» Fragmenty książek » Okrutny miecz

Okrutny miecz


wersja do druku

Okrutny miecz

Rozdział pierwszy

 

Liwiapolis – Morgan Mortimir

 

Gdy Czerwony Rycerz opuścił siedzibę Smoka z Zielonych Wzgórz i zmierzał na południe do Gospody Dormling, pochodzący z Harndonu Morgan Mortimir siedział w sali wykładowej w stolicy cesarstwa, Liwiapolis.

Sala lekcyjna miała ponad tysiąc lat; stały w niej ciemne dębowe ławki z solidnymi pulpitami, każda przeznaczona dla czterech uczniów. Sto pokoleń przyszłych magistrów wyryło w nich napisy w archaickim i dziesięciu innych językach tak głęboko, że człowiek mógł tylko się dziwić, dlaczego profesorowie i nauczyciele przymykali oko na te akty wandalizmu. Przedzielone słupkami okna z szybkami oprawionymi w ołów umożliwiały mglisty widok na świat znudzonemu czy zniechęconemu uczniowi.

Morgan dzielił ławkę z trojgiem studentów: Anną i Kateriną, siostrami z jednego z tuzina dużych klasztorów w mieście, niemal niewidzialnymi w długich brązowych szatach i barbetach, oraz swoim jedynym prawie przyjacielem, Etruskiem, synem podesty cudzoziemskich kupców, Antoniem Baldesce.

Nauczyciel logiki rozejrzał się po klasie.

– Niech ktoś, kto nie jest Mortimirem, powie mi, dlaczego.

Szesnaścioro studentów zaawansowanej taumaturgii hermetycznej niespokojnie wierciło się w ławkach.

– Śmiało, moje dzieci – zachęcił ich magister Abraham.

Był Jahadutą, pierwszym, jakiego Morgan poznał. Należał do najłagodniejszych mistrzów, dopóki nie doszedł do wniosku, że jest ignorowany.

Zatrzymał spojrzenie na młodym Etrusku.

– Baldesce? – zapytał. Jego głos brzmiał o pół oktawy wyżej, podniesiony w wyrazie akademickiego zniecierpliwienia.

Cisza była bolesna.

– Pozwolę sobie ponownie przedstawić problem – kontynuował magister Abraham coraz bardziej niebezpiecznym tonem. – Dlaczego nie można władać mocą hermetyczną wewnątrz własnego pałacu pamięci?

Z ust siostry Kateriny popłynął cichutki dźwięk bardzo podobny do jęku.

Siostra Anna przygryzła dolną wargę.

Baldesce nie należał do tych młodzieńców, którzy się wiercą.

– Nie mam pojęcia – odparł. Wzruszył ramionami. – Ale jeśli mi wolno zgadywać...

– Nie – syknął Abraham. – Na tym etapie nie interesują mnie zgadywanki. Rozumiemy się, młody Mortimirze?

Mortimir nie umiał przeobrazić potentia w ops, ale przeczytał każdą dostępną księgę wiedzy tajemnej i wszystkie zwoje filozofii etycznej czy praktycznej, jakie mu wpadły w ręce. Spojrzał w oczy magistra... i się zawahał.

Jeśli nie udzieli odpowiedzi, czy koleżanki i koledzy choć trochę go polubią? Prawdopodobnie nie. Tak czy owak, pieprzyć ich.

– Magistrze, sądzę, że można manipulować eterealem wewnątrz pałacu pamięci. Przypuszczam, że nie powinno się tego robić. – Mortimir wzruszył ramionami jak Baldesce, ale wymowa gestu była zupełnie inna. U niego sugerowała, że ma więcej do powiedzenia, u Antonia zaś wyrażała obojętność.

Magister Abraham podrapał się po podbródku pod długą brodą, nie spuszczając oczu z Mortimira.

– Skąd ci przyszła do głowy taka dziwaczna herezja? – zapytał. Bez powodzenia próbował ukryć, że jest zadowolony.

– Z dzieła Gladius Capitalis Wetroniusza. I z θανατηφόρα σπαθί Heraklita.

Siostra Anna skrzywiła się, słysząc, z jakim akcentem mówi w górnym archaickim – z albańskim, nie miejscowym moreańskim.

Magister Abraham miał dziwny nawyk stukania palcami po zębach i teraz właśnie to robił. Kiedy miał palce powalane atramentem, czasami plamił zęby.

Pokiwał głową.

