» Artykuły » Felietony » Na oko

Na oko


wersja do druku

Qchnia artystyczna #3

Autor: Redakcja: Michał 'M.S.' Smętek
Ilustracje: Vermiliona

Na oko
Pamiętam dokładnie, jak zabrałam się pierwszy raz do smażenia naleśników. W głębokiej podstawówce pokłóciłam się z piastunką brata i nie chciałam jeść przygotowywanego przez nią żarcia. Wkrótce okazało się, że unoszenie się honorem nie popłaca i oto zawisłam bezradnie nad garnkiem z butelką mleka oraz torbą mąki. W owych zamierzchłych czasach istniały już telefony, w desperacji zadzwoniłam więc do rodzicielki, tak bardzo podówczas zajętej, że o pustym brzuchu nie należało czekać na jej powrót. I wtedy odbyłam jedną z najbardziej pouczających rozmów w życiu:

– To ile mam wlać mleka? – zapytałam, wyżaliwszy się już na bezduszność bratowej niańki.
– Na oko – odparła rodzicielka, jak ją znam, nawet nie podnosząc nosa znad papierzysk.

Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę
– A mąki?
– Na oko – padła równie zdawkowa odpowiedź.
– A jajek?
– Na oko – burknęła matka tonem "odseparuj się ode mnie rączo i daj mi wreszcie popracować".

Potem nastąpiła rytualna awantura. Ale z czasem przekonałam się, że, niestety, wszystko – no prawie wszystko! – da się zrobić na oko.

Zauważyłam, że w komentarzach pod felietonami Qchni artystycznej często pojawiają się prośby, mniej lub bardziej kategoryczne, o konkrety. Poniekąd jest to pokłosie rzemieślniczego etosu, który od paru lat krzewi się nie tylko na naszym fantastycznym poletku, ale przecież również w literaturze masowej. Powstają podręczniki pisania, pisarze prowadzą kursy korespondencyjne lub w formie warsztatów, rozmaite portale sieci oceniają teksty początkujących utworów i udzielają im rad. Czasami zdarza mi się tu i ówdzie podglądać na portalach rozmowy o tym, co aktualnie preferują wydawcy. Jakie tematy się dobrze sprzedają. Jakie są trendy. Jak należy pisać, żeby zobaczyć swój tekst w druku i zdobyć upragnioną sławę i na czym tam jeszcze komu zależy.

Zupełnie w to nie wierzę. Zawsze kiedy przychodzą mi do głowy jakieś – z konieczności – ogólne zasady pisania, natychmiast materializują się również świetne teksty, napisane dokładnie wbrew tej regule. Pierwszy przykład z brzegu. Zauważyłam, że określenie "język przezroczysty" bywa niekiedy swoistą maczugą, jaką w recenzjach okłada się po łbie oszczędnego w środkach pisarza. Przypominają mi się wtedy ulubione opowiadania Hemingwaya i mogę się tylko uśmiechnąć złośliwie. Podobnie jest z inną radą, którą jako debiutantka usłyszałam od utytułowanego zresztą i bardzo cenionego pisarza. Zasugerował mi wtedy, że język powinien mieć swoisty rytm, że po dwóch zdaniach długich powinno następować krótkie. Cóż, niezwykle cenię Faulknera. Krótkie zdania nie są moją specjalnością.

Ani oszczędność, ani kwiecistość języka nie jest per se wadą ani zaletą – ale stają się nimi w zależności od tego, co zrobi autor. Receptura bestselleru jest znacznie bardziej skomplikowana niż przepis na ciasteczka cynamonowe (które u mnie w domu robię na oko). Gdybym go znała, pisałabym ten felieton z Madery z wanny pełnej madery i byłaby tam nas pokaźna kolonia (na wyspie, niekoniecznie w wannie). Owszem, poradniki i rady pozwolą zdobyć pewną rzemieślniczą sprawność, uniknąć podstawowych błędów językowych czy konstrukcyjnych. Ale to nie wystarczy, żeby napisać wybitną książkę. Bo wybitność to jest właśnie ta cecha, która umyka prostym definicjom. To umiejętność takiego spojrzenia na świat i na tekst, że coś, co u innych może być wadą, staje się zaletą. Jedyna zasada, jaką można wysnuć z lektury arcydzieł, jest taka, że zasady należy łamać.

