» Recenzje » Narodziny Walkirii

Narodziny Walkirii

Narodziny Walkirii
Lepsza broń, mocniejszy statek, silniejszy wróg, poczciwsi żołnierze. Wracamy na planetę Hayden, aby dać Obcym łupnia.

W drugim tomie serii Hayden War Evana Curriego dalej obserwujemy zmagania miedzy ludźmi a tajemniczymi Obcymi, którzy zaatakowali planetę Hayden oraz przymierzają się do kontynuowania ofensywy na innych światach. Powieść zaczyna się dokładnie w tym samym miejscu, w którym kończy się poprzednia, Na srebrnych skrzydłach: po krótkim przypomnieniu, dokonanym za sprawą raportu złożonego głównodowodzącej nowego oddziału Zjednoczonej Floty Solarnej (tytułowego Task Force 5 "Walkiria”), akcja rusza żwawo do przodu. Będziemy mieli do czynienia z potyczkami w kosmosie, z partyzanckimi akcjami na Haydenie i z obozem szkoleniowym wojsk specjalnych. Całość zakończy się bitwą, podczas której spotkają się wszystkie wątki i bohaterowie.

W krótkim słowie wstępnym autor pisze, że postanowił wsłuchać się w głos krytyki, poprawić różne usterki dostrzeżone w Na srebrnych skrzydłach i rozbudować uniwersum. Przede wszystkim postanowiłpogłębić pod względem psychologicznym postać Sorilli Aidy, dzielnej sierżant, która dotychczas dokonywała w pojedynkę więcej, niż cała dywizja razem wzięta. Odwiedzamy jej dom rodzinny, widzimy ją w szpitalu, a także w nowym zespole uderzeniowym, i faktycznie, jej postać została trochę "doposażona” pod względem wiarygodności i motywacji, choć na dłuższy czas zostaje przez to odsunięta od głównego nurtu fabularnego. Poza Sorillą obserwujemy admirał Nadine Brookes, wspomnianą już dowódczynię oddziału najnowocześniejszych okrętów ludzkości oraz jej załogę. Oczami Jerry’ego, tropiciela z Haydena, śledzimy walkę żołnierzy i partyzantów z Obcymi planującymi zakrojoną na szerszą skalę inwazję, a także dowiadujemy się nieco więcej na temat samej planety. Okazuje się nagle, że odgrywa ona ważną rolę, dostarcza bowiem pożywienia, które jest smaczne, ale nieprzyswajalne, czyli pozwala zrealizować konsumpcyjny sen ludzkości: obżerać się i nie tyć. Opisy planety nadal można skwitować zdaniem: "podobna do Ziemi, tylko że trochę inna”.

Currie podczas pisania tego tomu był bardziej ostrożny. Konstruując sceny potyczek w kosmosie czy militarnych działań na powierzchni Haydena, stara się nie zapędzać zbytnio w szalone i radosne opisy nieco szwankujące pod względem logiki oraz konsekwencji zarówno fabularnej, jak i pod względem praw fizyki. Stracił trochę na tym rozmach narracji i spektakularność niektórych scen, ale teraz pewne zdarzenia i sytuacje wydają się bardziej wiarygodne. Nie znaczy to też, że w Narodzinach Walkirii nie znajdziemy przyciągajacych czytelniczą uwagę scen akcji. Widać jednak, że autor postanowił trochę spokojniej przygotować grunt pod rozbudowę cyklu, który obecnie liczy już sześć tomów. Zdecydował się też dość mocno uprościć książkę pod kątem naukowym – ponownie wyjaśnia sposób poruszania się po kosmosie, tym razem jednak wybiera łopatologiczne metody.

By bardziej rozbudować świat przedstawiony serii, autor pozwala nam spojrzeć na niego oczami tajemniczych Obcych, a dokładniej oczami dowódcy oddziału ichniejszych sił specjalnych. Zabieg ten mógłby być ciekawszy, gdyby nie okazało się, że Obcy (a przynajmniej gatunek, z którego wywodzą się oddziały specjalne) nie bardzo różnią się od ludzi. Wspomniany dowódca dzieli przeciwników na tych, którzy "jaj nie mają” lub mają "jaja z granitu” i podobnie jak dowódcy ludzcy psioczy na cywilne korporacje, które zlecają mu zadania. Zostały one bez większego namysłu określone angielskimi skrótowcami: DevCorp (korporacja od zasiedlania i rozwoju nowych światów), DipCorp (korporacja od dyplomacji) itd. Mam nadzieję, że nie wynika to z przekonania, że w kosmosie wszyscy używają angielskiego. Pójście na żenującą łatwiznę widać w nazwaniu jednego z gatunków obcych Ross Ell – jego przedstawiciele są bowiem wizualnie podobni do kosmity odnalezionego (według teorii spiskowych) w amerykańskim Roswell.

W książce często pojawia się żargon wojskowy, oddany całkiem dobrze po polsku, co jest zasługą tłumacza – emerytowanego wojskowego. Tłumaczy on w przypisach niektóre amerykańskie określenia (niestety nie wszystkie) i skróty, raz nawet koryguje autorską nieścisłość. Zabrakło paru przecinków, zdarzyło się kilka literówek i stylistycznych zgrzytów. Styl autora zdaje się być nieco bardziej poprawny niż w poprzednim tomie.

Narodziny Walkirii to powieść mniej naiwna i lepiej przemyślana niż jej poprzedniczka. Widać, że stanowi punkt wyjścia do dalszej rozbudowy uniwersum i przeniesienia konfliktu z Obcymi na szersze tło. Choć nieco mniej widowiskowa od Na srebrnych skrzydłach, nadal zapewnia dobrą i niewymagającą rozrywkę. Powieść Curriego stanowi sympatyczną pociągowo-poczekalniową odskocznię od poważniejszych lektur. Jest trochę jak odcinek niezobowiązującego serialu, który ogląda się lekko i z przyjemnością, i który spływa po widzu jak woda po kaczce.

6.0
Ocena recenzenta
-
Ocena użytkowników
Średnia z 0 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 0
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Narodziny Walkirii
Cykl: Hayden War
Tom: 2
Autor: Evan Currie
Wydawca: Drageus
Data wydania: 18 maja 2016
Liczba stron: 344
Oprawa: miękka



Czytaj również

De Oppresso Liber
Kiedy gwoździe walczą z młotkiem
- recenzja
Za wszelką cenę
Gromadząc informacje
- recenzja
Zew Walhalli
Zawstydzając czołg
- recenzja
Walkiria w ogniu
Zawstydzając Johna Rambo
- recenzja
Na srebrnych skrzydłach
Rambo wiecznie żywy
- recenzja
W głębi strachu
Jakie cudowne zwycięstwo!
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.