» Fragmenty książek » Luna: Nów

Luna: Nów


wersja do druku

Luna: Nów

JEDEN

 

W białym pomieszczeniu na skraju Sinus Medii siedzi sześcioro nagich nastolatków. Trzy dziewczyny i trzech chłopaków. Skórę mają czarną, żółtą, brązową, białą. Drapią się po niej nieustannie i zawzięcie. Spadek ciśnienia wysusza i powoduje swędzenie.

Pomieszczenie jest ciasne, jak beczka, w której ledwie da się stanąć. Młodziaki tłoczą się na ławeczkach, przyciskają do siebie udami, kolanami napierają na siedzących naprzeciwko. Nie ma gdzie podziać wzroku, nie ma na co patrzeć poza sobą nawzajem, oni jednak unikają kontaktu wzrokowego. Są zbyt blisko i zbyt obnażeni. Każde oddycha przez przezroczystą maskę. Tlen posykuje, gdy komuś nie trzyma uszczelka. Na drzwiczkach śluzy tuż pod oknem jest barometr. Pokazuje piętnaście kilopaskali. Obniżenie ciśnienia do tego poziomu trwało godzinę.

Jednakże na zewnątrz jest próżnia.

Lucasinho pochyla się i raz jeszcze patrzy przez małe okienko. Drugą śluzę widać bez problemu, droga do niej jest prosta i bez przeszkód. Słońce stoi nisko, cienie są długie i intensywne, zwrócone ku niemu. Czarniejsze na czarnym regolicie mogą skrywać wiele zdradzieckich niespodzianek. Temperatura powierzchni wynosi 120 stopni, ostrzegał go chowaniec. Jak bieg po ogniu.

Bieg po ogniu, bieg po lodzie.

Siedem kilopaskali. Lucasinho czuje się opuchnięty, skórę ma napiętą i jakby brudną. Gdy ciśnienie spadnie do pięciu, otworzy się śluza. Lucasinho żałuje, że nie ma nad sobą chowańca. Jinji spowolniłby rozkołatane serce, uspokoił drgający mięsień w prawym udzie. Zerka w oczy dziewczynie naprzeciwko. Jest z rodziny Asamoah; obok siedzi jej starszy brat. Palce kręcą amuletem adinkra na szyi. Chowaniec musiał ją ostrzegać. Na zewnątrz taki metal może się przyspawać do skóry. Możliwe, że ona już zawsze będzie nosić bliznę w kształcie znaku Gye Nyame. Rzuca mu zdawkowy półuśmiech. Mimo obecności sześciorga nagich atrakcyjnych nastolatków przyciśniętych do siebie udami w komorze panuje całkowita seksualna próżnia. Wszystkie myśli zwrócone są ku temu, co czeka za drzwiami śluzy. Dwoje Asamoah, dziewczyna Sun, dziewczyna Mackenzie, przestraszony chłopak Woroncow z hiperwentylacją oraz Lucasinho Alves Mão de Ferro Arena de Corta. Bzykał się z nimi wszystkimi oprócz dziewczyny Mackenzie. Cortowie i Mackenzie się ze sobą nie zadają. I oprócz Abeny Maanu Asamoah, bo jej doskonałość go onieśmiela. Za to jej brat... brat obciąga najlepiej na świecie.

Dwadzieścia metrów. Piętnaście sekund. Jinji wypalił mu te liczby w mózgu. Odległość do drugiej śluzy. Czas, przez który nagie ciało człowieka może przetrwać w wysokiej próżni. Po piętnastu sekundach – utrata przytomności. Po trzydziestu – nieodwracalne obrażenia. Dwadzieścia metrów. Dziesięć kroków.

Lucasinho uśmiecha się do pięknej Abeny Asamoah. Wtem błyska czerwone światło. Zrywa się na nogi, zanim śluza się do końca otworzy. Ostatnie sapnięcie ciśnienia wyrzuca go na Sinus Medii.

Raz. Prawa stopa dotyka regolitu i z głowy znikają wszystkie myśli. Oczy pieką. Płuca palą. Rozrywa go.

Dwa. Wydech. Wypuść powietrze. Zero ciśnienia w płucach, pouczał Jinji. Nie, nie można, to śmierć. Wydech, inaczej płuca ci eksplodują. Stopa opada.

Trzy. Wypuszcza powietrze, które zamarza mu na twarzy. Woda na języku, łzy w kącikach oczu się wygotowują.

Cztery. Abena Asamoah wyrywa się przed niego. Skórę ma szarą od szronu.

Pięć. Oczy zamarzają. Nie odważa się mrugać, żeby powieki nie przymarzły. Mrugniesz, jesteś ślepy, jesteś ślepy, to już nie żyjesz. Wbija wzrok w śluzę obramowaną niebieskimi światełkami. Mija go chudzielec Woroncow, pędzi jak opętany.

Sześć. Serce panikuje, walczy, płonie. Abena Asamoah rzuca się do śluzy, ogląda za siebie, jednocześnie sięgając po maskę. Nagle wytrzeszcza oczy, widząc coś za plecami Lucasinho. Otwiera usta w niemym krzyku.

Siedem. Ogląda się. Kojo Asamoah przewrócił się, toczy się, koziołkuje. Kojo Asamoah topi się w księżycowym oceanie.

Osiem. Lucasinho wyciąga ręce i powstrzymuje jego pęd.

Dziewięć. Kojo Asamoah usiłuje wstać na nogi, ale jest ślepy, pył przymarzł mu do powiek. Wymachuje rękami, rzuca się naprzód, potyka. Lucasinho łapie go za rękę. Podnoś się! Podnoś!

Dziesięć. Czerwień pulsuje w oczach: tunel światła i świadomości wycelowany w krąg śluzy wejściowej. Tunel zamykający się z każdym pulsem czerwieni w rozpadającym się mózgu. Wdech! – wrzeszczą płuca. Wdech! Podnoś się. Podnoś. W śluzie pełno ramion i twarzy. Lucasinho rzuca się ku nim. Krew mu kipi. W żyłach wrze gaz, każdy bąbelek jak rozżarzona do białości kulka z łożyska. Traci siły. Mózg mu umiera, ale ramienia Kojo nie puszcza, ciągnie je, holuje chłopaka, udręczony, rozpalony. Czuje wstrząs, słyszy pisk błyskawicznie rosnącego ciśnienia.

W skurczonym polu widzenia ma plątaninę kończyn, skóry, tyłków, brzuchów, ociekających skroploną parą i potem. Słyszy, jak sapnięcia zamieniają się w śmiechy, szlochy w obłąkańcze chichoty. Ciała dygocą ze śmiechu. Zrobiliśmy Księżycowy Bieg. Pokonaliśmy Panią Lunę.

Kolejny przebłysk: czerwony kleks na środkowej linii drzwi śluzy, dziwny odcień czerwieni na białym tle. Wbija w to wzrok, w czerwoną tarczę, co skupia całą jego świadomość na linii pomiędzy nią a nim. A gdy świadomość osuwa się w ciemność, dociera do niego, co to takiego. Krew. Zewnętrzne drzwi śluzy przytrzasnęły Kojo duży palec lewej nogi, zmieniając go w krwawą miazgę.

Robi się ciemno.

 

***

 

Skrzydlata kobieta szybuje wysoko w prądzie termicznym. Poranne światło barwi ją na złoto. Ociera się o sam dach świata, po czym wygina plecy, podkurcza ramiona, macha stopami i spada lotem nurkowym niczym jaskółka. Sto, dwieście metrów w dół, czarna kropka, która wypadła ze sztucznego świtu, mija fabryki i mieszkania, okna i balkony, kolejki linowe i windy, kładki i mostki. W ostatniej chwili napina palce, rozpościera lotki z nanowłókien i wyrównuje lot. I znów w górę, wysoko, błyskając skrzydłami w coraz jaśniejszym blasku. Trzy machnięcia skrzydłami i jest kilometr w górze, jak złoty pyłek na tle monumentalnego kanionu Kwadry Oriona.

– Pizda jedna – mruczy Marina Calzaghe.

Nienawidzi wolności latającej kobiety, jej wysportowania, idealnej skóry i napiętego ciała gimnastyczki. A najbardziej tego, że tamtą stać na marnowanie oddechów na rozrywki, podczas gdy Marina musi walczyć o każdy wdech. Musiała sobie przykręcić odruch oddychania. Czib na gałce ocznej pokazuje narastający dług tlenowy. Każde napełnienie płuc kosztuje. Ma debet w banku powietrza. Pamięta to uczucie paniki, gdy po raz pierwszy próbowała usunąć czib z oka. Nie dawało się. Dźgnęła go palcem. Trzymał się gałki ocznej jak przyklejony.

– Wszyscy to noszą – powiedział pracownik Działu Aklimatyzacji i Przeszkolenia LDC. – Od zieluniaka, co świeżo wysiadł z cyklera, aż po samego Orła.

Paski stanu Czterech Żywiołów się obudziły: woda, przestrzeń, dane, powietrze – stany czterech kont. Od tego momentu mierzyły i kasowały za każdy łyk, każdy krok, każdy sen, każdą myśl i każdy wdech.

Kiedy dociera do szczytu schodów, już kręci jej się w głowie. Opiera się o niską poręcz i z trudem łapie oddech. Przed nią przerażająca zatłoczona pustka rozświetlona tysiącami świateł. Kwadry Południka sięgają na kilometr w głąb i obowiązuje w nich odwrócony porządek społeczny: bogaci na dole, biedni na górze. Gołą powierzchnię Księżyca bombarduje ultrafiolet, promienie kosmiczne, naładowane cząstki z rozbłysków słonecznych. Parę metrów księżycowego regolitu z łatwością pochłania to promieniowanie, ale wysokoenergetyczne promieniowanie wzbudza kaskadę fajerwerków cząstek wtórnych, które mogą uszkadzać ludzkie DNA. Dlatego habitaty wkopują się głęboko, a obywatele mieszkają pod powierzchnią najdalej, jak się da. Powyżej Mariny Calzaghe znajdują się tylko poziomy przemysłowe, a one są prawie całkowicie zautomatyzowane.