– Tak. Zwój zatytułowany Okrutny Miecz. Broń, która w ten sam sposób będzie się sprawiać w świecie realnym i eterealnym, co sugeruje, że można ją wykuć w pałacu pamięci i następnie użyć... gdziekolwiek. – Pozwolił sobie na lekki uśmiech. – Jakie byłyby skutki użycia broni wewnątrz pałacu pamięci?

Umilkł na jedno uderzenie serca. Piętnaścioro studentów zbladło na myśl o dosłownym zniszczeniu pieczołowicie przechowywanych wspomnień i zaklęć.

– Ale ty nie mógłbyś ich poznać, prawda, Mortimirze? – zapytał magister Abraham. Było to pytanie retoryczne. Teraz on wzruszył ramionami. – Zmykajcie, dzieci. Czeka was alchemia. Mortimirze, zostań.

Uczniowie śpieszne wyszli, wielu z opuszczonymi głowami, żeby uniknąć oka mistrza. Czasami na zakończenie demonstrował swoją moc, wyczarowując potężne błyskawice, wymierzane w starannie wybrane cele albo na chybił trafił.

Mortimir siedział i bawił się różańcem, a po wyjściu ostatniego ucznia wstał z takim wdziękiem, na jaki mu pozwalało szybko rosnące ciało. Podszedł do mistrza.

Starszy mężczyzna ściągnął brwi.

– Masz błyskotliwy umysł – powiedział. – I pracujesz ciężej niż większość tych gamoni. – Wzruszył ramionami i podał mu zwój. – Przykro mi, młody człowieku. Przykro mi żartować z twoich porażek i równie przykro, że muszę ci to przekazać.

Mortimir nawet nie musiał rozwijać zwoju.

– Wezwanie od patriarchy?

Magister pokiwał głową i ruszył do wyjścia. Gdy otworzył drzwi, Mortimir usłyszał głosy kolegi Baldesce i Zervasa, drugiego ucznia z Morei, i zbiorowy śmiech.

Nie miał pojęcia, czy mówią o nim, ale w tej chwili wszystkich ich nienawidził.

Wezwanie w jego ręce oznaczało, że po raz kolejny zostanie przeegzaminowany, i jeśli zawiedzie, będzie musiał wrócić do domu. Przez całe życie ciężko pracował, żeby tu się dostać.

A teraz poniesie porażkę.

Czasami bardzo trudno jest być cudownym dzieckiem.

Morgan Mortimir miał szesnaście lat i rósł tak szybko, że wyrósł ze wszystkich swoich ubrań. Twarz miał tak młodą, że pomimo wzrostu czasami mógł uchodzić za dwunastolatka. Był wysoki i chudy, ale nie w sposób, jaki mógłby mu przydawać autorytetu czy godności. Był niezdarny i, co gorsza, miał młodzieńczy trądzik i jego twarz pokrywały pryszcze z białymi łebkami, wskutek czego moreańskie siostry na zajęciach z filozofii praktycznej przezwały go „Dżumą”.

I Morgan wiedział, że jest Dżumą. Był za młody, żeby tu studiować, a poza tym pomimo fenomenalnej inteligencji brakowało mu zdolności do manipulowania światem bezpośrednio przez fantazmię albo choćby alchemię. Miał ogromne możliwości, ale nie umiał ich wykorzystać.

Po prostu nie był w stanie pojąć istoty samej surowej mocy. Nie umiał przemienić potentia w ops.

Był dość mądry, żeby poznać, kiedy nie jest mile widziany. Nikt w wielkiej szkole wyższej filozofii i metafizyki nie chciał mieć z nim do czynienia, chyba że szukano kozła ofiarnego. Nie chcieli, żeby cytował im źródła, które znał na pamięć, albo wyjaśniał zawiłości eterealu w terminach matematycznych. Chcieli, żeby władał mocą albo odszedł.

Siedział w małej tawernie w największym mieście cywilizowanego świata i gapił się w kubek wina.

Po chwili gapił się w następny. A później w trzeci.

Przez cały dzień, codziennie, magistrowie stawiali go w sytuacjach mających na celu odblokowanie jego mocy. Jego zdolność do wykrywania czarów – na przykład najsłabszych emanacji z Cravenfish – zasługiwała na ich pochwały. Każdy z nich się zgadzał, że chłopiec ma talent. Miał fenomenalny wynik, jeśli chodzi o potentia.

