» Artykuły » Wywiady » Łukasz Orbitowski - wywiad

Łukasz Orbitowski - wywiad


wersja do druku

To co piszę jest pewną formą striptizu

Autor: Redakcja: Beata 'teaver' Kwiecińska-Sobek
Ilustracje: Paweł 'Ausir' Dembowski

Łukasz Orbitowski - wywiad
Łukasz Orbitowski.
Dużo osób go zna. Wielu kojarzy.
Znaleźli się też tacy, którzy chcieli zadać kilka pytań. Straszne zachowania praktykuje w książkach, a na konwentach jest niezwykle kontaktowy. Zatem, pozwoliłam sobie zadać dużo pytań. Pytałam o horror, koty, pisarstwo, Bakemono

Łukasz Orbitowski: Bakemono to system RPG, nad którym pracuję z Adamem Wieczorkiem, do niedawna był z nami także Jarek Orządała. Na jego miejsce wpakował się Jarek Urbaniuk, który prowadzi ze mną rubrykę w magazynie SF Fantasy&Horror. Ale to są osobowości tak strasznie podobne, że system na tym nie ucierpiał. Odszedł dobry człowiek, przyszedł jeszcze lepszy. Jest to system łączący elementy horroru i cyberpunka, rozgrywa się w Japonii. Jest w nim dużo mroku i sił nieczystych oraz szczególny stosunek Japończyków do przemocy, który staramy się w tej grze podkreślić. Każdy z nas jest dosyć zajętym człowiekiem: Jarek ma pracę naukową, ja mam swoje historyjki, Adaś wykłada turystykę w Częstochowie, czy coś takiego. Zejście się trzech kolesi, którzy mają pracę, dziewczyny, żony, jest trudne i robimy to trochę z doskoku.

Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę

Poza tym, wyłożyliśmy się troszeczkę, bo wyniknął temat japoński. Nie przypuszczaliśmy jak szalenie odmienna to jest kultura, jak wiele trzeba będzie przeczytać, obejrzeć, żeby może nie tyle ją zrozumieć, co chociaż liznąć na zasadzie haseł i zachowań kulturowych.

Ewa 'senmara' Haferkorn: Na ubiegłorocznym Teleporcie we Wrocławiu przedstawialiście ten system. Przekonywaliście słuchaczy, że właśnie Japonia jest najbardziej odpowiednia.

Tak! To był ten słynny konwent, na który mnie nie wpuścili pod zarzutem bycia nieprzytomnym, dlatego wchodziłem przez mur. Spóźniłem się a chłopcy byli przerażeni, bo cała moja energia zużyła się przy wspinaniu. Zacząłem mówić i padły rzeczy straszne.

Ale dlaczego Japonia? Chodzi o bardzo istotny czynnik technologiczny. Bakemono, oprócz zmiany na gorsze, oznacza ducha wcielającego się w przedmiot. I siłą rzeczy chcąc stworzyć system w takich klimatach, zwróciliśmy się do kraju, gdzie ta technologia jest najsilniejsza. Gdzie jest fiksacja technologiczna, której nie ma na przykład w Polsce, np. lodówka, która zamawia sama jedzenie. Poza tym, gigantyczne wrażenie zrobiła na nas formuła azjatyckiego kina grozy. Myśmy się tym zachłysnęli i bardzo nam się to podoba, chcemy dłubać w tym kierunku. Natomiast to nam szalenie sprawę utrudniło, co oznacza, że jeśli się robi fajne rzeczy to trzeba się przy tym jednak napocić.

Według niektórych fala horrorów azjatyckich mija. Nie boicie się, że przestanie to być modne?

Po pierwsze, my będziemy modę współtworzyć. Po drugie, może tak jest na świecie, ale kino azjatyckie w Polsce nadal jest mocne i jest tych filmów trochę. Dla ludzi jest to wciąż coś fajnego. Pewna przykrość wiąże się z tym, że większość filmów powiela ten sam motyw, czyli przelanie krwi niewinnej. Zabicie dziecka (Krąg), rodzi klątwę i to się pojawia w każdym filmie, bo przecież Komórka (Cell) czy Opowieść o dwóch siostrach, to powtarzające się schematy. Zamiast w studni – trup w szafie. Do znudzenia pojawia się postać dziewczynki, jej długie czarne włosy itd., ale są też filmy, które tę strukturę cudownie rozbijają - jak Widmo (Shutter), który ostatnio szedł w kinach. Nie jest to wielki film, ale sympatyczny.

Nie jestem fanką kina azjatyckiego, ale są perełki jak Battle Royale.

Do mnie niespecjalnie przemówił, ale mogę uznać, że jest to film, którym się można zachwycić.

Jest inny od filmów o "dziewczynkach".

Ale jest stosunkowo mało horrorowy.

Kojarzy się z Wielkim marszem Kinga.

I z Władcą much.

Pokazuje coś innego niż Krąg.

Mnie w tym filmie zraziło radosne uproszczenie psychiki człowieka. Taka sytuacja na wyspie może generować emocje znacznie bardziej złożone i wieloznaczne. W Lost (Zagubieni) zostało to lepiej zrobione. Ale Battle Royale umie zrobić wrażenie.

