» Fragmenty książek » Martwe światło

Martwe światło


wersja do druku

Początek drugiego rozdziału

Autor:
Martwe światło
Pustka eksplodowała rozdartymi na pół wspomnieniami. Niewyraźne, nieskładne obrazy ukazywały się i znikały, zostawiając po sobie uczucie smutku i straty. Pojawiały się rozmazane postaci, przerwane w pół zdania, uśmiechy i okrzyki bólu – elementy jednej układanki, która została zniszczona. Pozbawione wewnętrznego rytmu resztki pamięci osuwały się w głąb ciemności, chciwie je połykającej. Odchodziły na dobre, a może tylko skrywały się w oczekiwaniu na impuls, który byłby w stanie je stamtąd wydobyć i na nowo poskładać. Teraz jednak bezsprzecznie tonęły, a czerń pożerała je, wydalając ból. Morze, ocean bólu. Cały kosmos cierpienia, w którym pulsowała myśl, że nic już nie będzie takie jak przedtem. Coś zostało stracone, odeszło. Nieodwołalnie.

Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę

Ruch powiek sprowadził światło. Zalało źrenice, atakując ukrywający się w nich mrok i wywołując kolejne salwy bólu. Tym razem pozbawionego znaczenia i świadomości. Nieukierunkowanego bólu wyłaniającego się z chaosu. Jego zwycięstwo było szybkie i całkowite. Wygnał z umysłu poczucie straty, wprowadzając na jej miejsce budzącą się jaźń. Nagą i obdartą ze wspomnień. Czystą kartkę z zapisanej po brzegi książki.
Powieki zatrzepotały, z każdym uderzeniem coraz bardziej odrzucając w niebyt ból wywołany jasnością. W białej plamie zaczęły się pojawiać kształty. Z początku rozmazane, nałożone na siebie, stopniowo stawały się coraz mniej rozmyte, by w końcu zająć właściwe im miejsce. Z blasku wyłonił się biały sufit upstrzony szarymi plamami i odłażącą płatami farbą. Z sufitu zwisał na co najmniej metrowych linkach rząd lamp uzbrojonych w świetlówki. Obudowy lamp – tam gdzie nie zdążyła nadgryźć ich ruda rdza – były jasnozielone, choć kolor ten tłumiła warstwa szarego nalotu.
– Budzi się... – rozległ się w pobliżu piskliwy głos.
– To ten, co...? – Wypowiedziane szeptem pytanie zawisło w powietrzu.
Ten co...? – pytał zdezorientowany umysł, daremnie oczekując odpowiedzi. Nie mógł jej znaleźć, przynajmniej w sobie, wewnątrz. Została wchłonięta przez ciemność, strawiona, a potem wypromieniowana jako ból.
– Uhmm. – Ciche potwierdzenie rozdarło ciszę niczym błyskawica zapowiadająca niespodziewaną wiosenną burzę. Było w nim coś odpychającego, coś podpowiadającego chciwej informacji świadomości, że nie chce poznać odpowiedzi. Pragnie jej, ale popełnia błąd, wiedza ta bowiem nie przyniesie nic dobrego.
Źrenice, posłuszne woli, oderwały się od brudnych świetlówek, szukając źródeł dźwięków. Prześlizgnęły się z lamp na ściany – także jasnozielone, choć wypłowiałe, zmienione w wyjątkowo blady seledyn – i zatrzymały się na twarzy stojącej w pobliżu kobiety.
– Słyszy mnie pan? – Blade usta bez cienia szminki poruszyły się i wypluły krótkie pytanie.
Twarz kobiety była zniszczona. Szpeciły ją zmarszczki wokół oczu i w kącikach ust, układające się w grymas wiecznego niezadowolenia. Czujne szare oczy spoglądały bez sympatii. W ich głębi coś się kryło, ale była to raczej obawa niż troska.
– Panie... Piotrze? – powiedziała, odgarniając z oczu niesforny kosmyk przetłuszczonych włosów, na których przez nałożoną przed kilkoma tygodniami jasną farbę zaczęły przebijać już ciemniejsze odrosty.
Piotr. To chyba było jego imię. Brzmiało znajomo. Pasowało. Nagle, po tym jednym słowie odzyskał osobowość, a przynajmniej jej część.
– Tak... Gdzie jestem...?
Źrenice zsunęły się z twarzy kobiety na jej fartuch, a następnie objęły całą postać. Niewątpliwie była to pielęgniarka. Koło czterdziestki, brzydka, zmarnowana, z wyraźnie widoczną nadwagą. Anioł miłosierdzia, którego widok nie przynosi ulgi.
– W szpitalu – stwierdziła z urażoną miną, jakby poczuła się dotknięta tym pytaniem.
Szpital. Lampy, zielone ściany, łóżko, na którym leżał, i pielęgniarka. Tak, wszystko układało się w logiczną całość. Tylko co on tu robił? Dlaczego się tu znalazł i co... Jaźń wydaliła z siebie niewyraźne twarze. Pojawiły się nagle w umyśle, a przez drzwi, którymi zostały tam wepchnięte, wdarło się kilka podmuchów zimnego przerażenia.