O sztuczne niebo obija się uwięziony srebrny dziecięcy balon.

Marina Calzaghe zamierza sprzedać zawartość swojego pęcherza. Sikupiec kiwnięciem głowy zaprasza do kabiny. Mocz jest skąpy, ochrowy, z osadem. Co to, krew? Sikupiec wycenia minerały i substancje organiczne, i płaci. Marina przerzuca środki na konto sieci. Oddech można ­przykręcić, spiracić wodę, jedzenie wykombinować, ale transferu sieciowego się nie wyżebrze. Hetty, jej chowanka, kondensuje się z obłoczka pikseli nad lewym ramieniem. Prosta darmowa skórka, lecz dzięki niej Marina Calzaghe jest z powrotem w sieci.

„Następnym razem”, szepcze, wchodząc z powrotem na górę, do łapacza wilgoci. „Następnym razem, Blake, przyniosę leki”.

Ostatnie kilka kroków pokonuje na czworakach. Siatka była drogocenną zdobyczą, zgarnęła ją i ukryła, zanim zrecyklowały ją boty sprzątające Zabbalinów. Zasada jest starożytna i niezawodna. Plastikowa siateczka rozpięta między belkami. Ciepłe wilgotne powietrze unosi się i w chłodzie sztucznej nocy tworzy nietrwałe chmury pierzaste. Para skrapla się na drobnej siatce i ścieka po włóknach do pojemnika. Łyk dla niej, łyczek dla Blake’a.

Ktoś jest przy siatce. Wysoki, po księżycowemu chudy facet pije z jej pojemnika.

– Oddawaj!

Zerka na nią i osusza pojemnik.

– To nie twoje!

Marina ciągle ma ziemskie mięśnie. Załatwi go nawet bez powietrza w płucach, tego chudego, bladego, księżycowego chudzielca.

– Won stąd. To moje.

– Już nie. – Ma nóż w ręce. Na nóż nic nie poradzi. – Jeszcze raz cię tu zobaczę albo zobaczę, że coś ubyło, to cię potnę i sprzedam.

Nic się nie da zrobić. Nic nie zmienią czyny, słowa, groźby ani genialne pomysły. Facet z nożem ją zmiażdżył. Może tylko wycofać się chyłkiem. Każdy krok i każdy szczebel brzmi hańbą. Na galeryjce, z której patrzyła na fruwającą kobietę, pada na kolana i rzyga z wściekłości. Bezskutecznie, sucho, bezowocnie. Nie zostało w niej ani krzty wilgoci, ani krzty pokarmu.

Na dnie na Księżycu. Na dnie, czyli na górze.

 

***

 

Lucasinho się budzi. Nad twarzą ma przejrzystą osłonę, tak blisko, że zachodzi parą od oddechu. Panikuje, unosi ręce, żeby zedrzeć z siebie tę klaustrofobiczną rzecz. Po czaszce rozlewa się mroczne ciepło, po potylicy, spływa ramionami, tułowiem. Koniec paniki. Sen. Ostatnią rzeczą, jaką widzi, jest jakaś postać w nogach łóżka. Wie, że to nie duch, bo na Księżycu nie ma duchów. Jego skały je odpychają, a promieniowanie i próżnia rozpraszają. Duchy to kruche istoty, utkane z pary, cieni i westchnień. Jednakże postać wygląda właśnie jak duch, szara, ze splecionymi rękoma.

Madrinha Flavia?

Duch unosi wzrok i się uśmiecha.

 

***

 

Pan Bóg nie skarze kobiety, która dopuszcza się kradzieży z desperacji. Marina codziennie w drodze od sikupca mija uliczną świątynkę: ikonę Matki Boskiej Kazańskiej ozdobioną gwiazdozbiorem pulsujących biolampek. W każdej z tych galaretowatych bryłek kryje się łyk wody. Szybko, z poczuciem winy, wtyka je do plecaka. Cztery da Blake’owi. Jemu ciągle chce się pić.

Zna go ledwo od dwóch tygodni, ale ma wrażenie, że to całe życie. Nędza wydłuża czas. I jest jak lawina. Jedno małe potknięcie porusza kamień, ten wykrusza kolejny i nagle wszystko leci, usuwa się spod nóg. Jedna zerwana umowa. Jeden dzień, kiedy agencja nie dzwoni. A maleńkie cyferki na skraju pola widzenia cały czas cykają. Uciekają, umykają. I już – wspinała się po drabinach, po schodkach, w górę ścian Kwadry Oriona. Przez plątaninę mostków i kładek, ponad mieszkalne uliczki, jeszcze wyżej, pomiędzy jeszcze bardziej strome schodki i drabinki (bo windy kosztują – dlatego na te najwyższe poziomy nie jeżdżą w ogóle), ku nadwieszonym nad Kwadrą kostkom i labiryntom Bairro Alto. Rzadkie powietrze pachniało tu fajerwerkami: surowym kamieniem spieczonym na szkło przez budowlane roboty. Kładki przeskakiwały niebezpiecznie pomiędzy kotarami służącymi jako drzwi kamiennych komórek, w których było tylko tyle światła, ile wpadło przez drzwi i okna bez szyb. Jeden mylny krok – i lecisz z wrzaskiem prosto w dół, pomiędzy neony Prospektu Gagarina.

Bairro Alto zmieniało się z każdą mijającą luną, a Marina zaszła daleko, zanim znalazła pokoik Blake’a. „Mieszkanie do podnajęcia, za udział w czynszu”, brzmiało ogłoszenie na południkowej tablicy.

– Nie zostanę długo – powiedziała, patrząc na jeden pokój z dwoma materacami z pianki pamięciowej, pustymi plastikowymi butelkami po wodzie i tackami po posiłkach.

– Nikt nie zostaje – odparł Blake.

Potem oczy wyszły mu z orbit i zgiął się w ataku chrypliwego jałowego kaszlu trzęsącego każdym żebrem i każdą kością jego wątłego szkieletu. Przez ten uporczywy kaszel Marina nie przespała nocy: trzy suche, jakby złośliwe kaszlnięcia. Potem trzy następne. I następne. I następne. Przez wiele kolejnych nocy nie dawało jej to spać. To była melodia Bairro Alto. Kaszel. Krzemica. Pył księżycowy zamienia płuca w kamień. Oprócz paraliżu – gruźlica. Fagi spokojnie sobie z nią radzą. Ale ludzie, którzy mieszkają w Bairro Alto, wydają całe pieniądze na wodę, powietrze i nocleg. Nawet najtańsze fagi to marzenie ściętej głowy.

Marina. Chowanka od tak dawna się do niej nie odzywała, że z zaskoczenia spada z drabiny. Masz ofertę pracy. Upadek z paru metrów w tutejszym zwariowanym ciążeniu to nic. Wciąż ma sny o lataniu – jest w nich nakręcanym ptakiem krążącym po orbicie w mechanicznym modelu Układu Słonecznego, który wiruje w kamiennej klatce.

– Biorę.

W cateringu.

– Może być w cateringu.

Wszystko może być. Przegląda umowę. Nisko się wyceniła, a i tak oferta ledwo spełnia warunki. Będzie z tego powietrze-woda-węgiel-sieć i niewiele poza tym. Płatność jest z góry. Będzie jej potrzebny nowy strój, prosto z drukarni. I kąpiel w bani. Sama czuje, jak śmierdzą jej włosy. Aha, jeszcze bilet na pociąg.

Za godzinę musi być na Dworcu Centralnym. Wymruguje podpis. Soczewka kontaktowa skanuje i przekazuje agencji wzorzec jej siatkówki. Chowańce nawiązują kontakt, na koncie lądują pieniądze. Radość taka, że aż boli. Magia i moc pieniędzy nie polegają na tym, co możesz sobie kupić, lecz na tym, kim pozwalają ci się stać. Pieniądz to wolność.

– Bierz to – rozkazuje. – Przywróć normalne parametry.

Duszność w płucach ustępuje od razu. Wydech jest przyjemnością. Wdech – rozkoszą. Marina rozkoszuje się aromatem Południka – elektryczności, prochu, ścieków i pleśni. A gdy dociera do punktu, w którym wdech powinien się kończyć, zostaje jeszcze miejsce. Zaciąga się głęboko.

Tylko czasu mało. Żeby zdążyć na pociąg, trzeba będzie pojechać zachodnią windą 83, to jest jednak w przeciwnym kierunku niż Blake. Winda czy Blake? Decyzja nie wymaga namysłu.

 

***

 

Lucasinho znów się budzi. Próbuje usiąść, ból przewraca go z powrotem na łóżko. Boli, jakby wszystkie mięśnie w ciele oderwano od kości czy stawów i nasypano w to miejsce tłuczonego szkła. Leży na łóżku opatulony w ciśnieniową skórę, taką samą, jaką włożyłby na normalny, bezpieczny, zwykły spacer po powierzchni. Może poruszać ramionami, dłońmi. Palce wędrują po ciele, inwentaryzując. Mięśnie brzucha jak pancerz, uda napięte i wyrzeźbione, tyłek fantastyczny w dotyku. Ubolewa, że nie może dotknąć własnej skóry. Trzeba się dowiedzieć, czy jest w porządku. Jest znany z tego, że ma piękną skórę.

– Gówniano się czuję. Nawet oczy mnie bolą. Dostaję jakieś dragi?

Bezpośrednia stymulacja receptorów opioidowych w twojej istocie szarej okołowodociągowej, odzywa się głos w głowie. Mogę to regulować.

– O, Jinji, wróciłeś!

