» Artykuły » Inne artykuły » Osama – fragment

Osama – fragment


wersja do druku
Osama – fragment

Kałuże światła

 

Spadające latem na Wientian promienie słońca sprawiają, że mury i ludzie nabierają przezroczystości. Na rogach ulic zbierają się kałuże światła i przejeżdżające przez nie skutery rozchlapują blask na witryny sklepów i w nurt płynących ku Mekongowi kanałów.

Słońce plami koszule ciemnymi śladami potu i zmusza psy do poszukiwania ochłody w cieniu zaparkowanych samochodów. Uliczni handlarze snują się leniwie za stertami bambusowych koszy, za górami owoców i bagietek z czerwoną od przypraw wieprzowiną. Całe miasto jakby zamiera i czeka z lśniącą skórą na nadejście deszczu, który przyniósłby chociaż nieznaczną ulgę.

Joe odłożył książkę na niski bambusowy stolik i westchnął. W stojącej przed nim małej porcelanowej filiżance stygła mocna kawa z gór Lao­su, posłodzona dwiema łyżeczkami cukru – przesadnie, zdawał sobie sprawę, ale taka smakowała mu najbardziej. Obok stała popielniczka z dwoma niedopałkami. Na blacie spoczywała także miękka paczka papierosów i zapalniczka „Zippo”, prosta, bez zdobień. Siedział, jak co rano, w niewielkiej kafejce przy targu Talat Sao, w centrum Wientianu. Przyglądał się przechodzącym za oknem dziewczynom.

Książka była sfatygowana, wydrukowana na marnej jakości papierze i miała miękką, krzykliwie barwną okładkę. Ilustracja ukazywała sypiący się w gruzy wielopiętrowy budynek, zapyloną afrykańską ulicę i uciekających przed wybuchem ludzi. Tytuł głosił Misja: Afryka, a nieco mniejsze litery poniżej informowały, że jest to trzeci tom serii „Osama bin Laden – Mściciel”. Autor posługiwał się nazwiskiem Mike Longshott. Niemal na pewno był to pseudonim.

Joe sięgnął po papierosy i wysunął jednego z paczki. Trzeci dzisiaj. Zapalił i wyjrzał na ulicę. W powietrzu snuły się delikatne dźwięki jazzowej melodii. Przychodził tutaj co rano ze swego mieszkania przy Sokpaluang Road. Półgodzinny spacer wiódł go przez dworzec autobusowy i targ, gdzie handlowano warzywami i owocami. Mijał klekocące tuk-tuki, psy, rozgdakane kury i sporych rozmiarów tablicę informacyjną z hasłem „Utrzymuj Kraj w Czystości – Dobrzy Obywatele Zbierają Śmieci z Ulicy”. Przechodził przez przejście dla pieszych i wchodził na Talat Sao – Poranny Targ – by dotrzeć wreszcie do niewielkiej, klimatyzowanej kawiarni, która rolę jego biura spełniała o wiele częściej niż to oficjalne.

Siedział tam długo i nie był przez nikogo niepokojony. Wyglądając przez okno, obserwował witających się i rozstających, uśmiechniętych przyjaciół. Matka prowadziła za ręce dwójkę dzieci. Trzech mężczyzn dzieliło się papierosem, jakiś czas rozmawiali, gestykulując, w końcu odeszli. Na stopniach jednego z budynków pojawiła się dziewczyna. Wyglądała jakby na coś czekała. Pięć minut później z domu obok wyszedł chłopak. Uśmiech rozświetlił jej twarz i ruszyli, chociaż nie odezwali się do siebie słowem. Od strony parkingu nadeszła dźwigająca kosze wieśniaczka. Biznesmen w garniturze zszedł po schodach w towarzystwie swej świty. Wszyscy zniknęli w klimatyzowanym wnętrzu czarnego samochodu. Joe już dawno temu stwierdził, że o poczucie samotności jest niekiedy najłatwiej właśnie między ludźmi. Nie przeszkadzało mu to, lecz gdy tak siedział, odizolowany od ulicy przejrzystą szybą, przez moment czuł, że wypadł poza nurt czasu, że wszystko, co łączyło go z resztą ludzkości, zniknęło, zostało usunięte z niemal chirurgiczną precyzją i pozostało jedynie coś przypominającego fantomowy kikut, kończynę, która nadal boli, choć już jej nie ma. Zaciągnął się, wypuścił z ust kłąb dymu. Kilka płatków popiołu opadło na książkę. Joe starł je dłonią, okładkę naznaczyła szara smuga.

