale strażnik i tak wiedział, że gdyby znalazł się bliżej, dostrzegłby dwa skrzyżowane klucze, uwieńczone u góry krokwią. Do zamku Plaisantinów zbliżał się baron Jean Marie L’Outre ze swym orszakiem. Ostatnio przyjeżdżał tu często. Zdaniem strażnika – za często.
*****

Słońce osiągnęło swój szczytowy punkt. Paliło mocno, bardzo mocno. Powietrze było gorące, niczym żar buchający z pieca. Nad pustynią, jakby nic nie robiąc sobie z gorąca, krążył sokół. Zatoczył kilka kółek nad piaskowymi pagórkami, po czym usiadł na jednym z nich. I wtedy stała się rzecz niesamowita. Coś, co nigdy nie powinno się było zdarzyć. Gdyby jakiś wędrowiec został przypadkowym świadkiem tej sceny, pomyślałby zapewne, że doznał pomieszania zmysłów z gorąca. Mógłby również uznać to za kolejną fatamorganę.
Gdy tylko uzbrojone w szpony łapy ptaka dotknęły piasku, ten zaczął się przeobrażać. Skrzydła wydłużyły się, tracąc jednocześnie pióra i przybierając kształt ludzkich rąk. Tak samo wydłużyły się łapy sokoła. Zakrzywiony dziób zmienił się w całkiem zgrabny i wcale niezakrzywiony nos, zaś upierzenie na głowie przeistoczyło się w długie, sięgające prawie do pasa, czarne włosy. W ciągu kilku chwil sokół stał się pięknym młodzieńcem, może dwudziestoletnim, o wesołej twarzy i jasnej cerze. Tylko w jego oczach było coś niesamowitego, dzikiego i drapieżnego, zupełnie jakby nadal pozostały oczami sokoła.
Młodzian rozejrzał się dookoła. Odrzucił połę długiej szaty, a w jego dłoni zmaterializował się kostur. Zwykły, prozaiczny pasterski kij. Tym właśnie kijaszkiem mężczyzna zatoczył wokół siebie okrąg. Momentalnie wokół niego pojawił się na piasku krąg migoczącego światła, które pulsowało, zmieniając barwy. Kiedy przybrało kolor fioletowy, młodzieniec uniósł obie ręce do góry.
– Har re rhu rha he – zaczął inkantować. – Ibhnem har su Ellis. B’ghol dehasthor, unum Ellis.
W mgnieniu oka przez słońce przebiegł cień, zupełnie jak trwające ułamek sekundy zaćmienie.
– Hathor Hatus Hate – brzmiały dalsze słowa zaklęcia. – Khan ku unum Zoso.
Powiew wiatru poderwał tumany pyłu.
– Hotshu ha tsheb re rhu – głos młodzieńca robił się coraz bardziej śpiewny. – Ahlus kathes athos, unum Kha Vu Rhe.
Krąg światła otaczający czarownika zmienił się w intensywnie purpurowy.
– Har re rhu rha he – śpiew był coraz bardziej natarczywy.
Wiatr zmienił się w prawdziwą wichurę. Tumany piasku tańczyły swoje szalone tańce.
– Har re rhu rha he – pieśń pomału zmieniała się w ryk.
Włosami młodzieńca targał oszalały wiatr. Jego oczy zapłonęły krwawym blaskiem.
– HAR RE RHU RHA HE! – ryk grzmiał na pustyni, zagłuszając nawet wiatr.
Młody czarownik padł wyczerpany na kolana. Czoło miał mokre od potu. Oddychał ciężko, a z jego nosa kapały na piasek krople krwi. Krąg światła zgasł, wiatr ucichł.
*****