Ale przestali mówić to głośno i często. A dzisiaj dostał wezwanie od patriarchy, który przeprowadzał rozmowę z każdym kandydatem, zanim go uznał za niezawodnego pod względem teologicznym i nadał mu stopień.

W następną niedzielę.

Mortimir przygryzł wargę, chcąc się powstrzymać od płaczu, ale nic to nie dało i zapłakał. Gorzkie, głupie rozczulanie się nad sobą było czystą dziecinadą i tego nienawidził, lecz mimo to płakał coraz mocniej. Patriarcha odeśle go do domu.

Dom nawet nie był taki zły. Po prostu reprezentował utratę wszystkiego, czego pragnął. Chciał mieszkać w Liwiapolis wśród olśniewających kobiet odzianych w mieniące się tkaniny, rozmawiających o filozofii z mężczyznami, którzy pisali książki, zamiast wymachiwać mieczami. Tu było jego miejsce, nie w barbarzyńskim Harndonie.

A może nie.

W gospodzie już nawet nie przysłali dziewczyny, żeby nalała mu wina. Do jego stołu podszedł stary pomarszczony łotr o chytrym spojrzeniu. Mortimir skinął na niego, żeby napełnił kubek.

– Najpierw zapłać – powiedział mężczyzna, akcentując słowa, żeby klientowi nie umknęła ich złowieszcza wymowa.

Mortimir nosił albański kaftan, buty z cholewami i miecz. Z tego względu uchodził za barbarzyńcę i był traktowany jak głupiec.

Zajrzał w głąb kubka z ciemnoczerwonym winem, lepszym winem, niż kiedykolwiek pił w domu – w porównaniu z tym te albańskie były cieniami prawdziwej postaci.

Zaklął. Znał na pamięć wszystkie teorie. Po prostu nie potrafił ich wykorzystać w praktyce.

Dżuma.

Zaraził się nią w dzieciństwie, przynajmniej tak mówili, i medyk, który najbardziej się nim interesował, ze straszliwą ostatecznością powiedział, że czasami choroba powoduje w mózgu zmiany, które zabijają zdolność kanalizowania mocy.

Zamówił czwarty kubek wybornego wina i po raz kolejny postanowił, że odbierze sobie życie. Wiedział, że samobójstwo jest grzechem śmiertelnym, więc jego dusza na wieki będzie płonąć w piekle. Pomyślał, że to stosowne, ponieważ, zabijając się, wyrządzi krzywdę Bogu. Miłosiernemu Bogu, który pragnął, żeby grzesznicy odczuwali żal za grzechy i do niego przychodzili. Gówno dostaniesz, popaprańcu!

Dzięki naukom magistrów o dwoistości natury ludzkiej przy piątym kubku wina dostrzegł straszne, głupie błędy w swojej teologii.

Po śmierci, rzecz jasna, nie będzie więcej wina.

W tym momencie wypadki wieczoru przyjęły obrót, który go zaskoczył.

Przy jego stole przystanęła młoda kobieta, starsza od niego i bardziej światowa, dobrze ubrana i najwyraźniej zamożna. Rozejrzała się nerwowo, potem z irytacją.

Wino go ośmieliło. Wstał i zgiął się w ukłonie, przekonany, że robi to z większym wdziękiem niż zwykle.

– Pani? Czy mogę w czymś pomóc? – zapytał w swoim najlepszym górnym archaickim, jeszcze bardziej płynnym niż zwykle.

Jego największym osiągnięciem w Harndonie było opanowanie sztuki czytania i pisania w tym języku, a tutaj władali nim nawet przestępcy. W Morei była to ich ojczysta mowa.

Odwróciła się i jej uśmiech błysnął jak światło ze ślepej latarki.

– Ach, panie, wybacz. – Zarumieniła się. – Nie przywykłam rozmawiać z mężczyzną w miejscu publicznym – dodała, unosząc wachlarz i zasłaniając twarz, choć nie dość szybko, żeby ukryć kawaleryjską szarżę koloru, który spłynął po szyi i...

Rozejrzał się. Minęły godziny, odkąd tu przyszedł – zignorował wezwania na wieczorną modlitwę, podobnie jak niektórzy z klientów, ale żołądek nagle mu zasugerował, że musi ukrócić jedzeniem swoje nowo odkryte upodobanie do pijaństwa. Nawet jeśli później postanowi skoczyć z mostu. Rzucenie się na miecz nie wchodziło w rachubę – był zbyt długi.