Będziesz pisał opowiadania w klimatach Bakemono? Jesteś dla tej ekipy cennym nabytkiem.

Jestem najmniej ważny w Bakemono... Po pierwsze, jeszcze o tym nie rozmawialiśmy, po drugie, mnie jako prozaika interesuje co innego. Na pewno będę "zmuszony" zgarbić się nad klawiaturką i wklepać jakieś opowiadanie inaugurujące. Przecież świecka tradycja: każdy system zaczyna się opowiadaniem, choćby to był system o zbieraniu cegieł.

Ale świetnie wprowadza w klimat.

Tak, i dlatego też to zrobię, co będzie dla mnie kolejnym wyzwaniem, bo co innego jest stworzenie pewnego świata i reguł gry, a czym innym nadanie temu formy czysto literackiej. Zresztą, cały podręcznik będzie dziwny. Urbaniuk wymyślił sobie, żeby zrobić to jako kolaż artykułów prasowych, prac magisterskich, wywiadów.

W ZC było coś podobnego.

Tak, ale my cały podręcznik taki zrobimy.

Czyli żeby grać trzeba będzie się trochę natrudzić.

Może nie od razu natrudzić. Także mechaniki w ten sposób nie wyłożymy. Raczej opisy postaci, NPców, całego świata będą robione na zasadzie kolażu, bo to daje większe pole popisu dla wyobraźni, ma więcej życia.

Będzie to też wymagało bardziej inteligentnego odbiorcy.

Nie robimy gry dla debili, ale tak jak piszę rzeczy, które chciałbym sam przeczytać, tak tworzę grę, w którą sam bym popykał. Jeśli robilibyśmy to tylko dla kasy, to są prostsze sposoby zarobienia pieniędzy: można nosić ulotki, albo okradać ludzi. Są prostsze sposoby na zarabianie niż robienie erpega i skazywanie się na tak, cholera jasna, niełatwy chleb.

* * *


Właśnie, roznosiłeś ulotki, pracowałeś jako malarz, ankieter. Powiem szczerze. Bardziej interesuje mnie to, że pracowałeś jako striptizer i model. Czy to autoreklama?

To jest w pewien sposób dowcip. Była pewna owiana legendą impreza, na której rzekomo będąc w samych slipach wykonałem taniec ze skarpetami.

Zarobiłeś coś?

Ośmieszałem się za darmo. Ale ten striptizer jest o tyle uzasadniony, że przecież to, co piszę, jest pewną formą striptizu, bo ze strony czysto technicznej nie mógłbym bardziej się obnażyć niż to robię w swoich tekstach.

Piszesz o sobie i znanym sobie świecie?

Nie w ten sposób, że przekładam wydarzenia z życia na fabułę, ale czasem tak się zdarza. Np. w Horror Show jest postać Wuja. Jest to postać napisana na zamówienie. Mój kumpel sobie zażyczył. Była z tego kupa śmiechu. Chodzi o Wojciecha Kajtocha, który teraz się habilituje na Uniwersytecie Jagiellońskim i jest postacią znaną. Redaktor, który tą książkę wziął był przerażony, że to się oprze o proces. Musiałem przy nim do Kajtocha zadzwonić, żeby ten powiedział, że się zgadza. Zrobiłem z niego mordercę, komunistę i strasznego łajdaka. Ale po pierwsze zrobiłbym chłopu straszną krzywdę, gdybym walnął mu laurkę. Tu opisałem człowieka istniejącego, pokazując jak w jego wypadku mogłaby wyglądać jego osobowość w innej sytuacji. Była z tym kupa śmiechu. Radość odkrywania.

A Profesor Oleander? (zbiór Szeroki, głęboki, wymalować wszystko, 2001)

A skąd to wyciągnęłaś? Ja nie przypuszczałem, że ktoś to czytał, że ktoś ją pamięta. Profesor Oleander jest prawdziwą figurą, ale podejrzewam, że pierwowzór nie odniósłby się do opowiadania z taką życzliwością jak Wojtek. Miałem na studiach potwornie nudnego faceta i jak na każdych nudnych zajęciach sprawdzano obecność. Były to zajęcia z j. angielskiego, a ja nie cierpię się uczyć języków. Jakoś z zemsty czy niechęci ten Oleander na jednych z tych zajęć się narodził.

Przynajmniej miałeś się czym zajmować.

Tak, jeśli to jest translatorium Platona z angielskiego na polski i z polskiego na angielski, to w tym czasie można się zafascynować nawet dłubaniem w nosie. Wszystko jest lepsze niż tłumaczenie Platona trzy godziny pod rząd. Ale w ogóle tego opowiadania nie pamiętam. Bardzo szybko zapominam swoje teksty.

Podobał mi się motyw posłowia wg Oleandra.

To ja pisałem! Do tego mnie chyba skłonił Piotr Marecki, który tą książkę wydał. I zmusił mnie do tego. Kazał mi napisać coś w rodzaju "o czym pisze Orbitowski". W ogóle mi sprawia trudność łażenie i mówienie o tym, czym się zajmuję. Po to piszę opowiadanie, żeby nie musieć już później dopowiadać.

