» Fragmenty książek » Okaleczone Oko

Okaleczone Oko

Okaleczone Oko

Dwóch Czarnogwardzistów podeszło do komnaty Bieli. Młodszy, ze zdenerwowania rytmicznie wyłamywał knykcie prawej pięści. Bracia Greylingowie przystanęli przed drzwiami pełni wahania. Pstryk, pstryk, pstryk. Pstryk, pstryk, pstryk.

Starszy brat, Gill, spojrzał na młodszego, jakby próbował naśladować miażdżące spojrzenie ich dowódcy. Gavin nie cierpiał, kiedy Gill to robił, ale przestał wyłamywać knykcie.

– Nic nie zyskamy, czekając – rzekł Gill. – Zrób użytek z tej pięści.

Był wczesny ranek. Normalnie Biel nie opuściłaby komnat przez co najmniej dwie następne godziny. Przez wzgląd na jej słabnące zdrowie Czarna Gwardia robiła, co mogła, żeby ulżyć jej w tych ostatnich miesiącach życia.

– Dlaczego to zawsze ja... – zaczął Gavin.

Dziewiętnastoletni Gill był dwa lata starszy, ale mieli ten sam stopień i zostali pełnoprawnymi gwardzistami w tym samym czasie.

– Jeśli przez ciebie Biel to przegapi, bo musisz się ze mną kłócić... – Gill nie dokończył groźby. – Pięść – warknął.

To był rozkaz.

Krzywiąc się, Gavin Greyling zapukał do drzwi. Odczekał przyjęte pięć sekund, zanim otworzył drzwi. Bracia weszli do środka.

Biel nie leżała w łóżku. Ona i jej osobista niewolnica modliły się, wyciągnięte na podłodze mimo wieku, twarzą ku słońcu wpadającemu przez otwarte wschodnie drzwi balkonowe. Zimny wiatr owiewał dwie starsze kobiety.

– Najszlachetniejsza pani – odezwał się Gill – proszę o wybaczenie. Jest coś, co musi pani zobaczyć.

Spojrzała na nich i natychmiast rozpoznała. Niektórzy arystokraci i światłowładcy nie traktowali najmłodszych pełnoprawnych Czarnogwardzistów poważnie. Wynikało to z krytycznego osądu, który ranił, ponieważ był po części zasłużony. Gavin wiedział, że jeszcze rok temu nie awansowałby na pełnoprawnego gwardzistę w wieku lat siedemnastu. Biel jednak nigdy nie traktowała go jak gorszego od innych. Z radością oddałby za nią życie, nawet gdyby ktoś mu powiedział, że Biel i tak umrze następnego dnia ze starości.

Przerwała modlitwę, młodzieńcy pomogli jej usiąść w fotelu na kółkach, ale kiedy stara niewolnica podreptała kaczym chodem spowodowanym chorobą bioder, żeby zamknąć balkonowe drzwi, Gill ją powstrzymał.

– Biel musi spojrzeć z balkonu, caleen – wyjaśnił Gavin.

Okrył Biel kocami delikatnie, lecz sprawnie. Obaj nauczyli się, ile delikatności zniesie jej duma, a ile bólu jej ciało. Wypchnął fotel na balkon. Nie narzekała, upierając się, że może to zrobić sama. Jeszcze do niedawna rzeczywiście była w stanie.

– W zatoce – powiedział Gill.

Zatoka Małego Jaspisu w dole wyglądała olśniewająco. Dzisiaj było Święto Światła i Ciemności, równonoc, i ranek zapowiadał jeden z tych jesiennych dni, na które człowiek miał nadzieję: powietrze już rześkie, ale niebo oślepiająco niebieskie, tafla wody gładka, a nie jak zwykle pofalowana. Sama zatoka była wyjątkowo opustoszała. Flota nadal nie wróciła; odpłynęła walczyć z Księciem Barw w Ru i powstrzymać jego przemarsz. Gavin też powinien tam być, ale jego i trójkę innych Czarnogwardzistów odesłano z powrotem ślizgaczem w przededniu bitwy, by złożyli raport o rozmieszczeniu i planach floty.