Wypił ostatni łyk kawy. Na dnie została już tylko pianka. Zmieniła się muzyka, jazz ustąpił smętnej melodii, którą Joe znał, aczkolwiek nie umiał sobie przypomnieć tytułu ani gdzie ją wcześniej słyszał. Zgasił papierosa. Ulicą przeszła mała dziewczynka z pluszowym misiem. Nastoletni uczeń w starannie wyprasowanych spodniach i koszuli niósł książki. Dwie dziewczyny spacerowały z lodami. Chłopak w białej koszuli uśmiechnął się na ich widok. Odpowiedziały tym samym i odeszli już całą trójką. Pozbawiona słów piosenka nie dawała Joemu spokoju, dręczyła go nieustępliwym wrażeniem nieokreślonej znajomości. Nie cierpiał tego stanu. Spojrzał ponad budynkami na niebo i zauważył przemianę.

Trwające przez mgnienie oka zaciemnienie, chwilowe przygaśnięcie światła. Leżący na chodniku przed kawiarnią kawałek papieru drgnął jakby wiedziony własną wolą i wzbił się ku górze niczym brudny biały motyl. Nadchodziła pora deszczowa.

Joe zapłacił i wyszedł na zewnątrz. Przesilenie dawało się też wyczuć w zapachu powietrza. Staruszka sprzedająca w sklepie naprzeciwko elementarze do nauki angielskiego również podniosła wzrok i dostrzegł na jej obliczu tę samą tęsknotę, którą odnalazł w sobie. Ruszył przez parking wysypany grzechoczącym mu pod stopami żwirem. Gwizdał zasłyszaną melodię. Dopiero tuż przed biurem uświadomił sobie, że jest to stara piosenka Dooleya Wilsona*, utwór z zupełnie innej zadymionej kafejki, z innego miejsca i czasu.

 

* Dooley Wilson (1886–1953) – amerykański aktor i piosenkarz, najbardziej znany z roli Sama pianisty w Casablance.



Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę

 

Chmura pierzchających gekonów

 

Kiedy szedł przez szerokie, cieniste aleje centrum Wientianu, ponownie uderzyło go, jak wyraźny wpływ na pejzaż tego miasta wywarli Japończycy. Pośród niskich, tradycyjnych budynków na Lan Xang, na przykład, wyrastała na poły ukończona skorupa nowej siedziby banku Kobayashi – wysokie jajo ze szkła i chromu, widoczne nawet z bardzo daleka, ciało obce w statecznym, królewskim otoczeniu. Na ścianie sklepu, przed którym piętrzyły się stragany ze stertami ananasów, arbuzów i owoców liczi, ponad głową brązowoskórego właściciela (rodowitego Hmonga, jak ocenił Joe), siedzącego w cieniu i skręcającego sobie papierosa, wisiał spłowiały plakat ukazujący kłaniających się sobie z szacunkiem laotańskiego króla i cesarza Japonii. Nad monarchami widniały słowa: „Wspólna Strefa Azjatyckiego Dobrobytu”. Japonię było widać w samochodach i słychać w głośnej muzyce bijącej tu i ówdzie z głośników. Znać ją było w reklamach szkół językowych, obiecujących „Pierwszorzędny Japoński” oraz „Skuteczną Naukę Angielskiego Ku Lepszej Przyszłości Twojej i Twoich Dzieci”.