Czy powinno się łączyć pisarza z jego twórczością? Jeśli nie lubisz opowiadań, antypatię przenosisz na osobę autora i odwrotnie, lubisz opowiadania dopóki nie okaże się, że autor jest zarozumiałym bufonem?

Unikam sytuacji, kiedy mógłbym poznać kogoś, kogo sztukę cenię. Z tego względu, że ten komunikat, jakim jest dzieło, jest tym, co ten człowiek mi dał i czym mnie ubogacił. Żądanie czegoś więcej byłoby zachłannością i mogłoby skończyć się rozczarowaniem. Pamiętam, jak szalenie ważnym zjawiskiem – jak miałem 13-14 lat - był dla mnie zespół Kat, zwłaszcza Szydercze zwierciadło. To jest zespół z pomysłem. Poznawszy jego lidera poczułem się rozczarowany. Zagubiony i przeżarty przez używki człowiek w ogóle do mnie nie przemówił. Od tego czasu staram się unikać takich rozpoznań. Natomiast muszę sobie dać kontrę, bo niezatarte wrażenie zrobił na mnie komiks Funky Kowal Macieja Parowskiego. Maciej jest człowiekiem szalenie życzliwym i ja też myślę o nim życzliwie. Czasami z człowieka wychodzi dzieciak, gdy tak siedzę sobie z Maćkiem Parowskim, gadamy jak równy z równym, a tam na dnie głowy się kojarzy, że to ten człowiek, który zrobił Funky Kowala i zasadniczo powinienem paść przed nim na kolana.

Pisarz to człowiek, którego można nie rozpoznać na ulicy.

Plusem pisarza jest to, że ma szerokie splendory popularności, co się przekłada na pieniądze, a z drugiej strony jest wolny od wszystkich uciążliwości. Nawet Stanisław Lem (wywiad był przeprowadzany przed śmiercią Lema - EH) mógłby spokojnie przejść przez cały Rynek Krakowski i nikt by go nawet nie zaczepił. Gdyby to zrobił Michał Wiśniewski czy Deląg, albo Magda Cielecka, to by nie doszli z Szewskiej na Ścienną, bez rozdania 20 autografów i otrzymania przynajmniej trzech propozycji pójścia do łóżka albo na piwo. Pisarz od takich podniet jest zupełnie wolny, bo nie pracuje twarzą.

A sławna historia z Herbertem?

Jezu, to Jarek Urbaniuk zrobił... To jest straszna historia. Siedzieliśmy z winem na Plantach, szedł sobie Miłosz, a on zaczął krzyczeć "cześć Herbert!". A Miłosz z Herbertem się przy wódce pożarli, oni się nie znosili. Trzeba dopowiedzieć, że to było w czasach, kiedy obydwaj żyli. Z wielkim szokiem przyjąłem, że Herbert był cyklofrenikiem. Jest to jedna z najcięższych chorób psychicznych i on z tym żył. Jego wiersze były przepiękne. Nie znam się kompletnie na poezji, umiem rozróżnić gniot od dobrego wiersza, ale dobrego od bardzo dobrego nie.

Była taka sytuacja, że Herbert był nominowany do Nobla i nie dostał go.

A powinien.

Jesteś zarozumiały?

Oczywiście, że jestem. Uważam, że jestem szalenie mądry i niezwykle oryginalny.

Czytałeś Kinga, który napisał, że młody twórca powinien być zarozumiały? Z tym, że sam King jest zarozumiały bardzo.

Tak, King jest mądrzejszy niż telewizor. To jest też jakaś kategoria. Ja zajmuje się tak naprawdę aktywnie literaturą od bardzo niedawna. Nic mi nie wiadomo, co ja osiągnąłem a czego nie. Nie mam możliwości tego stwierdzić. Poza tym, że zarabiam na tym pieniądze i to polepsza mój byt. Ale uważam, że bycie zarozumiałym i zadzieranie troszeczkę nosa jest w pewien sposób uczciwe wobec czytelnika, który nie chce żeby autor pisał rzeczy średnie, ale żeby pisał rzeczy zajebiste. A skoro pisze zajebiste, powinien to rozpoznać.

Jesteś strasznym gadułą. Czy to pomaga w pisaniu?

Wiesz, znajduję się teraz w tej komfortowej sytuacji, że mogę się wygadać i zostanę wysłuchany. To nie jest w końcu rzecz tak cholernie częsta, żeby móc się na to wypiąć. W związku z tym korzystam ile mogę. Jestem gadułą o tyle... Kiedyś ułożyłem sobie takie szalenie mądre zdanie: cała tragedia polskiej literatury wynika z tego, że ludzie mówią tak jak piszą, a nie piszą tak jak mówią.

* * *


Mnie w ogóle nie interesuje pisanie książek. Ja chcę opowiedzieć historie. Swoje baśnie, które mam gdzieś w głowie. A piszę z bardzo prostego powodu. Jest to sposób, w jaki mogę te historie przekazać. Może dużo większą przyjemność sprawiłoby mi to, że siedzę sobie w knajpie i dużo nawijam. Problem w tym, że o czytelnika dużo łatwiej niż o słuchacza.

Czyli masz świadomość pewnego rodzaju wyjątkowości? Masz na tyle ciekawe historie, że chcesz je przekazać. Niektórzy nie mają nic do powiedzenia.