– Co z nimi...? – spytał, wciąż nie panując w pełni nad głosem.
– Słucham. – Pielęgniarka się pochyliła. Jej ciało było napięte, przygotowane do ucieczki, jakby się spodziewała, że pacjent może się na nią rzucić.
– Co z moimi dziećmi?
Kobieta odskoczyła. W jednej chwili pochylała się nad nim, a w ułamku sekundy znikła. Odsunęła się od łóżka. Piotr spojrzał za nią. Wychodziła z sali wraz z drugą kobietą, prawdopodobnie także pielęgniarką. Robiły to w dziwnym pośpiechu, jakby pytanie je przeraziło.
– Co z dziećmi...? – powtórzył słabym głosem.
Został sam, nikt nie mógł mu udzielić odpowiedzi. Zamknął oczy i spróbował przywołać z pamięci obrazy ostatnich wydarzeń. Co się mogło stać? Dlaczego znalazł się w szpitalu? Czyżby miał jakiś wypadek? Wypadek samochodowy, wybuch gazu, napad... Rozważał różne ewentualności, jednak żadna nie przywołała wspomnień. Wszystkie wydawały się tak samo bezbarwne i obojętne. Nie dotyczyły go, a w każdym razie nie budziły najmniejszych emocji. Nabrał pewności, że chodzi o coś innego... Tylko o co?
Uniósł się na łokciach. Szpitalna sala zawirowała niebezpiecznie i ponownie osunął się na posłanie. Był za słaby, żeby wstać.
Z korytarza dobiegł głośny stukot obcasów.
– Panie doktorze, obudził się... ten z czwórki się obudził – usłyszał. Mógł się mylić, ale odniósł wrażenie, że chodzi o niego. Głos należał do pielęgniarki, którą zobaczył, gdy otworzył oczy.
– To dobrze. Już pytali o niego...
Pytali...? – zdziwił się, ale nim zdążył rozważyć te słowa, pielęgniarka podsunęła odpowiedź.
– Policja? – spytała.
– Tak – odpowiedział lekarz. – Nasza mieścina stała się słynna, niech to szlag. Trąbią o niej chyba wszystkie stacje. Całe to bagno to teraz sprawa priorytetowa, w każdym razie tak długo, dopóki media nie znajdą sobie kolejnego ciepłego kąska.
Na chwilę zapadła cisza.
– Podobno ekipę do oględzin zbierali kilka godzin, a i tak kilku mniej odpornych zarzygało pół klatki schodowej. Po prostu rzeźnia – dodał mężczyzna.
Policja... rzeźnia... policja... rzeźnia... Piotr czuł, jak w jego gardle narasta krzyk. Czy chodziło o jego dzieci? Co się stało z jego dziećmi?! Pomyślał ze złością o pielęgniarce. Dlaczego ta tłusta krowa uciekła z pokoju, gdy zadał jej to pytanie? Zdrętwiał ze strachu. Lęk wypływał gdzieś z podświadomości, z głębi studni, na której dnie leżała pogrzebana prawda.
– Dlaczego nic nie pamiętam? – załkał głośno.
Zerwał z siebie kołdrę i zrzucił na podłogę. Prawą ręką zahaczył o jakąś rurkę. Dopiero teraz zauważył, że z jego lewej dłoni wystaje wenflon. Wyrwał go wściekle i odrzucił. Krótki ból, który poczuł, zaginął w świadomości przytłumiony widokiem strużki ciemnoczerwonej krwi wypływającej z rany. W tym widoku było coś bardzo znajomego. Coś, co wywołało dziwną falę przerażenia, przy której wcześniejszy strach wydawał się jedynie nic nieznaczącą obawą, dreszczem niepokoju.
Zaczął krzyczeć.
W drzwiach sali ukazał się lekarz. Spojrzał na pacjenta i jego twarz dziwnie zszarzała. Błyskawicznie podszedł do łóżka.
– Proszę się uspokoić – powiedział.
Położył dłoń na ramieniu Piotra, przyciskając go do pościeli.
– Siostro, do mnie! – zawołał.
Piotr wierzgał, próbując wyrwać się z uścisku. Kątem oka zarejestrował, że do sali wbiegły dwie pielęgniarki. Mógłby przysiąc, że miały zachlapane krwią fartuchy, ba, całe tonęły we krwi. Czerwone strugi spływały im po twarzach, kapiąc obficie na podłogę. Czarno-białą posadzkę przecięły purpurowe ślady chodaków.
– Środek uspokajający – polecił lekarz. – Szybko!
– Środek... – rzuciła niepewnie któraś z pielęgniarek, jakby to żądanie było zupełnie niezrozumiałe.
– Tak! Środek uspokajający! Ja też dałbym najchętniej skurwysynowi strychniny, ale nie zamierzam pójść siedzieć! A posadziliby mnie jak za człowieka.