Gdzieś wysoko ponad światem drgnęła cząstka mroku i zaczęła powoli spadać. Lot z sekundy na sekundę stawał się coraz szybszy. Plejady gwiazd i galaktyk przybliżały się w zawrotnym tempie. Dało się już rozróżnić poszczególne gwiazdy i małe punkciki planet wirujące wokół nich niczym drobinki kurzu. Cząstka mroku skierowała się ku jednej z takich galaktyk.
Planeta zbliżała się coraz szybciej. Z daleka wyglądała jak niebieskozielona kula. Mrok powoli zaczął rzednąć, ustępując miejsca światłu. Widać było wyraźnie ogromną niebieską przestrzeń oceanu i ostro zarysowaną linię brzegową. Pofałdowane góry, gęste zielone lasy i małe srebrne oczka jezior. A także żółtą, ogromną przestrzeń pustyni.
Nad piaskami unosił się cień. Zupełnie jakby ktoś przesiał przez sito kawałek nocy. Drobinki cienia niczym rój os skierowały się w dół. Spadały coraz szybciej. Na ogromnej połaci pustyni pojawił się czarny punkcik.
– Har re rhu rha he – grzmiał z dołu śpiew.
Cień mknął ku dołowi.
– Har re rhu rha he – pieśń zagłuszyła odgłos wiatru.
Mały punkcik na dole przybliżał się z zawrotną prędkością. Pomału nabierał ludzkich kształtów.
– HAR RE RHU RHA HE! – w krzyku było coś nieludzkiego.
Cień upadł na gorący piach, tuż obok inkantującego młodzieńca. Ten padł właśnie wycieńczony na ziemię. Cały drżał, a z jego nosa ciekła krew. Podniósł oczy i spojrzał na miejsce, gdzie upadł cień. W miejscu tym wyrósł snop kurzu, pyłu i dymu. Gdy opadł, oczom młodziana ukazał się ten, którego przyzywał – Bafomet.
Demon spowity był w długą, czarną szatę. Jego kanciastą twarz o ostrych rysach zdobiła czarna kozia bródka. Sięgające ramion ciemne włosy były skołtunione. Oczy przybysza z zaświatów były czerwone i świecące niczym dwa rubiny.
– Wezwałeś mnie, Azazelu – głos Bafometa okazał się mocnym męskim barytonem. – Oto jestem.
– Tak – odparł, podnosząc się, młodzieniec nazwany Azazelem. Otarł krew z nosa. Z trudem starał się zapanować nad oddechem. Widać było po nim, że zaklęcie kosztowało go dużo sił.
– Pojawił się – rzekł po chwili, łapczywie chwytając powietrze. – Podróżnik znowu pojawił się na ziemi.
– Kto tym razem? – spytał Bafomet.
– Sam do niego trafisz, podróżnik jest naznaczony, nie sposób pomylić go z nikim innym.
– Ciekawe, jak się to skończy tym razem – wykrzywił się w złym uśmiechu Bafomet. – Ten będzie już trzeci.
– Oby dobrze – odrzekł Azazel. – Na mnie już czas. Na pewno już wiedzą, że tu jestem.
– Tak – przytaknął Bafomet. – Nie byłoby dobrze, żebyś zostawał tu na dłużej. Właściwie to nie byłoby dobrze, żebyś zostawał na dłużej gdziekolwiek. Gdziekolwiek w tym świecie ma się rozumieć. No, chyba że chcesz stać się zwierzyną łowną. Jeśli jednak chcesz uniknąć losu zaszczutego jelenia, byłoby lepiej, żebyś nie pokazywał się na ziemi. Przynajmniej jakiś czas.
– Masz rację. Bywaj więc. I powodzenia.
– Bywaj i do zobaczenia. Oby w lepszych czasach.
– Powodzenia Bafomecie.
– Dziękuję przyjacielu.
Postać Azazela zaczęła się robić coraz bardziej przezroczysta, aż w końcu znikneła. Na rozpalonym piasku pozostał już tylko Bafomet.
– Znowu na ziemi – powiedział z uśmiechem sam do siebie. – Ile to już? Dwa i pół tysiąca lat? Witaj znowu, ziemio.
Jego postać zaczęła się przeobrażać. Najpierw zrobiła się rozmyta i nieostra, aż stała się ponownie rojem czarnych punkcików. Cień zaczął się unosić coraz wyżej i wyżej. Kiedy był już na wysokości zamkowej wieży, zatrzymał się. Potem pomknął w kierunku wschodnim. Szybko, bardzo szybko. Tak szybko, jak nie poruszało się żadne stworzenie ani nawet wiatr.



Czytaj również

Komentarze


~Andy

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
brzmi bardzo zachęcająco, ciekawy język.
15-06-2009 14:22

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.