Jest parę rzeczy o których warto by opowiedzieć, szczególnie że mało komu chce się to robić. Weźmy na przykład Polskę. Nie chcę, żeby to zabrzmiało, że porównuje się do wielkich, ale posłużę się przykładem. Jeśli weźmiemy książkę Dostojewskiego, można się z niej nauczyć jak ludzie żyli w drugiej połowie XIX wieku. Z drugiej strony, gdy weźmiemy znakomite książki Jacka Dukaja czy Andrzeja Sapkowskiego, to takiej wiedzy nie uzyskamy. Co gorsza, to samo można powiedzieć o głównym nurcie, ponieważ jeśli się przyjrzeć - zasadniczo Polacy zajmują się usuwaniem ciąży i homoseksualizmem. A ja chce opowiadać o tym, co mnie otacza, zostawić świadectwo swoich czasów. To jest też moja misja. Ktoś to, cholera, musi zrobić.

To jest kwestia literatury obyczajowej. Ty zaś piszesz w zakresie fantastyki.


Kiedyś usiłowałem przeprowadzić poprawny tok rozumowania, który udowadnia, że jestem pisarzem realistycznym. Fantastyka jest sercem mojego pisania. Kiedy człowiek wyda książkę, spotyka mnóstwo różnych ludzi, którzy mu mówią, co zrobić, żeby pisać jeszcze lepiej. I "po cholerę ja sobie wybrałem fantastykę". Zawsze odpowiadam, że to jest rdzeń mojego pisania a z drugiej strony np. Opowieść taksówkarska (zbiór Wigilijne psy, 2005) jest w pełni realistyczna. Legenda miejska, z którą się tam zmierzyłem, jest taką samą rzeczywistością jak ten dzieciak, który jest za oknem.

Kacper Kłapacz (zbiór Wigilijne psy) też.

To się mogło stać. Zwłaszcza, że jak pisałem, myślałem, że te duchy są naprawdę. Być może są mirażem wygenerowanym przez rozpacz zagnieżdżoną w tym miejscu. To jest zabawne, bo ja się nie boję pisać o pierdołach i pewnie zostanę za to ukarany. Dla mnie pisanie, że ktoś zrobił coś złego i za to dostanie w dupę jest czymś normalnym. A to są tematy, które się rzadko podejmuje.

To jest jedno z założeń horroru. Źli zostają ukarani.

Ale ja nie twierdzę, że osiągam szczyty oryginalności.

* * *


Zakładałeś kiedyś jakąś partię?

Nigdy, ale ja i Urbaniuk jesteśmy jak Jay i Cichy Bob. Zawsze się bujaliśmy razem, taka prawdziwa męska przyjaźń.

Ty byłeś gadułą?

Nie, Urbaniuk więcej gada. On jest ten bystrzejszy, przystojniejszy i tak dalej. On jest geniuszem po prostu.

Ale jest "niepiśmienny".

Widzisz, on pisze jakieś ciężkie artykuły naukowe. Rzeczą najprostszą jest to, że jeżeli ja już mam wyrobiony warsztat, to po cholerę on ma klepać, skoro ja to mogę robić? Chodzi tylko o zabawę. My nie musimy pisać Bakemono, nie musimy pisać do SFFH, nie musimy pisać artykułów. Ale mamy przy tym kupę zabawy. To jest doskonała zabawa, kiedy robimy razem Bakemono, Psa i Klechę... Znamy się od podstawówki, jesteśmy Best Friends...

O właśnie...

Kupę razem przeszliśmy, były rzeczy dobre i złe. On mnie z żoną poznał. Jeżeli my wchodzimy w jakiś klimat, to wiadomo, że podejmujemy formułę, która nas będzie cieszyła i będziemy się dobrze bawić. Możemy się pożreć o duperszwance…

A później: było, minęło.

Tak. Czasem on na mnie nawrzeszczy, że ja coś literacko skopałem, ja burknę, że co to ma być. Ale rzadko. To jest zabawa, ale też pakujemy w to kupę serca. Zacząłem śledzić fora internetowe: nie ma opowiadania, które by było takie, jak to, które zrobiłem z Urbaniukiem. Ale to też się da wytłumaczyć, bo to są rzeczy różne od tego, co robię sam. Cały dowcip polega na tym, żeby razem napisać coś, czego nie można napisać samodzielnie. Inaczej, gdybym mógł to napisać sam. Ale nie umiem.

Pies i Klecha jest cyklem opowiadań o milicjancie i księdzu, którzy w czasach PRLu rozwiązują zagadkę niesamowitą. Urbaniuk jest tak cholernie szczwanym facetem, a zarazem łączy nas miłość do dobrej popkultury – Indiana Jones, Piraci z Karaibów, i on to czuje genialnie, a zarazem prywatnie zajmuje się badaniami nad Jungiem i świetnie umie znaleźć motywy. Praca z nim to czysta przyjemność.

Dobra, będę musiała przyjechać do Krakowa i zrobić wywiad z wami obydwoma.

Bardzo chętnie. Facet się tak zapalił do tej roboty, się strasznie stara. Ma gigantyczną rolę przy opracowaniu. Pisanie jest nudne, ale kiedy siądziemy wieczorkiem, zaczniemy opowiadać sobie nawzajem historie, które opiszemy, wypijemy kilka piwek, zapalimy, to kupa frajdy! Dla tego warto żyć.