Kamerdynerski, wyrafinowany sposób wyrażania się jego chowańca jest nie do pomylenia. Chowańce unikają wieloznaczności. Dostrzega chib w dolnym prawym rogu pola widzenia. Cortowie nie muszą patrzeć na te cyferki, ale cieszy się, że je widzi. Czib mówi, że żyje, jest przytomny, konsumuje.

– Gdzie ja jestem?

Jesteś w ośrodku medycznym Sanafil w Południku, mówi Jinji. Przeniesiono cię z komory hiperbarycznej do skafandra uciskowego. Przeszedłeś serię farmakologicznych śpiączek.

– Ile czasu? – Próbuje usiąść prosto. Ból rozdziera każdą kość i każdy staw. – Bo impreza?!

Jest przesunięta. Zaraz masz zaplanowaną kolejną śpiączkę farmakologiczną. Wcześniej odwiedzi cię ojciec.

Ze ścian wysuwają się białe przegubowe medyczne ramiona.

– Zaraz, czekaj. Widziałem Flavię.

Tak. Przyszła cię odwiedzić.

– Nic mu nie mów.

Nigdy nie rozumiał, czemu ojciec dokładnie w dzień jego szesnastych urodzin wygnał jego madrinhę, surogatkę, z Boa Vista. Za to wie, że jeśli Lucas Corta dowie się, że madrinha Flavia tu była, uderzy w nią z siłą stu złośliwości.

Nie powiem, mówi Jinji.

 

***

 

Trzeci raz budzi się Lucasinho. W nogach łóżka stoi ojciec. Jest tak niski, drobny, ciemny i udręczony, jak jego starszy brat potężny i radosny. Upozowany i wyglansowany ołówkowy wąsik i broda idealnie przystrzyżone, nic więcej; idealny, ale ciągle kontrolujący, czy zachowuje tę doskonałość; ubrania, paznokcie, włosy, wszystko nieskazitelne. Zimny, taksujący człowiek. Nad jego lewym barkiem chowaniec Toquinho, zawiły kłębek nut i skomplikowanych akordów, od czasu do czasu rozwijających się w na wpół słyszalną gitarę szepczącą bossa novę.

Lucas Corta klaszcze. Pięć dobitnych klaśnięć.

– Gratuluję. Jesteś teraz Biegaczem.

W rodzinie i poza nią wszyscy wiedzą, że Lucas Corta sam nigdy Biegu nie odbył. Ale powód jest tajemnicą, a Lucasinho słyszał, że ludzie, którzy w tym grzebią, ponoszą karę, i to dotkliwą.

– Zespół intensywnej opieki medycznej, okulistyka, laryngologia, komora hiperbaryczna, wypożyczenie powłoki uciskowej, tlen... – wylicza ojciec.

Lucasinho zeskakuje z łóżka. Medyczne boty zdjęły mu powłokę ciśnieniową. Wokół otwierają się białe ściany, automatyczne ramiona rozpościerają przed nim propozycje ubrań prosto z drukarki.

– Przejazd z Południka do João de Deus...

– To ja jestem w João de Deus?

– Zaraz masz być na przyjęciu. Powitanie bohatera. Postaraj się. I spróbuj chociaż przez pięć minut nikomu fiuta nie wsadzać. Są wszyscy. Nawet Ariel udało się na trochę odkleić od Sądu Claviusa.

Najpierw rzeczy najważniejsze. Metalowe ćwieki lądują w otworach w przemyślanych miejscach ciała – a każdy to symbol miłosnego zawodu. Jinji wyświetla mu własny obraz, żeby mógł uczesać loki do góry – morską falę lśniących grubych włosów w całej niskograwitacyjnej okazałości. Zabójcze kości policzkowe, a o brzuch można by tłuc kamienie. Jest wyższy od ojca. Cała jego generacja jest wyższa od swoich rodziców, drugiego pokolenia księżycowego. Przystojny jest, że szlag.

– On przeżyje – mówi Lucas.

– Kto? – Lucasinho waha się nad wyborem koszuli, decydując się w końcu na delikatny brązowy marglowy wzorek.

– Kojo Asamoah. Ma oparzenia drugiego stopnia dwudziestu procent powierzchni ciała, popękane pęcherzyki płucne i naczynia krwionośne, zmiany w mózgu. No i palec u nogi. Nic mu nie będzie. W Boa Vista czeka cała delegacja Asamoah z podziękowaniami dla ciebie.

Może będzie z nimi Abena Asamoah. Może będzie tak wdzięczna, że da mu się zerżnąć. Jasnobrązowe spodnie z dwucentymetrowymi mankietami i sześcioma zaszewkami. Zatrzaskuje klamrę paska. Skarpetki z pajęczego jedwabiu, dwukolorowe mokasyny. To impreza, więc wystarczy sportowa marynarka. Wybiera tweedową, maca kciukiem i palcem wskazującym kłujące włókna. Ze zwierząt, niedrukowane. Obłędnie drogi materiał.

– Mogłeś zginąć.

Wkładając marynarkę, Lucasinho zauważa znaczek w klapie: Dona Luna, patronka Księżycowych Biegów. I całego Księżyca: Pani Życia i Śmierci, Światła i Ciemności – jedna strona twarzy jak czarny anioł, druga to naga biała czaszka. Pani o dwóch twarzach. Pani Luna.

– I co by rodzina wtedy zrobiła?

Skąd ojciec wiedział, że wybierze marynarkę z tym znaczkiem w klapie? Ale wieszaki już chowają resztę ubrań w ścianach i dostrzega, że na każdej marynarce jest znaczek z Doną Luną.

– Na twoim miejscu bym go zostawił.

– Ale nie byłeś na moim miejscu – mówi Lucasinho.

Jinji wyświetla mu końcowy efekt jego decyzji. Elegancko, ale nieoficjalnie, nonszalancko, lecz z klasą i zgodnie z aktualnymi trendami, a obowiązują teraz europejskie lata pięćdziesiąte XX wieku. Lucasinho Corta uwielbia stroje i elegancję.

– Jestem gotowy na przyjęcie.

 

***

 

– Zatem pojedynek.

Słowa Ariel Corty niosą się dobitnie po sali. Publiczność eksploduje. Pozwany krzyczy: tak nie można! Jego pełnomocnik grzmi o naruszeniu procedur. Aplikanci Ariel – teraz, odkąd zapadła decyzja o pojedynku, są także sekundantami – błagają, proszą, krzyczą, że to szaleństwo, że zaszczytnik Alayouma ją potnie. Publiczność w ławkach szaleje. Sądowi dziennikarze zapychają całe pasmo materiałami na żywo.

Rutynowa porozwodowa ugoda w sprawie opieki nad dziećmi zamienia się w dramatyczny teatr. Ariel Corta jest czołową prawniczką od małżeństw, wiązania i rozwiązywania, w Południku, a więc i na całym Księżycu. Jej umowy nikah mają w szufladach członkowie każdego z Pięciu Smoków, wielkich księżycowych dynastii. Aranżuje małżeństwa, ustala rozwody, znajduje luki w opancerzonych tytanem nikah, negocjuje wykupy i ustala drakońskie alimenty. Sąd, publiczność, kibice, prasa i komentatorzy w sieciach społecznościowych, wszyscy mają niebotyczne oczekiwania co do sprawy Alyaoum kontra Filmus.

I Ariel Corta nie rozczarowuje. Zsuwa rękawiczki. Strząsa buty. Zrzuca sukienkę od Diora. Staje przed Sądem Claviusa w półprzejrzystych legginsach do pół łydki i sportowym topie. Poklepuje po plecach swojego zaszczytnika Isholę. Barczysty, okrągłogłowy Joruba, uprzejmy człowiek i brutalny wojownik. Najlepsi do pojedynków sądowych są właśnie zieluniacy, nowi imigranci, wciąż dysponujący ziemską masą mięśniową.

– Ishola, ja to załatwię.

Senhora, nie.

– Nawet mnie nie tknie.

Ariel podchodzi do trójki sędziów.

– Czy Wysoki Sąd wyraża sprzeciw wobec mojego wyzwania?

Sędzia Kuffuor i Ariel Corta mają długą wspólną historię, mentora i uczennicy. Pierwszego dnia na wydziale prawa powiedział jej, że prawo księżycowe opiera się na trzech filarach. Pierwszy: nie ma prawa karnego, jedynie cywilne – wszystko jest negocjowalne. Drugi: im mniej prawa, tym lepiej. Trzeci: sprytny ruch, zręczny postęp, niebotyczne ryzyko są równie pełnoprawnym narzędziem, jak logiczna argumentacja i umiejętność zadawania krzyżowych pytań.

– Pani mecenas, dobrze pani wie, że to jest Sąd Claviusa. Wszystko można tu poddać próbie, łącznie z samym sądem.

Ariel zaciska palce prawej dłoni i pochyla głowę przed sędziami. Odwraca się twarzą do zaszczytnika strony przeciwnej. Same mięśnie i blizny, weteran spraw rozstrzyganych w pojedynku sądowym, już ją zaprasza, żeby podeszła, żeby zeszła na arenę.

– Zatem walka.

Publiczność ryczy z radości.

– Do pierwszej krwi! – woła Heraldo Muñoz, adwokat Alyaouma.

– Nie ma mowy! – krzyczy Ariel Corta. – Na śmierć i życie albo wcale.

Jej zespół, jej zaszczytnik zrywają się na nogi. Sędzia Nagai Rieko próbuje przekrzyczeć wrzawę.

– Pani mecenas, ostrzegam panią, że...

Ariel Corta stoi w pozie do walki, potężna i spokojna jak oko cyklonu głosów. Reprezentanci strony pozwanej naradzają się, głowy pochylone, co rusz strzelają ku niej oczyma i wracają do szybkiej, prowadzonej półgłosem dyskusji.

– Za pozwoleniem Wysokiego Sądu. – Muñoz wstaje. – Pozwany wycofuje wniosek.

Cała sala rozpraw nr 3 wstrzymuje oddech.

