» Fragmenty książek » Księżyc nad Soho

Księżyc nad Soho


wersja do druku

Księżyc nad Soho

1. Ciało i dusza


Oto smutne realia dzisiejszych czasów: jeśli będziesz jechać dostatecznie długo, prędzej czy później zostawisz Londyn za sobą. Jeżeli pojedziesz na północny wschód trasą A12, w końcu trafisz do Colchesteru, pierwszej rzymskiej stolicy Brytanii i pierwszego miasta, które spaliła rudowłosa laska z Norfolk znana jako Boudicca. Wiedziałem to wszystko, ponieważ czytałem „Roczniki” Tacyta w ramach nauki łaciny. Tacyt okazuje zadziwiająco wiele zrozumienia dla buntujących się Brytów i zjadliwie wyraża się o braku przygotowania rzymskich generałów, którzy „myśleli więcej o tym, co przyjemne, niż o tym, co wskazane”. Mięczaki z klasycznym wykształceniem, które dowodzą Armią Brytyjską, najwyraźniej wzięły sobie do serca to napomnienie, bo Colchester jest teraz siedzibą ich najtwardszych żołnierzy, pułku spadochronowego. Ponieważ jako posterunkowy na okresie próbnym spędziłem wiele sobotnich wieczorów, siłując się z rekrutami przy Leicester Square, teraz zadbałem o to, żeby nie zjechać z głównej drogi i ominąć miasto szerokim łukiem.

Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę
Za Colchesterem skręciłem na południe, za pomocą GPS-u w telefonie dostałem się na drogę B1029 i pojechałem dalej klinem ze skrawka suchej ziemi, wbitym między rzeką Colne i Flag Creek. Na końcu tej drogi znajduje się Brightlingsea, ciągnące się wzdłuż wybrzeża – jak to zawsze mówiła mi Lesley – niczym kupa śmieci, która osiadła na brzegu w miejscu, gdzie najdalej sięga przypływ. Nie uważałem, żeby w gruncie rzeczy było aż tak źle. W Londynie padało, ale za Colchesterem wjechałem pod błękitne niebo i słońce oświetliło rzędy zadbanych wiktoriańskich szeregowców, które ciągnęły się aż do morza.
Domostwo rodziny May łatwo było wypatrzyć: zbudowany w edwardiańskim stylu ceglany dom z lat siedemdziesiątych, który niemal na śmierć zawalono lampami powozowymi i kamyczkowym tynkiem. Po jednej stronie frontowych drzwi wisiała donica z niebieskimi kwiatami, a po drugiej numer domu na ceramicznej tabliczce w kształcie żaglówki. Przystanąłem i zajrzałem do ogrodu – koło ozdobnego poidełka dla ptaków szwendały się krasnoludki. Odetchnąłem głęboko i zadzwoniłem do drzwi.
Ze środka natychmiast dobiegł zgiełk kobiecych głosów. Przez stylowe witrażowe okienko w drzwiach widziałem niewyraźne postaci biegające w tę i z powrotem na drugim końcu korytarza. Ktoś wrzasnął: „To twój chłopak!”, co zasłużyło sobie na gromkie: „Cicho!” i wypowiedzianą półgłosem przez kogoś innego reprymendę. Biała plama przemaszerowała korytarzem, aż wypełniła całe okienko. Cofnąłem się o krok i drzwi się otworzyły. To był Henry May, ojciec Lesley.
Był dużym mężczyzną; prowadzenie wielkich ciężarówek i transportowanie ciężkiego sprzętu dało mu szerokie ramiona i potężne ręce. Zbyt wiele śniadań w przydrożnych barach i szybkich piwek w pubach zafundowało mu oponkę w pasie. Miał kwadratową twarz i radził sobie z coraz wyższym czołem, goląc włosy tak, że został z nich tylko brązowy meszek. Oczy miał niebieskie i bystre. Lesley miała oczy po ojcu.
Odchowanie czterech córek oznaczało, że osiągnął prawdziwą maestrię w rodzicielskim spojrzeniu z góry i musiałem zwalczyć gwałtowną potrzebę zapytania, czy Lesley może wyjść pobawić się ze mną.
– Cześć, Peter.
– Dzień dobry, panie May – odpowiedziałem.
Nie wykonał żadnego ruchu, żeby przestać blokować drzwi, ani też nie zaprosił mnie do środka.
– Lesley zaraz wyjdzie – powiedział.
– Dobrze się miewa? – zapytałem.
To było głupie pytanie i tata Lesley nie zawstydził nas obu próbą odpowiedzi. Usłyszałem, że ktoś schodzi po schodach, i przygotowałem się na najgorsze.
Doktor Walid powiedział, że doszło do poważnych uszkodzeń kości szczękowej, kolca nosowego i żuchwy. I chociaż większość znajdujących się pod skórą mięśni i ścięgien przetrwała, chirurdzy w szpitalu uniwersyteckim nie zdołali uratować jej zbyt wiele. Wstawili tymczasowe rusztowanie, umożliwiające Lesley oddychanie i przełykanie jedzenia, a poza tym istniała szansa, że będzie mogła skorzystać z częściowego przeszczepu twarzy, o ile znajdą odpowiedniego dawcę. Zważywszy, że to co, zostało z jej szczęki, obecnie trzymało się kupy dzięki filigranowi z hipoalergicznego metalu, rozmowa nie wchodziła w grę. Doktor Walid powiedział, że kiedy kości dostatecznie się spoją, może lekarzom uda się przywrócić funkcje szczęki na tyle, żeby umożliwić mówienie. Dla mnie jednak za dużo w tym wszystkim było gdybania. „Cokolwiek zobaczysz”, powiedział doktor Walid, „przyglądaj się tyle, ile będziesz potrzebował, żeby do tego przywyknąć, zaakceptować to, a potem przejść nad tym do porządku dziennego, jakby nic się nie zmieniło”.
– Oto ona – powiedział tata Lesley i obrócił się bokiem, pozwalając szczupłej latorośli przecisnąć się obok.
Miała na sobie bluzę w niebiesko-białe pasy z naciągniętym na głowę kapturem i tak mocno zawiązanymi troczkami, że materiał zasłaniał jej czoło i podbródek. Dolną część twarzy zakryła dopasowaną do bluzy niebiesko-białą pasiastą apaszką, a oczy przesłoniła wielgachnymi, niemodnymi okularami przeciwsłonecznymi, które – jak podejrzewałem – zwędziła z zapomnianej szuflady z ubraniami matki. Patrzyłem, ale nie było na co patrzeć.
– Powinnaś była mnie uprzedzić, że planujemy napad na bank – powiedziałem. – Wziąłbym kominiarkę.
Posłała mi zdegustowane spojrzenie – rozpoznałem to po przechyleniu głowy i ułożeniu jej ramion. Serce mi się ścisnęło, więc odetchnąłem głębiej.
– Masz ochotę na spacer? – zapytałem.
Skinęła głową do ojca, złapała mnie mocno za rękę i odciągnęła od domu.
Czułem na plecach spojrzenie jej ojca, kiedy odchodziliśmy.
Jeśli nie liczyć szkutnictwa i drobnego przemysłu, Brightlingsea nie jest hałaśliwym miastem, nawet latem. Teraz, na dwa tygodnie przed końcem szkolnych wakacji, było wręcz ciche, czasem tylko było słychać przejeżdżający samochód albo krzyk mew. Milczałem, dopóki nie przeszliśmy przez High Street, gdzie Lesley wyjęła z torebki policyjny notatnik, otworzyła go na ostatniej stronie i pokazała.
Na stronie czarnym długopisem napisano: „Co porabiałeś?”.
– Nie chcesz wiedzieć – odparłem.
Wymachując rękami, jasno dała mi do zrozumienia, że owszem, chce wiedzieć.