Fajnie jest mieć takiego kumpla.

Tak! Może to, co powiem nie pasuje do formuły portalu, ale wbrew rozpaczy, która bije z moich tekstów, ja jestem cholernie zadowolonym i szczęśliwym człowiekiem. Być może dopisuję sobie coś do biografii, oszukuję samego siebie, ale miałem w życiu parę mocniejszych granicznych doświadczeń. Ale to już jest przeszłość.

Co sądzisz o teorii, że horror lubią osoby, które tak naprawdę mają spokojne, szczęśliwe życie?

Niekoniecznie, ale potrzeba obcowania ze sztuką wynika z tego, że potrzebujemy ubogacić własne emocje. Wykorzystać pełniej i mocniej tą wrażliwość. Ja słowa "sztuka" używam z czystej przekory. Dzisiaj każdy jest rzemieślnikiem i każdy ma taki "stosunek ot co" do swojej pracy twórczej. Tak sobie pomyślałem - skoro wszyscy są rzemieślnikami i sugerują między wierszami, że napisanie książki jest jak zbudowanie stołu, to ja się zbuntuję, kładę kontrę - jestem artystą, który uprawia sztukę. I pocałujta w dupę wójta.

Jest mnóstwo osób, które czytają horror. Ja nie uważam tego za coś pośledniego.

Sztuka jest każdą działalnością twórczą, która nie ma charakteru tylko użytkowego. Z mojego punktu widzenie, zjawisko tak złe i okropne jak zespół Łzy to też są artyści. Czy Michał Wiśniewski – też jest artystą. Natomiast teraz pojawia się pytanie o dobrego artystę i złego artystę. I dobra sztukę.

Szalenie się pieszczę myślą, że jest jakaś grupa ludzi, która zdołała moje teksty rozpracować i przeżyć. Tak przeżyć, jak się przeżywa w życiu wydarzenia. Dobra książka to jest taka, która działa na ciebie jak wydarzenie. Oczywiście byłoby szaleństwem gdybym pisał rzeczy, które by się wszystkim podobały. Wolę, kiedy ktoś powie "Orbitowski, zrobiłeś gówno". Ale ja o tym kiedyś myślałem i doszedłem do wniosku, że dla pewnej grupy ludzi jestem pisarzem fantastycznym podwójnie. Bo są u mnie te duchy i upiory, ale także dla niektórych ten świat generacji B, czyli ludzi niezakotwiczonych w świecie poprzez pracę czy rodzinę, kombinatorów, narkomanów, ludzi połamanych, ten cały brud życia jest też formą sf, bo oni nie wiedzą, prawda?

Jak najbardziej.

Czyli w tym w pewien sposób mogę zostać niezrozumiały. Nawiązując do prozy Kinga - facet pisze o świecie, który zna każdy, pisze o małym amerykańskim miasteczku, w którym żył, lub żył będzie. Bo Stany Zjednoczone to jest prowincja a nie NY. A ja opisuję pewien margines Polski, bo przecież ktoś obłąkany stwierdziłby, że cała Polska jest taka!

Ty piszesz o grupie osób – takich w Polsce są tysiące. Takich, o których pisze King – też.

Tak, ale ludzie, o których ja piszę, nie czytają książek. Sprzedaję komuś rzeczywistość, którą ja doświadczyłem, bo przecież to nie jest tak, że ja to sobie wykoncypowałem. Ja naprawdę byłem ziomem, który siedział na ławce. To jest strasznie dziwaczne, bo w którymś momencie w moim życiu się zbiegły dwa przeciwstawne prądy. Z jednej strony, jestem facetem z dobrego domu, mój ojciec wykłada na uniwersytecie…

Co?

Mój tata jest malarzem, uczy tego. Jakoś tak fuksem studia skończyłem. Z drugiej strony, trochę życia się znalazło na marginesie społeczeństwa. Nie jestem złodziejem ani zabójcą, ale każdy element mojego życia był z punktu widzenia ładu społecznego niewłaściwy: życie na kocią łapę, prace na lewo, wynajęte mieszkanie, był out. Z punktu widzenia społeczeństwa nie było Orbitowskiego. I oczywiście już o tym mówiłem, element używek i bardzo intensywnego życia, za które płaci się także pewnym poczuciem zagubienia czy nawet tragizmu. Co również trzeba było przeżyć. Ale się te dwie rzeczy po prostu skomponowały i dlatego mówię, że miałem dziwne życie.

* * *


Na Carpe Noctem jest akcja z komentowaniem tekstów. Czasami bardzo jedziesz po ludziach.

Czyli jestem tak mądry, że muszę sobie poprawiać humor niszczeniem innych.

No właśnie chcę się dowiedzieć.

Niech mi ktoś przeczyta to, co ja skomentowałem. Wiesz, kiedy myślę "literatura", to myślę o krwistych tekstach, w których jest zawarta jakaś historia, nawet głupia: że on kochał ją, ona odeszła z innym a on się zapił. Niech to będzie nawet o tym. Ale niech to będzie opowiadanie, a nie konspekt. Te teksty, które na CN czytam, są konspektami.

