» Opowiadania » Napęd – James S.A. Corey

Napęd – James S.A. Corey


wersja do druku

(Drive)

Autor: Redakcja: Marcin 'lemon' Łukasiewicz
Tłumaczenie: Mateusz 'matti2o8' Horbaczewski

Napęd – James S.A. Corey

Przyspieszenie wgniata Solomona w fotel kapitański i napiera na pierś jak ciężar. Jego prawa ręka ląduje na brzuchu, a lewa uderza w tapicerkę obok ucha. Kostki wciskają się w podnóżek. Wstrząs jest jak uderzenie, jak atak. Mózg to wytwór milionów lat ewolucji naczelnych i nie jest przygotowany na coś takiego. Stwierdza, że ktoś atakuje Solomona, potem że spada, aż wreszcie, że znalazł się w jakimś koszmarnym śnie. Jacht nie jest wytworem ewolucji. Jego ostrzeżenia mają charakter czysto informacyjny. Przy okazji, przyspieszenie wynosi obecnie cztery grawitacyjne. Pięć. Sześć. Siedem. Ponad siedem. Na przekazie z kamery zewnętrznej mignął właśnie Fobos. Pozostało jedynie pole gwiazd, pozornie nieruchome, niezmienne jak obraz.

Prawie minutę zajmuje mu zrozumienie, co się stało. Próbuje się uśmiechnąć. Jego przepracowane serce bije jeszcze silniej z uciechy.

Wnętrze jachtu jest kremowo-pomarańczowe. Panel sterowania to prosty ekran dotykowy, tak stary, że jego rogi zaczynają już szarzeć. Nie jest może piękny, ale działa. Jest wytrzymały. Wyskakuje ostrzeżenie, że filtr wody się wyłączył. Solomon nie jest zaskoczony – w końcu przekroczył parametry, dla których projektowano układy. Zastanawia go, gdzie dokładnie system mógł zawieść. Biorąc pod uwagę, że cały ciąg idzie wzdłuż głównej osi statku, podejrzewa zawór tylnego przepływu w zbiorniku, ale zamierza sprawdzić to, gdy tylko zakończy lot. Próbuje przesunąć dłoń, ale zaskakuje go jej ciężar. Ludzka dłoń waży coś około trzystu gramów. Przy siedmiu g to troszkę powyżej dwóch tysięcy. Wciąż powinien być w stanie nią ruszać. Przesuwa drżące ramię w stronę panelu sterowania. Zastanawia się, jak bardzo przekroczył siódemkę. Mierniki kończą się na siedmiu, więc będzie musiał sam się zorientować po zakończeniu lotu. Sprawdzi, jak długo będą działać silniki i jaka będzie prędkość końcowa. Prosta matematyka. Nawet dzieciak dałby radę. Nic go nie martwi. Sięga ponownie do panelu sterowania, tym razem z gigantycznym wysiłkiem. Jego łokieć z jakiegoś powodu jest wilgotny. Boli.

Ups, myśli. Próbuje zacisnąć zęby, ale jest to równie trudne jak wcześniej uśmiech. Narobi sobie wstydu. Jeśli nie da rady wyłączyć napędu, będzie musiał czekać, aż skończy się paliwo, a następnie wezwać pomoc. Może być z tym kłopot. W zależności od tego, jak szybko przyspiesza, statek ratunkowy w porównaniu do niego będzie musiał lecieć bardzo długo. Może nawet dwa razy tyle. Mogą potrzebować statku dalekiego zasięgu, żeby do niego dotrzeć. Odczyt dopływu paliwa to mała liczba u dołu po lewej stronie panelu, zielona na czarnym tle. Trudno się na niej skupić. Przyspieszenie odkształca jego gałki oczne. High-techowy astygmatyzm. Mruży oczy. Jacht jest zbudowany tak, aby silniki pracowały długo, a on ruszył ze zbiornikami wypełnionymi w dziewięćdziesięciu procentach. Odczyt pokazuje teraz czas spalania równy dziesięciu minutom. Paliwo spada do poziomu osiemdziesiąt dziewięć przecinek sześć. To niemożliwe.

Dwie minuty później spada do przecinek pięć. Dwie i pół minuty później – przecinek cztery. To sprawi, że silniki będą działać ponad trzydzieści siedem godzin, a prędkość końcowa wyniesie blisko pięć procent c.

Solomon zaczyna się denerwować.

***

Poznał ją dziesięć lat wcześniej. Ośrodek badawczy w Dhanbad Nova był jednym z największych na Marsie. Trzy pokolenia po tym jak pierwsi koloniści wryli się w skałę i grunt drugiego domu ludzkości, postęp pchnął naukę, zrozumienie i kulturę tak daleko, że podziemne miasto było w stanie utrzymać pięć barów, nawet jeśli jeden z nich to bezalkoholowy honky-tonk, w którym spotykali się dźiniści i odrodzeni chrześcijanie. Pozostałe cztery sprzedawały alkohol i jedzenie, dokładnie takie samo jak w kantynie, ale puszczano w nich muzykę z nagrań, a na monitorze ściennym bez przerwy wyświetlano programy rozrywkowe z Ziemi. Solomon i jego kadra spotykali się w jednym z nich dwa lub trzy razy w tygodniu, jeśli tylko praca pozwalała.

Zwykle ich grupa składała się z paru osób spośród stałej, dwunastoosobowej ekipy. Dziś byli to Tori i Raj z projektu odzyskiwania wody. Voltaire, której prawdziwe imię brzmiało Edith. Julio, Carl i Malik, którzy pracowali razem nad terapiami antynowotworowymi. I Solomon. Mówiono, że Mars to największe małe miasteczko w Układzie Słonecznym. Prawie nigdy nie było nikogo nowego.

Tym razem był ktoś nowy. Usiadła obok Malika, miała ciemne włosy i cierpliwy wyraz twarzy. Jej oblicze było trochę zbyt ostre, by uznać je za klasycznie piękne, a na przedramionach miała ciemne włoski. W wieku około trzydziestu pięciu lat miała drobny problem z wąsikiem, za który odpowiadały jej geny. Solomon nie wierzył w miłość od pierwszego wejrzenia, ale gdy tylko usiadła przy stole, uderzyła go myśl, że rano się nie uczesał, a jego koszula miała trochę zbyt długie rękawy.

– Mars to Ameryka – powiedział Tori, szeroko wymachując piwem. – Jest identyczny.

– Mars to nie Ameryka – powiedział Malik.

– Nie taka jak pod koniec. Raczej jak na początku. Pomyśl o tym, ile czasu wymagała podróż z Europy do Ameryki Północnej w szesnastym wieku. Dwa miesiące. A ile trzeba, żeby dotrzeć tutaj z Ziemi? Cztery. Dłużej, jeśli akurat tak ułożą się orbity.

– A więc to pierwsza różnica między Marsem a Ameryką – odparł sucho Malik.

– To kwestia proporcji – odrzekł Tori. – Mówię wam, w polityce odległość mierzy się czasem. Jesteśmy parę miesięcy drogi od Ziemi. Wciąż uważają nas za jakąś zaginioną kolonię. Jakbyśmy odpowiadali przed nimi. Ilu z was, przy tym stoliku, otrzymało rozkazy od kogoś, kto nigdy nie opuścił pola grawitacyjnego, ale twierdzi, że może nam mówić, w którą stronę kierować nasze badania?