– Zatem sąd orzeka na korzyść powoda – mówi sędzia Zhang. – Pozwanego obciążyć kosztami.

Sąd eksploduje trzeci raz, tym razem jeszcze głośniej. Ariel syci się podziwem. Ustawia się tak, żeby kamery widziały ją ze wszystkich stron. Wyciąga z torebki długi smukły tytanowy waporyzator, rozciąga go na pełną długość, odpala, zaciąga się i wypuszcza cienką smużkę białej mgiełki. Narzuca żakiet na jedno ramię, wiesza buty na palcu i wychodzi z sądu w rynsztunku bojowym. Oklaski, twarze, unoszące się nad nimi chmury chowańców: chłonie to wszystko. Każdy proces to spektakl.

 

***

 

Widok na zewnątrz kosztuje, ale dostęp do rozrywki kosztuje jeszcze drożej. Marina siada więc na najniższym poziomie, w środkowym rzędzie, i robi miny do dzieciaka, który zerka na nią pomiędzy oparciami. Z Południka do João de Deus jest tylko godzina szybkim pociągiem. Zabawianie dzieciaka wystarczy za rozrywkę. Marina pierwszy raz wyjeżdża z Południka. Jest na Księżycu. Jest na powierzchni Księżyca, pędzi po niej na magnetycznych szynach z prędkością tysiąca kilometrów na godzinę, nic nie widząc, zamknięta w metalowej rurze. Równiny, wzniesienia kraterów, doliny, skarpy. Wielkie góry i kratery. Wszystko to poza tym ciepłym, perfumowanym jaśminowo i malowanym pastelowo, pełnym ludzkich głosów wnętrzem. Wszystko to szare i zapylone. Wszystko pozbawione piękna. Nic nie traci.

Hetty ma cały czas dostęp do sieci, więc kiedy dziecku każą przestać przeszkadzać pani z tyłu, Marina zabija czas muzyką i zdjęciami. Siostra wrzuciła nowe zdjęcia rodzinne. Nowa siostrzenica i stary siostrzeniec. Szwagier Arun. Matka, na wózku, z wpiętymi w dłonie rurkami. Uśmiecha się. Marina jest zadowolona, że nie widzi pozbawionych powietrza gór i surowych pustych mórz. W porównaniu z bogactwem liści, łagodnym gołębim niebem, morzem tak intensywnie zielonym, że aż czuje się tę otchłań, Księżyc wygląda jak biała czaszka. A tak Marina może sobie w pociągu udawać, że jest na Ziemi i zaraz wysiądzie pomiędzy drzewa i wulkany amerykańskiego Północnego Zachodu.

We wtorek mama zaczyna nowy cykl. Kessie w życiu otwarcie nie poprosi o pieniądze, ale czuje się tę prośbę. To rachunki za leczenie mamy wygnały Marinę na Księżyc. Wielki boom na Księżycu! Wszyscy wyciągają ręce. Wszyscy w każdej sekundzie każdego dnia. Marina przełyka złość. To nie po księżycowemu. Gdyby każdy tu się zachowywał tak, jak się czuje, wieczorem w mieście byłyby same trupy.

Pociąg zwalnia, wjeżdżając do João de Deus. Pasażerowie zbierają rzeczy. Hetty każe zgłosić się do ochrony na peronie 6, skąd prywatny tramwaj zabierze ją na miejsce. Czuje drgnienie ekscytacji – po raz pierwszy pomyślała o tym, co się kryje na końcu tej prywatnej linii – Boa Vista, legendarny pałac-ogród rodu Corta.

 

***

 

Przed salą nr 3 zebrał się cały orszak. Ariel Corcie nigdy nie brakuje wielbicieli, natrętów, potencjalnych klientów i absztyfikantów wszelkiej płci. „Atrakcyjna” to pierwsze słowo, jakim ją ludzie określają. Cortowie nigdy nie byli szczególnie piękni, ale w Brazylii nie ma brzydkich ludzi i każde dziecko Adriany na swój sposób przykuwa oko wdziękiem. U Ariel liczy się postawa, nosi się dumnie i swobodnie, z zimną pewnością siebie. Przykuwa uwagę. Jej współpracownik Idris Irmak przepycha się wśród całusów i gratulacji.

– Mogłaś tam zginąć.

Nad głową Ariel roi się od kamerek wielkości owadów.

– Nie mogłam.

– Pociąłby cię.

– Tak myślisz?

Dłonie Ariel poruszają się i łapią Idrisa za przedramię. Zakłada mu dźwignię na łokieć. Drobny ruch i staw strzeli jak korek z butelki. Orszak traci dech. Kamery nurkują niżej, żeby mieć lepsze ujęcie. Sensacja. Sieci plotkarskie będą wzdychać przez parę dni. Puszcza. Idris potrząsa obolałą ręką. Wszystkie dzieci Cortów uczą się brazylijskiego jiu-jitsu. Adriana Corta uważa, że każde dziecko powinno znać jakąś sztukę walki, umieć grać na jakimś instrumencie, mówić w trzech językach, przeczytać roczne sprawozdanie i tańczyć tango.

– Pewnie, pociąłby mnie na plasterki. Myślisz, że bym ryzykowała, gdybym nie wiedziała, że Muñoz skapituluje?

Idris rozkłada dłonie. Wyjaśnij.

– Alyaoumowie byli klientami roku Mackenzie, póki Betake Alyaoum nie obraził Duncana Mackenziego, odmawiając ślubu z Tansy Mackenzie – mówi Ariel. Asysta spija jej słowa z ust. – Mackenzie wycofali poparcie. A bez niego? Gdyby Alyaoum mnie choć zadrapał, biorą na siebie vendettę Cortów, a nie mają za sobą domu Mackenzie. Nie mogli tego ryzykować. Cały czas parłam do tego sądowego pojedynku, wiedząc, że muszą ustąpić.

Zatrzymuje się w drzwiach pokoju adwokackiego i zwraca do swojej asysty:

– Wybaczcie. Mój siostrzeniec zaraz ma imprezę z okazji Księżycowego Biegu, a przecież nie mogę pójść tak ubrana.

 

***

 

W pokoju adwokackim czeka na nią sędzia Nagai z butelką dżinu z dziesięcioma ziołami.

– Jeszcze raz zrobisz taki numer w moim sądzie, a powiem zaszczytnikom, żeby ci wypruli flaki – mówi sędzia. Przysiadła na brzegu umywalki. Pokoje adwokackie są ciasne i duszne.

– Ale to byłoby ewidentne przekroczenie uprawnień – odpowiada Ariel.

Wrzuca swój służbowy kostium do recyklera. Podajnik połyka materiał i rozkłada go na surowce organiczne. Beijaflor, chowaniec Ariel, już wybrał dla niej suknię na przyjęcie – Balenciaga, sezon 1958, na ramiączkach, asymetryczna, drukowana w czarne kwiaty na ciemnoszarym tle.

– Sąd nie ochronił interesów strony umowy?

– Nie mogłabyś po prostu zająć się wydobyciem helu, jak twoi bracia?

– Nudni są, i ta ich robota, jak nie wiem. – Ariel całuje ją w oba policzki. – A Lucas to już w ogóle ma ujemne poczucie humoru. – Przypatruje się dżinowi. Podarunek od klienta. – Drukowany na zamówienie. Miły gest, bardzo.

Podsuwa butelkę sędzi Nagai. Ta kręci głową. Ariel robi sobie martini. Wytrawne, że aż warczy.

Rieko dotyka się palcem wskazującym między oczyma – umówiony gest oznaczający rozmowę bez chowańców. Ariel mrugnięciem wyłącza Beijaflora, ledwie widocznego kolibra, opalizujący obłoczek nieustannie zmieniający kolor, dopasowujący się do jej strojów. Znika i chowaniec Rieko, czysta kartka papieru nieustannie składająca się w nowe modele origami.

– Nie będę cię długo trzymać – mówi sędzia Nagai. – W dwóch zdaniach: być może nie wiesz, że należę do Pawilonu Białego Zająca.

– Jak to się mówi? Każdy, kto twierdzi, że jest członkiem Białego Zająca...

– ...ten nie jest – kończy sędzia. – Ale nie ma reguły bez wyjątków.

Ariel Corta wypija spory haust martini, wszystkie zmysły ma jednak wyczulone i pulsujące. Pawilon Białego Zająca, komitet doradców Księżycowych Orłów zamieszkuje przestrzeń między mitem a prawdą. Istnieje – to niemożliwe, żeby istniał. Ukrywa się na widoku. Jego członkowie to potwierdzają, to dementują pogłoski, że do niego należą. Ariel nie potrzebuje Beijaflora, żeby jej powiedział, że ma przyśpieszone tętno i oddech. Musi się bardzo skupić, żeby podniecenie nie rozfalowało jej martini w kieliszku.

– Ja jestem członkinią Białego Zająca – mówi sędzia. – Od pięciu lat. Co roku Białego Zająca opuszcza dwóch członków. I teraz właśnie ja kończę kadencję. Chciałabym nominować ciebie na swoje miejsce.

Ariel napina mięśnie brzucha. Fotel przy okrągłym stole, a ona tu stoi w bieliźnie.

– To dla mnie wielki zaszczyt. Ale muszę zapytać...

– Dlatego że jesteś niespotykanie uzdolnioną młodą kobietą. Oraz dlatego że Biały Zając jest świadomy, że pewne składowe Pięciu Smoków mają coraz większy wpływ na LDC, i chciałby ten wpływ zrównoważyć.

– Mackenzie.

