» Artykuły » Felietony » Łoś Superktoś poleca...

Łoś Superktoś poleca...

Łoś Superktoś poleca...
Nowa książka, autor nieznany, nota nic mi nie mówi. Patrzę na dopiski, a tam Brian Stableford, Stephen King lub inne znane nazwiska. Wszyscy "polecają" produkt, nad którego kupnem właśnie się zastanawiam. Brakuje tylko Lovecrafta, ale ten z wiadomych względów nie może niczego zaopiniować teraz, a wcześniej chyba nikt za bardzo z jego głosem się nie liczył.

Co wpływa na to, że kupuję książki nieznanych autorów?
Wiele osób lubi mówić o sobie, ze podąża za nowinkami, szuka nowych inspiracji trendów i mód w dziedzinie, którą się pasjonuje. Chociażby miały by to być niemedialne i niezbyt trendy książki (komórki, palmtopy czy samochody lepiej współgrają z tymi określeniami). Jak to pogodzić ze świadomością hobbysty i nałogowca drążącego temat? W mojej świadomości wciąż przewija się bibliotekarz-kolekcjoner-pasjonat, przeglądający stare manuskrypty i zakazane księgi. Ten wizerunek nie pasuje do osobnika będącego na topie. Ale przecież Indiana Jones był kompilacją cech starego antykwariusza i nowoczesnego Jamesa Bonda. Co prawda wizerunek Indiany nieco przyblakł z upływem lat, ale wiadomo, że to jest możliwe.

Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę
Zatem: fajnie jest znać korzenie, ale warto poznawać nowości, z tej przyczyny przynajmniej raz na miesiąc kupuję coś nowego do swojej biblioteczki. Oczywiście można przyjąć, ze zakup nowego czytadła wynika z potrzeby miło spędzonego wieczoru, ale kto powiedział, że powody zakupu produktu mają być proste?

Niestety, oferta licznych wydawnictw nieco przekracza możliwości mojej kieszeni. Komu zatem zaufać?

Recenzje w moim ulubionym serwisie, recenzje w mniej lubianych serwisach, zapowiedzi wydawnicze - zazwyczaj wszelkie tego typu wieści albo się powtarzają i nie wnoszą niczego nowego. Zawsze też mogą okazać się podłym spoilerem odsłaniającym zbyt wiele z zawartości książki. Niestety, takie prawo recenzji, inaczej byłyby zaledwie oceną bez zawartości merytorycznej. Bo czy kupilibyście książkę, której recenzja mówi tylko: zaufajcie mi, kupcie tą właśnie książkę, jest "zajefajna"?
Może tak, jednak sytuacja wymaga recenzenta, któremu ufam prawie bezgranicznie (zaufanie kończy się po drugiej książce rzuconej w kąt).

Kupowanie w ciemno ulubionego autora - nie będę tego roztrząsać. Każdy ma takiego wybrańca, którego kupuje zawsze i bez czytania recenzji, żeby sobie nie psuć przyjemności.

Książka z polecenia Łosia Superktosia (sposób na określanie VIPów, tak nazywał się pewien sympatyczny bohater kreskówki).
I tu dochodzimy do sedna - reklama na zasadzie super polecenia.
Nawet na książkach z lat dziewięćdziesiątych zdarza mi się znaleźć napis: super autor poleca.
Czasami daję się uwieść nazwisku na obwolucie, ale niewiele ryzykuję, na mojej półce każdy horror znajdzie schronienie. Co z innymi czytelnikami? Czy stracą zaufanie dla guru, które sprzedało nazwisko i skłoniło czytelnika na zakup nic nie wartego piśmidła?
Pewnie nie.
Zawiedziony klient będzie na drugi raz ostrożniejszy, w naszym kraju książka kupiona w księgarni niestety wciąż kosztuje zbyt wiele w porównaniu z pensją przeciętnego człowieka. A może wręcz przeciwnie? Może to jest mechanizm "wciskania opinii", gdy klient nie ma własnego zdania, lub nie jest zbyt pewny własnego zdania i kupuje coś, co jest sprawdzone i pozytywnie ocenione, najlepiej przez sławną osobę. Czy ja osobiście stawiałabym wyżej książkę tylko dlatego, ze podobała się Stephenowi Kingowi? Lubię myśleć, że nie, nie znoszę na przykład jego fascynacji sportem, z drugiej strony mam świadomość wpływu autorytetu, któremu ulega w różnym stopniu każdy z nas, nawet nieświadomie.
Tak myślę, że w Polsce nazwisko czerwonowłosego piosenkarza mogłoby niezwykle pozytywnie wpłynąć na rynek księgarski, jeśli chodzi o ilość nowych klientów.

Czy coś może konkurować z tak sławnymi nazwiskami?
Tak. Kumpel, znajomy, ktoś, kto w naszych oczach uchodzi za osobę znającą się na rzeczy a jednocześnie pozbawiony otoczki "sławnego i coś-z-tego-mającego". Super autorowi mogą za „polecenie” płacić, recenzent może mieć układy z wydawnictwem, reklama w czasopiśmie czy Internecie – wiadomo, napiszą to, co czytelnik chce przeczytać. Pomału stajemy się reklamoodporni i nie chodzi tu o blokowanie pop-upów czy wyrzucanie spamu, to robiliśmy kilka lat temu. Dziś przestajemy reklamy zauważać a na co nachalniejsze wręcz powodują efekt odwrotny od zamierzonego. Jak stary wypas zakupowy w supermarkecie wypatrzymy każdą podejrzaną frazę, grę słów i naciągane porównanie. A każde z nich dyskwalifikuje nieznaną nam książkę. Nie ufamy nikomu, kto mógłby mieć jakąś korzyść z polecenia.