Każdy pisarz wypracowuje sobie swój sposób na pisanie. Niekoniecznie jest to rytm zdań długich i krótkich, ale pewna zasada porządkująca, którą zwykle dostrzega się w tekstach (chociaż są też wredni pisarze-kameleony, którzy za punkt honoru stawiają sobie, żeby nieustannie zaskakiwać i przeskakiwać samego siebie). Zapewne mogłabym tutaj rozłożyć na części pierwsze formułę pisania powieści by Anna Brzezińska, ale nie jestem przekonana, czy to najciekawszy temat. Co gorsza, jako wydawca absolutnie nie skłaniałabym się do wydania płodów klonów Anny Brzezińskiej – chyba że okazałyby się od niej lepsze, ale wówczas musiałyby zawierać jakiś element dodany, coś nowego i zaskakującego. Bo jako wydawca szukam tekstów, które wykraczają poza moją wyobraźnię, a nie tłuczonych w nieskończoność tych samych form i opowieści.

Po co zatem te felietony? Bardziej jako wydawca niż twórca mogę przedstawić błędy, jakie najczęściej pojawiają się w nadsyłanych do nas manuskryptach – bez względu jak oczywiste mogą się wydawać, cała masa ludzi je popełnia. Ale nawet przy tych zasadach zawsze pozostaje margines wątpliwości i wyjątki od reguły, które ktoś usłużny a pracowity z pewnością wyłuska z historii literatury. Dlatego jedyne, czego jestem pewna po tych setkach i tysiącach zapisanych stron, to tyle, że pisarz powinien być z samej swojej natury istotą tak odrębną, jak to tylko możliwe. Nie ulegać presji i samodzielnie poszukiwać sensu, formy i opowieści. Próbować, ryzykować i przegrywać, bo właśnie taka jest ta praca. Nasłuchiwać głosów z panteonu czcigodnych trupów i uczyć się od najlepszych, nie z amerykańskich podręczników dobrego pisania. I mieć świadomość, że prawdziwa sztuka powstaje na oko. Nie da się jej opisać, powtórzyć, rozłożyć na czynniki pierwsze.

Ale żeby nie było, że tylko ględzę po próżnicy, zdobędę się na radę konkretną. Rozpisywałam się już dzisiaj na blogu Runy o języku, więc temat sam się narzuca. Trzeba jak najlepiej poznać język, w którym się tworzy. Nie wydaje mi się, żeby najważniejsza była znajomość rozbioru gramatycznego czy logicznego, chociaż przyznam, że średniowieczników tak się maltretuje łaciną – która jest językiem wybitnie logicznym, nawet jeśli się za nią zabierze jakiś prowincjonalny Tacyt – że do tej pory nie potrafię wyrzucić z pamięci wiedzy na temat dopełnień bliższych i dalszych. Ale bez tego da się żyć. Znacznie ważniejsza jest umiejętność poprawnego pisania, chociażby po to, żeby tę normę – świadomie i celowo – łamać. Znajomość języka, jego sławetna giętkość, pozwala lepiej rozpoznać własne możliwości w prozie. Ma też wymiar bardzo praktyczny. W wydawnictwie tekst dostanie się w ręce redaktorów i korektorów, którzy poprawią rażące błędy. No właśnie. Jeśli te błędy będą bardzo podstawowe i mnogie nad podziw, nawet bardzo sprawny redaktor nie wyłapie wielu rzeczy. Po prostu nie zobaczy ich – istnieje granica ludzkich możliwości i jeśli błędów jest zbyt wiele, niektórych się nie widzi (a czasami w nadsyłanych tekstach jest tak, że praktycznie każde zdanie głośno krzyczy "Ratuj mnie, ratuj!"). Wbrew pozorom kwestie zapisu wcale nie są nieistotne – jeśli na przykład zapis dialogów szwankuje (a z tajemniczych powodów szwankuje bardzo często) i redaktor zajmie się wstawianiem spacji po kreskach dialogowych, nie przyuważy cudownej zmiany barwy oczu głównego bohatera.