Piotr nie próbował łowić sensu tej wymiany zdań. Patrzył na przytrzymującego go mężczyznę. On także ociekał krwią. Wypływała gdzieś spomiędzy jego rzadkich, siwiejących włosów i spłynąwszy po czole, rozlewała się po twarzy. Po chwili nowe potoki trysnęły z oczu, ochlapując wszystko dokoła. Z nosa lekarza, niczym z niedokręconego kranu, ciekły pojedyncze krople, padając wprost na twarz Piotra. Zalewały jego usta i nos, wciskając się w każdą dostępną szczelinę. Mężczyzna czuł miedziany posmak krwi, zalewała mu gardło, krztusił się nią.
Przestał krzyczeć, walczył o oddech.
– Co z tym zastrzykiem?! – wrzasnął lekarz.
Piotr obrócił nieznacznie głowę, by spojrzeć na pielęgniarki. Kobiety stały przy łóżku, spoglądając na niego z wyrzutem. W piersi jednej z nich tkwiło dwudziestopięciocentymetrowe ostrze kuchennego noża. Druga, ukryta nieco za nią, stała okrakiem i dopiero po kilku sekundach Piotr dostrzegł, że próbuje przytrzymać wnętrzności wypływające z rozciętego brzucha. Błyszczące jasne jelita, skąpane w czerwonej posoce, wyślizgiwały się z jej dłoni, układając się na podłodze w nieforemną piramidę niczym poskręcany sznur kiełbasek.
– Ja nie chciałem... – szepnął, niezrozumiale dla samego siebie.
Czego nie chciał? Co zrobił lub czego nie zrobił, że czuł się winny...?
Przeniósł wzrok z powrotem na lekarza i zamarł. Cała czerwień znikła. Wciskający go w łóżko mężczyzna był czysty, jakby nigdy nie zalewały go strużki krwi. Jego policzki zdobiły rumieńce, a na czole wystąpiła pulsująca żyła, ale Piotr nie dostrzegł nawet kropli krwi. Odwrócił głowę. Jedna z pielęgniarek ściskała jego prawy nadgarstek, druga trzymała w dłoni strzykawkę, gotowa wykorzystać każdą nadarzającą się okazję, by zrobić zastrzyk. Żadna z nich nie była ranna.
Zdezorientowany Piotr przestał się szarpać. Poczuł, jak w jego ciało wbija się igła, i zamknął oczy. To wszystko było tylko przywidzeniem, wytworem umęczonego umysłu. Koszmarem wydobytym z głębi niepamięci, spotęgowanym lękiem o dzieci.
– Co z nimi? – wychrypiał.
Czuł, jak zapada się w głąb łóżka, w głąb siebie. Spróbował jeszcze unieść powieki, ale okazały się stanowczo zbyt ciężkie. Uchyliły się jedynie, ukazując stojące nad nim rozkołysane trzy postacie. Niby etykieta wprawionej w ruch płyty gramofonowej, obracały się, stając się coraz mniej wyraźne i rozpoznawalne. Powoli wtapiały się w tło.

***


Dzwonił telefon.
Piotr wstał z wersalki, zsadzając z kolan trzyipółletniego Daniela. Chłopiec nie był tym zachwycony. Mocno ścisnął trzymaną w dłoni książkę i zmarszczył ledwie zarysowane jasne brwi.
– Tato, chcę się dowiedzieć, co zrobił Włóczykij! – zawołał.
Piotr przeciągnął ręką po jasnych włoskach syna, starając się go ułagodzić. Błękitne oczka malca wciąż wpatrywały się weń z wyrzutem. Dawały do zrozumienia, że mają przed sobą dorosłego zdrajcę, który nie potrafi dotrzymać słowa.
– Za chwilę dokończę – powiedział Piotr.
Obiecał Danielowi przeczytać kolejny rozdział i wiedział, że nie uda mu się od tego wykpić. Zresztą wcale nie zamierzał. Po prostu musiał odebrać telefon.
Rozległ się drugi dzwonek.
– Niech dzwoni. – Daniel pogardliwie wydął wargi. – Odbierzesz później. Jak przeczytasz.
– To może być mama.
Tym argumentem przechylił szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Dla mamy Daniel gotów był ustąpić. Rzecz jasna, pod warunkiem, że rozmowa nie potrwa zbyt długo. Albo że się do niej włączy... Ta ostatnia możliwość właśnie przyszła mu do głowy, bo uśmiechnął się i spytał:
– Będę mógł porozmawiać?
– Jasne.
Daniel odłożył książkę, a właściwie zrobił to na swój własny sposób, upuszczając ją na podłogę. Następnie cofnął się o krok, a potem przeszedł po niej, kierując się za ojcem w stronę telefonu.
Piotr pokręcił głową, ale nie powiedział nic. Wdając się w kolejną dyskusję, z pewnością nie zdążyłby odebrać. Zdecydował się upomnieć chłopca później. Dotarł do przedpokoju, gdy z pokoju obok dobiegł go głośny pisk. Obrzucił zrezygnowanym wzrokiem słuchawkę i uchylił drzwi.
– Co tu się dzieje? – spytał.