Z pewnością do tej pory bitwa już się odbyła i pozostało tylko czekać na wieści, czy powinni się cieszyć ze zwycięstwa, czy też szykować na wojnę, która rozbije Siedem Satrapii. Pewnie dlatego Biel się modliła, pomyślał Gavin. Czy można modlić się o wynik zdarzenia już po fakcie? Czy modlitwy mają wtedy jakąś wartość?

Czy w ogóle mają jakąkolwiek wartość?

Biel siedziała w milczeniu, patrząc na zatokę. Patrząc na nic, jak obawiał się Gavin. Czyżby za późno jej przeszkodzili? Jednak Biel im zaufała, nie pytała o nic, tylko czekała, podczas gdy minuty się przeciągały.

I wtedy wreszcie kształt nadpłynął zza Wielkiego Jaspisu. Początkowo trudno było ogarnąć jego rozmiar. Wynurzył się sto kroków od wysokich, okalających cały Wielki Jaspis murów, na których ludzie tłoczyli się, żeby coś zobaczyć. Początkowo morski demon był widoczny tylko dzięki kilwaterowi, jaki ciągnął się za nim, kiedy rozorywał wodę na prawo i lewo.

Morski demon przyśpieszał, w miarę jak się zbliżał. Morze wpadało przez na wpół otwartą paszczę w kształcie krzyża do pierścieniowego wola i wytryskiwało skrzelami wzdłuż całego ciała, teraz otwartymi. Z każdym wielkim haustem paszcza otwierała się szerzej, woda strzelała na boki i do tyłu potężnymi wachlarzami co jakieś pięćdziesiąt kroków, a potem, gdy potężne mięśnie kurczyły się, za cielskiem z sykiem wylatywała wodna piana.

Morski demon zbliżał się do wału nadmorskiego, który chronił Zachodnią Zatokę. Jedna z galer uciekała w stronę przesmyku w wale, próbując się wydostać. Zważywszy na szybkość, z jaką morski demon się poruszał, kapitan nie mógł wiedzieć, że obrał niewłaściwy kierunek.

– Biedny głupiec – mruknął Gill.

– To zależy, czy to zbieg okoliczności, czy atak – odpowiedziała Biel z upiornym spokojem. – Jeśli potwór przedostanie się za wał nadmorski, mogą być jedynymi, którzy mu się wymkną.

Galernicy wyciągnęli wiosła z wody jak jeden mąż, starając się jak najmniej burzyć wody. Morskie demony to stworzenia terytorialne, nie drapieżniki.

Stwór minął galerę i popłynął dalej. Gavin Greyling odetchnął z ulgą i usłyszał, że pozostali też wypuścili powietrze. Wtedy jednak morski demon zanurkował, znikając w nagłej chmurze mgły.

Kiedy się wynurzył, był rozgrzany do czerwoności. Woda gotowała się wokół niego. Zawrócił z powrotem ku otwartemu morzu.

Nie mogli nic zrobić. Morski demon wypłynął na morze, a potem zawrócił, przyśpieszając. Celował dokładnie w dziób galery, jakby chciał doprowadzić do zderzenia czołowego z rywalem.

Ktoś zaklął pod nosem.

Morski demon staranował galerę z potworną prędkością. Kilku żeglarzy wyleciało z pokładu, niektórzy do morza, inny szybował, aż uderzył z chrzęstem o guzowatą, kolczastą głowę demona.

Przez chwilę wydawało się, że jakimś cudem statek wytrzyma, ale, niestety, zaraz rozpadł się dziób. Drewno eksplodowało odłamkami na wszystkie strony. Maszty popękały.

Cała galera – a właściwie połowa, która jeszcze się ostała – była pchana do tyłu, dziesięć kroków, dwadzieścia, trzydzieści; wyrzucała potężne wachlarze wody w powietrze. Parcie naprzód morskiego demona osłabło tylko na chwilę. Galera została wepchnięta pod wodę, kiedy wielki nos w kształcie młota wynurzył się jeszcze bardziej z wody i naparł mocniej. Utwardzany w ogniu drewniany kadłub statku roztrzaskał się jak gliniany garnek, gdy cisnąć nim o mur.