Tori podniósł dłoń, a Raj do niego dołączył. Voltaire. Carl. Malik też, ale niechętnie. Tori uśmiechnął się, zadowolony z siebie.

– Kto jest w tym układzie prawdziwymi naukowcami? – zapytał. – To my. Nasze statki są nowsze i lepsze. Nasza ochrona środowiska wyprzedza to, co mają na Ziemi, o co najmniej dziesięć lat. W zeszłym roku osiągnęliśmy samowystarczalność.

– Trudno mi w to uwierzyć – powiedziała Voltaire. Nowa jeszcze się nie odezwała, ale Solomon widział, jak przenosi uwagę na każdego, kto w danej chwili się wypowiadał. Patrzył, jak się przysłuchuje.

– Nawet jeśli czegoś jeszcze potrzebujemy z Ziemi, możemy to zdobyć drogą handlu. Cholera, za parę lat będziemy to po prostu wydobywać z Pasa – rzekł Tori, wycofując się tym samym z poprzedniego stwierdzenia i przyjmując nowe, równie nieprawdopodobne. – Nie twierdzę, że mamy zerwać wszystkie stosunki dyplomatyczne.

– Nie – odrzekł Malik. – Twierdzisz, że mamy ogłosić niepodległość.

– Właśnie tak – powiedział Tori. – Bo odległość mierzy się czasem.

– A koherencję mierzy się piwem – dodała Voltaire, doskonale naśladując ton głosu Toriego. Nowa się uśmiechnęła.

– Nawet jeśli uznalibyśmy, że wszystko, co mamy do stracenia, to nasze okowy – powiedział Malik – dlaczego mielibyśmy się tym przejmować? Mamy już de facto nasz własny rząd. Robienie z tego afery tylko przysporzy nam kłopotów.

– Naprawdę myślisz, że Ziemia tego nie widzi? – powiedział Tori. – Myślisz, że dzieci w laboratoriach na Lunie i Sao Paulo nie patrzą w niebo, mówiąc, że ta mała czerwona kropka kopie wszystkim tyłki? Zazdroszczą nam i się nas boją, w końcu mają ku temu powód. Tylko tyle. Jeśli zaczniemy działać, będziemy mieli co najmniej kilka miesięcy przewagi nad nimi. Anglia straciła swoje kolonie, bo nie da się utrzymać kontroli z sześćdziesięciodniowym opóźnieniem. A co dopiero ze studwudziestodniowym.

– Cóż – sucho dodała Voltaire – Francuzi też zrobili swoje.

– I cholernie dobrze, że tak się stało – Tori jakby nie zauważył, że się odezwała. – Bo kto później przybył z odsieczą, gdy naziści zapukali do angielskich drzwi? Nie mam racji?

– No... – odezwał się Solomon – właściwie to nie masz. Z tego, co mówisz, wynika coś innego. Tak naprawdę to jesteśmy Niemcami.

Gdy tylko się odezwał, spojrzenie nowej kobiety zwróciło się w jego stronę. Poczuł, że ściska mu się gardło i pociągnął łyk piwa, żeby je rozluźnić. Gdyby teraz przemówił, głos załamałby mu się, jakby znów miał czternaście lat. Voltaire oparła łokcie na stole, ułożyła podbródek w swych ciemnych dłoniach i uniosła brwi. Na twarzy miała wypisane: "to będzie dobre".

– Dobrze – powiedział Malik, porzucając spór z Torim. – Chętnie posłucham. W czym przypominamy ci morderczą bandę faszystów?

– We-w sposobie, w jaki mielibyśmy walczyć – odparł Solomon. – Niemcy mieli najlepszych naukowców, tak samo jak my. Mieli najlepszą technikę. Mieli rakiety. Oprócz nich, nikt ich nie miał. Hitlerowskie czołgi niszczyły czołgi Aliantów w stosunku pięć do jednego. Mieli najlepsze bojowe okręty podwodne, zdalnie sterowane pociski, wczesne samoloty odrzutowe. Byli po prostu o wiele lepsi. Lepsze projekty, lepsze wykonanie. Cenili sobie naukę i naukowców. Byli eleganccy i inteligentni.

– Pomijając kwestię ludobójstwa i czystek rasowych – powiedział Julio.

– Pomijając to – zgodził się Solomon. – Ale oni przegrali. Mieli najlepszą technikę, właśnie tak jak my. I przegrali.

– Bo byli szalonymi psychopatami – rzekł Julio.

– Nie. – Solomon pokręcił głową. – Znaczy, byli, ale było też wielu faszystowskich psychopatów, którzy nie przegrywali wojen. Przegrali, bo choć jeden z ich czołgów wart był pięciu przeciwnika, Amerykanie mogli zbudować dziesięć. Ich zaplecze przemysłowe było ogromne, więc kogo obchodziło, że projekty nie były idealne? Ziemia ma takie zaplecze przemysłowe. Mają ludzi. Może to im zająć miesiące, a nawet lata, by się tu dostać. Ale kiedy już przybędą, to będzie ich dla nas zbyt wielu. Przewaga techniczna jest fajna, ale my tylko ulepszamy to, co już było. Jeśli chcesz przezwyciężyć demograficzną przewagę Ziemi, musisz mieć coś paradygmato-odmieniająco nowego.

Voltaire podniosła rękę.

– Zgłaszam paradygmato-odmieniająco do tytułu przysłówka wieczoru.

– Popieram – rzekł Julio. Solomon poczuł pełznący po szyi rumieniec.

– Wszyscy zgodni? – W odpowiedzi rozległ się chór głosów. – Decyzja zapadła – powiedziała Voltaire. – Niech ktoś kupi mu drinka.

Rozmowa toczyła się dalej, tak jak zazwyczaj. Polityka i historia ustąpiły sztuce i inżynierii struktury subtelnej. Największy spór wieczoru dotyczył tego, czy sztuczne mięśnie pracowały lepiej z nanorurkami ułożonymi w arkusze czy w wiązki. Obie strony przeszły w końcu do wyzwisk. Większość z nich była życzliwa, a pozostałe udawały, że są. Te drugie prawie nie różniły się od pierwszych. Monitor ścienny przełączył się na muzyczny kanał z małej społeczności na Syria Planum, ludowe buczenie instrumentów dętych w połączeniu z klasycznymi, strunowymi melodiami z Europy. Był to jeden z ulubionych gatunków Solomona, gęsta i inteligentnie złożona muzyka. No i nikt nie spodziewał się, że będzie do niej tańczył. Spędził pół nocy, siedząc obok Carla i rozmawiając o systemach efektywności wyrzutu oraz usiłując nie gapić się na nową. Kiedy odstąpiła od Malika, by usiąść obok Voltaire, jego serce zabiło mocniej – może nie przyszła z Malikiem – i znów uspokoiło się – może była lesbijką. Poczuł się, jakby odmłodniał o dziesięć lat i nagle znów utknął w hormonalnej komnacie tortur z czasów szkoły średniej. Zdecydował się zapomnieć o istnieniu tej nowej. Jeśli była świeżo zatrudniona w centrum, będzie miał czas, żeby dowiedzieć się, kim jest i znaleźć okazję do rozmowy, w której nie będzie wyglądał na samotnego desperata. A jeśli nie miała tu pracować, to więcej jej nie zobaczy. Ale i tak obserwował ją, żeby nic nie przegapić.