Dlatego zapraszam do wspólnej zabawy. Mamy w Runie taki mały test dla redaktorów i korektorów, którym maltretujemy nowych współpracowników. Jeśli ktoś ma ochotę pobawić się w pogromcę błędów, zapraszam. Rozwiązanie w następnym felietonie.

***


Max szybko szedł po schodach. Człap, człap, człap, wspinał się w górę po szaro-zielonych stopniach, póki na podeście, pomiędzy dwoma kolumnami, nie zobaczył dziewczyny. Miała niezwykłe, zielone oczy i krótkoobcięte szare włosy, które co i rusz poprawiała nerwowo. Suma sumarum też nie czuła się najpewniej na cudzym terytorium.
Wilkołak! przemknęło Maxowi przez głowę. Nie miał ochotę dzisiaj walczyć, a bynajmniej nie tutaj, w galerii pełnej dziewczyn i chłopaków, którzy roili się w hollu jak szarańcza. Właśnie tutaj miała miejsce ostatnia potyczka z gangiem Pierra, tyle, że wtedy on wciąż kurował zranoine udo. Zginęło czterech jego kumpli wraz z trzy i półletnią dziewczynką, której matka, głupia cipa zostawiała przy fontannie i poszła do Nine/West mierzyć apaszki.
Trzeba było wziąść kilku chłopaków! – przeszło mu przez umysł. Usiłował ukryć się za pilastrem tyle, że kolumna okazała się za wąska. Póki co nie chciał alarmować jej czujności. Jednak Wilkołaczyca wyczuła go natychmiast i jej zielone źrenice zwęziły się w dwie pionowe kreski. Poruszała się płynnie, jak zwierzę, zaś on nie doszedł jeszcze do siebie po ostatniej rozróbie. Nie uda mu się jej wymknąć. Więc będzie musiał stawić jej czoła, już teraz.
Podwinął pod siebie sztywne kolano, czując w ręce uspokajający metal rękojeści Glocka; miał pełny magazynek, starczy by ją wykończyć. Minie jeszcze godzina czasu, zanim kumple zorientują się i zaczną go szukać. Uśmiechnął się ponuro. Pierre był mięczakiem, dał się podejść jak dziecko, więc po doświadczeniach zeszłej nocy suka zapewne nie sądziła, że zdecyduje się skorzystać w tłumie z rewolweru. Ale jego gówno obchodziły te chłopaki, którzy oglądali się teraz za nią, za jej opiętą miniówą i dmuchanymi cyckami. "Sześć strzałów", pomyślał, mrugając oczami, bo wyobraził sobie właśnie, jak pakuje je weń kolejno, a żel i sól fizjologiczna z implantów mieszają się z krwią. Wystarczy, żeby ją załatwić. Koniec końców była tylko zwyczajną suką.
Ludzie przesuwali się obok niego beznamiętnie: ot, jeszcze jeden dziwka w długim, skórzanym płaszczu, zupełnie niestosownym w tej porze roku. Żując gumę dziewczyna wciąż tkwiła na galeryjce, pozornie nieskoncentrowana na niczym, póki nie zauważyła drugiej dziewczyny, która przypychała się do niej przez tłum z wielkimi, papierowymi torbami. Już była pawie przy schodach, kiedy jedna z toreb pękła, wysypując potok różowych fatałaszków. Max skrzywił się, widząc jak miota się pomiędzy nogami przechodniów, usiłując wyzbierać rozmaite majtki, koszulki i sukieneczki. Zdumiewała go ilość ciuchów, które baby, zupełnie bez sensu potrafią upchać w reklamówkach.
– Nie ruszaj się! – poczuł na karku dotyk broni. – Nic nie próbuj. – Zielonooka kobieta na galeryjce uśmiechnęła się i pomachała do niego ręką.



Czytaj również

O marzeniach
Qchnia literacka #15
Z planem czy na żywca?
Qchnia artystyczna #14
Selekcja i dawkowanie informacji
Qchnia artystyczna #13
Mina przeciwpiechotna
Qchnia artystyczna #12
Ucieczka w dialogi
Qchnia artystyczna #11
Pisałem kiedyś powieść. Emocje.
Qchnia artystyczna #10

Komentarze


Scobin
   
Ocena:
+1
A na jaki adres można przysyłać skutki pogromu? ;-)
25-10-2009 09:25
malakh
   
Ocena:
0
Na żaden;)

Skopiuj tekst, zaznacz błędy, a jak podamy rozwiązanie, sprawdź, ile wyłapałeś;D
25-10-2009 10:35
M.S.
   