Morski demon zanurkował. Z kolczastym łbem oplątanym linami, pociągnął za sobą statek.

Sto kroków dalej na powierzchnię wypłynął ogromny bąbel powietrza – ostatni z pokładów pękł pod naporem wody. Jednak sam wrak nigdy nie wypłynął. Zostały tylko unoszące się na wodzie nieliczne szczątki okrętu, który po prostu zniknął. Kilku członków z liczącej setki ludzi załogi młóciło kończynami fale. Większość nie umiała pływać. Gavin Greyling nauczył się pływać w ramach szkolenia Czarnogwardzisty, ale fakt, że większość żeglarzy nie potrafiła pływać, zawsze uważał za krańcowe szaleństwo.

– Tam – powiedział Gill, wskazując palcem. – Widać smugę bąbelków.

Morski demon nie uwiązł za wałem nadmorskim, dzięki niech będą Orholamowi. Jednakże kierunek, w którym najwyraźniej zmierzał, był jeszcze gorszy.

– Najszlachetniejsza pani – rozległ się głos za ich plecami.

To był Światłowładca Carver Czarny, człowiek odpowiedzialny za przyziemne szczegóły zarządzania Chromerią, które nie podlegały Bieli. Był wysokim łysiejącym mężczyzną o oliwkowej cerze, odzianym w ilytańskie rajtuzy i dublet. To, co zachowało się z jego długich ciemnych włosów, szczodrze przetykała siwizna. Gavin go nie zauważył. Czarnogwardzista, a mimo to go nie zauważył.

– Proszę o wybaczenie, pukałem, ale nikt nie odpowiadał. Potwór okrąża Jaspisy, już piąty raz. Wydałem rozkaz, żeby działa na Armatniej Wyspie nie strzelały, o ile nie zaatakuje. Chcą wiedzieć, czy mają to uznać za atak.

Obrona Małego Jaspisu teoretycznie leżała w jego gestii, ale Światłowładca Czerń był ostrożnym administratorem i wolał unikać odpowiedzialności, o ile tylko było to możliwe.

Co zdziała kula armatnia przeciwko takiej bestii?

– Powiedz im, żeby zaczekali – odpowiedziała Biel.

– Słyszałeś panią! – ryknął Czerń, przykładając do ust zwiniętą dłoń ozdobioną licznymi pierścieniami.

Na dachu, piętro wyżej nad balkonem Bieli, stał sekretarz i trzymał szerokie na krok polerowane zwierciadło. Wychylał się nad krawędzią, żeby słyszeć.

– Tak jest, najszlachetniejszy panie! – Mężczyzna pośpiesznie posłał sygnał świetlny i młodsza kobieta zastąpiła go na krawędzi, starając się słuchać i jednocześnie nie sprawiać wrażenia, że podsłuchuje.

Morski demon trzymał się teraz blisko wybrzeża, pływał po wodach tak płytkich, że widać mu było grzbiet. Staranował pirs przy kapitanacie portu, nawet tego nie zauważając. Wreszcie dotarł do północnego krańca Wielkiego Jaspisu.

– Psiakrew.

Wszyscy tak pomyśleli, ale głos należał do Bieli. Do Bieli? Od kiedy Biel przeklinała? Gavin Greyling nie podejrzewał nawet, że znała jakieś przekleństwa.

Ludzie na Łodydze Lilii stracili z oczu potwora, kiedy zbliżył się do Wielkiego Jaspisu, a teraz morski demon ruszył na most, nim ktokolwiek z tłumu mógł zareagować.