Oto sedno marketingu szeptanego. Ile razy zdarzyła się Wam kupić coś tylko dlatego, że kolega ma to na półce? Nawet nie musieliście tego czytać, wystarczy widok fajnej okładki, kilka słów o treści albo rozmowa na korytarzu: "kupiłam nową książkę, wyobraź sobie, że świat..." . Kupujemy z tak zwanego owczego pędu, czasem dlatego, ze lubimy i ufamy osobie z naszego otoczenia. Bywa, że to jest osoba z forum, z którą łączą nas dyskusje, kilka flejmów, może jakiś priv. Tu należy zwrócić uwagę na formowych flejmowców, którzy może nie znają się na książkach, ale ich wypowiedzi cechuje autorytarność i siła przebicia. Z mitomanami nie warto dyskutować, bo w zasadzie nie można wygrać, istnieje tylko jedna właściwa opinia – ich własna. Zatem albo kupujemy omawianą przez nich książkę, żeby się dowiedzieć o co w ogóle chodziło, albo nie bierzemy udziału w dyskusji i omijamy produkt z daleka.

Marketingiem szeptanym zajmuje się firma Streetcom, wybiera "ekspertów" pod kątem produktu, wysyła darmowe próbki. Niestety, nie są to produkty w rodzaju nowego samochodu, klawiatury czy monitora LCD (takie cuda to tylko za granicą). Ale zasada jest taka sama – dostajesz piwo czy balsam i rozmawiasz o nich – nie jest ważna twoja opinia, słownictwo, forma. Możesz gadać, śpiewać, mailować, wysyłać smsy. Możesz pisać na forum. Ważne, żeby ludzie o tym mówili.
O ile wiem, klasyczny marketing szeptany nie jest w Polsce stosowany przez wydawnictwa, to raczej działka firm takich jak Lech, Nivea, Carlsberg itp. Ale to nie znaczy, że nie jest stosowany bezwiednie. Liczne fora służą mu świetnie. Na każde pytanie "Co nowego polecacie?" pojawiają się liczne odpowiedzi poparte doświadczeniami forumowiczów. Nie wiem jak Wy, ale ja regularnie skanuję "Jest kwiecień i czytamy…" z wielką korzyścią dla moich półek.

Komentarze


Seif al din
   
Ocena:
0
Artykuł bardzo dobry, teraz się zastanowie dwa razy zanim przeczytam jakąś recenzje w prasie. Jeszcze nalezy pamiętać, że jak ktoś poleca nam książke i mówił: "jest zajefajna" etc. To należy do tego podchodzić z lekkim dystansem, bo każdy ma raczej odmiennego gusta ;)
18-04-2007 00:09
vanderus
   
Ocena:
0
Nie jestem pewien, czy recenzja musi zawierać jakieś odsłonięcie akcji, czy zdradzenie czegos z zawartości ksiązki - niby po co? Można przecież użyć porównań, spuentować książkę jako całość, odnieść się do stylu, sposobu prezentacji akcji - i spoilera żadnego wtedy nie ma. A że zaufanie do recenzenta trzeba mieć, to raczej wiadome i nie podlegające dyskusji. Zresztą, antyzaufanie też może być - znalazło by się pare osób, które jak mi mówią, ze coś im się nie podobało, to ja juz wiem, że jest duza szansa, że mnie to przypadnie do gustu :D
18-04-2007 16:26
teaver
    ;)
Ocena:
0
Dobry artykuł. Ale ja Cię lubię czytać i edytować. ;) A co do książek polecanych przez Łosi Superktosi - nie mam za grosz zaufania. Zaufanie do recenzenta to mam, jak przeczytam kilka jego recenzji i porównam to sobie z moją opinią nt. książki. Wtedy wiem, jak mam rozumieć jego opinie.
12-05-2007 21:16
Linka
   
Ocena:
0
Dla mnie taka rekomendacja stanowi jakby klucz, tzn. oczekuję od książki, że będzie utrzymana w podobnym klimacie, co utwory polecającego ją autora. Słowem, traktują to na równi z innymi informacjami o książce.Ale jako chwyt reklamowy to na mnie nie działa.

Chciałam też zwrócić uwagę na inny aspekt - publikację fragmentów pochlebnych opinii na obwolucie. Czasem zastanawia mnie ich dobór, bo cytowane zdania to raczej huraoptymistyczne opinie niż konkretne informacje. A szkoda. Bo prócz siły autorytetu cytowanego czasopisma/portalu, mogłyby one zawierać bardziej wartościowe treści.

vanderus, jeśli chodzi o recenzje, to dzielę je na dwa typy (zresztą chyba nie tylko ja). Po pierwsze są recenzje "zapowiadające", czyli takie, które bez zdradzania treści sugerują, co książka zawiera. Drugi typ to recenzje-analizy, adresowane do tych, którzy daną pozycję już przeczytali. Wtedy można sobie pozwolić na omówienie treści w kontekście konkretnego problemu, o którym autor recenzji chce podyskutować. Niestety, często granica między tymi dwoma typami się zaciera.
24-05-2007 20:02
~

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
ale pienkne oko
22-04-2009 13:57

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.