Stwierdził, że znowu siada, trochę jakby we śnie. W jakimś zakamarku umysłu usłyszał głos: „Chyba się spiłem”. Był już kiedyś pijany, dwa razy. Ale nie tak jak teraz.

– Możesz się do mnie przysiąść? – zaproponował, jakby to była najzwyczajniejsza rzecz pod słońcem.

Zerknęła znad wachlarza.

– Naprawdę nie mogę – odparła. – Czekam na ojca, który się spóźnia. Na Dziewicę Parthenos, nie jest to miejsce dla damy.

Ocenił, że ma może dziewiętnaście lat, ale nie miał większego doświadczenia, jeśli chodzi o kontakty z damami, szczególnie moreańskimi. W zajęciach filozoficznych uczestniczyły zakonnice, ale wszystkie nosiły welony i nic o nich nie wiedział; znał tylko ich głosy i prędkość, z jaką je irytował.

Nie mógłby powiedzieć, czy jest piękna, pospolita, czy brzydka jak grzech śmiertelny, ale jej rumieniec i maniery sprawiły mu przyjemność.

– Proszę, siądź ze mną, nie sprawię ci kłopotów – powiedział. Wstał, zastanawiając się, kiedy tak niegrzecznie usiadł. – Siądź, a ja będę krążyć po izbie, dopóki nie przyjdzie twój ojciec...

Chciał przejść od słów do czynów, ale pchnęła go wachlarzem z powrotem na ławę.

– Nie zrobisz takiego głupstwa, chociaż propozycja jest uprzejma jak na barbarzyńcę – powiedziała. Lekko go pchnęła i znów siedział. Ona też usiadła.

Było to jak wertowanie ilustrowanej Biblii. Musiał odgadywać, które części pominął – kiedy usiadła? Czy ma wdzięczne ruchy?

– Jak trafiłeś do naszego pięknego miasta? – zapytała.

Mortimir westchnął.

– Matka posłała mnie na uniwersytet – odparł z odrobinę zbyt dużym zarozumialstwem, czego był w pełni świadom.

– Musisz być bardzo mądry!

Uśmiechnął się z goryczą.

– Bardzo – mruknął.

Nagle zjawił się oberżysta, niemal okrągły zupełnie łysy stary łajdak, nalewający coś z dzbana. Dziewczyna zachichotała, podziękował mu i izba lekko zwirowała.

– Jestem... jestem taki mądry, że... – Mortimir szukał słów, żeby coś dodać.

Jesteś taki mądry, że odpowiadasz na każde pytanie na każdych zajęciach, nawet kiedy wiesz, że to wkurza twoich kolegów; taki mądry, że nie znasz się na żartach; taki mądry, że nie umiesz rozmawiać z dziewczyną; taki mądry, że nie potrafisz sporządzić najprostszego fantazmu...

Zatrzepotała wachlarzem.

– Gdzie jest ojciec? – zapytała retorycznie.

Trzeźwa, analityczna część jego umysłu zauważyła, że nawet się nie rozejrzała, wypowiadając te słowa. Wysnuł teorię, że przywykła do tego, że zawsze ktoś jej służy, i prawdopodobnie sama nie umie o siebie zadbać.

Uśmiechnęła się.

– Pochodzisz z dobrej rodziny? Czym jest dobra rodzina pośród barbarzyńców?

Była zabawna. Roześmiał się.

– Mój ojciec jest lordem – odparł. – No... był. Dopóki nie umarł. To skomplikowane.

Westchnęła.

– Co jest skomplikowane? Nie śpieszę się, szczególnie jeśli nie przestaniesz mnie częstować kandiańskim winem i małmazją. – Wachlarz zatrzepotał, tym razem jakby w innym rytmie, więc przez chwilę widział jej całą twarz. Był wniebowzięty.

Rozmawiam z moreańską arystokratką!

Próbował otrząsnąć się z podekscytowania, bo przecież pamiętał, że jego celem ostatecznym jest autodestrukcja. Ale interesowało go niewiele rzeczy poza mówieniem o sobie, a wino w żaden sposób go nie hamowało.

– Tak – mruknął – urodziłem się bękartem, lecz mój ojciec nie miał więcej dzieci, więc chociaż nigdy nie poślubił mojej matki, prawdopodobnie jestem jego dziedzicem. – Wyprostował się. – Nie był wielkim panem, ale miał zamek i rezydencję w Harndonie. Moja matka mieszka w stolicy. – Wzruszył ramionami.

Dziewczyna się roześmiała.