Nie chodzi o oskarżenie, tylko o to, jak się komentuje cudze teksty. Komentujesz je również bardzo "humanistycznie".

Możemy przyjąć ważne założenie, że jestem inteligentnym człowiekiem i można uczynić zarzut z tego, że tej inteligencji używam. Każdy artysta, który upublicznia swoje prace, musi zżyć się z tym, że będzie komentowany. Jest to miejsce i czas, żeby powiedzieć "hej stary, zawaliłeś to i tamto". Ja mógłbym siedzieć tu do poniedziałku i koncypować, jak by tu wymyślić pozytywną recenzję. Jak to można w ogóle technicznie zrobić. Inaczej: nie wyobrażam sobie obiektywnej recenzji, która zachęca lub zniechęca do lektury.

Czy to jest kwestia oczytania?

Trochę w życiu przeczytałem. Nie jestem od lektury. Od lektury jest Urbaniuk. Ja prywatnie, dla własnej frajdy nie czytam fantastyki poza paroma wyjątkami, np. James Herbert, które uwielbiam.

Jego najlepsza książka wg Ciebie?

Nawiedzony, Księżyc. To, że Masterton zrobił w Polsce karierę, to moja wielka bolączka, ale oczywiście mam większe problemy niż te, że Herberta w Polsce nie wypromowali. Zawsze podaję go jako absolutnego mistrza literatury groszowej. Tak jak na zachodzie mówią "film klasy B", to nie ma wydźwięku pejoratywnego, po prostu jest to film klasy B. Tego określenia używam odnośnie literatury groszowej. Nie można pisać horrorów, które są tylko horrorami, lepiej niż James Herbert. Np. King wzbogacił horror o obyczajówkę, Barker o jazdy seksualne, które są u niego bardzo głębokie i bardzo fajne.

Ale zauważ, że Barker wprowadził nowe pojęcia np. splatterpunk.

Poza tym, Barker jest bardzo ciekawym przykładem literatury homoseksualnej, w której jest bardzo widoczny element braku pogodzenia z własną seksualnością. Jest tam widoczne to złamanie. To czego nie było np. w książce Michała Witkowskiego, gdzie on to po prostu przyjął. Jego prawo, oczywiście. Ale widać, że właśnie skłonności seksualne Barkera stanowią rzecz, która nakręca, która tworzy w literaturze pewien element rozpaczy.

A właśnie, mam taką odskocznię, czy w Bakemono przyjęliście ten motyw seksualny, że jest facet z biustem – ja nie wiem, jak to się nazywa...

Shemale.

To się też pojawiało u pani Tanith Lee.

Nie przypominam sobie takiego motywu w Bakemono nie dlatego, że się przestraszyli, jak sądzę nie przyszło to nikomu do głowy. Jest to świat przyszłości bliskiej – sześć lat do przodu, ale ja bym się obawiał, że później i to będzie standardem, przynajmniej w Japonii. I nie będzie to rzecz, która budzi zdziwienie.

Nie, ale są to teksty, które są u nas różnie podejmowane. To jest delikatna kwestia, tak jak np. homoseksualizm.

Ale w tym wszystkim, tzn. w odniesieniu do homoseksualizmu, pojawił się skądś upiorny pogląd, że ludzka seksualność, czyli tzw. dupa, określa to, kim jesteś. Hasło homoseksualistów brzmi: jestem homoseksualistą, jestem z tego dumny. Heteroseksualistom by do głowy nie przyszłoby być z tego dumnym, prawda? Po prostu seks jest jedną z funkcji w życiu człowieka, a nie do końca warto jest czynić z niego to, co człowieka określa. Nie ma sensu budowanie obrazu jednostki na podstawie tego, z kim sypia. Gdybym sypiał z szafą, albo np. ze swoim kotem, to byśmy nadal siedzieli i ze sobą gadali, nie?

* * *


Jak mają na imię twoje koty?

Ja uwielbiam swoje koty. Jestem w nich zabójczo zakochany. Co jest oczywiście słabością jako człowieka, który nie znosi zwierząt. Ale pierwszy kociak w ciekawy sposób do mnie trafił. Został przyniesiony przez najstarszego krakowskiego satanistę czyli Leszka z zespołu Holy Death, który znalazł go na progu z miseczką mleczka. Przylazł do mnie z tym kotem i jakieś takie złamanie we mnie nastąpiło i kot został. Nosi imię Prezes. To imię rzeczywiście go jakoś określiło, jest szalenie towarzyskim zwierzęciem. Ostatni raz płakałem, kiedy Prezes wyskoczył z 4 piętra. Weterynarz zaczął mu sprawdzać kręgosłup – czy jest uszkodzony. Było pytanie, czy kot będzie żył, czy nie, bo trzeba by było go uśpić po prostu. Ale Prezes żyje i jest zadowolonym z życia skurczybykiem.

Moja żona, która była wówczas narzeczoną, pojechała na jakieś szkolenie na wieś. Robili jakiś cyrk psychologiczny. A dwa koty są lepsze niż jeden – kot się zajmie kotem. No i opowiadała, że był upał jak jasna cholera, 30 stopni, środek lipca. Pięcioro kociąt: cztery siedzą sobie w cieniu, a jeden siedzi na środku podwórka i robi: chaaaa…(dyszenie). I stąd mamy kotkę, która nazywa się Kreska.