Żadna rodzina tak otwarcie jak oni nie dąży do politycznej władzy. Adrian Mackenzie, najmłodszy syn Duncana, prezesa, jest oko Jonathona Kayode, Orła i szefa Lunar Development Corporation. Robert Mackenzie, patriarcha klanu, od dawna prowadzi kampanię na rzecz likwidacji LDC i pełnej księżycowej niepodległości, bez ojcowskiego nadzoru Ziemi. Księżyc jest nasz. Ariel zna polityczne argumenty, wie, kto jest graczem, ale nigdy się tym nie interesowała. Już sama praktyka w księżycowym prawie małżeńskim, jak w żadnym innym, jest chaotycznym labiryntem dozgonnych lojalności, syczących przez zęby uraz i odwiecznych konfliktów. Do spółki z polityką LDC to prawdziwa mieszanka wybuchowa. Ale stanowisko przybocznej Orła... Może nigdy nie zaznała na skórze dotyku księżycowego pyłu, ale jest Cortą, a Cortowie żywią się władzą, mocą i siłą.

– W kręgach władzy są osoby, które sądzą, że najwyższy czas, żeby Cor­towie dali sobie spokój z izolacją i stali się pełnoprawnymi uczestnikami księżycowej polityki.

Z całej rodziny Ariel jest najbliżej politycznych wpływów. Rafa, bu-hwaejang Corta Hélio, ma władzę ekonomiczną: Corta Hélio oświetla ziemską noc; Adriana, założycielka i matrona Corta Hélio, ma władzę moralną. Cortowie nie są jednak powszechnie szanowani przez starsze rody. Jako Piątego Smoka uważa się ich za dorobkiewiczów, przestępców, którzy przeszli na uczciwą stronę, uśmiechniętych morderców, kowbojów karioków. Cortowie wbiją ci nóż z uśmiechem. Z tym koniec – koniec kowbojów karioków i helowych helotów. Oto jest zaproszenie do stołu władzy. Oto zgoda, by Cortowie weszli w poczet wysokich rodów. Mamãe będzie prychać – komu potrzebna jest aprobata tych degeneratów, tych zgnuśniałych pasożytów? – ale ucieszy się w imieniu Ariel. Ariel zawsze miała świadomość, że nie jest ukochanym, wyróżnionym dzieckiem, lecz Adriana była dla niej ostra właśnie dlatego, że od córki oczekiwała więcej niż od synów.

– To jak, przyjmujesz? – pyta sędzia Nagai. – Już bym zlazła z tej umywalki.

– Oczywiście, że przyjmuję. Myślałaś, że co powiem?

– Mogłabyś najpierw to przemyśleć, przeanalizować – podsuwa sędzia.

– Ale po co? – Ariel autentycznie i otwarcie się dziwi, wytrzeszczając oczy. – Byłabym idiotką, gdybym tego nie przyjęła.

– Twoja rodzina też może mieć zdanie...

– Moja rodzina to ma takie zdanie, że powinnam tkwić w João de Deus i pocić się w skafandrze i w pyle. Dziękuję. – Unosi kieliszek z martini. – Moje zdrowie. Ariel Corta, Biały Zając.

Sędzia Nagai muska brew palcem wskazującym. „Można wrócić do świata monitoringu”. Ariel wymruguje z powrotem Beijaflora. Pojawia się chowaniec sędzi, Oko. Drukarka gra melodyjkę. Sukienka Balenciagi jest gotowa. Beijaflor już dopasowuje się do niej kolorystycznie.

 

***

 

Mała Luna Corta jest ubrana w sukienkę-bombkę drukowaną w piwonie. Jest biała, zebrana u dołu, w jaskrawokarmazynowe kwiaty. Pierre Cardin. Luna ma jednak osiem lat i męczą ją eleganckie stroje. Zrzuca z nóg buty i pędzi boso pomiędzy bambusami. Jej chowaniec to także Luna – limonkowozielona ćma Actias luna z wielkimi niebieskimi „oczami” na skrzydłach. „Ćmy luna są z Ameryki Północnej, nie Południowej, powtarzała jej babcia Adriana. „A w ogóle nie powinnaś nazywać chowańca tak samo jak siebie. Ludzie mogą nie wiedzieć, z kim rozmawiają”.

Motyle wyrywają się spod pokrywki i wirują Lunie nad głową, niebieskie, błękitne jak sztuczne niebo i wielkie jak jej dłoń. Dzieciaki Asamoah przyniosły je w pudełku na przyjęcie i wypuściły. Luna klaszcze z zachwytem w dłonie. W Boa Vista nigdy nie widziała żadnych zwierząt, bo babcia się ich brzydzi. Nie wpuści do Boa Vista niczego włochatego, łuskowatego ani skrzydlatego. Luna goni za wstęgą powoli trzepoczących skrzydłami motyli, biegnie nie po to, by je złapać; chce po prostu być swobodna i unosić się w powietrzu jak one. Powietrze faluje, bambus zaczyna szeleścić, niesie się dźwięk głosów, muzyka i zapach jedzenia. Mięso! Luna nie posiada się z radości. Rozkojarzona przez zapach grillowanego mięsa przeciska się między falującymi wysokimi łodygami bambusa. Za nią, pomiędzy olbrzymimi kamiennymi twarzami orixas, spływa powolny wodospad.

Trzy i pół miliarda lat temu magma wyrwała się z żywego serca Księżyca i zalała Mare Fecunditatis; powoli spłynęła w doliny, potworzyła wały i magmowe tunele. Potem serce Księżyca umarło, magma ostygła, a puste tunele po lawie zostały, zimne i ciemne niczym tajemne, skostniałe tętnice. W roku 2050 Adriana Corta zeszła takim szybem po linie, opuściwszy się z tunelu wywierconego przez jej geologów pod Morzem Obfitości. Jej latarka wydobyła z mroku cały ukryty świat – nienaruszony tunel magmowy mający sto metrów wysokości, sto szerokości i dwa kilometry długości. Pusty dziewiczy wszechświat, drogocenny jak geoda. „To jest to”, obwieściła Adriana Corta. „Właśnie tu powstanie moja dynastia”. W pięć lat jej maszyny zaaranżowały w środku ogród, wyrzeźbiły wielkie jak kwartały ulic twarze bogów umbandy, zorganizowały obieg wody oraz wypełniły pustą przestrzeń balkonami i mieszkaniami, altanami i galeryjkami. To właśnie jest Boa Vista, rezydencja rodziny Corta. Nawet teraz, w czasie imprezy, grunt drży – głęboko pod ścianami pracują wrębiarki, koparki i spiekarki, budujące pomieszczenia i robiące miejsce dla pokolenia Luny i kolejnych.

Dziś jest przyjęcie z okazji Księżycowego Biegu Lucasinho, zatem Boa Vista otworzyło swoje zielone serce dla księżycowego towarzystwa. Luca Corta lawiruje między amorami i madrinhs, rodziną i świtą, Asamoah i Sunami, Woroncowami, nawet Mackenzie oraz ludźmi nienależącymi do żadnego z wielkich rodów. Wysokie trzecie pokolenie i niskie, ­przysadziste pierwsze. Suknie, garnitury, mankiety i halki, wieczorowe rękawiczki, kolorowe buty. Tuzin kolorów skóry i oczu. Bogactwo i uroda. Przyjaciele i wrogowie. Luca Corta zna to od urodzenia, ten dźwięk spadającej wody, ten szmer sztucznego wiatru w bambusach i gałęziach. Nie zna innego świata. A w taki szczególny dzień jak dziś podaje się mięso.

Kucharze rozstawili elektryczne grille pod przewieszką dolnej wargi Oxuma. Nadziewają mięso na szpady i obracają je. Tłusty dym niesie się ku sztucznemu niebu, nastawionemu dzisiaj na pogodne błękitne popołudnie z przelotnymi chmurami. Słoneczne ziemskie popołudnie. Kelnerzy noszą między gośćmi wielkie tace mięsa na szpadach. Luna staje na drodze jednej z kelnerek.

– O, jaka piękna sukienka – mówi kelnerka bardzo kiepskim portugalskim. Jest niska, niewiele wyższa od Luny i kwadratowa. Za dużo się rusza jak na tutejsze ciążenie. Zieluniaczka, dopiero co wysiadła z cyklera. Jej chowaniec to tania skórka z przenikających się czworościanów.

– Dziękuję – mówi Luna, przechodząc na globo, uproszczony angielski służący za wspólny język. – Mnie też się podoba.

Kelnerka podsuwa Lunie tacę.

– Kurczak czy wołowina?

Luna bierze tłusty soczysty szaszłyk z wołowiny.

– Nie pobrudź sobie sukienki, jest taka piękna. – Ma akcent norte.

– Mnie się to nie zdarza – odpowiada Luna z ogromną powagą i oddala się, skacząc po kamiennej ścieżce obok strumienia i jednocześnie odgryzając drobnymi białymi ząbkami kęsy krwistej wołowiny.

Jest Lucasinho, elegancko wystrojony, w klapie ma Panią Lunę, a w ręku kieliszek z blue moon martini. Otaczają go towarzysze z Księżycowego Biegu. Luna poznaje jedną dziewczynę, Asamoah, i drugą, Sun. Sunowie i Asamoah zawsze byli jak członkowie rodziny. Łatwo też poznać dziwnego bladego chłopaka, Woroncowa. Jak wampir, myśli Luna. A ta dziewczyna to pewnie Mackenzie. Cała w złocie.

– Śliczne masz piegi – obwieszcza Luna, wciskając się w środek grupki wokół Lucasinha. Patrzy dziewczynie Mackenzie prosto w twarz.

Śmieją się z jej bezczelności, a Mackenzie najgłośniej.

– Luna – mówi Lucasinho. – Idź z tym mięsem gdzie indziej.

Wypowiada to jak żart, lecz Luna wie, o co chodzi. Jest na nią zły. Przeszkadza mu gadać z Abeną Asamoah. Pewnie chce ją namówić na seks. Co za nałogowiec! A pod nogami ma cały rządek odwróconych kieliszków. Nałogowiec i pijak.

– Po prostu mówię. – Cortowie mówią, co myślą. Luna wyciera usta wierzchem dłoni. Mięso, a teraz słyszy muzykę. – Ja też mam piegi!