Raj jak zwykle wyszedł jako pierwszy. Pracował w dziale rozwoju, więc miał na głowie zwyczajną techniczną robotę plus spotkania kierownictwa. Jeśli pewnego dnia projekt terraformingu miałby ruszyć, posiadałby on intelektualne DNA Raja. Julio i Carl wyszli zaraz po nim, ramię w ramię. Carl oparł głowę na ramieniu Julia tak jak zawsze, kiedy byli lekko pijani i spragnieni miłości. Gdy zostali tylko Malik, Voltaire i Tori, unikanie nowej stało się trudniejsze. Solomon wstał raz do wyjścia, ale zatrzymał się i bezmyślnie powędrował z powrotem. Wyjdę zaraz po tej nowej, pomyślał. Będzie mógł sobie iść jak tylko ona pójdzie. Ale jeśli dowiedziałby się, z kim wyjdzie, to wiedziałby, kogo może o nią zapytać. Albo, jeśli wyjdzie z Voltaire, nie pytać. Po prostu zbieranie informacji. Tylko tyle. Kiedy na monitorze pojawiły się pierwsze poranne wiadomości, przyznał w końcu, że sam sobie wciska kit. Życzył wszystkim dobrej nocy, tym razem na poważnie, wsunął ręce do kieszeni i skierował się do głównego korytarza.

Kłopoty z konstrukcją trwałych kopuł na powierzchni i kompletny brak działającej magnetosfery spowodowały, że wszystkie habitaty zbudowano głęboko pod powierzchnią. Przejścia w głównym korytarzu miały cztery metry wysokości. LED-y zmieniały temperaturę i oświetlenie w ciągu dnia, ale Solomon czasem czuł staromodną tęsknotę za niebem. Za poczuciem przestrzeni i możliwości oraz może za tym, by nie spędzić całego życia pod ziemią.

– Cześć – usłyszał za sobą jej głos.

Szła swobodnym, równym krokiem. Jej uśmiech był ciepły i trochę niepewny. Na zewnątrz ciemnego baru mógł zobaczyć jaśniejsze smugi w jej włosach.

– A, cześć.

– Właściwie to nie udało nam się tam poznać – powiedziała, wyciągając ku niemu rękę. – Caitlin Esquibel.

Solomon uścisnął jej dłoń, jakby witał się z pracownikiem centrum.

– Solomon Epstein.

– Solomon Epstein? – powtórzyła, idąc do przodu. Szli teraz obok siebie. Razem. – Cóż taki miły żydowski chłopiec robi na takiej planecie?

Gdyby nie był jeszcze trochę pijany, po prostu zbyłby to śmiechem.

– Głównie to próbuje zebrać się na odwagę, żeby do ciebie zagadać – powiedział.

– Tak jakby zauważyłam.

– Mam nadzieję, że wypadło uroczo.

– Lepiej niż u twojego kumpla Malika, zawsze znajdującego powód, żeby dotknąć mojego ramienia. Nieważne. Pracuję dla Kwikowski Mutual Interest Group przy zarządzaniu zasobami. Przyleciałam z Luny jakiś miesiąc temu. To, co mówiliście o Marsie, Ziemi i Ameryce, było całkiem interesujące.

– Dziękuję – rzekł Solomon. – Jestem inżynierem inżynierii silnikowej w Masstech.

– Inżynier inżynierii – powtórzyła. – Chyba powinni to skrócić.

– Zawsze sądziłem, że specjalista od ciągu brzmi sprośnie – odparł. – Jak długo zamierzasz zostać na Marsie?

– Dopóki nie wyjadę. Otwarta umowa. A ty?

– Ja się tu urodziłem. – powiedział. – Spodziewam się też tu umrzeć.

Zbadała wzrokiem jego chude, wysokie ciało, uśmiechając się szyderczo. Oczywiście wiedziała, że się tu urodził. Nie dało się tego ukryć. Jego słowa brzmiały teraz jak słaba przechwałka.

– Człowiek firmy – powiedziała, robiąc z tego ich wspólny żart.

– Marsjanin.

W budce z wózkami było pół tuzina ciasnych elektrycznych pojazdów do wynajęcia. Solomon wyjął kartę i kręcił nią ósemki, aż w końcu czytnik złapał sygnał i pierwszy wózek pstryknął z bursztynowego na zielony. Wyciągnął go, zanim zdał sobie sprawę, że tak naprawdę nie chciał wsiadać.

– Czy... – zaciął się, odchrząknął i spróbował ponownie. – Czy chciałabyś pojechać ze mną do domu?

Widział, jak w jej pniu mózgowym formuje się Pewnie, czemu nie, jak pokonuje od źródła krótką, ale pokręconą ścieżkę wiodącą do ust. Słowa były już na tyle blisko, że burzyły w nim krew. A potem zobaczył, jak w ostatniej chwili zawracają. Gdy potrząsnęła głową, nie była to odmowa, ale raczej próba uporządkowania myśli. Ale uśmiechnęła się. Naprawdę się uśmiechnęła.

– Trochę za szybko, Sol.

***

Szybkość nie stanowi problemu. Jeśli tylko w nic nie uderzy, prędkość pozostaje prędkością. Mógłby nic nie ważyć i lecieć niemal z szybkością światła. To delta fau wyrządza mu krzywdę. Przyspieszenie. Zmiana. Z każdą sekundą przemieszcza się sześćdziesiąt osiem metrów na sekundę szybciej niż sekundę wcześniej. Albo więcej. Pewnie więcej.

Tylko że przyspieszenie również nie stanowi problemu. Statki miały moc, by osiągać piętnaście czy nawet dwadzieścia g od wynalezienia pierwszych rakiet chemicznych. Moc zawsze była. Brakowało za to wydajności potrzebnej, by utrzymać spalanie. Ciąg do ciężaru, kiedy większość ciężaru to paliwo służące do zwiększenia ciągu. A ciała mogą przyspieszać powyżej stu g przez ułamek sekundy i przeżyć. To ciągłość go zabija. Wielogodzinna podróż.

Istnieją awaryjne wyłączniki. Jeśli reaktor zacznie się przegrzewać lub pole magnetyczne okaże się niestabilne, napęd zostanie wyłączony. Ma wszystkie rodzaje wyłączników dla wszystkich rodzajów zagrożeń, ale nic złego się przecież nie dzieje. Wszystko działa doskonale. To jest problem. Właśnie to go zabija.

Jest też ręczny wyłącznik na panelu sterowania. Jego ikona to duży czerwony przycisk. Guzik alarmowy. Gdyby mógł go dotknąć, wszystko byłoby w porządku. Ale nie może. Wszelka radość odeszła. Zamiast szczęścia jest panika i rosnący, miażdżący ból. Gdyby tylko dał radę sięgnąć do przycisków. Albo gdyby coś, cokolwiek się zepsuło.

Nic się nie psuje, a on walczy o oddech, sapie, tak jak nauczyli go instruktorzy bezpieczeństwa. Napina ręce i nogi, próbując wzbudzić przepływ krwi. Jeśli zemdleje, to się nie obudzi, a już robi mu się ciemno przed oczami. Umrze tu, jeśli czegoś nie wymyśli. Wciśnięty w fotel, z rękoma przypartymi do ciała i włosami ściągającymi skórę głowy. Ręczny terminal w kieszeni kłuje niczym tępy nóż wbijający się w biodro. Próbuje sobie przypomnieć, ile waży terminal. Nie może. Walczy o każdy oddech.