Na łóżku siedziały dwie dziewczynki, ciągnąc każda w swoją stronę szmacianą lalkę. Wydawało się, że zabawka za chwilę się rozerwie.
– Matylda jest moja!
– Dałaś mi ją w zeszłym tygodniu!
Rozległ się kolejny sygnał. Czwarty lub piąty – Piotr już nawet nie liczył.
– Czy możemy rozstrzygnąć to po tym, jak odbiorę? – rzucił.
– Nie – odpowiedziały razem dziewczynki.
Piotr westchnął i wszedł do pokoju córek. Starsza, Magda, niedawno skończyła dwanaście lat i gdyby spór miał rozstrzygnąć się samorzutnie, niewątpliwie byłaby w nim górą. Młodsza od niej o sześć lat Kaśka – długo dojrzewali do tego, by postarać się o kolejne dziecko – nie poddałaby się jednak tak łatwo. Z pewnością nie obeszłoby się bez pisków i poszturchiwań.
– A nie mogłybyście pobawić się każda swoją zabawką? Chyba nie brakuje lalek w tym domu? – Piotr wskazał dłonią niewielki regalik, na którym stało kilka tuzinów maskotek. Różnych kształtów i rozmiarów, od porcelanowych poprzez plastikowe do wykonanych z materiału. – Do wyboru, do koloru... To jak? Mogę odebrać?
– Nie – kolejna wspólna odpowiedź. Gdyby nie spora różnica wieku, siostry mogłyby uchodzić za bliźniaczki.
– Dała mi ją w zeszłym tygodniu – powtórzyła swoją wersję Kaśka, odgarniając z oczu kasztanowy kosmyk. W przeciwieństwie do siostry miała długie włosy, których końcówki nieznacznie się kręciły, tworząc wokół szyi i ramion kołnierz z loków. – Powiedziała, że jest już za stara, by się nią bawić.
– Nieprawda!
Piotr spojrzał na stanowiącą przedmiot sprzeczki zabawkę. Zwyczajna wypchana watą czy czymś podobnym szmaciana lala. Niespecjalnie ładna, a już na pewno niewarta całego tego zamieszania.
Telefon nie milkł. Ktokolwiek dzwonił, nie poddawał się łatwo.
– Naprawdę nie możesz oddać siostrze tego potworka? – spytał Magdy. – Masz całe mrowie o wiele ładniejszych lalek. Myślałem zresztą, że już wyrosłaś z takich zabaw...
Kaśka pociągnęła gwałtownie za szmaciankę, wyrywając ją z rąk siostry i w geście zwycięstwa pokazała Magdzie język. Piotr był przekonany, że zaraz dojdzie do przepychanek, ale starsza córka niespodziewanie ustąpiła. Skrzywiła się w dobrze znanym Piotrowi geście znaczącym: “zawsze stajesz po jej stronie” i zeskoczyła z łóżka.
– Odbierz w końcu – powiedziała, wymijając ojca i wychodząc z pokoju.
– Pogadamy za chwilę. – Piotr wymierzył palec w Kaśkę, dając jej do zrozumienia, że cała sprawa jeszcze się nie skończyła, i podniósł słuchawkę. – Słucham – rzucił.
– Piotr Gradowski?
Głos był nieco niewyraźny i poza tym obcy. Bez wątpienia nie należał do nikogo znajomego.
– Przy telefonie – potwierdził.
– Mąż Joanny Aleksandry Gradowskiej? – upewnił się rozmówca.
– Tak.
Ukłucie niepokoju spowodowało, że przebiegł go dreszcz. Nikt nie zaczyna tak rozmowy, tak urzędowo, chyba... chyba że ma do przekazania oficjalną wiadomość. Nieprzyjemną oficjalną wiadomość...
W słuchawce zaległa długa cisza.
– Słucham... – Piotr zacisnął dłoń na aparacie. Dopadły go naprawdę paskudne przeczucia.
– Spada na mnie przykry obowiązek... – zaczął niepewnie rozmówca; z każdym słowem włoski na rękach Piotra unosiły się coraz bardziej, stając niemal na baczność. Ten cholerny oficjalny ton. Pieprzony dobór słów jak z nekrologu. Ramiona mężczyzny pokryły się gęsią skórką – ...powiadomienia pana, że pańska żona uległa wypadkowi.
Minęła chwila, nim Piotr zdołał to z siebie wydusić:
– Czy ona żyje?
– Tak, jest w szpitalu, ale... – Rozmówca zawahał się i Piotr poczuł, jak uginają się pod nim nogi.
Z Joanną było źle, wiedział to. To dlatego ten mężczyzna krąży wokół tego, co powinien powiedzieć wprost, jak pies wokół jeża. Piotr zdusił ochotę krzyknięcia w słuchawkę, by zmusić rozmówcę do wykrztuszenia sedna informacji. Ta zabawa w ciuciubabkę była gorsza niż najpaskudniejsze wiadomości.
– Tak? – zapytał najspokojniej jak potrafił w tej sytuacji.
– Ale jej stan jest poważny. Odniosła szereg obrażeń.