Dotyka palcem swoich kortańsko-asamoańskich policzków i znów puszcza się biegiem. W poszukiwaniu muzyki przeskakuje po ułożonych w poprzek rzeki kamieniach. Rozchlapuje wodę, wzbijając opadającą powoli pianę. Goście gruchają, popiskują, usuwając się spod bryzgów, ale uśmiechają się. Luna wie, że jej urok wszystkich obezwładnia.

Tio Lucas!

Podbiega i obejmuje go za nogi. Kto ma być tak blisko muzyki, jak on? Rozmawia z tą imigrantką, która podawała jej mięso. Teraz ma tacę z niebieskimi koktajlami. Luna przerwała mu. Mierzwi jej ciemne kręcone włosy.

– Luna, coração, teraz leć. Dobrze? – Obraca ją delikatnym dotknięciem ramienia.

A odchodząc, słyszy jeszcze, jak mówi do kelnerki:

– Macie już nie podawać mojemu synowi alkoholu. Czy to jasne? Nie ma mowy, żeby się upił i zbłaźnił na oczach wszystkich. Prywatnie może sobie robić, co chce, ale nie może narażać dobrego imienia rodziny. Jeśli do końca dnia ktoś mu da choćby kropelkę, wszyscy, co do jednego, lądujecie w Bairro Alto. Będziecie żebrać o używany tlen i pić szczyny. Nic osobistego. Proszę to przekazać waszemu menedżerowi.

Luna uwielbia wujka Lucasa, to, jak umie zniżyć się do jej wzrostu, jego drobne gierki, sztuczki i żarty, które mają tylko dla siebie, choć czasami zdarza się, że jest wysoki i odległy, w innym świecie, twardym, zimnym i wrednym. Luna widzi blady strach w oczach imigrantki i strasznie jej szkoda tej kobiety.

Ręce łapią ją, unoszą wysoko, wyrzucają w powietrze.

– Hej, hej, anzinho!

I łapią ją, gdy opada, lekka jak piórko, z sukienką w piwonie zadartą aż na twarz. Rafa. Luna przywiera do ojca.

– No, skarbie, zgadnij, kto teraz przyjechał. Tia Ariel. Idziemy jej poszukać?

Rafa ściska Lunę za rękę, a ta z entuzjazmem kiwa głową.

 

***

 

Ariel Corta w zabójczej sukni wychodzi ze stacji, wkraczając do wielkiego ogrodu Boa Vis­ta. Warstwy sukienki od Balenciagi z roku 1958 polatują w ­księżycowym ciążeniu jak kwiatowe płatki. Przez tłum gości przechodzi szmer. Ariel Corta. Każdy słyszał o sprawie Alayoum kontra Filmus.

Luna rzuca się ku cioci. Ariel łapie ją w pół skoku i okręca, dziewczynka piszczy z radości. Teraz przychodzi jej madrinha, Mônica. Czułe uściski, całusy. Amanda Sun, żona Lucasa. Lousika Asamoah, matka Luny. Teraz Rafa: unosi siostrę wysoko, aż ta błaga, żeby uważał na suknię. Jego druga oko, Rachel Mackenzie, jest w Królowej Południa z synem Robsonem. Jej stopa nigdy nie postała w Boa Vista. Ariel cieszy się, że Rachel tu nie ma. Mają prawne porachunki, a Mackenzie są mściwi.

Potem sam księżycowy biegacz we własnej osobie. Przy ciotce jest niezręczny i skrępowany, nie to, co przy kumplach. Ariel kładzie na moment palec na jego plakietce z Doną Luną, prowadząc jego wzrok do identycznej na jej sukni: wyobraź sobie, jak biegnę po Księżycu, cała naga i oszroniona.

Teraz świta rodziny: Helen de Braga, dyrektor finansowy – postarzała się, odkąd Ariel ostatni raz odwiedziła Boa Vista – oraz stary, prosty jak trzcina Heitor Pereira, szef ochrony. Na sam koniec pojawia się Lucas. Całuje siostrę ciepło. Tylko ją jedną z rodzeństwa traktuje jak równą sobie. Szept: chce słówko na osobności. Ariel dłonią w rękawiczce zręcznie chwyta martini z mijającej ją tacy.

– I jak tam klimat w Południku? – pyta Lucas. – Jakoś ciągle nie mam czasu, żeby się tam wybrać.

Ariel wie, że brat uważa to za nielojalność, że wybrała prawo, a nie Corta Hélio.

– Wygląda na to, że jestem sławna. Chwilowo.

– Coś tam słyszałem. Plotki i pogłoski.

– Bardziej konkretne niż woda i tlen.

– Słyszałem jeszcze, że Piotrem i Pawłem przyjeżdża delegacja China Power Investment Corporation. Plotki mówią, że chcą się dogadać i kupić całą pięcioletnią produkcję Mackenzie Metals.

– Ja też coś podobnego słyszałam.

– I jeszcze, że Orzeł wyprawia dla nich fetę powitalną.

– Wyprawia. I tak, mam zaproszenie. – Ariel wie, że sieć informacyjna brata jest na tyle skuteczna, by donieść mu o kuluarowej rozmowie z sędzią Nagai.

– Zawsze miałaś talent do polityki towarzyskiej. Tego ci strasznie zazdroszczę.

– Nie wiem, Lucas, co masz na myśli, ale nie.

Lucas unosi dłonie w przepraszającym geście.

– Powtórzyłem ci tylko parę plotek.

Ariel śmieje się perliście, lecz Lucas to drapieżnik, Lucas to stal, Lucas ma ją w potrzasku. Wtem, w obłoku drobnego księżycowego pyłu, pojawia się wybawca.

 

***

 

Może trochę mięsa? Może soku? Lucas osaczył tię Ariel. Wujek Lucas jest nudny, kiedy tak z kimś gada, prawie przytykając do niego twarz. Wtem Luna wytrzeszcza oczy, rozdziawia usta. Wydaje z siebie podekscytowany pisk.

Wąwozem kroczy postać w elastyku. Pod prawą pachą ma hełm, w lewej dłoni plecak podtrzymywania życia. Stopy w buciorach, a obcisły skafander to jedna pstrokacizna – logo, paski odblaskowe, światełka nawigacyjne, odznaki z rajdów. Jego chowaniec wyostrza się, piksel za pikselem, nawiązując połączenie z siecią Boa Vista. Sypie się z niego pył, zostawia za sobą osiadający powoli srebrzystoczarny ślad.

– Carlinhos!

Carlinhos Corta widzi, że bratanica pędzi ku niemu, więc się cofa, ona jednak zderza się z nim, chwyta za nogi, wzniecając ogromną chmurę pyłu, który osiada na pięknej kwiecistej sukience jak sadza.

Dwa kroki za Luną nadchodzi Rafa. Wymienia z młodszym bratem parę markowanych ciosów, kończy żółwikiem.

– Przyjechałeś po wierzchu?

Carlinhos pokazuje na dowód hełm. W pstrokatym elastyku, roztaczając ostry prochowy zapach księżycowego pyłu, robi na przyjęciu za pirata. Stawia na ziemi plecak z systemem podtrzymywania życia i łapie blue moona, wychyla go jednym haustem.

– To jest coś. Po dwóch godzinach jazdy lunicyklem i picia własnych szczyn...

Rafa kręci głową z podziwem dla szaleństwa.

– Któregoś dnia zginiesz przez te durne motory. Może nie dzisiaj, może nie jutro, ale któregoś dnia przydarzy się rozbłysk, a ty będziesz na motorze, na zadupiu, pięć godzin od wszystkiego. I będzie. Smażona. Dupa. Karioki. – Każde słowo akcentuje szturchańcem w ramię.

– A ty kiedy ostatni raz byłeś na powierzchni? – Carlinhos na niby wali go pięścią w brzuch. – Co to ja czuję? Brzuszek? Masz zero kondycji, irmão. Trzeba by cię doprowadzić do księżycowej sprawności. Za dużo siedzisz na spotkaniach. My robimy w wydobyciu helu, a nie w księgowości.

Najmłodszy i najstarszy z Cortów pasjonują się sportem. Pasją Carlinhosa są powierzchniowe rajdy na motocyklach. Jest pionierem tego ekstremalnego sportu. Od zera zaprojektował lunicykle i specjalne skafandry. Przerył trasami całe Montes Apenninus, opracował rajd na wytrzymałość przez Mare Serenitatis. Natomiast sport Rafy jest bezpieczniejszy i bardziej halowy. Jest właścicielem drużyny z Księżycowej Ligi Piłki Ręcznej. Zajmują w I lidze wysokie miejsce. To wspólna mania Rafy i jego szwagra, Jadena Wen Suna, właściciela Tygrysów Słońca. Konkurują ze sobą z humorem i zacięciem.

– Zostaniesz na trochę po imprezie? – pyta Rafa.

– Przyznałem sobie urlop w nagrodę. – Carlinhos przez trzy luny siedział na Mare Tranquilitatis i zdobywał hel.

– To przyjdź na mecz. Zobaczysz, co robimy.

– Przegrywacie, z tego, co słyszałem? A gdzie nasz księżycowy biegacz? Mówili mi o tym chłopaku Asamoah. Dobra robota. Jakby kiedyś chciał popracować na zewnątrz, to ja go biorę.

– Lucas nie ma tego w jego życiowym planie.

Dwa kroki za Carlinhosem idzie drugi młody człowiek w skafandrze, równie śniady, jak Carlinhos jasny, o pięknych kościach policzkowych i wąskich drapieżnych oczach.

– Wagner, irmão – mówi Rafa.

Druga runda żółwików. Wagner, najmłodszy z braci, uśmiecha się nieśmiało.

Luna trzyma się nogi wujka Carlinhosa, cała umorusana księżycowym pyłem.

– Niech no was zobaczę! – woła Ariel, przybywając z całą świtą. – Wspaniałe chłopaki!