Joe przeszedł na drugą stronę alei Lan Xang i wkrótce ukazała mu się That Dam – czarna stupa – widniejąca na tle nieba niczym wspomnienie po dawno minionych wojnach. W przeszłości była pokryta złotem i mieniła się w promieniach słońca, ale drogocenną powłokę zdarli tajscy bądź birmańscy najeźdźcy – nikt nie miał pewności którzy – i nie została odtworzona. W szczelinach spękanych kamiennych stopni rosła trawa. Miejsce tchnęło spokojem, spodobało mu się od samego początku. Podszedł do zdewastowanego budynku na rogu. Przed wejściem znajdował się domek dla duchów. Na jego dziedzińcu stały maleńkie figurki, leżały ofiary z whisky i ryżu, płonęły kadzidła. Joe na chwilę przystanął, przyjrzał się, po czym wszedł do ciemnego, zakurzonego i chłodnego korytarza. Wspiął się po schodach, przy czym zauważył, że samotna żarówka na korytarzu znowu się przepaliła. W budynku panowała cisza. Na parterze działał barek, gdzie serwowano zupę, lecz mało kto ten lokal odwiedzał. Był tutaj również antykwariat z książkami, jednak ten nie został jeszcze dzisiaj otwarty. Alfred – właściciel – musiał najpierw otrząsnąć się z resztek zeszłej nocy i nakłonić siebie samego do pracy. Mało prawdopodobne, by zdołał tego dokonać przed południem.

Joe otworzył drzwi swojego biura i wszedł do środka. Jak co dzień rozejrzał się po wnętrzu. Okna – nieco brudne – ukazywały dachy i bezmiar nieba nad Mekongiem. Biurko było proste, drewniane, nielakierowane. Pod jedną z nóg mebla tkwiła wciś­nięta dla równowagi wielokrotnie złożona kartka. Na blacie walały się stare dokumenty, leżał mdło pobłyskujący metalowy nóż do papieru, stały przycisk do papieru w kształcie słonia, lampa i wykonana z polerowanej skorupy kokosa popielniczka. W popielniczce wciąż spoczywał wczorajszy popiół i dwa niedopałki. Joe zapamiętał sobie, by zwrócić uwagę sprzątaczce, chociaż to akurat nigdy nie przynosiło pożądanych rezultatów. Na biurku brakowało telefonu. W górnej szufladzie kryła się nielegalna, tajlandzka podróbka rewolweru „Smith & Wesson” kaliber .38 oraz opróżniona do połowy – lub do połowy pełna, w zależności od nastroju – butelka czerwonego johnny’ego walkera.

W biurze znajdowały się też: pleciony bambusowy kosz na śmieci, podobnie jak popielniczka, nieopróżniony; stalowa szafka na akta, pusta, jeżeli nie liczyć pary schodzonych czarnych butów, o dwa numery za małych na Joego, stanowiących jedyne ruchomości pozostawione przez poprzedniego lokatora; samotny regał na książki; wiszący na ścianie obrazek przedstawiający płonące pole – szkarłatne kwiaty, dym wijący się na płótnie czarno-siwymi smugami, majacząca w oddali sylwetka człowieka z niewidoczną w pożarze twarzą – trzy krzesła, jedno za, dwa przed biurkiem; oraz stojąca w rogu doniczka z kwiatem, który wyzionął ducha już dawno temu.