Most unosił się dokładnie na wysokości fal. Żółty i niebieski luksyn tworzył kratownicę bez żadnych podpór, która wyglądała jakby była zielona. Znosił smaganie fal morskich przez setki lat, chromaturgia potrzebna do stworzenia czegoś podobnego wykraczała teraz nawet poza możliwości samego Gavina Guile. Więcej niż raz służył za falochron dla statków uwięzionych poza wałem nadmorskim w czasie sztormów i ocalił setki ludzi. Pierwsze przypadkowe zderzenie morskiego demona z mostem zachybotało całą konstrukcją. Mnóstwo ludzi się prze­wróciło.

Ogromny kształt sunął wzdłuż luksynu przez odcinek dziesięciu, dwudziestu kroków, a potem zwolnił, jakby ogłupiały. Jednakże konsternacja trwała tylko chwilę, gdyż zaraz wokół demona uniosły się świeże kłęby pary. Głowa potwora zanurzyła się w fale i stwór śmignął na otwarte morze, uderzając ogromnym ogo-nem w wody obok Łodygi Lilii, aż na całej jego długości buchnęły gejzery.

A potem, na morzu, znowu zawrócił.

– Każ Armatniej Wyspie strzelać! – krzyknęła Biel.

Armatnia Wyspa znajdowała się w zatoce po drugiej stronie Łodygi Lilii. Prawdopodobieństwo, że artylerzyści trafią, było niewielkie.

Jednakże lepsza niewielka szansa odwrócenia uwagi demona niż żadna.

Pierwsza kolubryna wystrzeliła natychmiast. Załoga musiała już czekać na rozkaz. Strzelali jednak z odległości co najmniej tysiąca kroków. I spudłowali o co najmniej sto. Pozostałe pięć dział z wyspy wycelowanych we właściwym kierunku przemówiło po kolei, a huk rozlegał się z opóźnieniem po rozbłysku, docierając do wieży mniej więcej w tym samym czasie, w którym widać było rozbryzg wody. Najbliższa fontanna pojawiła się jakieś pięćdziesiąt kroków od celu. Żaden strzał nie powstrzymał morskiego demona.

Załogi artyleryjskie zaczęły przeładowywać działa z szybkością i sprawnością, jaką dawało jedynie nieustające szkolenie. Mimo to nie mieli szansy oddać następnej salwy na czas. Morski demon był zwyczajnie za szybki.

Na Łodydze Lilii zapanował chaos. Końskie zaprzęgi poprzewracały się, zwierzęta panikowały i obracały się bokiem z wozami w ciasnej przestrzeni mostu, blokując i tak cieniutką strużkę ludzi, którzy chcieli wrócić na Wielki Jaspis. Ludzie przechodzili nad i pod końmi, a te młóciły powietrze kopytami i gryzły.

Przy drugim końcu ludzie rzucili się w popłochu do ucieczki, przewracali się, tratowali. Niewielu zdążyło uciec.

– Carverze – rzuciła krótko Biel – idź już, zorganizuj pomoc dla ofiar, zmarłych i rannych. Poruszasz się szybciej ode mnie, a ja muszę zobaczyć, jak to się zakończy.

Światłowładca Czerń wybiegł, zanim skończyła mówić.

Czterysta kroków od mostu. Trzysta.

Biel wyciągnęła rękę, jakby mogła odeprzeć atak morskiego demona siłą woli. Szeptała gorączkowo słowa modlitwy.

Dwieście kroków. Sto.

Drugi ciemny kształt śmignął pod mostem z przeciwnej strony i w potężnym zderzeniu z morskim demonem fontanny wody wystrzeliły w powietrze na sto stóp. Morski demon wyleciał w powietrze obrócony bokiem. Ciemny kształt, potężny, ale drobny w porównaniu z morskim demonem, uderzył stwora od spodu. Oba runęły z powrotem do wody raptem dwadzieścia kroków od Łodygi Lilii.

Ogromny pęd morskiego demona sprawił, że całą swoją masą uderzył w most, a ściana wody uderzyła w luksynową rurę i przelała się nad nią. Konstrukcja zakołysała się, ale wytrzymała.

Pośród rozbryzgów wody wynurzył się czarny ogon z poziomą płetwą. Ogon uderzył w cielsko morskiego demona, a potem wieloryb rzucił się ku Zatoce Małego Jaspisu. Oddalał się od mostu.