Pochyla się, żeby ich ucałować, ale nie dotyka. Nie ma mowy, żeby ubrudzić sobie taką suknię.

Zjawia się Lucas, taktycznie spóźniony. Wita się z Carlinhosem uprzejmie, ale zdawkowo. Potem skupia uwagę na Wagnerze.

– Uwielbiam przyjęcia. Ci dalecy krewni, których się nigdy nie widuje...

– Wagner jest tu na moje zaproszenie – mówi Carlinhos.

– Oczywiście – mówi Lucas. – Czuj się jak u siebie.

Pomiędzy Wagnerem a Lucasem przeskakuje łuk czystej nienawiści, potem Carlinhos bierze Wagnera za łokieć i uprowadza w wir przyjęcia.

– Luna, leć do madrinhi Elis – mówi Rafa.

– Trzeba cię trochę otrzepać – mówi madrinha Elis.

Jest paulistaną, o grubych rysach i mocnej budowie, o całą głowę niższą od pokolenia urodzonego na Księżycu. Ziemskie ciała są najlepsze na surogatki. Cortowie tylko Brazylijkom dają rodzić swoje dzieci. Bierze za rękę usmoloną Lunę i odchodzi od rozmowy dorosłych, żeby popatrzeć na muzyków.

– Lucas, nie tutaj – mówi łagodnie Rafa.

– On nie jest Cortą – stwierdza po prostu Lucas.

Czyjaś dłoń dotyka wierzchu jego dłoni. Podeszła do niego Amanda Sun.

– To było wredne, nawet jak na ciebie – drwi.

Amanda Sun jest z trzeciego pokolenia, po księżycowemu wysoka, wyższa nawet od swojego męża. Jej chowaniec to ideogram czen, Grom, ciemnoczerwony. U Sunów tradycyjnie ubiera się chowańce w skórki z Księgi przemian.

– Dlaczego? To prawda – burzy się Lucas.

Elity zdumiały się, gdy Amanda Sun przeprowadziła się z Pałacu Wiecznego Światła do niedokończonego Boa Vista. Nikah niczego takiego nie przewidywała, a małżeństwo było istotne i dynamiczne – zawierała więc sporo warunków, postanowień, klauzul unieważniających. Mimo to Amanda Sun przeniosła się do Boa Vista i mieszka tu od siedemnastu lat. Wydaje się tu równie na miejscu, jak błogo spokojne orixas czy płynąca woda. Elity, bo ich część wciąż się sprawą interesuje, sądzą, że ma jakiś długoterminowy plan. Sunowie należeli do pierwszych osadników i razem z Mackenziemi uważają się za stare rody, prawdziwą księżycową arystokrację. Przez pół wieku walczyli z hegemonią Chińskiej Republiki Ludowej, która traktowała ród Sunów jako swój księżycowy przyczółek. Wszyscy się zgadzają, że żaden Sun nigdy nie weźmie ślubu bez porządnego namysłu.

Jednakże Lucas ostatnie pięć lat przemieszkał w swoim apartamencie w João de Deus.

Muzyka – dyskretny bossa jazz – cichnie. Kieliszki zatrzymują się w pół drogi do ust. Milkną rozmowy, słowa wyparowują, nie udają się pocałunki. Wzrok wszystkich przykuwa drobna kobieta, która wyłoniła się z drzwi pomiędzy ogromnymi łagodnymi twarzami orixas.

Wchodzi Adriana Corta.

 

***

 

– A nie będą cię szukać?

Lucasinho wziął Abenę Maanu Asamoah za rękę i wyprowadził daleko od uczęszczanych miejsc, w korytarze oświetlone odblaskami światła z innych pomieszczeń – bo roboty budowlane potrzebują światła – przeprowadził świeżo wyrytymi komorami i salami, które wciąż wibrowały od wgryzających się w skałę maszyn.

– Przez sto lat będą tam się całować po rękach i wygłaszać przemówienia. Mamy masę czasu. – Przyciąga Abenę do siebie.

Dzięki lampom grzejnym jest tu cieplej niż standardowe podpowierzchniowe minus dwadzieścia, lecz oddech i tak skrapla się w parę, a Abena dygocze w sukience koktajlowej. Księżyc ma zimne serce.

– Co takiego szczególnego chcesz mi dać?

Przesuwa rękę w dół, po jej boku, na biodro. Ona odpycha go ze śmiechem.

– Kojo dobrze mówił. Zły chłopak z ciebie.

– Zły jest dobry. Ale daj spokój. Chodź no tu, przecież biegliśmy razem przez Księżyc. – Druga dłoń dotyka jej plakietki z Panią Luną, przekrada się jak pająk na odkrytą górną część piersi. – I żyjemy. Żyjemy bardziej niż wszystko inne na tej skale. Tu i teraz.

– Lucasinho, nie.

– Uratowałem twojego brata. Mogłem umrzeć. Zresztą prawie umarłem. Byłem w komorze hiperbarycznej. A potem wprowadzili mnie w śpiączkę. Zawróciłem i uratowałem Kojo. A nie musiałem. Wszyscy dobrze wiemy, jakie jest ryzyko.

– Lucasinho, przestań, bo wszystko zmarnujesz.

Unosi dłonie: „poddaję się”.

– Co ty tam masz?

Abena rozwiera prawą dłoń. Coś srebrnego, połyskujący metalowy ząb. Nagle przytyka rękę do lewego ucha Lucasinho. Ten krzyczy, unosi dłoń do ucha, czując niespodziewany ból. Na palcach ma krew.

– Co ty mi zrobiłaś? Jinji, co ona zrobiła?

Jesteśmy poza zasięgiem kamer, mówi Jinji. Nic nie widzę.

– Dałam ci coś, żebyś pamiętał o Kojo.

Może to od czerwonego blasku lamp grzejnych, ale Lucasinho dostrzega w jej oczach iskrę, której nigdy dotąd nie widział. Patrzy teraz na Abenę zupełnie inaczej. Kim ona jest?

– Wiesz, co się o tobie mówi? Że robisz sobie kolczyk za każde złamane serce. No widzisz, a ode mnie dostajesz coś innego. Ten kolczyk to całe serce, nie jest złamane. To obietnica. Jeśli będziesz potrzebował od Asamoah pomocy – naprawdę będziesz potrzebował, kiedy będziesz samotny, nagi i bezbronny jak mój brat, prześlij ten kolczyk. Ja nie zapomnę.

– To bolało! – kwęka Lucasinho.

– To dobrze. Nie zapomnisz – mówi Abena.

Na palcu wskazującym ma smużkę jego krwi. Zlizuje ją, bardzo powoli i bardzo zmysłowo.

 

***

 

Adriana Corta stoi drobna i elegancka pośród swoich wysokich dzieci i jeszcze wyższych wnuków. Księżycowe ciążenie łagodnie traktuje wiek – skórę ma gładką, bez zmarszczek, mimo siedemdziesięciu dziewięciu lat trzyma się prosto, a porusza się z gracją debiutantki. Wciąż stoi na czele Corta Hélio, choć od miesięcy nie wychyliła nosa z Boa Vista. Nawet dla jego mieszkańców stanowi teraz rzadki widok.

Jednakże dla rodziny wciąż potrafi urządzić spektakl. Wita się ze swoimi dziećmi. Trzy buziaki dla Rafaela i Ariel. Dwa dla Lucasa i Carlinhosa, jeden dla Wagnera. Luna wyrywa się madrinhi Elis i biegnie do vovo Adriany. Ta wzdycha, widząc czarne smugi na sukni w stylu Ceil Chapman.

Adriana nie nosi znaczka z panią Luną. W młodych, szalonych latach opiła się próżni więcej niż wszyscy księżycowi biegacze z Boa Vista.

Lucas postępuje za ramieniem matki, gdy ta idzie wzdłuż szeregu wnuków, madrinhas, oko i gości. Z każdym potrafi zamienić słówko. Dłuższą rozmową wyróżnia Amandę Sun i Lousikę Asamoah, keji-oko Rafy.

– No dobrze, a gdzie ten Lucasinho? – pyta Adriana Corta. – Dawać tu bohatera.

Lucas uświadamia sobie, że syna nigdzie nie ma. Zagryza złość.

– Zaraz go znajdę, mamo. – Toquinho próbuje dzwonić, ale chłopak jest poza zasięgiem.

Adriana Corta cmoka z dezaprobatą. Etykieta nie zostanie dopełniona, póki mu nie pogratuluje – to przyjęcie na jego cześć. Lucas podchodzi do muzyków, nieduży ansambl: gitara, fortepian, kontrabas i delikatnie szemrzące miotełkami bębny.

– Znacie Aguas de Marco?

– Oczywiście. – To standard, klasyka.

– Zagrajcie to pięknie. To ulubiony utwór mojej mamy.

Gitarzysta i pianistka kiwają do siebie, odliczają, ruszają w subtelny off-beat. Marcowe deszcze, stara i przepiękna piosenka, którą Adriana Corta śpiewała swoim dzieciom, gdy madrinhas je przynosiły i kładły jej na kolanach, śpiewała im nad łóżeczkami. To impresjonistyczny jesienny utwór o deszczu, patykach, drobnych żyjątkach, o wszechświecie skrytym w tym, co małe, jednocześnie radosna i przesycona saudade. Męski i żeński głos zmieniają się wersami; reagują nawzajem na swoje sygnały, żywo i radośnie. Lucas słucha uważnie, z pasją. Oddech ma płytki, ciało całe spięte. W kącikach oczu pojawiają się łzy. Muzyka zawsze bardzo go poruszała, a zwłaszcza stara, brazylijska. Bossa nova, MPB. Muzyka do wind; muzyka środka, nudziarstwo, bezjajeczny smooth jazz. Ci, co tak mówią, nie mają uszu, nie umieją słuchać. Nie słyszą saudade, błogiego smutku płynącego z przemijania, który zaostrza wszystkie radości. Nie słyszą milczącej rozpaczy, nie czują, że pod powierzchnią piękna i leniwej błogości dzieje się strasznie, strasznie źle.