Zupełnie jak w domu. Gdy Joe wszedł na dobre do środka i przymknął za sobą drzwi, spłoszył siedzącego na ścianie gekona. Gad wystrzelił ku górze, natychmiast pojawiły się następne. Widok skojarzył się Joemu z wybuchem. Gekony pierzchały od epicentrum – czyli od niego samego. Uśmiechnął się, podszedł do biurka i usiadł. Książkę rzucił na blat. Gekony były jedynymi istotami, z którymi dzielił ten pokój. Za każdym razem, kiedy tu przychodził, odnosił wrażenie, że jest ich więcej niż poprzednio, i bez przerwy je straszył, otwierając szufladę lub szurając krzesłem o podłogę. Zawsze uciekały. Pewnego dnia natknął się na samotnego gada przycupniętego przy koszu na śmieci. Zwierzak miał zranioną przednią lewą kończynę i pozostawał w bezruchu tak długo, że Joe nabrał przekonania, że zdechł. Zaczął się zastanawiać, co go spotkało – czy wdał się w bójkę z którymś z pobratymców? Nigdy się tego nie dowiedział. Kiedy spojrzał chwilę potem, gekon się poruszył. Po raz ostatni zobaczył go, gdy gad wychodził przez szparę pod drzwiami. Wreszcie zniknął nawet koniuszek ogona i stworzonko opuściło bezpieczne schronienie biura.

Joe pomyślał o papierosie, ale zrezygnował. Ustawił krzesło przodem do okna i wyjrzał na zewnątrz. Niebo zasnuwały chmury, czuć było woń nadciągającego deszczu.



 

Zarys kobiety wśród deszczu

 

Ulewa rozpętała się nagle. Odległy grom rozpadł się na okruchy dźwięków i eksplodował na niebie nad Mekongiem. Wśród szarości zajaśniała błękitna błyskawica. Joe patrzył przez okno, obserwował bose dziecko biegnące przez kałuże, osłaniające się przed kroplami wielkim niczym taca zielonym liściem. Powietrze było wilgotne, pachniało roślinami i ziemią. Joe wiedział, że później, nocą, wychyną z ukrycia ślimaki i ruszą ulicami niczym senne lokomotywy, zostawiając za sobą wyraźne ślady. Wiedział też, że żaby ucieszą się luksusem sadzawek, które były dla nich niczym przepyszne wodne pałace. Wiatr przyniósł zakończony radiowym szumem urywek piosenki. Wysoko na niebie przeleciał samotny ptak, zatoczył koło i zniknął – maleńka kropka na horyzoncie.

Zobaczył ją, kiedy deszcz trochę zelżał, a przez szczeliny w pokrywie chmur spłynęły pierwsze promienie słońca. Szła przez ulicę, z pochyloną głową, skupiona na stawianiu kolejnych kroków. Jezdnia była pusta. Krople były rzadkie i świeciło słońce, lecz Joe nie widział jej twarzy. Przez chwilę miał wrażenie, że cały świat zamarł, stał się nieruchomym tłem i że ta dziewczyna jest jego jedynym żywym mieszkańcem. Potem chmury zamknęły się na powrót i kobieta zniknęła. Joe westchnął, odwrócił się od okna i sięgnął po papierosy.

– Dzień dobry – rozległ się cichy głos tuż obok.

Joe drgnął i upuścił zippo, które zdążył już unieść pół cala nad biurko. Podniósł wzrok. Spojrzała mu w oczy. Miała za sobą okno, a za szybą jasne promienie mieszały się z deszczem. Krople stały się tysiącem szybujących, miniaturowych pryzmatów.

– Nie słyszałem, kiedy pani weszła – powiedział i zerknął na niedomknięte drzwi. Dziewczyna się uśmiechnęła.

– Wydawał się pan taki zamyślony – odparła. – Nie chciałam przeszkadzać.

Była drobnej budowy, miała długie ciemne włosy. Patrzyła lekko skośnymi oczami i chociaż była zdecydowanie Europejką, figurę miała azjatycką. W Europie na pewno miała bezustanny kłopot ze znalezieniem ubrań w odpowiednim rozmiarze, tutaj nie mogła mieć najmniejszego. Uśmiech uwyraźnił delikatne zmarszczki w kącikach jej oczu i Joe zastanowił się, czy powstały wskutek płaczu, czy wesołości. Sam nie wiedział, skąd ta ciekawość.