– To mniej więcej tak jak na naszym dworze. Nie należysz do Kościoła, jak mniemam?

Rozłożył ręce.

– Nie, studiuję tutaj własnym sumptem. – Powiedział to ze zbyt wielką dumą. Zobaczył, że jest rozbawiona, i gardził jej wyższością i swoją niezdolnością do prowadzenia rozmowy bez arogancji.

– Jesteś bogaty? – zapytała. Dolała wina do jego kubka.

– Ależ nie – odparł.

– W takim wypadku nie będzie miała z tobą więcej do czynienia – powiedział ktoś niskim, zgrzytliwym głosem.

Moreańska arystokratka się odwróciła. Morgan uniósł głowę, zaskoczony wysiłkiem, i napotkał spojrzenie najbledszych niebieskich oczu, jakie kiedykolwiek widział, osadzonych w okrągłej jak księżyc, wielkiej niczym żołnierski napierśnik twarzy.

– Co, Anno?

Obróciła się, trzepocząc wachlarzem.

– Zjeżdżaj! – syknęła. – Synu kundla i zarażonej ulicznicy, idź się taplać w rynsztoku!

Mortimir niepewnie się podniósł.

– Czy ten człowiek...

Wielkolud błysnął promiennym uśmiechem.

– Och, Anno, tylko szparka tak często zwiedzana jak twoja jest dość duża dla mojego członka...

Wachlarz uderzył go w skroń z trzaskiem błyskawicy. Olbrzym nawet się nie wzdrygnął.

– ...cię niepokoi? – wymamrotał Mortimir, irracjonalnie dumny, że zdołał sklecić sensowne zdanie w swojej otumanionej mózgownicy. Sięgnął do miecza.

Nosił miecz. Wielce z tego szydzono na uniwersytecie, ponieważ studenci filozofii nie potrzebują mieczy, a noszenie go sprawiało, że wyglądał na jeszcze większego barbarzyńcę. Ale niemożność utkania nawet najmniejszego czaru, najdrobniejszego fantazmu, połączona z silnym poczuciem młodzieńczego uporu i miarką dumy z ćwiczeń z bronią, kazała mu pozostawić ten albański symbol przynależności do stanu szlacheckiego przypięty do pasa pomimo wielu ostrzeżeń, paru pogróżek i wielkiego ośmieszania.

Dobył go.

Wielkolud odsunął się od moreańskiej damy i spojrzał na niego takim wzrokiem, jakim magistrowie patrzą na rozkrawanego trupa, kiedy władze religijne pozwalają na przeprowadzenie sekcji.

– Wygląda na to, że umiesz go dobywać – skomentował wielkolud.

Mortimir wzruszył ramionami.

– Zostaw panią w spokoju – powiedział.

W gospodzie zapadła cisza. Wszyscy na niego patrzyli i czuł się jak głupiec, tym bardziej, że olbrzym przewyższał go o głowę, więc zapewne posieka go na drobne kawałki. Co gorsza, zdawał sobie sprawę, że jest zbyt uparty, żeby się teraz wycofać.

– Dziwka – powiedział olbrzym. Wzruszył ramionami. – Jeśli chcesz się ze mną bić, w porządku, ja to lubię. Tylko na zewnątrz. Tutaj zostalibyśmy aresztowani.

Mortimir nigdy wcześniej nie został nazwany dziwką, ale wiedział, że czeka ich walka. Niezbyt dobrze się trzymał na nogach, ale gdy wyszedł zza stołu, wstąpił w niego nowy duch, co pozwoliło mu zachować równowagę. Lewą ręką sięgnął do sakiewki i rozrzucił monety po stole, bo tak zrobiłby każdy wielki pan.

Ten nowy duch – a może był to strach? Przypominało to błyskawice, które magistrowie filozofii naturalnej wyczarowują z metalowych kul, i sprawiało, że poczuł mrowienie w palcach.

Wielkolud ze spokojem odsunął się od niego.

– Schowaj miecz, a stoczymy prawidłową bójkę – powiedział. – Jeśli się uprzesz, żeby używać oręża, skończy się na tym, że prawdopodobnie cię zabiję. To ona jest dziwką, młodzieńcze. Oprzytomnij.

Mortimir zachował dość zdrowego rozsądku, żeby schować miecz do pochwy, i zdołał tego dokonać bez długiego gmerania. Odniósł wrażenie, że wielkolud z aprobatą pokiwał głową. Obejrzał się i zobaczył, że moreańska dama zgarnia jego pieniądze ze stołu.