Zerka na matkę. Kiwa głową do wijącego się rytmu, oczy ma zamknięte. Sprawił, że zapomniała o marnotrawnym Lucasinho. Lucas zajmie się nim później.

Punktem kulminacyjnym piosenki są dwie linie melodyczne grające ze sobą w capoeirę, pojedynczymi słowami wcinające się w siebie nawzajem, robiące uniki i przewroty. I gitarzysta, i pianistka są bardzo dobrzy. Lucas nigdy nie słyszał o tym zespole, ale słucha ich z ogromną przyjemnością. Piosenka się kończy. Lucas przełyka emocje. Klaszcze głośno i dobitnie.

– Brawo! – woła.

Dołącza doń Adriana, potem Rafa, Ariel. Carlinhos, Wagner. Owacja rozchodzi się falą wśród gości.

– Brawo!

Znów ruszają w obieg trunki, chwila zażenowania zapomniana, przyjęcie toczy się dalej. Lucas podchodzi do gitarzysty na słówko.

– Dziękuję. Czujesz bossę. Mamãe się bardzo podobało. Byłbym zobowiązany, gdybyś mógł przyjść i wystąpić tylko dla mnie, w moim domu w João de Deus.

– Będziemy zaszczyceni, proszę pana.

– Nie wszyscy. Tylko ty. Niedługo. Jak się nazywasz?

– Jorge. Jorge Nardes.

Chowańce wymieniają się kontaktami. Nagle kelnerka, zieluniaczka z Północy, z tacą w ręku, rzuca się na Rafaela Cortę.

 

***

 

Podoba jej się twardy strup na uchu Lucasinho. Przyjemnie jest go zrywać, niweczyć gojenie, wypuszczać odrobinkę krwi. Abenie robi się od tego mokro pod balową suknią od Heleny Barber. Wrócili do sieci Boa Vista i Jinji już mógł pokazać Lucasinho prezent od niej – chromowy kieł biegnący łukowato wzdłuż górnego brzegu małżowiny prawego ucha. Super wygląda. Uwodzicielsko. Jednakże ona ciągle nie daje mu się nawet objąć w talii.

Zanim dotrą do okna, już wiedzą, że coś jest nie tak. Nie słychać muzyki, głosów, nikt nie pluszcze się w basenie pod wodospadem. Krzyki, rozkazy wydawane po portugalsku i w globo. Źrenica kamiennego oka Xangô patrzy z góry na ogrody Boa Vista. Lucasinho widzi, że escoltas Cortów pilnują grupek gości. Zespół muzyczny i kelnerzy stoją z rękoma za głową. Drony ochrony przepatrują rzeźbione ściany, ich lasery przez moment przeskakują po Lucasinho i Abenie.

– Co się dzieje? – pyta Lucasinho.

Jinji odpowiada w tej samej sekundzie, w której Abena robi zszokowaną minę.

Była próba zamachu na życie Rafaela Corty.

 

***

 

Ostrze noża dotyka krtani Mariny Calzaghe. Jeśli się ruszy, jeśli się odezwie, rozetnie jej ciało. Jest tak obłędnie ostre, że zadziałałoby bezboleśnie – nawet by nie poczuła, że ma przeciętą tchawicę. Ale musi się ruszyć, musi się odezwać, żeby przeżyć.

Stuka palcami w nóżkę kieliszka stojącego do góry nogami na tacy.

– Mucha – syczy przez zęby.

Muchy tak nie latają. Marina Calzaghe zna się na muchach. Pracowała przy łapaniu much. Na Księżycu owady – zapylające, albo ozdobne motyle, jak te, które dzieciaki Asamoah wypuściły w powietrze Boa Vista – są koncesjonowane. Muchy, osy, dzikie chrząszcze zagrażają ­skomplikowanym ekosystemom księżycowych miast i tępi się je. Marina Calzaghe zabiła milion much i doskonale wie, że one tak nie latają – po linii prostej celującej w odsłoniętą skórę z boku podbródka Rafaela Corty. Rzuciła się z kieliszkiem, złapała muchę o milimetry od celu i uwięziła, stawiając kieliszek do góry nogami na tacy. W tym samym ułamku sekundy jej szyi dotknął nóż, wydobyty ze szmerem z ukrytej magnetycznej pochwy. Na końcu noża – escolta Cortów w szytym na miarę garniturze, z idealnie złożoną poszetką w kieszeni na piersi. A i tak wygląda jak bandzior. I tak wygląda jak śmierć.

Heitor Pereira kuca sztywno, żeby przyjrzeć się przedmiotowi w kieliszku. Jak przystało na pierwszą generację, jest wielki i kwadratowy. Ogromny weteran marynarki wojennej gapiący się w odwrócony kieliszek – nawet śmieszne by to było, gdyby nie te noże.

– Owad-asasyn – mówi. – Z AKA.

Ostrza natychmiast okrążają Lousikę Asamoah. Ich czubki o milimetry od jej skóry. Luna krzyczy i płacze, wczepiając się w matkę. Rafael rzuca się na ochroniarzy. Faceci w garniturach otaczają go, unieruchamiają.

Senhor, to dla pana bezpieczeństwa – mówi Heitor Pereira. – Ona może ukrywać broń biologiczną.

– To jest dron – szepcze Marina Calzaghe. – Widać ścieżki.

Heitor Pereira przypatruje się uważniej. Mucha obija się o szkło, lecz gdy momentami siada nieruchomo, na skrzydłach i pancerzu wyraźnie widać złote wzorki.

– Puścić ją. – Głos Adriany Corty jest cichy, za to ton tak rozkazujący, że każdy ochroniarz się kuli.

Heitor Pereira kiwa głową. Noże chowają się. Lousika bierze na ręce zapłakaną Lunę.

– I ją też – rozkazuje Adriana Corta.

Marina sapie, gdy nóż znika spod jej gardła i uświadamia sobie, że odkąd ochroniarz ją chwycił, nie oddychała. Zaczyna się trząść.

Lucas krzyczy.

– Lucasinho?! Gdzie Lucasinho?

– Ja się tym zajmę. – Heitor Pereira kładzie dłoń na stopce kieliszka. Wyjmuje z malutkiej kabury pistolet impulsowy. Urządzenie jest wielkości kciuka, komicznie i niemęsko wygląda w jego ogromnej łapie. – Proszę wyłączyć chowańce.

W całym Boa Vista chowańce z mrugnięciem znikają. Marina wyłącza mrugnięciem swoją Hetty. Ten pedalski pistolecik ma dość mocy, żeby wyłączyć sieć w całym Boa Vista. Nic nie słychać, nic nie widać, ale mała elektroniczna muszka przestaje się ruszać.

Lucas Corta nachyla się blisko do swojego szefa ochrony i szepcze do niego:

– Próbowali zabić mojego brata. Dostali się do Boa Vista, do naszego domu, i próbowali zabić mojego brata.

Senhor Corta, sytuacja jest pod kontrolą.

– Sytuacja jest taka, że zamachowiec dotarł tak daleko, że od Rafy dzieliło go tylko szkło z kieliszka. Na oczach gości ze wszystkich Pięciu Smoków. Na oczach naszej matki. Trochę słabo jak na sytuację pod kontrolą, co?

– Zbadamy tę broń. Dowiemy się, kto za nią stoi.

– To za mało, rozumiesz? W każdej chwili może nastąpić kolejny atak. To miejsce ma być zabezpieczone. Koniec imprezy.

Senhors, senhoras, doszło do naruszenia bezpieczeństwa – obwieszcza Heitor Pereira. – Musimy zabezpieczyć Boa Vista. Muszę państwa poprosić o opuszczenie Boa Vista. Proszę się udać w kierunku stacji tramwaju. Można już bezpiecznie włączyć chowańce.

– Znajdź mojego syna! – rozkazuje mu Lucas.

Koledzy Lucasinho kręcą się zagubieni i zapomniani. Zdarzenia przyćmiły ich Księżycowy Bieg i uratowanie Kojo przez Lucasinho. Ochrona Boa Vista zagania gości z ogrodów w stronę stacji. Inni eskortują grandów rodu Corta do środka. Lucas mierzy Marinę Calzaghe lodowatym i żelaznym spojrzeniem. Ona cała dygocze w szoku.

– Nazwisko?

– Marina Calzaghe.

– Pracujesz w firmie cateringowej?

– Pracuję, gdzie tylko się da. A jestem... byłam... inżynierem produkcji.

– Od teraz pracujesz dla Corta Hélio.

Wyciąga dłoń. Marina ją ujmuje.

– Porozmawiaj z moim bratem Carlinhosem. Cortowie są ci zobowiązani.

I znika. Marina, wciąż otępiała z szoku, próbuje dojść, co się stało. Cortowie chcieli poderżnąć jej gardło, teraz ma dla nich pracować. Ale – Cortowie. Blake, wszystko będzie dobrze. Dostaniesz swoje leki. Nigdy już nie będziemy spragnieni. Będziemy swobodnie oddychać.

7.75
Ocena użytkowników
Średnia z 2 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 4
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Luna: Nów
Cykl: Luna
Tom: 1
Autor: Ian McDonald
Wydawca: MAG
Data wydania: 13 kwietnia 2016
Liczba stron: 432
Oprawa: twarda
Seria wydawnicza: Uczta wyobraźni
ISBN-13: 978-83-7480-644-2
Cena: 39 zł



Czytaj również

Luna: Nów
Uważaj którędy chodzisz
- recenzja
Luna: Wilcza pełnia
Kosmiczna gra o tron
- recenzja
Brasyl
My czyli oni
- recenzja
Brasyl
- fragment
Dom derwiszy. Dni Cyberabadu
Wizjoner McDonald
- recenzja
Wywiad z Ianem McDonaldem
Najlepiej pracuję, kiedy coś mi przerywa

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.