Ocena:
0
Wszystkich, którzy po pierwszym zerknięciu na tekst odetchnęli z ulgą, jaki jest on prosty, bo błędy takie oczywiste, uspokajam - ilość pierdół do wyłapania jest wprost niesamowita ;). Większości kandydatów na korektorów przyda się jedynie jako lekcja pokory ;).
25-10-2009 11:33
~Antavos

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Tekst faktycznie nie jest prosty. W samym pierwszym akapicie znalazłem - po pięciu minutach - jakieś siedem błędów czysto językowych. :-) A nie rozebrałem jeszcze na czynniki pierwsze warstwy fabularno-logicznej. Można tutaj zamieszczać wyłapane potknięcia?
25-10-2009 14:26
27383
   
Ocena:
+1
Lepiej nie, bo inni stracą zabawę :)
25-10-2009 16:15
Siman
   
Ocena:
+1
Ja z innej beczki. Mój komentarz wyszedł zbyt długi, więc odpowiedź na artykuł zamieściłem na blogu.
25-10-2009 16:25
~Erystyczna tylda

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+2
Muszę się zgodzić z Simanem. Albo ja nie zrozumiałem o czym ma być ten cykl felietonów albo pani Brzezińska napisała w większej mierze nie na temat.
Ja odniosłem wrażenie, że artykuły miały dawać wskazówki jak pisać poprawnie, a nie 'jak pisać arcydzieła/bestsellery" (co kto lubi). Jakkolwiek poradniki dotyczące tego drugiego służą generalnie do wyciągania pięniędzy od spragnionych sukcesu, tak poradniki dotyczące pierwszego są bardzo pomocne.

Może odniosę się do metafory stanowiącej punkt wyjściowy tego artykułu. Być może pani Brzezinska gotuje wszystko z głowy i na oko, i uważa, że każdy powinien znaleźć swój sposób, 'swój głos'. Fair enough. Mogłaby natomiast powiedzieć, że stolnicę i wałek dobrze posypać mąką, żeby ciasto się nie przyklejało albo wyjaśnić na czym polega kąpiel wodna.

Wiecie, podstawowe zasady i wskazówki, które ułatwią pracę. Tego już się nie robi na oko.



25-10-2009 18:09
27383
   
Ocena:
0
Sądzę, że Ania (o ile mogę pozwolić sobie na poufałość mówienia po imieniu) będzie powoli przechodziła od ogółu do szczegółu ;)
25-10-2009 18:49
malakh
   
Ocena:
+1
Wiecie, podstawowe zasady i wskazówki, które ułatwią pracę.

I od podstaw zaczynamy. Siman pisze, że nasze ględzenie o reaserchu itp jest bez sensu, bo to ogólnik, każdy to wie i w ogóle...

Jak już jednak pisałem - skoro każdy to wie, to dlaczego zarówno do Ani, jak i do mnie przychodzą teksty autorów absolutnie tego nieświadomych?

Zaczyna się od ogółu, od podstaw. Szczegóły będą, z czasem. Następny felieton napisać mam ja.

Mam dwie opcje: o konstruowaniu bohaterów i o kreowaniu świata. Zapewne napiszę o tym drugim.

25-10-2009 22:53
~Erystyczna tylda

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+1
No dobrze, podstawy. Nie sądzisz, że pisanie o konstruwaniu świata to właśnie coś zaawansowanego - przynajmniej w kontekście wyłożenia takich wskazówek jak np. "sceny statyczne mogą być konstruowane ze zdań dowolnych - złożonych lub prostych- natomiast sceny akcji powinny być z reguły opisywane zdaniami krótszymi?" A co z zupełnie podstawowymi radami, jak np. kompozycja tekstu?

Zdaję sobie sprawę, że wskazówki mogą być zarówno formalne, jak i materialne, ale wydaje mi się, że te pierwsze powinny mieć pierwszeństwo.
26-10-2009 00:19
Nyx Ro
   
Ocena:
0
Się zgadzam się z malakhiem.
Lepiej od ogółu do szczegółu niż na odwrót, panowie.