Nieśpiesznie wyszedł na podwórze, odpinając pas z mieczem. Olbrzym naprawdę był ogromny. Mówił jak Nordykanin, jeden z cudzoziemców tworzących straż przyboczną cesarza.

Dziesiątki mężczyzn i kilka kobiet wyległo z karczmy w gorącą letnią noc. Wielkolud ściągnął koszulę przez głowę, odsłaniając tors, który zdawał się złożony z ostro ciosanych płyt cielistej skały. Nic, tylko mięśnie na mięśniach.

Mortimir miał na sobie swój najlepszy kaftan. Zdjął go ostrożnie, złożył i pożałował, że nie ma przy nim przyjaciela, który potrzymałby jego sakiewkę. Szczerze mówiąc, żałował, że w ogóle nie ma przyjaciela.

– Powiem ci tylko, że jesteś odważnym gówniarzem, skoro się na mnie porywasz. Zamierzam sprawić, że dobrze wypadniesz, zanim cię rozłożę – powiadomił go olbrzym. – I musisz wiedzieć, że ta dziewczyna jest ladacznicą i teraz łypie na twoją sakiewkę niczym pijak na nowy dzban wina. – Mówił po archaicku z dziwnym akcentem. – Lubię ją, jest moją faworytą. – Wielki mężczyzna wzruszył ramionami. – Może nawet podzieliłbym się nią z tobą, gdybyśmy byli braćmi miecza.

Mortimir wybuchnął śmiechem. To był obłęd, ale nagle doznał uczucia ulgi. Był szczęśliwy. Śmiech płynął z jego gardła, ludzie obstawiający w drzwiach wynik walki go słyszeli i zakłady się zmieniły, niewiele, tylko trochę. Chciał umrzeć – nie będzie musiał popełniać samobójstwa.

– Jestem gotowy – oznajmił.

Olbrzym się ukłonił.

– Harald Derkensun – przedstawił się. – Z gwardii królewskiej.

Mortimir odwzajemnił uśmiech.

– Morgan Mortimir. Z uniwersytetu.

Na te słowa mężczyźni w tłumie ryknęli. Akademia była uwielbiana i znienawidzona w mieście, uważana za bastion geniuszu i gniazdo heretyków, dwa w jednym.

Mortimir był wyszkolony. Zaczął poruszać się na palcach, jak nauczył go fechtmistrz ojca, i nie mając nic do stracenia, natychmiast przypuścił atak. Zbliżył się, markując wahanie, i mocno kopnął w kolano przeciwnika.

Stopa trafiła nie w kolano, lecz niżej, i olbrzym się zachwiał, wytrącony z równowagi. Morgan przyskoczył, nagle na tyle trzeźwy, żeby tego dokonać. Przeciwnik cofnął się o pół kroku trzaśnięty przez niego w brzuch.

Mortimir miał wrażenie, że kopnął w stodołę. Mimo to przesunął stopy i zamierzył się do kolejnego kopnięcia....

I musiał się podnieść z kopca gnoju. Nie zauważył ciosu, który go rzucił przez rozświetloną pochodniami noc, ale choć cuchnął, poza tym wyszedł bez szwanku, i z powrotem przyskoczył do przeciwnika, który był jak wykuty z żelaza.

– Tak się upada – powiedział olbrzym. – Dobre kopnięcie. Naprawdę bardzo dobre. – Wyszczerzył zęby w uśmiechu. – Szczerze mówiąc, chyba czeka nas prawdziwa zabawa. Myślałem, że będę musiał robić za ciebie i siebie, ale najwyraźniej...

Tyczkowatemu, żylastemu Mortimirowi jedyną fizyczną przewagę zapewniały nieproporcjonalnie długie ręce i nogi. Gdy wielkolud gadał, zadał mu kolejny cios w brzuch i dołożył kopniaka – chwycił rękę uniesioną w bloku...

Była to niemal idealnie wykonana dźwignia... dopóki Mortimir znowu nie poszybował w powietrzu. Tym razem trafił tyłkiem w ścianę stajni, zanim się zsunął na kupę gnoju.

Ból był dotkliwy, a śmiech tłumu zapalił go jak latarnię. Stoczył się z obornika i runął na wielkoluda.