Ręczny terminal. Jeśli uda się go wyjąć, może da radę powiadomić Caitlin. Może będzie umiała zdalnie wyłączyć silniki. Ręka na brzuchu ściska mu wnętrzności, zaledwie kilka centymetrów od kieszeni. Porusza nią, aż skrzypią kości i nadgarstek się przesuwa. Tarcie skóry o pasy bezpieczeństwa wyrywa w nim małą dziurkę. Krew wypływająca z rany mknie w kierunku siedzenia, tak jakby bała się czegoś, ale jemu udaje się poruszyć.

Znowu pcha. Trochę bliżej. Krew działa jak smar. Zmniejsza tarcie. Ręka przesuwa się dalej. Trwa to całe minuty. Paznokcie dotykają twardego plastiku. Uda mu się.

Myśli o mocy i o wydajności. Wbrew wszystkiemu, chwilowo odczuwa przyjemność. Udało mu się. Magiczna para.

Wszystkie ścięgna palców bolą, ale odciąga na bok materiał kieszeni. Czuje, że terminal się z niej wysuwa, ale nie jest w stanie podnieść głowy, by go zobaczyć.

***

Trzy lata po tym, jak ją poznał, Caitlin pojawiła się na progu jego nory o trzeciej nad ranem, zapłakana, przerażona i trzeźwa. Czegoś takiego Solomon się po niej nie spodziewał, a spędził w jej towarzystwie sporo czasu. Zostali kochankami jakieś siedem miesięcy po ich pierwszym spotkaniu. On to tak nazwał. Caitlin nie nazwała tego "zostaniem kochankami". Dla niej zawsze było to coś surowego i trochę sprośnego. Taka już była. Myślał, że jej stały brak otwartości był jakimś rodzajem emocjonalnej ochrony. Tak kontrolowała strach i zaprzeczała niepewności. I dopóki chciała co jakiś czas dzielić z nim łóżko, nie miał nic przeciwko. A jeśliby już nie chciała, czułby się rozczarowany, ale jakoś by to przeżył. Podobało mu się, jak kpiła ze świata. Ta pewność siebie, którą zawsze się otaczała, zwłaszcza kiedy była tylko udawana. Właściwie to podobało mu się po prostu to, kim była. W ten sposób wszystko było łatwiejsze.

Jej kontrakt już dwa razy automatycznie się odnowił, a ona nawet nie rozważyła możliwości wyjazdu. Gdy podjął pracę w grupie zajmującej się magnetyką, obawiał się, że ilość poświęcanego na nią czasu oddali ich od siebie. Żadne z nich nie nawiązało jednak romantycznych czy seksualnych relacji z innymi osobami w centrum. Traktowano ich, jakby nawzajem byli swoją prawną własnością. Dlatego też, chociaż nikt niczego nie obiecywał, Solomon uważał siebie i ją za monogamistów. Z pewnością czułby się zraniony i zdradzony, gdyby zaczęła sypiać z kimś innym, i zakładał, że ona czuła podobnie.

Seks i towarzystwo jednak, choć przyjemne, nigdy nie wskazywały na jakąś wielką wrażliwość. Dlatego był zdziwiony.

– Słyszałeś? – zapytała cicho, drżącym głosem. Łzy spływały jej po policzkach, a usta były ściągnięte w kącikach.

– Chyba nie – odparł Solomon, zrobiwszy jej miejsce w drzwiach. Jego nora była zbudowana według standardowego projektu: mały wielofunkcyjny pokój z kuchnią, monitorem na ćwierć ściany i siedzeniami dla trzech czy czterech osób. Z tyłu sypialnia, za którą z kolei znajdowały się komórka i łazienka. Krążył dowcip, że na Marsie człowiek w swojej norze jest jak pan na zamku, tyle że warunki były w niej raczej studenckie niż królewskie. Caitlin usiadła ciężko na jednej z ławek i objęła się ramionami. Solomon zamknął drzwi. Nie wiedział, czy ma się odezwać, przytulić ją, czy jedno i drugie. Zaczął od przytulenia. Jej łzy pachniały solą, wilgocią i skórą. Płakała w jego ramię, dopóki ciekawość i niepokój nie wybiły go z roli przytulanki. – A więc... Co miałem usłyszeć?

Odchrząknęła i jakby się zaśmiała.

– ONZ – zaczęła. – Powołali się na ustawę o zbuntowanych prowincjach. Ich statki zakończyły przyspieszanie. Jest ich czterdzieści. Przeszły już w lot balistyczny.

– O – powiedział, a ona znowu zaczęła płakać.

– To ci jebani secesjoniści. Odkąd opublikowali ten swój manifest, ludzie zaczęli ich brać na serio. Tak jakby byli czymś więcej niż bandą krótkowzrocznych dupków szukających sławy. Teraz wywołali wojnę. Oni naprawdę to zrobią, Sol. Będą zrzucali na nas skały, dopóki nie zostanie z nas pas węgla gruby na dziesięć atomów.

– Nie zrobią tego. Nie zrobią – odparł i natychmiast pożałował tego powtórzenia. Brzmiał, jakby sam siebie próbował przekonać. – Zawsze, gdy zostaje wspomniana ustawa o zbuntowanych prowincjach, ONZ po prostu chce zabrać surowce. Jeśli zniszczą całą naszą infrastrukturę, nie będą mogli ich wziąć. Po prostu chcą nas postraszyć.

Caitlin podniosła dłoń jak uczennica zgłaszająca się do odpowiedzi.

– Działa. Boję się.

– Nawet jeśli tak twierdzą, to nie chodzi im o secesjonistów – mówił dalej Solomon. Odblokował się. Już się nie powtarzał. – Ziemi kończą się lit i molibden. Licząc nawet to, co odzyskują z wysypisk, potrzebują więcej, niż posiadają. My mamy dostęp do rudy. To o to chodzi. O pieniądze, Cait. Nie zaczną zrzucać na nas skał. Poza tym, jeśli to zrobią, to odpowiemy tym samym. Mamy lepsze statki.

– Tylko osiemnaście – odparła. – Oni mają czterdzieści, które lecą w tej chwili w naszą stronę, i drugie tyle do obrony.

– Ale jeśli któryś przegapią – zaczął, ale nie dokończył myśli.

Przełknęła ślinę, otarła policzki dłonią. Solomon sięgnął na drugą stronę pokoju i wyciągnął dla niej ręcznik z zasobnika.

– Naprawdę wiesz to wszystko? – spytała. – Czy tylko robisz dobrą minę do złej gry, żeby mnie uspokoić?

– Muszę odpowiadać?

Westchnęła i schowała się w jego ramionach.

– To zajmie tygodnie – rzekł. – Minimum. Nawet miesiące.

– W takim razie, jakby zostały ci cztery miesiące życia, to co byś zrobił?

– Wlazłbym z tobą do łóżka i nie wychodził.

Pocałowała go. Była w tym jakaś brutalność, która sprawiła, że poczuł się niezręcznie. Nie, to nie to. Nie brutalność. Szczerość.

– Chodź – powiedziała.