(o kreowaniu świata - o! z chęcią przeczytam.)
26-10-2009 00:24
M.S.
    Taa...
Ocena:
+1
Spieszcie się, felietoniści, bo żądne sławy młode pokolenie pisarzy czeka na swoją porcję wskazówek ;). Jeśli zawiedziecie - nie ma co liczyć na nowych mistrzów :>.

Może się mylę, ale czy którykolwiek z uznanych pisarzy, niekoniecznie polskich, musiał z wypiekami na twarzy oczekiwać fachowych rad, by napisać swoją powieść (o wydaniu nie mówię, bo to zupełnie inna bajka)? Prawdę powiedziawszy, jak się głębię zastanowię, to wszystkich wybitniejszych artystów (a więc także choćby i muzyków), znanych mi osobiście lub nie, cechuje jedno: są zupełnymi w większej części samoukami, którzy sami do wszystkiego musieli dochodzić. I jestem dziwnie pewien, że to jest właśnie przyczyna ich sukcesu. Od razu przypomina mi się pewna anegdotka z Mozartem, który zapytany przez młodego muzyka, jak skomponować symfonię, odparł: "Symfonia to zbyt trudna sprawa. Na początek lepiej zabierz się za coś prostszego". "Ależ mistrzu, tamten na to, Ty przecież skomponowałeś symfonię już w wieku 7 lat!". "To prawda, ja jednak nikogo nie pytałem, jak to się robi".

Dlatego, drodzy dyskutanci, zamiast skomleć o kolejne rady, zróbcie użytek z tych dotychczas opublikowanych. Do momentu pojawienia się niektórych komentarzy też brałem je za truizmy. Myliłem się.
26-10-2009 00:42
Siman
   
Ocena:
0
Malakh - zaraz, zaraz. Ania Brzezińska w felietonie powyżej stwierdziła, że konkretów nie będzie, bo to nie ma sensu. Ty w komentarzu, że będą, ale później. Jeśli zamierzacie robić wspólny cykl artykułów, radzę uzgodnić zeznania. ;)


M.S. - zdajesz sobie sprawę, że większość wczesnych symfonii Mozart pisał razem ze swoim ojcem, który był nauczycielem muzyki i również kompozytorem? Mozart był typowym przykładem cudownego dziecka nadambitnych rodziców - obwozili go po dworach Europy jako małego geniusza już w wieku 7 lat. Więc to bardzo możliwe, że mały Wolfgang nikogo nie pytał, jak pisać symfonie - tata wcześniej sam mu powiedział.

W każdym razie, ja bym się do geniuszy nie odwoływał - każdy z nich to oddzielny przypadek, ich unikalność sprawia, że nie warto przykładać do nich jakichkolwiek standardów (a już na pewno nie takich, że wszyscy byli samoukami).

Wracając do meritum - odwracasz kota ogonem. Nie o to przecież chodzi, że te felietony są mi lub komukolwiek innemu niezbędnie potrzebne do stania się pisarzem (jakkolwiek to brzmi). Ale IMO każda okazja jest dobra, żeby dowiedzieć się czegoś nowego od najlepszych. Sam wiem doskonale, że czasem jedno słowo kogoś bardziej doświadczonego potrafi zmienić spojrzenie na wszystko. Czemu więc się dziwić, że szukam okazji do nauki czegoś nowego od lepszych od siebie, kiedy nadarza się okazja?



A tak BTW: pisząc wpis blogowy zapomniałem o jednym świetnym polskim poradniku, który jest nim, nawet dotycząc czegoś zupełnie innego: felietony Dukaja. Jacek nie dość, że bierze na warsztat mniej popularne w naszym kraju lektury (bo często jeszcze nieprzetłumaczone), to jeszcze podchodzi do nich niezwykle analitycznie. I ta analiza potrafi nieraz otworzyć oczy na pewne literackie kwestie. On właśnie rozbiera rozmaite powieści na czynniki pierwsze i wskazuje palcem te elementy, które sprawiają, że dzieło jest, jakie jest. I mówi mi to nieraz o samej literaturze i jej pisaniu więcej, niż 10 poradników.