– Wieloryb – wyszeptała Biel. – Czy to był...

– Kaszalot, najszlachetniejsza pani – potwierdził Gill. Uwielbiał opowieści morskich zabijaków. – Czarny olbrzym. Długi na co najmniej trzydzieści kroków, łeb ma jak taran. Nigdy nie słyszałem o tak wielkim.

– Nie było kaszalotów na Morzu Lazurowym od...

– Czterystu lat. Odkąd zamknięto Wrota Mroku. Chociaż kilka uparcie tu trwało przez jakieś kolejne sto albo... Proszę o wybaczenie. – Gill nagle się stropił.

Nie zauważyła. Wszystkich zbytnio pochłonęło widowisko. Morski demon ewidentnie został ogłuszony. Jego rozpalone do czerwoności ciało stało się niebieskie i zakryły je fale, ale kiedy morze uspokoiło się po wstrząsie zderzenia, widać było, że znowu rozjarza się czerwienią. Wody zasyczały.

Wielkie cielsko zafalowało pod wodą, odwróciło się i zaczęło płynąć – morski demon ścigał wieloryba.

– Ten gatunek wieloryba jest podobno dość agresywny... – zaczęła Biel.

Czterysta kroków od brzegu nastąpiła kolejna erupcja wody, kiedy dwa lewiatany znowu się zderzyły.

Kaszaloty były jedynymi naturalnymi wrogami morskich demonów na Morzu Lazurowym. Jednakże demony wybiły je wszystkie dawno, dawno temu. Podobno.

Patrzyli, jak olbrzymy znowu się zderzyły, tym razem dalej na morzu. Patrzyli w milczeniu, podczas gdy ratownicy na dole pracowali nad oczyszczeniem Łodygi Lilli.

– Myślałam, że zwykle te wieloryby są... niebieskie? – zapytała Gilla Biel, nie odrywając wzroku od morza.

– Ciemnoniebieskie albo szare. Wspominano też o białych, podobno to stworzenia mityczne.

– Ten wyglądał na czarnego, prawda? Czy wzrok mnie zawodzi?

Bracia spojrzeli po sobie.

– Rzeczywiście był czarny – potwierdził Gill.

– Bez wątpienia – przytaknął Gavin.

– Bilhah! – zawołała Biel, zwracając się do osobistej niewolnicy po imieniu po raz pierwszy, odkąd Gavin sięgał pamięcią. – Jaki mamy dzisiaj dzień?

– Święto Światła i Ciemności, moja pani. Dzień, w którym światło i ciemność walczą o to, kto posiądzie niebo.

Biel nadal się nie odwracała.

– I w tę równonoc – odezwała się cicho – kiedy wiemy, że światło musi umrzeć, kiedy zwycięstwo nie jest możliwe, zostajemy ocaleni... nie przez białego wieloryba, lecz czarnego.

Pozostali pokiwali mądrze głowami, a Gavin poczuł, że omija go jakaś niezwykle znacząca chwila. Popatrzył po pozostałych.

– No i? – zapytał. – Co to znaczy?

Gill zdzielił go po głowie.

– To jest dopiero pytanie, co?

7.75
Ocena użytkowników
Średnia z 2 głosów
-
Twoja ocena
Tytuł: Okaleczone Oko
Cykl: Powiernik Światła
Tom: 3
Autor: Brent Weeks
Wydawca: MAG
Data wydania: 18 lutego 2015
Liczba stron: 992
Oprawa: miękka
Cena: 49 zł



Czytaj również

Okaleczone Oko
Przyszłość w ciemnych barwach
- recenzja
Czarny Pryzmat
Fantasy w tęczowych kolorach
- recenzja
Poza Cieniem
Bitwa o wszystko
- recenzja
Na krawędzi cienia
Odwyk od zabijania
- recenzja
Droga Cienia
Wątpliwości młodego zabójcy
- recenzja
Oślepiający nóż - Brent Weeks
Patrząc przez kolorowe okulary
- recenzja

Komentarze Obserwuj


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.