Jasne – pomyślał z irytacją Piotr – inaczej nie trafiłaby do szpitala! Opanowała go dziwna złość. Zupełnie jakby człowiek po drugiej stronie był czemukolwiek winny. Gdyby rozmawiali twarzą w twarz, chyba nie opanowałby się i chwycił go za koszulę, marynarkę, cokolwiek i mocno potrząsnął.
– Jak bardzo poważny? – spytał zamiast tego. Spokojnym, rzeczowym tonem, który przerażał jego samego. Miał wrażenie, że usłyszał cudzy głos.
– To, niestety, pytanie do lekarzy, ja nie jestem w stanie udzielić na nie odpowiedzi.
Złość nie znikła. Wycofała się jednak, a na pierwszy plan wysunęła się myśl, że to wszystko stanowi jedynie koszmarny żart. Tak, to musiał być pieprzony żart. Jakiś dowcipniś o niewybrednym i pokręconym poczuciu humoru wybrał go sobie na ofiarę. Dowiedział się jakoś, że Aśka godzinę temu wyszła z domu, i teraz próbuje go nabrać. Przecież to niemożliwe, by miała wypadek, prowadziła świetnie, znacznie lepiej od niego.
Głos mówiący mu, by nie brał telefonu poważnie, tłukł się po głowie, ale Piotr zdawał sobie sprawę, że jest fałszywy. To nie mógł być żart ani pomyłka. Jego żonie naprawdę przydarzyło się coś złego i teraz musiał się skupić. Przezwyciężyć wrażenie, że to wszystko jest nierealne, i zebrać się do kupy.
– W szpitalu. Wie pan gdzie?
Mimowolnie rejestrował słowa mężczyzny. Starał się ich nie słuchać, wręcz odpychał je od siebie, ale i tak zapadały mu w pamięć. Nie potrafiłby się od nich uwolnić, nawet gdyby chciał. Głos rozsądku szeptał mu do ucha, że przecież musi słuchać, musi dowiedzieć się jak najwięcej.
– Niedługo przyjadę – szepnął.
W słuchawce rozległ się sygnał. Rozmowa dobiegła końca, mężczyzna się rozłączył. Piotr zawahał się, po czym również odłożył słuchawkę. Musiał jak najszybciej dostać się do szpitala. Jego rozmówca nie wiedział zbyt dużo albo zwyczajnie nie chciał być tym, który przekaże mu wszystkie złe wiadomości.
– Ja też chciałem porozmawiać z mamą! – zaprotestował żałośnie Daniel, widząc, że ojciec skończył rozmowę.
– To nie była mama – stwierdził Piotr.
– To chodźmy czytać...
– Nie teraz.
– To może pokolorujemy obrazki?
Daniel podbiegł do regału w dużym pokoju i przykląkł przy środkowej szafce. Właśnie tam, tuż nad dywanem, jedna z deseczek obracała się i chłopiec wykorzystywał kryjącą się za nią przestrzeń jako swoisty schowek.
Nim Piotr zdążył odpowiedzieć lub choćby zaprotestować przed chowaniem pod regał czegokolwiek – nie było to najczystsze miejsce, ale do Daniela nie trafiały w tym względzie żadne argumenty – w przedpokoju pojawiła się Magda. Wracała z kuchni i trzymała w dłoni szklankę mleka. Jej usta okalał biały ślad.
– Wcale nie dałam jej tej lalki! – stwierdziła oburzonym tonem. – Sama ją sobie wzięła. A teraz kłamie!
– Sama kłamiesz! – wrzasnęła Kaśka z głębi pokoju. – Powiedziałaś, że nie jest ci już potrzebna!
Magda zrobiła gwałtownie dwa kroki, jakby zamierzała podbiec do siostry i utarczkę słowną zamienić w regularną bitwę na pięści, ale zamiast tego spojrzała wyczekująco na ojca. Chciała, by ten definitywnie rozstrzygnął spór.
Piotr bezradnie popatrzył na dzieci. Zobaczył, jak Magda porusza ustami, jednak jej kolejne słowa nie dotarły do niego. Ugrzęzły gdzieś po drodze, jakby nie dzieliło ich półtora metra, a co najmniej kilka kilometrów. Z tego dziwnego otępienia wyrwało go dopiero pojawienie się drugiej córki i jej podniesiony głos:
– Ty nie bawisz się już lalkami!
– No to co?! Ale ona jest moja.
Magda podeszła do siostry i chwyciła lalkę za nogę. Kaśka pisnęła głośno i dziewczynki zaczęły się szarpać.
– Spokój! – Piotr był zaskoczony własnym wybuchem. W tej chwili uwolniła się cała wściekłość, jaką czuł, rozmawiając przez telefon. Żałował, że nie może dorwać tego pieprzonego kłamcy i rozbić jego łba o ścianę. Przecież to niemożliwe, by Aśka...
Spokój przywrócił mu widok twarzy syna. Daniel, który zdążył się już pogodzić z faktem, że nie udało mu się porozmawiać z mamą, lecz wciąż był gotowy do pertraktacji w sprawie czytania książki, uniósł wzrok na ojca. W jego oczach czaił się strach. Przez chwilę ułożone w podkówkę usta malca drżały, a potem chłopiec rozpłakał się głośno.