Nie wspominając już o tym, że Dukaj niejako ciągle pisze tak, jakby miał nadzieję, że czytelnikiem jest obiecujący autor fantastyki. I podsuwa mu pomysły: o tym polska literatura nie pisała; o, tego pomysłu nikt jeszcze nie wykorzystał; a czemu nikt nie weźmie się za... itp. Nie wiem jak inni, ale na mnie to działa wybitnie inspirująco. :)
26-10-2009 02:03
malakh
   
Ocena:
0
Nie sądzisz, że pisanie o konstruwaniu świata to właśnie coś zaawansowanego - przynajmniej w kontekście wyłożenia takich wskazówek jak np...

Zły kontekst;) Nie mam zamiaru pisać o stosunkach zdań, rozłożeniu akcji itp. Nie ma to, według mnie, większego sensu. Przede wszystkim, sam nie mam o tym pojęcia;p Ja po prostu piszę, a podczas pisania (czy to beletrystyka, czy publicystyka), czytam swój tekst tak z milion razy - to jest mój jedyny sposób na utrzymanie "rytmu" tekstu. Zanim napiszę trzeci akapit, dziesięć razy przeczytam dwa pierwsze. Zanim napiszę akapit czwarty, wrócę do trzech pierwszych itd.

Już nie mówiąc o tym, że nie ma sensu dawanie rad typowo technicznych. Mógłbym napisać: pisz tak a tak, dialogi tak, opisy tak, a sceny akcji śmak. Ale potem pojawia się taki McCarthy ze swoją "Drogą" i wszystkie zasady biorą w łeb.

Niemniej, można pisać konstruowaniu świata. Nie dam nikomu ramki, w którą wklei on własne pomysły, ale może podpowiem, jak się do tego zabrać - podpatrzyłem to u new weirdowców;)

Ten cykl felietonów to nie instrukcja obsługi, czy mapa. To ledwie drogowskaz. I jak już pisaliśmy, powstaje on z myślą o autorach, którzy wciąż zasypują Runę i Poltera swoimi dziełami, a u których widzimy te same, nagminnie powtarzane błędy.
26-10-2009 08:54
~Erystyczna tylda

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+2
Siman, nie pisz tak, bo Ci powiedzą, żebyś w takim razie korzystał z rad Dukaja, a nie brudził komentarze tutaj ;)

A do reszty: nie jestem spragniony porad, bo ani nie aspiruję do zostania pisarzem, ani nie sądzę, bym tu przeczytał coś wybitnie odkrywczego. To co uważam, to że młodym autorom zazwyczaj brakuje zaplecza formalnego, a nie wyobraźni. Kreacji interesujących postaci, ciekawego świata i porywającej linii fabularnej nie da się nauczyć - albo się to umie albo nie - na to akurat nie ma receptury. Moim zdaniem i chyba w duchu artykułu napisanego przez panią Brzezińską artykułu, autor musi po prostu znaleźć własną drogę.
Formalne porady nadadzą się dla każdego, ale i trudniej je udzielać, bo są wymierne.

Rozumiem, że rady dotyczące konstruowania będą wyglądać tak: "Świat musi być"? ;)

Na koniec z zupełnie innej beczki - przydałby się Wam również cykl felietonów pt. Qchnia retoryczna.
Zadanie dla czytelników: ilu z rozmówców, którzy sprawiają wrażenie odniesienia się do zawartych w moim ostatnim poście argumentów, rzeczywiście odniosło się do tych argumentów;)
26-10-2009 09:03
Scobin
   
Ocena:
+2
Ooo, dla Qchni retorycznej +100. Boleje internet pod tym względem, strasznie boleje. :-)
26-10-2009 11:12
~Sigrid