Obudził go ledwie docierający do świadomości, brzęczący dźwięk budzika w naręcznym terminalu. Caitlin leżała zwinięta obok i spokojna. Miała zamknięte oczy i rozwarte usta. Wyglądała na młodszą niż była. Na odprężoną. Wyłączył budzik i sprawdził godzinę. Z jednej strony był skandalicznie spóźniony na swoją zmianę. Z drugiej – jeszcze jedna godzina nie zrobiłaby już większej różnicy. Jego zespół zostawił mu dwie wiadomości. Caitlin mruknęła i przeciągnęła się. Spadło z niej okrycie. Solomon odłożył terminal, włożył rękę pod poduszkę i z powrotem zasnął.

Kiedy się obudził, siedziała obok i patrzyła na niego. Wciąż piękna, choć delikatność znów opuściła jej twarz. Uśmiechnął się do niej i wyciągnął rękę, by spleść jej palce ze swoimi.

– Wyjdziesz za mnie? – zapytał.

– Och, błagam.

– Nie, poważnie. Wyjdziesz za mnie?

– Czemu? Bo niedługo będzie wojna, która zabije nas i wszystkich naszych znajomych, a my nie możemy zrobić nic, żeby to zmienić? Szybko, zróbmy coś stałego, zanim wszystko co stałe zostanie zniszczone?

– Jasne. Wyjdziesz za mnie?

– Oczywiście, że tak, Sol.

Ceremonia była kameralna. Voltaire była druhną Caitlin. Raj był drużbą Solomona. Kapłan był metodystą, który dzieciństwo spędził w Pendżabie, ale teraz mówił z pseudoteksańskim akcentem mieszkańców Valles Marineris. W centrum badawczym znajdowało się kilka kaplic, ale ta była szczególnie ładna. Wszystko, nawet ołtarz, zostało wyrzeźbione z miejscowego kamienia, pokrytego jasną substancją, dzięki której wyglądało na wilgotne, o głębokiej i jaskrawej barwie. Czarno-białe żyłki i błyszczące kryształki przecinały czerwoną skałę. Powietrze było ciężkie od zapachu bzów, których Voltaire nakupowała w szklarniach.

Gdy stali, wypowiadając formułkę przysięgi, Solomon pomyślał, że Caitlin ma ten sam spokojny wyraz twarzy co we śnie. A może tylko mu się wydawało. Kiedy włożył jej obrączkę na palec, poczuł że coś przesuwa się w jego piersi; był nieracjonalnie, całym sobą szczęśliwy, jak nigdy w życiu. Do przybycia floty ONZ zostały jeszcze trzy tygodnie. W najgorszym razie został im miesiąc życia. Myśl ta sprawiła, że zapragnął, by to wszystko wydarzyło się wcześniej. Na przykład tego wieczoru, kiedy ją poznał. Albo żeby poznali się, gdy byli młodsi. Na zdjęciach, które wysłali do rodziców, wyglądał, jakby zaraz miał zacząć śpiewać. Nie znosił ich, ale Caitlin je uwielbiała, więc on też musiał. Na miesiąc miodowy wybrali się do hotelu w Dhanbad Nova, otoczeni luksusem naśladującym ziemski. Kąpał się tam dwukrotnie częściej niż zwykle, a ciepła woda i miękki szlafrok były dla niego jak czary, jakby pobłażając sobie, mógł uchodzić za Ziemianina.

I jakimś cudem to podziałało. Jakiekolwiek prowadzono negocjacje – opłaciły się. Statki ONZ wcześnie rozpoczęły fazę hamowania i leciały już z powrotem. Wracały do domu. Solomon oglądał przekaz informacyjny, w którym spiker śledził orbitalną mechanikę podróży w obie strony. Próbował sobie wyobrazić, jak czuli się żołnierze na statkach. Przebyć prawie całą drogę do nowego świata i zawrócić bez choćby rzucenia okiem. Ponad pół roku życia zmarnowane w akcie politycznego przedstawienia. Caitlin usiadła na brzegu łóżka, pochylając się w kierunku monitora, nie odrywając od niego oczu. Spijała każde słowo.

Siedząc za nią, z plecami opartymi o zagłówek, Solomon poczuł, jak przechodzi przez niego zimne, niechciane widmo niepokoju.

– Wygląda na to, że "aż do śmierci" znacznie się wydłużyło – odezwał się, próbując obrócić to w żart.

– Mhm – zgodziła się.

– To trochę zmienia postać rzeczy.

– Mhm.

Podrapał się w rękę, chociaż wcale go nie swędziała. Suchy odgłos paznokci trących skórę utonął w głosie spikera, więc bardziej poczuł drapanie, niż je słyszał. Caitlin przesunęła ręką po włosach, jej palce zniknęły w czerni, by zaraz się wynurzyć.

– To jak... – powiedział. – Chcesz rozwodu?

– Nie.

– Bo wiem, że spodziewałaś się, że reszta twojego życia nie będzie zbyt długa. I jeśli... jeśli to nie to, czego chciałaś... W każdym razie, zrozumiałbym.

Caitlin spojrzała na niego przez ramię. Blask monitora oświetlał jej policzek, oko i włosy. Wyglądała jak figura z barwionego szkła.

– Jesteś uroczy, jesteś moim mężem, kocham cię i ufam ci jak nikomu wcześniej przez całe życie. Nie zamieniłabym tego na nic innego. Czemu pytasz? Chcesz się wycofać?

– Nie. Chciałem tylko być miły. Nie, nie to. Nagle poczułem się niepewnie.

– Przestań. A tak w ogóle, to nic się nie zmieniło. Na Ziemi wciąż kończy się lit, molibden i wszystkie materiały przemysłowe. My wciąż je mamy. Teraz zawrócili, ale niedługo wrócą. I będą wracać.

– Chyba, że znajdzie się sposób, żeby wykorzystali inne metale do swoich potrzeb. Albo inne źródło. Wszystko się zmienia. Może zdarzyć się coś, przez co cała ta sytuacja okaże się bez znaczenia.

– Może – przyznała. – Tym właśnie jest pokój, prawda? Odwlekaniem konfliktu do momentu aż to, o co walczyłeś, przestaje się liczyć.

Na ekranie leciały statki ONZ. Ogniste łuki jaśniały za nimi, kiedy wracały tam, skąd przybyły.

***

Terminal ręczny wysuwa się z kieszeni trochę bardziej, a Solomon jest przekonany, że zostanie mu siniak szeroki jak jego obudowa. Nie obchodzi go to. Próbuje sobie przypomnieć, czy zostawił włączoną aktywację głosem. Albo tego nie zrobił, albo jego gardło jest zbyt zdeformowane przeciążeniem, by terminal rozpoznał głos. Musi to zrobić ręcznie. Nie może odpuścić, bo straci przytomność, ale coraz trudniej mu o tym pamiętać. Pojmuje, że krew jest wciskana w tylną część jego ciała, że zbiera się z tyłu mózgowia i zalewa nerki. Nie zna się wystarczająco na medycynie, żeby wiedzieć, co to oznacza, ale na pewno nic dobrego. Terminal wystaje już prawie cały. Teraz jest w jego dłoni.

Statkiem porusza wstrząs, a na ekranie wyskakuje powiadomienie. Ma bursztynowy kolor i zawiera jakiś tekst, ale nie udaje się go rozczytać. Oczy nie chcą się skupić. Gdyby to było czerwone powiadomienie, uruchomiłoby procedurę wyłączania. Czeka parę sekund, z nadzieją, że cokolwiek się stało, zaraz się pogorszy, ale nic się nie dzieje. Jacht jest solidny. Dobrze zaprojektowany i zbudowany. Solomon spogląda znów na ręczny terminal.