Piotr ukląkł i objął syna. Daniel mocno wtulił się w jego ramiona. Wybuch ojca zaskoczył go i przeraził.
– Muszę wyjść – Piotr z trudem uwolnił się z uścisku. – Posiedzi z wami pani Helena. Zaraz po nią pójdę.
Przez głowę przemknęła mu myśl, że może powinien powiedzieć dzieciom o wypadku Joanny, jednak zdecydowanie ją odrzucił. Najpierw musiał dowiedzieć się, w jakim stanie jest żona. Nie chciał nikogo straszyć, a stwierdzenie: “mama miała wypadek, nie wiem co z nią” mogłoby im tylko niepotrzebnie napędzić strachu. Przecież być może nic się nie stało. Może skończyło się na złamaniu nogi lub ręki albo nawet na kilku siniakach, na tyle jednak paskudnych, by lekarze chcieli je obejrzeć.
Okłamujesz sam siebie – ten głos podświadomości, a może jakiejś części sumienia, która nie znosiła kompromisów ani udawania, zmroził go. Potrzebował kłamstwa, jeszcze nie dla dzieci, na razie by samemu nie zwariować z troski o los żony.
– Miałeś mi poczytać. Chcę wiedzieć, co zrobił Włóczykij! – protest Daniela wyrwał go z odrętwienia.
– Pani Helena ci poczyta. Jeśli tylko ją ładnie poprosisz.
– Ja nie chcę. Chcę, żebyś ty mi czytał!
Piotr pokręcił głową.
– Muszę wyjść – powtórzył. – Postaram się wrócić jak najszybciej, a teraz posiedzi z wami pani Helena.
Magda spojrzała na ojca z dezaprobatą.
– Dlaczego ona? Nie lubię kiedy z nami zostaje. Zawsze wypytuje się...
– Nie interesuje mnie to – przerwał Piotr. – Nie masz jej lubić, tylko się jej słuchać! – Zorientował się, że jest zbyt szorstki, więc dodał łagodniej: – Nie mogę zostawić was samych, a zwłaszcza Daniela. Dlatego zajmie się wami pani Helena. Macie być grzeczni i robić, co ona wam każe. Żebym nie słyszał później żadnych skarg. Pamiętajcie, ona tu dowodzi, gdy nie ma mnie... albo mamy – dokończył nieco ciszej.
Nie czekając na dalsze protesty, które jak zwykle musiałyby nastąpić, otworzył drzwi wejściowe i wyszedł na klatkę schodową. Pani Helena, a właściwie Helena Jarzębska, mieszkała obok. Była wesołą starszą kobietą, faktycznie może nieco zbyt ciekawską, ale był to grzech typowy dla jej wieku. W każdym razie Piotr niezmiernie cieszył się, że ma taką sąsiadkę. Była zawsze gotowa do pomocy i nigdy nie odmawiała, gdy została poproszona o zajęcie się dziećmi. Wprost przeciwnie, sama często to proponowała. Nie mówiła dużo o sobie, ale Piotr wiedział, że jej jedyny syn jeszcze w latach osiemdziesiątych wyemigrował do Stanów Zjednoczonych. Rzadko dzwonił i prawie wcale jej nie odwiedzał. Samotna staruszka z radością włączała się w życie rodzinne, nawet jeśli nie była to jej rodzina.
Piotr podszedł do drzwi mieszkania sąsiadki i zapukał. Zawsze to wystarczało. Helena miała dobry słuch, mężczyzna podejrzewał, że znacznie lepszy od niego. A może po prostu całe dnie spędzała na wsłuchiwaniu się w odgłosy bloku? Nawet jeśli inni twierdzili, że to wścibskość, on raczej przypisywał to osamotnieniu.
Staruszka nie otworzyła.
Piotr zapukał raz jeszcze, a potem dla pewności nacisnął dzwonek. Jego dźwięk wyraźnie dobiegał nawet przez zamknięte drzwi. Tego nie mogła przegapić. Najprawdopodobniej wyszła.
– Psiamać! – zaklął pod nosem.
Zupełnie nie wiedział, co ma teraz robić. Sądził, że sąsiadka wyszła do sklepu i powinna niedługo wrócić, nie mógł jednak wykluczyć innych możliwości. Mogła pójść do lekarza albo pojechać na cmentarz na grób męża, możliwości było sporo. Czy powinien chwilę poczekać?
“Odniosła szereg obrażeń”, przypomniał sobie słowa mężczyzny. Nie, nie będzie czekać, musi jak najszybciej znaleźć się w szpitalu. Niepokój o stan żony zabijał go.
Wrócił do mieszkania.
– Nie ma pani Heleny – powiedział. – Ubierajcie się, jedziemy wszyscy.