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+3
Bardzo ciekawa ta rozmowa. Zastanawia mnie jednak, skąd oczekiwanie, że będziemy mieli z Malakhem jedno zdanie :) Ależ nie będziemy mieli! Każdy spogląda na tekst i oko patrzącego jest równie ważne jak zapisane słowa. Nie ma obiektywnych ocen, więc i rad obiektywnych i dobrych dla wszystkich trudno oczekiwać. Jacek Dukaj jest świetnym przykładem, bo parametry jego oceny są niezwykle wyraziste (w jednej z dyskusji z Orbitowskim i Szostakiem całkiem wprost je wykłada), ale są subiektywne, co zresztą sam wielokrotnie podkreślał. Mnie również wydaje się to na tyle istotne, że warte podkreślenia w oddzielnym felietonie.
Kiedy pracowałam nad pierwszą książką dostawałam takich uniwersalnych rad sporo i do niektórych zastosowałam się, wychodząc z założenia, że może inni, bardziej doświadczeni wiedzą lepiej. Tak wypadła mi cała sfera koncepcyjna, związana z systemami niedziesiętnymi i ich wpływem na teologię świata – nieopatrznie użyłam w rozmowie z redaktorem słowa „algorytm”, biedak wpadł w panikę i oznajmił, że fantasy czytają humaniści i oni w życiu nie słyszeli takich słów, no po prostu plugastwo ostateczne i apage! Do tej pory żałuję, że się wtedy nie uparłam, chociaż nie wiem, czy udałoby mi się swoje zdanie przewalczyć, bo pozycja negocjacyjna debiutanta jest mikra. Ale przynajmniej nie miałabym poczucia, że uległam bezmyślnie pod presją autorytetu. Dlatego teraz – serio – z ogromnym lękiem formułuję rady dla początkujących pisarzy i zapytana o opinię zwykle podkreślam, że to opinia subiektywna, mogę nie mieć racji. Nie chcę komuś zrobić krzywdy. Nadal pamiętam, że w tym początkowym okresie pisania człowiek jest podatny na sugestie.
Podkreślania warte wydaje mi się również to, że pewne cechy pisarstwa nie są per se wartościowe ani złe. Pisałam o języku Hemingwaya, ale te przykłady można mnożyć w nieskończoność. Popatrzmy na Dostojewskiego, bo jest jakby poza wyścigami. Czy uznanie go za arcydzieło oznacza, że polifoniczność narracji i „dialogiczność” jego bohaterów jest wartością bezwzględną i czy cokolwiek ujmuje arcydziełom narracji homofonicznej? W moim odczuciu nie. Dalej – pamiętacie Sapkowskiego i opis bitwy ze zmiennym punktem widzenia, krasnoludów w boju, sceny lazaretowe? Czy to przybliżanie się i oddalanie lunety narracyjnej, wielość płaszczyzn spojrzenia (znane przecież w literaturze i świetnie oddane chociażby w „Wojnie końca świata” Llosy) jest lepsze albo ma większą siłę rażenia niż samotna dezorientacja Fabrycego, kiedy błąka się pod Waterloo („Pustelnia parmeńska” – wizja rzezi przefiltrowana przez pojedynczego bohatera, a jedna z bardziej znaczących w literaturze europejskiej, wpływająca potem na przykład na „Wojnę i pokój”)? Dla mnie nie. Na dodatek obie te formy narracyjne mieszczą się zgrabnie w realistycznej i odheroizowanej tradycji narracyjnej, a można to przecież robić zupełnie inaczej. Dlatego każda „konkretna” rada musi opatrzona mnóstwem zastrzeżeń. Które niniejszym czynię, bo to nie wyrocznia, a ja nie siedzę na trójnogu nad rozpadliną, naćpana oparem.
Tfu, zły przykład. Pamiętacie Krezusa? Chłopina w przededniu wojny z Persami postanowił się upewnić, czy wszystko pójdzie gładko. Usłyszał, że wielkie imperium upadnie. I padło. Jego własne.
27-10-2009 12:13
Siman
    @Sigrid
Ocena:
0
Kiedy ja lubię takie właśnie (dukajowe) postawienie sprawy. Wszelkie opinie i poglądy są subiektywne, nie ma co się nad tym nawet zastanawiać. Zamiast więc unikać jakichkolwiek kategorycznych osądów (bo nieobiektywne!), lepiej IMO postawić sprawę jasno, wyłożyć najpierw swoje podejście do sprawy i na bazie tego podejścia opiniować co się chce i polecać dowolne, sobie odpowiadające, rozwiązania. Świadomy odbiorca albo zaakceptuje ten punkt widzenia albo go odrzuci, albo wreszcie zmodyfikuje do swoich potrzeb (to najpewniej).