Kreska jest absolutnie zdebilowaciałym kotem, podejrzewam u niej jakieś kocio-kliniczne skretynienie. Na przykład patrzy w ścianę. Ale nie patrzy prosto, tylko patrzy się aktywnie, rusza oczami, choć ściana jest biała jak fartuch sanitariusza. Strasznie ciekawe, jak człowiek może się zżyć z takim futrzanym zestawem neuronów.

Dla którego wstaje o 3 w nocy, żeby dać jeść.

* * *


Czy przyjąłbyś propozycje współtworzenia słownika horroru w Polsce?

A czemu nie? Uważam się za kompetentną osobę.

Dużo osób uważa się za kompetentne.

Ale ja mam rację.

Słyszałam, że będziesz pisał doktorat z horroru filmowego.

Doktorat, to jest za duże słowo. Jestem wielkim fanem kina, uwielbiam filmy. To moja pasja. Mam propozycję pracy na Uniwersytecie Jagiellońskim, tam się jakąś katedrę otwiera itd., prowadziłbym zajęcia z pisania fantastyki.

W Stanach normą są kursy pisania. W Polsce czegoś takiego nie ma. Myślisz, że jest to potrzebne?

Jakby było darmowe, to tak. Ponieważ w stanach jest komfort, tam sprzedać 50 tys. egzemplarzy książki to jest pikuś. U nas sprzedanie 10 tys. to jest wow, ja pierdolę, super.

* * *


Pamiętasz te stare horrory amberowe?

Pamiętam parę świetnych horrorów, np. Twierdzę.

Te horrory miały dużo swoich fanów i oni piszą w tej chwili.

Tak, to jest mój przykład. Ale najśmieszniejsze jest to, że ja nie do końca jestem przekonany, czy ja piszę horrory. Nie wiem, czy ktoś może poczuć się przestraszony tymi moimi opowiadaniami. To są raczej opowieści niesamowite.

Ja w definicji wolałabym unikać określenia, że horror musi przestraszyć.

Bardzo trudno jest się przestraszyć książką. Co prawda czytałem przerażające horrory, ale w tym momencie to jest stopień wyżej. Ostatni raz poczułem się nieswojo, gdy przeczytałem Cmętarz zwieżąt. Wtedy się naprawdę przestraszyłem. Ale żadna książka nie sieknie tak, jak Ju on. Książek człowiek się nie boi. Może poczuć klimat, zastanowić się, ale nie przestraszyć.

Pracuję teraz dla Wydawnictwa Dolnośląskiego jako wolny strzelec i moim podstawowym zajęciem jest czytanie. Wobec tego w wolnym czasie nie czytam. Nie mam tak komfortowej sytuacji, że jak coś mi się nie podoba, to mogę to pierdolnąć w kąt. Jestem zobowiązany przeczytać do końca i wyrazić swoją opinię.

Polska może mieć pewien kompleks wobec zagranicy, bo polskie szczyty fantastyki to tam jest po prostu standard. A do tego dodatkowo zachodzi sytuacja, w której obcowanie z jakąś książką staje się dla mnie zadaniem a nie przyjemnością, to raz. Dwa: posiadamy tak wspaniałą słowiańską frazę, tak przepiękną melodię języka, że byłoby niedopatrzeniem z mojej strony, żebym nie zechciał na tym pojechać. Co mnie boli, co mnie przeraża w polskiej fantastyce, to takie szkolne podejście do języka, że nikt nie próbuje łamać tych zdań, kombinować, być oryginalnym także na poziomie warsztatu.

Ciągle jesteśmy na poziomie nauczyciela języka polskiego.

Tak, to jest straszne. Ja dostaję korby, żeby ten mój język jakoś się wyróżniał.

* * *


Pisanie horrorów, to pisanie o rzeczach strasznych, które się przydarzają ludziom, czasem bliskim. Nie boisz się, że coś się stanie np. Twojej żonie?

Oczywiście, że się boję. To jest też forma zaklinania lęku. Jestem w tym wieku, że każdy ma doświadczenia śmierci: swoich rodziców, swoich bliskich, potem – nas samych. Ja zaklinam ten świat, mam tę cechę, że się szalenie martwię o swoich bliskich. To się czasem przewija przez życie moich bohaterów, próbuję oswoić tę okrutną potworność, którą jest śmierć.

Horror jest związany ze śmiercią.

Nie ma chyba horroru, w którym nikt nie umarł, prawda?

Ten gatunek zezwala na śmierć głównych bohaterów.

I to tak śmiesznie, że człowiek czuje się rozczarowany, jeśli oni przeżyją. Ja lubię zabijać swoich bohaterów.

Nie czujesz dreszczu? Że osoba, na której był wzorowany też zginie?

Niestety, w pewien sposób tak. Piszę o ludziach naznaczonych śmiercią. Np. Kacper Kłapacz. Wszyscy bohaterowie byli przeklęci.

To opowiadanie miało obciążenie śmierci.

Tak i prawdę powiedziawszy, to czy oni umrą, czy przeżyją, nie ma znaczenia.