Przez chwilę rozważał możliwość zostawienia Daniela pod opieką dziewczynek. Były już dość duże, zwłaszcza Magda, i powinny dać sobie radę, wolał jednak nie ryzykować. Aśka na pewno by tego nie pochwaliła, a on nie wiedział, czy zdołałby skłamać, gdyby zapytała, z kim zostawił dzieci.
– Dokąd? – zaciekawiła się Kaśka.
Lalka, o którą rozgorzała niedawna kłótnia, leżała niedbale porzucona na regale i dziewczynka nie wydawała się nią w najmniejszym stopniu zainteresowana. Typowe – pomyślał Piotr i prawie się uśmiechnął. Choć dzieliła je duża różnica wieku, Magda i Kaśka od zawsze chciały się bawić jednocześnie tymi samymi zabawkami... i równie jednocześnie traciły na to ochotę, gdy jedna z nich odkrywała coś nowego.
– Dokąd jedziemy? – powtórzyła pytanie siostry Magda, gdy ojciec dłuższą chwilę nie odpowiadał.
Piotr nieświadomie skrzywił się. Jeśli dzieci miały pojechać z nim, nie mógł dłużej utrzymywać ich w niewiedzy. Nie chciał też niepotrzebnie (o, daj Boże, by naprawdę niepotrzebnie) ich straszyć.
– Do mamy – stwierdził wolno, jednocześnie zastanawiając się, ile powinien im powiedzieć.
– Hura, do mamy! – krzyknął niespodziewanie Daniel.
Mimo że chłopiec sprawiał wrażenie, że go nie słucha i jest w najwyższym stopniu zaabsorbowany tworzeniem budowli z książek, poukładanych jedna na drugiej, natychmiast zerwał się na równe nogi. Potrącona konstrukcja zachwiała się, po czym rozpadła w bezładną kupkę kolorowych książeczek.
– Chodźcie tu wszyscy. – Piotr przykląkł i usadził na kolanie syna. – Muszę wam coś powiedzieć.
Magda i Kaśka podeszły do niego. W oczach młodszej córki Piotr dostrzegł jedynie ciekawość, jednak w postawie Magdy było widać delikatne oznaki niepokoju. Zupełnie jakby wyczuwała coś, co umknęło jej rodzeństwu.
– Czy coś się stało? – spytała z wahaniem.
Mężczyzna skinął głową. Musiał opowiedzieć wszystko od początku, inaczej trudno byłoby mu to im przekazać.
– Ten telefon... – zaczął niepewnie – ten, który odebrałem... to była wiadomość, że mama miała wypadek.
– Mama pojechała po zakupy – przerwał Daniel, zanim Piotr zdążył uspokoić córki, że z ich matką wszystko jest w porządku, a w każdym razie, że żyje. Wiedział przecież tylko tyle.
– Czy...? – Magda zdołała wykrztusić tylko to jedno słowo.
– Mama jest w szpitalu – wyjaśnił. – Na pewno nic jej nie będzie, przecież opiekują się nią lekarze. Musimy jednak tam pojechać i ją zobaczyć.
– I nie powiedziałeś nam o tym od razu! – krzyknęła Magda. W jej oczach lśniły łzy.
Piotr nawet nie próbował się bronić. Wszystko ułożyło się nie po jego myśli. Gdyby zastał panią Helenę, powiedziałby dzieciom o wypadku dopiero po powrocie ze szpitala. Wiedziałby już wtedy na czym stoi i jak przedstawić sytuację, by wydawała się mniej poważna niż w rzeczywistości.
“Odniosła szereg obrażeń...”.
Wzdrygnął się, jakby chciał wytrząsnąć z siebie echo tamtego głosu. Miał tylko nadzieję, że nie popełnia błędu, zabierając dzieci do szpitala. Wyobraził sobie nieprzytomną Joannę podpiętą do tej całej aparatury, którą pokazują czasem w telewizji. Ten widok na pewno nie wpłynąłby korzystnie na dzieci. Nie miał jednak wyboru, teraz powiedział im już wszystko – albo prawie wszystko – i wiedział, że nie odwiódłby córek od pojechania z nim. Pozostawało mu tylko modlić się, by stan ich matki był względnie dobry. Przeklął w duchu swoją niewiedzę. Co niby, do cholery, oznaczały słowa: “stan jest poważny”? Poważne było zarówno skomplikowane złamanie biodra, jak i śpiączka pourazowa. W obu przypadkach nie było dobrze, ale między tymi przypadkami zachodziła kolosalna różnica.
– Córeczko, ubieraj się – zwrócił się do Magdy.
– Ale mama... Nic jej nie będzie, prawda? – Dziewczynka jakby go nie słyszała.
– Jasne. – Spróbował się uśmiechnąć, ale zdawał sobie sprawę z niemożliwości ułożenia ust w tym grymasie. – Wasza mama jest twarda. To pewnie tylko kilka siniaków.
– Takich jak ten? – zainteresował się Daniel, podwijając nogawkę i ukazując wszystkim ciemny siniak wielkości pięciozłotówki, usytuowany mniej więcej w połowie lewej goleni.
– Może nawet większych. – Piotr zmierzwił synowi włosy.