Derkensun czekał nań ze stoicką rezygnacją, wyraźnie niezadowolony z jego młodzieńczej złości. Mortimir, gdy tylko znalazł się w zasięgu przeciwnika, zakołysał biodrami, zawierzając winu i szczęściu, postawił stopę i przemknął pod pięścią Nordykanina, która miała zakończyć walkę. Wsunął nogę za jego kolano, a głowę pod ramię, i rzucił go na ziemię. Wymagało to niewiarygodnego wysiłku – jak obalanie domu.

Derkensun upadł.

Leżał jedynie tak długo, żeby coś wykrzyknąć, po czym machnął piętami nad głową i wstał szybciej, niż miał ku temu prawo, zważywszy wielką masę ciała. Stał, pocierając lewe ramię. Uśmiechał się od ucha do ucha.

– Dobry cios, młodzieńcze! – ryknął.

Poderwał lewą nogę i Mortimir nad nią przeskoczył, wprawdzie bardziej dzięki szczęściu niż szkoleniu.

Sapał jak byk. Olbrzym się uśmiechał.

– Pewnie drugi raz się nie uda – mruknął Mortimir.

Wielkolud pokręcił głową.

Mortimir szczerzył zęby w szerokim uśmiechu. Wrażenie ulgi było cudowne – fizyczna radość była dla niego czymś nowym. I euforia, jaką odczuwał, nie mogła być skutkiem wypitego wina.

Skoczył, zamierzając markować cios w głowę, ale nie wyszło. Gdy tylko przesunął ciężar ciała, stwierdził, że leży na ziemi, zasapany, i że bolą go plecy.

Ból wpłynął na coś w jego głowie. Mortimir się dźwignął i doprowadził do zwarcia, co być może było najgłupszą rzeczą, jaką mógł zrobić. Mężczyzna był tak wielki, że po prostu wygiął mu ręce do tyłu, i łatwość zwycięstwa Nordykanina jeszcze bardziej rozwścieczyła Mortimira, zmienił więc pozycję i złośliwie walnął go kolanem w jądra.

Gdy Nordykanin zatoczył się do tyłu, wymierzył mu mocnego kopniaka w brzuch – wielkolud zgiął się we dwoje, a on wyprowadził cios prawą...

Olbrzym chwycił w wielką łapę jego pięść, przekręcił ją i wyrzucił go w powietrze. Mortimir poleciał niczym kamień wystrzelony z trebusza.

Uderzył w mur gospody. Zdążył pomyśleć, że jest zaskoczony kolorem całości, że musi o tym powiedzieć magistrom, a później...

 

>***

 

– Chryste mać, zrobiłeś mi krzywdę! – wychrypiał ktoś przy jego uchu. – Ale ja nie chciałem tak bardzo cię skrzywdzić.

Coś zimnego dotknęło jego głowy. Mortimir poczuł ból. Ale przecież wszystko go bolało.

– Jesteś wielkim głupcem – mruknęła jakaś kobieta.

– A z ciebie wielka pomocnica – wyzgrzytał jakiś mężczyzna.

– Możemy przynajmniej podzielić się jego pieniędzmi. Minęło wiele miesięcy, odkąd dostałeś żołd.

– To byłoby niehonorowe i nigdy czegoś takiego nie zrobię. Poza tym, kiedy dojdzie do siebie, zostaniemy wielkimi przyjaciółmi. Wiedźma mi to przepowiedziała. – Zachichotał. – Jeśli go nie zabiję. Powiedziała, że mogę go zabić. Starałem się być ostrożny, ale nagle sprawił mi ból i dałem się ponieść, jak zwykle.

Mortimir wypróbował swoje ciało, jakby przeprowadzał doświadczenie w szkole. Lewa noga się poruszyła, choć ból pulsował w kolanie, prawa noga się poruszyła, podobnie jak lewa ręka, natomiast prawa i ramię bolały jak...

– Święty Eustachy i wszyscy otoczeni czcią święci i męczennicy! – wycharczał.

Uniósł głowę i stwierdził, że leży na łóżku, całkiem wysokim łóżku.

– Święta Matko Boska, budzi się! – krzyknęła kobieta i poderwała się z podłogi, gdzie leżała naga.

Miała długie nogi, muskularny brzuch, piękny biust na lekko kościstej klatce piersiowej i cudowne biodra. Widok jej ciała niemal uśmierzył ból promieniujący od złamanej ręki i kości barkowej.

Wielkolud pochylił się nad łóżkiem.

– Żyjesz! Na bogów!

Mortimira bolała głowa, jakby w skroni tkwił przeszywający ją szpikulec. Przyłożył rękę do czoła i cała prawa strona wydała mu się gąbczasta.