Caitlin będzie teraz w norze. Będzie zabierała się za kolację, słuchając wiadomości w poszukiwaniu informacji o kryzysie stoczniowym. Odbierze od niego połączenie, o ile uda mu się je wybrać. Nagle uderza go obawa, że Caitlin pomyśli, iż tylko usiadł na terminalu. Powtórzy jego imię kilka razy, po czym zbagatelizuje sprawę i się rozłączy. Będzie musiał zrobić jakiś hałas, kiedy odbierze. Nawet jeśli mowa okaże się zbyt trudna, musi ją powiadomić, że coś jest nie tak. Korzystał z połączeń na ślepo tysiące razy, ale teraz wszystko jest inne. Pamięć mięśni nie pomaga. Masa terminalu przytłacza. Cała ręka boli, jakby uderzono w nią młotkiem. Boli go brzuch. Rozkwita najgorszy ból głowy, jaki potrafi sobie wyobrazić. Nie ma w tym nic przyjemnego, poza świadomością, że mu się udało. Podczas gdy zmaga się z terminalem, myśli nad praktycznym zastosowaniem napędu. Przy takiej wydajności statki mogą być napędzane przez całą drogę. Do połowy przyspieszanie, potem wyłączenie silników, obrót i hamowanie przez resztę podróży. Nawet z normalną marsjańską jedną trzecią g będzie można nie tylko dotrzeć do celu dużo szybciej, ale też nie będzie problemów z długoterminowym przebywaniem w stanie nieważkości. Próbuje obliczyć, jak długo potrwa przelot na Ziemię, ale nie może. Musi skupić uwagę na terminalu.

Zmienia się coś w układzie jego wnętrzności, przez co terminal leży teraz pod innym kątem. Zaczyna się ześlizgiwać, a on nie ma siły ani szybkości, żeby go złapać. Urządzenie dociera do jego boku, spada parę centymetrów od fotela. Solomon stara się przesunąć lewe ramię z miejsca, w którym jest przygwożdżone koło ucha, ale ono nawet nie drgnie.

Nawet odrobinkę. Nawet nie napnie się z wysiłku.

O, myśli, mam udar.

***

Byli małżeństwem od sześciu lat, gdy Solomon kupił sobie jacht za pieniądze, które zaoszczędził z premii za wydajność. Nie był to duży statek, jego pokład mieszkalny był mniejszy niż pierwsza nora Solomona. Miał prawie pięć lat i musiał spędzić miesiąc w dokach stoczni orbitalnej, zanim się do czegoś nadawał. Kremowo-pomarańczowa kolorystyka wnętrza nie była w jego guście. Jacht czekał w suchym doku osiem i pół miesiąca od śmierci poprzedniego właściciela – wiceprezesa konglomeratu księżycowego. Jego rodzina nie planowała przylatywać na Marsa, a łatwiej było im go tanio sprzedać, niż miesiącami transportować przez pustkę. Dla większości ludzi na Marsie taki statek nie był niczym więcej jak ostentacyjnym symbolem pozycji społecznej. Nie było osad na księżycach ani żadnej zamieszkanej stacji L5 do odwiedzenia. Podróż na Ziemię byłaby w nim niewygodna i niezbyt bezpieczna. Mógł krążyć po orbicie. Mógł wylecieć w próżnię niedaleko Marsa i wrócić. Na tym kończyły się jego możliwości. Bezcelowość tych aktywności pozwoliła jeszcze bardziej obniżyć cenę. Jako symbol bogactwa wskazywał na to, że właściciel miał zbyt wiele pieniędzy. Jako środek transportu był jak samochód wyścigowy na stałe przywiązany do jednego toru.

Dla Solomona była to idealna maszyna testowa.

Jacht bazował na silniku, który dobrze znał, a projekty sam pomagał tworzyć. Gdy przeglądał historię napraw i użytkowania, mógł sprawdzić osobno każdą kontrolkę, przewód wentylacyjny i osłonę. Zanim zdążył nawet postawić w nim stopę, znał go jak własną kieszeń. Niektóre części układu wylotowego zaprojektował osobiście dekadę wcześniej. A ponieważ był właścicielem, oszczędzał sobie pół roku biurokracji, gdyby chciał przetestować nowe usprawnienia silnika. Na samo wyobrażenie chciało mu się rechotać z uciechy. Już żadnych komisji do spraw pozwoleń. Żadnych raportów o rozporządzaniu kapitałem. Tylko łajba, jej reaktor, kilka kombinezonów EVA i zestaw narzędzi przemysłowych, które miał jeszcze z czasów szkolnych. W dawnych czasach naukowiec mógł mieć w garażu maszynę do PCR albo za domem szopę z ulami, rozmontowanymi komputerami czy na wpół skończonymi prototypami wynalazków, które zmieniłyby świat, gdyby tylko zadziałały. Solomon miał swój jacht, a jego zakup był najbardziej samolubną, wspaniałą, istotną rzeczą, którą uczynił od czasu, gdy oświadczył się Caitlin.

A jednak, nawet gdy żyzny ogród jego umysłu wypuszczał tysiące rozmaitych pędów pomysłów i projektów, testów, usprawnień i poprawek, przerażała go myśl, jak ma powiedzieć żonie o tym, co zrobił. A kiedy przyszedł czas, jego niepokój okazał się uzasadniony.

– Oj, Sol. Oj, kochanie.

– Nie zapłaciłem za niego z pensji – powiedział. – Wszystko było z premii. Moje własne pieniądze. Nie wykorzystałem naszych wspólnych.

Caitlin siedziała na ławce w ich wielofunkcyjnym pokoju. Stukała koniuszkami palców w wargi, jak zawsze, kiedy dużo rozmyślała. Z głośników płynął łagodny ambient, grany na bębnach i strunach. Muzyka zagłuszała szum wentylatorów, ale była na tyle cicha, że nie przeszkadzała w rozmowie. Tak jak wszystkie nowe budynki na Marsie, ten też był większy, lepiej urządzony i położony głębiej pod powierzchnią.

– Czyli mówisz mi, że możesz wziąć, ile chcesz, z naszego konta, bez pytania mnie o zdanie, jeśli tylko nie przekroczy to sumy, którą dostałeś w premii. Tak właśnie myślisz?

– Nie – odparł, chociaż była blisko. – Mam na myśli to, że te pieniądze nie były naszymi środkami do życia. Wszystkie nasze obligacje są zabezpieczone. Nasze konta nie będą puste po kupieniu jedzenia. Nie będziemy musieli pracować więcej, ani szukać dodatkowych zajęć.

– W porządku.

– Poza tym to coś ważnego. Mój projekt zwiększenia ciągu za pomocą cewek magnetycznych może naprawdę zwiększyć wydajność napędu, jeśli dam radę...

– W porządku – powiedziała.

Oparł się o framugę. Struny grały delikatne arpeggio.

– Jesteś zła.