– Przewróciłem się na schodach – dodał tryumfalnie chłopiec, jakby przechwalał się orderem przyznanym na polu walki.
Do Daniela powaga sytuacji jeszcze nie dotarła. Owszem, rozumiał pojęcia “wypadek” i “szpital”, ale nie dopuszczał do siebie myśli, że któremuś z jego rodziców mogłoby się zdarzyć coś naprawdę poważnego. Przecież byli wieczni, najmądrzejsi i niezniszczalni. Piotr zazdrościł synkowi tej pewności. Wiedział, że nie ma jej już starsza o trzy lata Kaśka. Trzy lata. Niby tak niewiele, ale gdzieś po drodze dowiedziała się tego, że nikt nie jest nieśmiertelny.
Piotr zgarnął z wieszaka rzeczy syna. Kończył się styczeń i choć temperatura oscylowała koło zera, a śnieg, nie tak dawno zalegający grubą warstwą podwórka, zdążył już stopnieć, to wciąż ubieranie chłopca stanowiło skomplikowany rytuał, w którym ważną rolę odgrywały nie tylko poszczególne części garderoby, ale też kolejność ich wkładania. Czapka przed szalikiem, rękawiczki przed czapką; próba wszelkich zmian w raz przyjętej ceremonii nieodmiennie kończyła się głośnym protestem lub nawet płaczem.
– Ubierajcie się – raz jeszcze ponaglił córki i zabrał się za zakładanie Danielowi ocieplanych spodni.
Kiedy wszyscy byli ubrani, Piotr sprawdził, czy kluczyki od samochodu nadal spoczywają w kieszeni kurtki, i wyszli z mieszkania. Mężczyzna na wszelki wypadek ponownie zapukał do drzwi pani Heleny, chociaż nawet gdyby niespodziewanie wróciła, pewnie miałby spory problem z przekonaniem dzieci, żeby zostały w domu.
Staruszka nie otworzyła, więc nie tracąc ani chwili, zeszli na dół. Był nieprzyjemny pochmurny dzień. Temperatura w południe nie przekroczyła dwóch stopni Celsjusza, a zaledwie przed kilkunastoma minutami przestał mżyć deszcz, w którym od czasu do czasu pojawiały się płatki śniegu. Piotr odkaszlnął, zaczerpnąwszy pierwszy haust zimnego powietrza, i ruszył w stronę samochodu. Jego biały opel stał przed blokiem, naprzeciwko klatki schodowej. Mężczyzna podziękował w duchu losowi, że właśnie dziś wrócił z firmy służbowym samochodem. Ich ford focus w tej chwili zapewne stał gdzieś rozbity. Piotr uzmysłowił sobie, że nie zapytał o okoliczności wypadku ani gdzie do niego doszło. Zresztą, jakie to miało znaczenie? Mimowolnie wzruszył ramionami. Otworzył drzwi, gestem zapraszając dzieci do środka.
– Nie mam gdzie usiąść – oznajmił Daniel.
Każde z dzieci – no, może oprócz Magdy, która była dość wysoka jak na swój wiek – powinno jechać w specjalnie do tego przystosowanym foteliku. Piotr obrzucił spojrzeniem blok. W piwnicy trzymali jeden stary fotelik. Mógłby posadzić w nim Daniela. Tyle że musiałby wrócić do mieszkania po klucze do piwnicy, a następnie znaleźć go wśród dziesiątków zmagazynowanych w niej rzeczy. To wszystko zajęłoby mu przynajmniej dziesięć minut, prawdopodobnie więcej. Nie zamierzał tracić tyle czasu.
– Pojedziesz jak dorosły – zwrócił się do syna. – Przypniemy cię pasami bez fotelika.
– Ale mam mówiła, że nie wolno jeździć bez fotelika – zaprotestował chłopiec.
– Dzisiaj wolno – stwierdził z przekonaniem Piotr. – Ale tylko dzisiaj.
Nie spodziewał się natknąć się na policję. Mógłby wtedy mówić o wyjątkowym pechu. Szpital był całkiem blisko, te półtora kilometra w sprzyjających warunkach – przy lepszej pogodzie – mogliby pokonać na piechotę. Jednak taki spacer z trzylatkiem nie był najlepszym pomysłem. Poza tym liczyła się każda minuta.
– A czy ja mogę jechać z przodu? – spytała Magda.
– Nie, wszyscy usiądziecie z tyłu. Daniel pośrodku. Poczekajcie, pomogę wam się zapiąć.
Szybko uwinął się z pasami i usiadł za kierownicą. Przed oczami stanęła mu twarz Joanny. Tak bardzo się o nią bał... Próbował przekonać sam siebie, że wszystko będzie dobrze, ale strach nie chciał zniknąć. Znacznie łatwiej przyszło mu uspokojenie dzieci. Wrzucił jedynkę i wyjechał na drogę. Za kilka, może kilkanaście minut wszystko miało się wyjaśnić.



Czytaj również

Pisarze recenzujący dzieła innych pisarzy
Rytuał - Mariusz Kaszyński
Z mroków Polski do świateł Hollywood
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.