– Boże, rozłupałeś mi czaszkę...

– Miewałem gorsze bójki z moimi braćmi – powiedział wielkolud. – Ale straciłeś mnóstwo krwi – dodał.

Mortimir opuścił głowę na poduszkę i ból odrobinę zelżał.

– Jak długo byłem nieprzytomny? – zapytał, próbując sobie przypomnieć, co magister medycyny mówił o obrażeniach głowy.

– Prawie cały dzień... Anno?! Jak długo był nieprzytomny?! – krzyknął olbrzym.

Kobieta wycedziła coś, co brzmiało nieuprzejmie. Pojawiła się, naciągając suknię przez głowę. Zanim ukazały się włosy, syknęła:

– Pewnie cię nie obchodzi, że od dwóch dni nic nie jadłam, ty przeklęty przez boga barbarzyńco! A teraz pokazuję się naga drugiemu barbarzyńcy. I jestem pewna, że nawet nie możesz mi zapłacić... Matko Święta, otwieram się i zamykam dla ciebie za nic... Dlaczego to robię? Nie mam pojęcia, budzisz we mnie wstręt! Najszpetniejszy chłop, jakiego w życiu widziałam, i ja, perła tego miasta, najpiękniejsza hetera... to tak, jakby piękna klacz gziła się z dzikiem. Och... jakże ja się nienawidzę! Dlaczego to robię? Może to kara za moje liczne grzechy... Bóg mnie przeklina za kopulowanie z najniższą formą życia w rynsztokach. Może moim następnym będzie trędowaty!

Derkensun patrzył na nią z lekkim uśmiechem na szerokiej twarzy.

– Skończyłaś? – zapytał. – Nie lubię przerywać.

Spoliczkowała go z całej siły, z zamachu, jej ręka sunęła niczym ramię katapulty. Plaśnięcie odbiło się echem w pokoju i zaraz potem ścisnęła obolałą dłoń, jakby wielkolud ją uderzył, chociaż stał w idealnym bezruchu z lekkim uśmiechem igrającym w kącikach ust. Powoli się pochylił, wziął ją w ramiona i pocałował.

– Ale ja cię kocham – powiedział powoli.

– Nigdy więcej tutaj nie przyjdę – oświadczyła stanowczo.

Derkensun parsknął głośnym śmiechem.

– Skoro nalegasz.

– Nienawidzę cię! – wrzasnęła.

– Oczywiście.

Kiedy wyszła, wielkolud przez długą chwilę patrzył na drzwi, a później wrócił do swojego pacjenta.

– Chcesz wina? – zapytał.

– Nigdy więcej – odparł Mortimir.

Coś dziwnego działo się z jego prawą ręką. Miał wrażenie, że liżą ją płomienie. Kiedy spojrzał, zobaczył tylko blask słońca – wciąż było gorąco jak w piekle – padający przez otwarte okno na ramię i dłoń. Wrażenie było przyjemne, o niebo lepsze niż ból.

Mężczyzna wrócił z kubkiem zimnej, pełnej bąbelków wody z jakiegoś podziemnego źródła.

– Lepiej się poczujesz. Tak mówi wiedźma. Słuchaj, muszę iść na służbę. Dziś stoję na warcie przy Bramie Aresa. Będę tam przez cały tydzień. Wrócę.

Morgan pokiwał głową.

– Myślałem, że Nordykanie strzegą cesarza.

Derkensun wzruszył ramionami.

– Coś musi się dziać, skoro mam być na bramie. A teraz śpij.

Mortimir czuł w rękach i głowie coś ogromnie dziwnego, jak wrażenie, że potrafi latać, jak odkrycie, że umie czytać w nieznanym języku. To wszystko było...

Odpędził od siebie te myśli, pokiwał ręką Nordykaninowi, i zasnął.

9.25
Ocena użytkowników
Średnia z 2 głosów
-
Twoja ocena
Tytuł: Okrutny miecz
Cykl: Syn zdrajcy
Tom: 2
Autor: Miles Cameron
Tłumaczenie: Maria Gębicka-Frąc
Wydawca: MAG
Data wydania: 3 sierpnia 2016
Liczba stron: 800
Oprawa: twarda
Cena: 49 zł



Czytaj również

Okrutny miecz
Okrutny cios w czytelnika
- recenzja
Czerwony Rycerz
Nie taki najemnik straszny...
- recenzja
Czerwony Rycerz
Za garść florenów
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.