Nie, słonko, nie jestem zła – odparła łagodnie. – Kiedy jestem zła, krzyczę. Teraz mi przykro, bo pozbawiasz mnie udziału w przyjemnościach. Poważnie, patrzę na ciebie i widzę, jaki jesteś szczęśliwy, podniecony, i chciałabym czuć się tak samo. Chciałabym podskakiwać, machać rękami i gadać o tym, jakie to wspaniałe. Ale te pieniądze były naszym zabezpieczeniem. Ignorujesz fakt, że nie mamy teraz zabezpieczenia. A jeśli oboje o tym zapomnimy, jak tylko coś się stanie, będziemy mieli przerąbane. Kocham nasze życie, więc teraz to ja muszę być osobą, która się troszczy, krytykuje i nie wolno jej się cieszyć. Robisz ze mnie tę dorosłą. Nie chcę być tą dorosłą. Chcę, żebyśmy oboje byli dorośli, bo tylko wtedy, jak któreś z nas zrobi coś takiego, oboje będziemy mogli być dziećmi.

Spojrzała na niego i wzruszyła ramionami. Jej twarz była ostrzejsza, niż kiedy się poznali. Białe pasma prześwitują w ciemności jej włosów. Kiedy się uśmiecha, Solomon czuje, jak kamień spada mu z serca.

– Możliwe, że... trochę mnie poniosło. Widziałem, że jest na sprzedaż, a było nas stać.

– I wyskoczyłeś z zakupem bez jednej myśli o tym, co się może wydarzyć. Bo jesteś Solomon Epstein, najmądrzejszy, najbardziej poukładany i rozsądny człowiek, który całe życie działał pod wpływem impulsu. – Gdyby nie słychać było w jej głosie ciepła i uśmiechu, brzmiałoby to jak nagana. Ale wypowiedziane w ten sposób brzmiało jak miłość.

– Ale za to jestem uroczy – powiedział.

– Jesteś milutki. I chcę usłyszeć wszystko o tym, co zamierzasz, cokolwiek by to nie było. Tylko najpierw obiecaj, że następnym razem chociaż spróbujesz pomyśleć o przyszłości.

– Obiecuję.

Spędzili wieczór na rozmowie o mocy i wydajności. Masie wyrzutu i mnożnikach prędkości. A kiedy skończyli, zaczęli rozmawiać o stworzeniu rozsądnego planu emerytalnego i aktualizacji testamentów. Wyglądało to na przeprosiny i miał nadzieję, że będą w stanie to powtórzyć, kiedy dotrze do niej, ile będzie kosztowało utrzymanie jachtu. To była walka na inny dzień.

Dni spędzał teraz na pracy z zespołem od napędów. Nocami siadał przy monitorach w norze i zajmował się własnym projektem. Caitlin, wraz z grupą w Londres Nova, rozpoczęła przez sieć debaty o tym, w jaki sposób firmy takie jak Kwikowski mogły interweniować w sprawie destabilizującej spirali gróźb i uników, w którą Ziemia i Mars zdawały się zaplątywać. Za każdym razem, gdy słuchał jej rozmów – o propagandzie, alternatywnych kodeksach moralnych czy jakichkolwiek innych istotnych niejasnościach – wspominała o licie i molibdenie. Teraz też o wolframie. Wszystko inne było interesujące, ważne, pouczające i głębokie. Lecz jeśli nie uda im się rozwiązać kwestii praw do rudy, to nawet zająwszy się wszystkim innym, nie pozbędą się problemu. Zawsze napawała go dumą, kiedy to mówiła. Trudno było przemóc wykształcenie ze sztuk wyzwolonych, ale szło jej świetnie.

W końcu przyszedł czas, by sprawdzić jego pomysł. Wybrał się w długą podróż do stoczni nowym środkiem transportu publicznego. W wywierconych w skale próżniowych szybach zamontowano szyny elektromagnetyczne. Coś jak powolne, słabo zasilane działko Gaussa. Ciasno i niewygodnie, ale za to szybko. Wsiadł do jachtu na godzinę przed tym, jak słońce zaszło za pobliski marsjański horyzont. Dokończył ostatnie poprawki w prototypie, który zbudował, dwukrotnie przeprowadził diagnostykę i wzniósł statek ponad cienką warstwę atmosfery. Gdy dotarł na wysoką orbitę, dryfował przez jakiś czas, ciesząc się nowym doświadczeniem zerowej grawitacji. Zaparzył sobie kulkę świeżej herbaty, przypiął się do kapitańskiego fotela i przesunął palcem po starym ekranie dotykowym.

Jeśli miał rację, jego modyfikacje miały zwiększyć wydajność o prawie szesnaście procent. Odczyt pokazał, że nie miał racji. Wydajność spadła o cztery i pół. Wylądował z powrotem w stoczni i pojechał do domu, markotnie mrucząc przez całą drogę.

ONZ wydała oświadczenie, że w przyszłości wszystkie statki marsjańskie będą zamawiane przez stocznie Busha na orbicie Ziemi. Miejscowy rząd nie wydał nawet oświadczenia, po prostu budowano nadal według planu i przyjmowano dalsze zamówienia. Narody Zjednoczone nakazały zamknięcie wszystkich stoczni na Marsie do czasu przeprowadzenia inspekcji. Zebranie potrzebnego zespołu miało zająć siedem miesięcy, a potem kolejne sześć przelotu spowodowane dystansem między orbitami obu planet. Ta wiadomość trochę zmartwiła Sola. Jeśli stocznie zostaną zamknięte, jacht może zostać uziemiony. Niepotrzebnie się jednak martwił. Stocznie pozostały otwarte. Znów pojawiły się pogłoski o wojnie, ale Sol starał się je ignorować. Próbował sobie wmówić, że tym razem będzie tak samo jak ostatnio albo przedostatnio.

Raj, ku zaskoczeniu wszystkich, odszedł z działu rozwoju, wynajął tanią norę blisko powierzchni i zaczął sprzedawać ceramiczne rękodzieło. Twierdził, że to najszczęśliwszy okres w jego życiu. Voltaire dostała rozwód i chciała wyciągnąć całą starą ekipę do baru. Była ich teraz ósemka, ale prawie nikt nie poszedł. Julio i Carl mieli teraz dziecko i przestali się z kimkolwiek spotykać. Tori wszedł w doradztwo chemiczne, które niby miało pomagać każdej marsjańskiej firmie, ale całą fortunę zdobyło na projektach terraformingu. Malik zmarł na nieuleczalny nowotwór kręgosłupa. Życie toczyło się dalej, lepiej lub gorzej. Eksperymentalny napęd Solomona osiągnął wydajność taką jak w niezmodyfikowanym statku. Potem trochę lepszą.

Niemal rok po zakupie jachtu Solomon pojawił się na nim z nowym projektem. Jeśli się nie mylił, miał on zwiększyć wydajność o prawie cztery i pół procenta ponad obecną. Instalował go właśnie w maszynowni, gdy zadzwonił jego ręczny terminal. Caitlin. Odebrał połączenie.

– Co tam? – zapytał.

– Wybieramy się na ten długi weekend w przyszłym miesiącu? – spytała go. – Wiem, że rozmawialiśmy, ale chyba nie podjęliśmy decyzji.

– Nie podjęliśmy, ale wolałbym nie. Zespół jest trochę w tyle.

– Będziecie musieli brać nadgodziny?

– Nie. Wystarczy, że będziemy pracować regularnie.

– W porządku. To może zaplanuję coś z Maggie Chu.

– Macie moje błogosławieństwo. Będę w domu, jak tylko skończę.