Hm… A Bibliotekarki z panienką z Playboya? Tam nikt nie ginie.

To humoreska. Ciekawe jest to, że pornografia zaczęła kształtować nasze marzenia erotyczne. Świat pornografii przedstawia to, czego nigdy w życiu nie doświadczymy. Nie dlatego, że autor horrorów nie ma życia erotycznego, ale dlatego, że te istoty po iluś tam operacjach plastycznych są tak oddalone od realnego świata, że ich po prostu nie poznamy.

Kiedy patrzysz na nie, nie widzisz operacji plastycznych.

Oczywiście, że widzę. Ja nie mogę powiedzieć, że się fascynuję pornografią, ja ją traktuję – bo zdarza mi się z nią poobcować - jak kolejną książkę fantastyczną czy film, jako pewnego rodzaju zjawisko. To odrealnienie wydaje się fajne, ale może pojawić się tęsknota za pornografią w realnym życiu, a tego się nie spotka.

To może rozwalić życie, jeśli się na to pozwoli.

Ale każdy z nas posiada zdolność do rozwalenia sobie życia na własne życzenie, z czego często korzystamy. Poza tym bardzo rzadko jest świadomość tego, że właśnie coś niszczymy. To jest metoda małych kroków. Z drugiej strony kobieta, która umie wymyślić własny sposób na zmysłowość, będzie w tym świecie cholernie wygrana. Żywa seksualność, kobiety czy faceta, w świecie realnym działa naprawdę poruszająco.

* * *


Dobra, to najważniejsze pytanie: zespół Army of Lovers. Na forum Carpe Noctem od niepamiętnych czasów masz avatar ze sceną z teledysku tej grupy. Może chciałbyś być managerem tej grupy?

Eeee... jeśli się przyjrzymy temu, co robiła Army of Lovers, to genialnie zdiagnozowali kulturę współczesną, to raz. Absolutnie chwyta za serce ta potworna rozpacz tej muzyki.

Tak naprawdę śpiewali o tym, o czym śpiewają "normalne" zespoły, o miłości...

Tak, ale robili to po swojemu. Gdybym miał wskazać hasło satanizm w popkulturze, to bym wskazał zespół Army of Lovers.

Jak możesz!

To jest najbardziej sataniczny zespół, jaki widziałem. Nie w sensie odwróconych krzyży, ale kult diabła jako księcia tego świata. Antychrysta. Poza tym, uważam, że Marylin Manson by się zesrał, a do tego ekstremum, do którego oni doszli, to by się nie zbliżył. To mistrzowie, jeśli chodzi o wizualny przekaz. Zostawili cały wszechświat za sobą. To jest obłąkana muzyka.

Zawsze wiedziałam, że jest z nimi coś nie tak. Dzięki za uświadomienie.

I za wywiad.

Komentarze


Wojewoda
    Mistrzowskie
Ocena:
0
Świetny wywiad, właściwie nie ma do czego się przyczepić, oprócz tego, że takie gawędy mogłyby być dłuższe;)
06-07-2006 20:00
senmara
    To zasługa Łukasza.
Ocena:
0
Osoby siedzące w horrrorze maja w sobie coś fascynującego. Wiem to od 5 klasy podstawówki :P
06-07-2006 22:13
Drozdal
   
Ocena:
0
Czytało się ten wywiad niezwylke przyjemnie, niestety o Bakemono nie dowiedziałem się niczego ponad to co już wiedziałem...
07-07-2006 02:52
Furiath
    Ilustracje: Paweł 'Ausir' Dembowski
Ocena:
0
Jakie ilustracje?

Wywiad słuchałem nagrany na dyktafon, muszę powiedzieć, że Łukasza sto razy lepiej się czyta niż słucha ;)
07-07-2006 08:54
Ausir
    Ilustracje...
Ocena:
0
czyli zdjęcie.
07-07-2006 11:17
Rheged
    :D
Ocena:
0
@Furiath - masz rację, zdecydowanie się lepiej go czyta ;). Ale po entym piwie to już prezstaje mieć znaczenie ;).

Wywiad perełka! Są takie kwiatki, że aż skręcałem się śmiechu. Jest też nieco zmiennego nastroju, nieco nostalgii, trochę pyszałkowatości, normalnie cały Orbitoski.

Co do kotów, a konkretnie Kreski, to szkoda, że Łukasz nie opowiedział o jednym diable i dwunastu demonach ;). Mnie te wytłumaczenie zidiocenia jego czarnej kotki położyło na łopatki ;D.
07-07-2006 11:44
~jacek piekara

Użytkownik niezarejestrowany
    Yammie!
Ocena:
0
Gratulacje dla Autorki oraz Przesłuchiwanego :). Dawno nie czytałem tak dynamicznego i dowcipnego wywiadu, choć z pewnymi rzeczami zupełnie się nie zgadzam (np. z tezą, że założeniem horroru jest, iż źli zostają ukarani).
14-07-2006 02:35
senmara
    Według mnie, to jedno z ważniejszych założeń
Ocena:
0
którego brak to np. antyhorror barkerowski. Rzecz jasna to uproszeczenie a temat jest niezwykle obszerny. Zawsze możemy podyskutować :D
14-07-2006 08:37

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.