– Czym mogę służyć? – zapytał.

– Jest pan detektywem? – Nie usiadła, a Joe jej tego nie zaproponował. Odniósł wrażenie, że kobieta dobrze się czuje, stojąc tak, na tle zmagających się ze sobą słońca i deszczu. Spróbował umiejscowić jej akcent.

– Ja... – podjął i wzruszył ramionami. Machnął ręką, wskazując całe biuro, cichnący deszcz. – O co chodzi? – dodał.

Nieznajoma podeszła bliżej, zatrzymała się tuż przy biurku i spojrzała na niego. Oceniała, jakby za jej pytaniem kryło się więcej niż zrozumiał. Dłoń dziewczyny opadła do blatu i spoczęła na książce. Jej palce zbadały grzbiet i okładkę. Podniosła ją i cofnęła się, wciąż plecami do okna. Otworzyła powieść i przejrzała żółknące stronice.

– Hotel Hilltop stoi w centrum Nairobi, przy Nigirama Road. – przeczytała. Joe zauważył, że nie miała problemu z poprawnym wymówieniem nazwy ulicy. – Na ulicy przed budynkiem tłoczą się pucybuci, sprzedawcy zdrapek i taksówkarze...

– Błąd – przerwał dziewczynie.

– Błąd? – zrobiła stropioną minę.

– Wydaje mi się, że tam jest przecinek, nie „i” – stwierdził. Coś mu się przypomniało, jakby już kiedyś znał kogoś z takim nawykiem, osobę, która, czytając na głos, zmieniała znaki przestankowe w słowa. Kogoś, kto lubił czytać; Joe poczuł się niezręcznie. – To tylko tanie powieścidło – rzucił na usprawiedliwienie. – Pomaga zabić czas.

Nie miał pojęcia dlaczego się tej dziewczynie tłumaczy. Zamknęła książkę i odłożyła ją z powrotem na biurko, ostrożnie, jakby miała do czynienia z drogim przedmiotem.

– Tak pan myśli? – spytała.

Zupełnie nie wiedział, co odpowiedzieć. On milczał. Ona stała. Przyglądali się sobie i Joe zastanowił się, co dziewczyna widzi. Miała długie i smukłe palce. Nieco spiczaste uszy.

– Chcę, żeby go pan odnalazł – odezwała się wreszcie i te szczupłe palce popieściły okładkę. Nie do końca był w stanie określić wyraz jej twarzy; wydawała się zagubiona, smutna i jakby bezbronna.

– Kogo?

– Mike’a Longshotta – wyjaśniła i zdumienie Joego przerodziło się w śmiech, który wyrwał mu się z ust zupełnie bez uprzedzenia.

– Tego autora?

– Tak – potwierdziła.

Deszcz za jej plecami ustawał. Głos dziewczyny przycichł, jakby stała od niego dalej niż w rzeczywistości. Joe sięgnął po książkę i zetknęli się palcami. Uniósł wzrok, nagle zapomniał języka w gębie. Pochyliła się, włosy spłynęły jej wokół twarzy, rozdzielone teraz tylko wąską szczeliną. Przesunęła swoją dłonią po jego i było w tym geście coś bardzo intymnego, intymnego i znajomego. Po chwili wyprostowała się, oderwała rękę od palców Joego i pokręciła głową. Zarzuciła włosy na plecy. – Pieniądze nie grają roli – dodała, sięgając do kieszeni. Położyła na blacie cienki prostokątny przedmiot.

– Co to jest? – zapytał.

– Karta kredytowa.

Przyjrzał się plastikowi, pokręcił głową, pozwolił chwili minąć.

– Jak się z panią skontaktuję?

Uśmiechnęła się i znowu zobaczył te zmarszczki. Znów zadał sobie tamto pytanie.

– To ja pana znajdę.