– W porządku – powiedziała i rozłączyła się. Solomon sprawdził obudowy, dospawał coś w miejscu, gdzie cewki miały znosić największe obciążenie, i wrócił na fotel. Jacht wzniósł się ponad cienką atmosferę, na wysoką orbitę, a on uruchomił znów diagnostykę, żeby upewnić się, czy wszystko było w porządku, zanim odpali. Przez prawie pół godziny unosił się w fotelu, utrzymywany w miejscu przez pasy bezpieczeństwa.

Rozpoczynając sekwencję zapłonu, przypomniał sobie, że zespół miał wyjechać do Londres Nova w weekend, który miał spędzić z Caitlin. Zastanawiał się, czy umówiła się już z Maggie Chu, czy może jeszcze był czas na to, żeby coś zmienić. Włączył silniki.

Przyspieszenie wgniotło Solomona w fotel kapitański i naparło na pierś jak ciężar. Jego prawa ręka wylądowała na brzuchu, a lewa uderzyła w tapicerkę obok ucha. Kostki wcisnęły się w podnóżek.

***

Statek śpiewa niską, żałobną pieśń. Gardłowy, pełen pasji i smutku głos, jakim śpiewał jego ojciec w synagodze. Teraz już rozumie, że ma tu umrzeć. Leci za szybko i za daleko, aby ktokolwiek mógł go uratować. Przez jakiś czas – może już zawsze – jego statek będzie wyznaczał największą odległość od studni grawitacyjnej Ziemi, jaką osiągnął pojazd załogowy. Znajdą w norze specyfikację projektu. Caitlin jest bystra. Będzie wiedziała, żeby go sprzedać. Będzie miała dość pieniędzy, żeby do końca żyć jak królowa. Jeśli nie o siebie, to przynajmniej o nią dobrze zadbał.

Gdyby był w stanie sterować, mógłby dolecieć do pasa asteroid. Mógłby polecieć w okolice Jowisza i być pierwszym człowiekiem na Europie i Ganimedesie. Tak się jednak nie stanie. Zrobi to ktoś inny. Ale kiedy tam dotrą, będzie ich prowadził jego napęd.

A wojna? Skoro odległość mierzy się czasem, Mars właśnie znalazł się bardzo blisko Ziemi, choć ta jest jeszcze bardzo daleko od Marsa. Ta asymetria zmienia wszystko. Zastanawia go, co wyniknie z negocjacji. Co zrobią. Wystarczające dla wszystkich ilości litu, molibdenu i wolframu są teraz na wyciągnięcie ręki kompanii górniczych. Mogą udać się do pasa asteroid, na księżyce Saturna i Jowisza. To, co nie pozwalało na pokój pomiędzy Ziemią i Marsem, nie będzie już miało znaczenia.

Ból głowy i kręgosłupa staje się coraz gorszy. Trudno wciąż napinać ręce i nogi, by pomóc słabemu sercu pompować krew. Znów prawie stracił przytomność, ale nie wie, czy to od udaru, czy przeciążenia. Jest przekonany, że zwiększanie ciśnienia krwi podczas udaru nie jest dobrym pomysłem.

Pieśń statku zmienia ton, teraz to naprawdę głos jego ojca. Hebrajskie sylaby, których znaczenia Solomon już dawno zapomniał, jeśli w ogóle kiedyś je znał. A więc urojone odgłosy. Ciekawe.

Żal mu, że już nigdy nie zobaczy Caitlin. Że nie pożegna się z nią i nie powie, że ją kocha. Żal mu, że nie zobaczy, jakie będą skutki powstania jego napędu. Spokój i euforia otaczają go, pomimo potwornego bólu. Zawsze tak było, myśli sobie. Odkąd Mojżesz ujrzał ziemię obiecaną, do której nigdy nie miał dotrzeć, ludzie na łożu śmierci pragnęli wiedzieć, co będzie dalej. Zastanawia się, czy to dlatego ziemia obiecana jest święta: możesz ją ujrzeć, ale nigdy do niej nie dotrzesz. Trawa jest zawsze bardziej zielona po drugiej stronie śmierci. Coś w tym stylu powiedziałby Malik. Coś z czego Caitlin by się śmiała.

Następne kilka lat, albo nawet dziesięcioleci, będzie naprawdę fascynujące właśnie dzięki niemu. Zamyka oczy. Chciałby to zobaczyć.

Solomon rozluźnia się, a bezmiar otula go niczym kochanka.

© James S.A. Corey

Przełożył Mateusz Horbaczewski

Opowiadanie opublikowano za zgodą autorów na licencji niewyłącznej. Pierwotnie tekst ukazał się w antologii Edge of Infinity pod redakcją Jonathana Strahana z 2012 roku.

James S.A. Corey

Pseudonim literacki, pod którym kryje się dwóch amerykańskich autorów: Daniel Abraham i Ty Franck (obaj z rocznika 1969). Pierwszy jest znany z utworów fantasy publikowanych pod prawdziwym nazwiskiem (w Polsce ukazały się trzy powieści i dwa opowiadania) oraz urban fantasy pod pseudonimem M.L.N. Hanover. Drugi to człowiek, bez którego George R.R. Martin dawno pogubiłby się w zawiłościach swojej Pieśni lodu i ognia (innymi słowy: jego asystent). Razem napisali już pięć powieści z fantastycznonaukowego cyklu Expanse (u nas jak dotąd wydano tylko pierwszą z nich: Przebudzenie Lewiatana) i kilka rozbudowujących go opowiadań, do których należy właśnie Napęd. Utwór rzuca nieco światła na postać konstruktora kluczowego dla uniwersum wynalazku, jest prequelem cyklu, więc można go z powodzeniem czytać osobno.




Czytaj również

Expanse – sezon 1
Wpłynąłem na kosmicznego przestwór oceanu
- recenzja
The Expanse
Kosmos nigdy już nie będzie taki sam
- recenzja
Przebudzenie Lewiatana - James S.A. Corey
Wzorowa space opera
- recenzja
Drugie oblicze
Powtórzenie z przesunięciem, czyli ponowoczesny pomysł na kino
- recenzja
Zabić, jak to łatwo powiedzieć [DVD]
Przerost ambicji nad umiejętnościami
- recenzja

Komentarze Obserwuj


Exar
   
Ocena:
0

Ludzka dłoń waży coś około trzystu gram

Nie trzystu gram, tylko trzystu gramów. (motocykl waży około trzystu kilogramów a nie około trzystu kilogram).

16-12-2015 16:15
Exar
   
Ocena:
0

A tak poza tym, nawet fajne opowiadanie :)

16-12-2015 16:45
lemon
    @Exar
Ocena:
0

Czyli ktoś jednak czyta te opowiadania? :) Dzięki za zwrócenie uwagi, poprawiłem.

16-12-2015 20:47
Exar
   
Ocena:
0

No ja - tj. tylko to opowiadanie przeczytałem, nie wiedziałem że jest ich więcej.

I ogólnie ostatnio brakuje mi S-F. Choć ostatnio dorwałem drugi tom Kosmicznej Trylogii Trepki i Borunia i sobie poczytuje. 

17-12-2015 09:13
lemon
    @Exar
Ocena:
0

W dziale opowiadań znajdziesz więcej s.f., w tym opowiadania Wiktora Żwikiewicza. Dobre rzeczy. :)

17-12-2015 20:16

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.