Jasne, nie każdy odbiorca jest świadomy względności opinii, ale na unikanie kategorycznych poglądów jest już chyba w fandomowym półświatku za późno - mamy już ambicjonalne podejście Dukaja, mamy garncarskie Pilipiuka - oba, zdaje mi się, bardzo wpływające na myślenie wielu czytelników.

IMO lepiej powiedzieć konkretnie zaznaczając: to moje, subiektywne, niż latać w okół niewiele mówiących ogólników.
27-10-2009 17:21
~Sigrid

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
+2
Wydaje mi się, że subiektywizm opinii nie jest wcale oczywisty. Oczywiście świetnie, jeśli na Polterze wygląda to inaczej i pewne oczywiste oczywistości - żeby zacytować naszych uroczych polityków - są istotnie niepodważalne. Jednakże o czymś innym świadczy chociażby nieodmiennie pojawiające się nawoływania o "obiektywne recenzje"., co jest ciężkim oksymoronem.
Obserwuję pewne rzeczy jako wydawca, przerzucając gigantyczne ilości nadsyłanego do Runy papieru. Pierwszy felieton Qchni powinien zostać zatytułowany „Podpisz się, kochanie!”, ale podejrzewam, że wtedy dopiero podniósłby się wrzask, że obrażam intelekt czytelnika. A to jest niezmiernie popularny błąd i najwyraźniej istnieje sporo ludzi, który szczerze wierzą, że wydawca będzie korespondował z Gchburkiem Sinozębym. Serio, serio.
Cieszę się, że wspomniałeś o Jacku, bo on, trzymając się konwencji, ma niezwykle silną morfę. Kilka lat temu jego wpływ na młodych twórców, jak obserwowałyśmy w nadsyłanych manuskryptach, był przemożny, ludzie usiłowali myśleć i pisać Dukajem. To nie jest sensowna strategia pisarska, o czym, żeby było zabawniej, rzetelnie i zgodnie wiele razy z Jackiem rozmawialiśmy. Myślę więc, że tutaj się nie zgodzimy, bo trochę inaczej niż Ty oceniam rynek fantastyki w Polsce.
Na pocieszenie powiem, że dalej będzie konkretniej. Nie rozmawiałam o tym jeszcze z Malakhem, więc nie wiem, jakie on ma plany i czy moje tematy mu będą pasowały, ale teraz chciałabym napisać „Felieton o kacu, czyli prawo pierwszego zdania” – o otwarciu tekstu.
28-10-2009 09:49
~Siman niezalogwany

Użytkownik niezarejestrowany
    @Sigrid
Ocena:
+3
Pisanie Dukajem wydaje mi się równie sensowne, co pisanie dwunastozgłoskowcem. Strategia pisarska karkołomna, tu się zgadzam. Ty jednak masz na myśli ludzi, którzy przeczytali dukajowe opowiadania/powieści i uznali, że chcą pisać tak samo. Mi chodzi o dukajowe felietony, gdzie Jacek sugeruje, nieco na marginesie, wiele rozwiązań literackich, przy tym nie narzucając wcale własnego stylu: w końcu omawia nie własne dziea, ale utwory literackie zupełnie nych autorów. Przez swoją niezwyke specyficzną lupę literacką, owszem, ale jednak mam to za wplyw bardzo poztywny. Inspirujący do oszukiwań, a nie tworzący klisze.

Tymczasem grono naśladowców nie wynika z jakichś intencji autora: to nie jest jego opinia czy chęć, sama o tym pisałaś, żeby ludzie rżnęli jego styl na potęgę. To "samo" wychodzi i może dotyczyć każdego znanego pisarza, Dukaj tu przoduje swoim niezwykle charakterystycznym i silnym stylem, ale nie z jego winy przecież.

Ja bym więc te sprawy rozdzielił: opinie autora o pisarastwie i mimowolne inspirowanie przez jego twórczość wannabe pisarzy. Ten perwszy mam za bardzo pozytywny, jeśli dobrze zrealizowany, o tym drugi nic nie można powiedzieć: wszystko zależy od tego domorosłego pisarza, jak on tę literaturę przetworzy: zainspiruje się czy bezmyślnie skopiuje.
28-10-2009 17:03

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.