Joe podniósł kartę. Była matowa i czarna, pozbawiona jakichkolwiek napisów – tylko długi szereg cyfr.

– Ale... – zaczął, uniósł głowę i stwierdził, że dziewczyna, tak zupełnie po prostu, zniknęła.

Deszcz za oknem ustał na dobre, słońce świeciło wśród rzednących chmur.


 

Druga bomba

 

Druga bomba eksplodowała czterysta piętnaście mil dalej, na terenie dawnej izraelskiej ambasady w Tanzanii, obecnie wykorzystywanej przez amerykańską misję dyplomatyczną. Tropikalny żar kładł się na asfaltową drogę i niskie kamienne budynki. Na targu rybnym muchy wirowały już nad tuszami martwych karambesi, tuńczyków żółtopłetwych i wach. Nieco dalej, w miejscu gdzie handlowano morskimi muszlami, leżały na stołach setki mieniących się feerią barw egzoszkieletów stworzeń należących do typu zwanego po łacinie mollusca.

Ambasada USA działała w Dar es Salam pod adresem Laibon Road 36. Zajmowała dwupiętrowy, wzniesiony jeszcze dla Izraelczyków, budynek biurowy i trójpiętrowy aneks, dobudowany już przez samych Amerykanów. Poziom zagrożenia terroryzmem na tle politycznym w Dar es Salam określano jako „niski”. Ocena ta została później zrewidowana.

Ahmed Niemiec kierował ciężarówką z bombą. Poprzednią noc spędził w domu numer 213 w Ilali, jednej z dzielnic miasta. Był niebieskookim blondynem. Prowadził samochód marki Nissan Atlas. Na chwilę zatrzymał się na ulicy Uhuru, gdzie wysiadł jego pasażer, K.K. Mohamed, który wrócił do kryjówki, by się pomodlić. Ahmed Niemiec tymczasem ruszył dalej, w kierunku zabudowań ambasady.

Drogę pod placówkę zablokowała mu cysterna z wodą. Za jej kierownicą siedział Tanzańczyk nazwiskiem Yusufu Ndange. Ojciec szóstki dzieci. Wybiła godzina 10:30. Być może dlatego, że nie mógł dostać się na teren, a może dlatego, że czuł rosnącą presję czasu, Ahmed Niemiec nacisnął detonator dokładnie w tej minucie. Ciężarówka stała niecałe jedenaście metrów od ścian ambasady.

Większą część energii fali uderzeniowej przyjęła na siebie cysterna. Wyleciała w powietrze na wysokość czwartego piętra i wylądowała, opierając się o ścianę głównego budynku ambasady. Yusufu Ndange zginął na miejscu. Podobnie jak pięciu miejscowych wartowników, pełniących tego dnia służbę przed placówką. Szczątków pomocnika kierowcy cysterny, mężczyzny widzianego przez świadków na krótko przed wybuchem, nie odnaleziono nigdy. W rezydencji ambasadora USA zawalił się sufit, ale w domu nikogo nie było. Śmierć poniosło również pięciu afrykańskich studentów, stojących w pobliżu epicentrum. W sumie zamach pochłonął jedenaście istnień; dwunastą ofiarą był sam Ahmed Niemiec.

K.K. Mohamed opuścił kryjówkę i wsiadł do samolotu lecącego do Kapsztadu. Lot trwał cztery godziny, trzydzieści pięć minut. Po wylądowaniu odetchnął głęboko chłodnym zimowym powietrzem i rozejrzał się za budką telefoniczną.




Czytaj również

Osama
Is this real life?
- recenzja
Wywiad z Lavie Tidharem
Nie uważam, że moją rolą jest zawsze być miłym, ale zawsze trzymać stronę słabych
Stacja Centralna
Izraelskie science fiction
- recenzja
Stulecie przemocy
- fragment
Luna: Nów
Uważaj którędy chodzisz
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.