Wobec tego opowiedziałem jej o gościu, któremu kobieta z zębami w pochwie odgryzła członek, co najwyraźniej rozbawiło Lesley. Wspomniałem też o plotkach, że Niezależna Komisja ds. Skarg na Policję prowadzi dochodzenie dotyczące postępowania nadinspektora detektywa Seawolla podczas zamieszek w Covent Garden, i to z kolei jej nie rozweseliło. Natomiast nie powiedziałem jej, że Terrence Pottsley – jedyna ofiara (poza nią samą), która także przeżyła atak magią odpowiedzialną za zniszczenie jej twarzy – powiesił się, kiedy tylko rodzina spuściła go na chwilę z oka.
Nie poszliśmy prosto nad morze. Lesley poprowadziła mnie opłotkami, Oyster Tank Road i przez trawiasty parking, gdzie rzędy żaglówek stały zaparkowane na swoich lawetach. Rześki wiatr znad morza zawodził w takielunku i podzwaniał metalowymi elementami jak krowimi dzwonkami. Ręka w rękę przeszliśmy między łódkami na smaganą wiatrem betonową esplanadę. Z jednej strony betonowe stopnie prowadziły na plażę podzieloną gnijącymi falochronami na wąskie pasy. Po drugiej stronie stał szereg kolorowych kabin plażowych. Większość była zamknięta, ale zauważyłem jedną rodzinę, która postanowiła sobie rozciągnąć lato tak bardzo, jak tylko się da; rodzice popijali herbatę, kryjąc się w drzwiach przed wiatrem, a dzieciaki kopały piłkę na plaży.
Między końcem szeregu plażowych domków a odkrytym basenem ciągnął się pas trawy i stała wiata, gdzie wreszcie usiedliśmy. Wzniesiona w latach trzydziestych dwudziestego wieku, kiedy ludzie mieli jeszcze realistyczne oczekiwania odnośnie do brytyjskiego klimatu, wiata była budynkiem z cegieł, dostatecznie solidnym, żeby posłużyć za zaporę przeciwczołgową. Usadowiliśmy się osłonięci przed wiatrem na ławce, która biegła we wnęce. Wnętrze ozdobiono nadmorskim malowidłem ściennym: niebieskie niebo, białe obłoki, czerwone żagle. Jakiś skończony palant namazał na niebie „BMX”, a na bocznej ścianie widniała lista niechlujnie wypisanych imion: Brooke T., Emily B. i Lesley M. Znajdowały się akurat w takim miejscu, żeby nabazgrał je jakiś znudzony nastolatek, który rozwalił się w kącie na ławce. Nie trzeba być gliniarzem, żeby zauważyć, że to miejsce, gdzie młodzież z Brightlingsea przychodzi posiedzieć – młodzież w tym trudnym wieku, kiedy już ponosi się odpowiedzialność karną, ale jeszcze nie ma się prawa spożywać alkoholu.
Lesley wyciągnęła z torebki i włączyła chińską podróbkę iPada. Ktoś w jej rodzinie musiał biegle posługiwać się komputerami. Wiem, że nie Lesley, bo na iPadzie zainstalowano syntezator mowy. Lesley napisała coś, korzystając z trybu klawiaturowego, a iPad wypowiedział słowa. To był podstawowy model z amerykańskim akcentem, więc brzmiała jak autystyczny surfer, ale przynajmniej mogliśmy niemalże normalnie porozmawiać.
Nie zawracała sobie głowy pogaduszkami towarzyskimi.
– Magia naprawi? – spytała.
– Myślałem, że doktor Walid rozmawiał z tobą na ten temat.
Obawiałem się tego pytania.
– Ty powiedz.
– Co?
Lesley pochyliła się nad iPadem i powoli, z rozmysłem dźgała ekran palcem.
– Chcę usłyszeć to od ciebie – powiedział iPad.
– Dlaczego?
– Bo ci ufam.
Nabrałem powietrza. Dwoje emerytów śmignęło obok wiaty na wózkach elektrycznych.
– Z tego co się orientuję, magia działa w obrębie tych samych praw fizyki, co wszystko inne – odpowiedziałem.
– Co magia uczyni – powiedział iPad – magia może odczynić.
– Jeśli sparzysz rękę przez ogień albo elektryczność, to nadal jest to oparzenie. Radzisz sobie z nim bandażami, kremem i takimi tam. Nie korzystasz z większej dawki elektryczności albo ognia. A tobie...
...złowrogi duch rozciągnął i zniekształcił skórę i mięśnie twarzy, rozbił ci szczękę w drobny mak i całość trzymała się kupy tylko dzięki magii, a kiedy magia się skończyła, twoja twarz odpadła... Twoja prześliczna twarz. Byłem tam, widziałem, jak to się stało. I nic nie mogłem na to poradzić.
– Nie mogę po prostu wypowiedzieć życzenia, by to naprawić – powiedziałem.
– Wiesz wszystko? – spytał iPad.
– Nie. I wątpię, czy nawet Nightingale wie wszystko.
Siedziała przez dłuższą chwilę w bezruchu, milcząc. Chciałem ją objąć, ale nie wiedziałem, jak zareaguje. Już miałem wyciągnąć rękę, kiedy skinęła głową do własnych myśli i znowu podniosła iPada.
– Pokaż mi – powiedział iPad.
– Lesley...
– Pokaż mi. – Uderzyła kilka razy w guzik powtarzania. – Pokaż mi, pokaż mi, pokaż mi...
– Czekaj. – Sięgnąłem po jej iPada, ale go zabrała.
– Muszę wyjąć z niego akumulator, bo inaczej magia rozwali układy scalone.
Lesley obróciła iPada, otworzyła i wyjęła akumulator. Po tym, jak załatwiłem pięć telefonów z rzędu, wyposażyłem swojego najnowszego samsunga w staromodny, klasyczny wyłącznik. Dzięki temu był bezpieczny, ale to oznaczało, że obudowa trzymała się teraz tylko dzięki gumkom. Lesley zadrżała na jego widok i wydała z siebie coś w rodzaju parsknięcia, co – jak podejrzewałem – było śmiechem.
Stworzyłem w umyślenie kształt odpowiedniej forma, otworzyłem dłoń i przywołałem ognik. Niezbyt duży, ale dostateczny, by rzucił blade światło, które odbiło się w ciemnych okularach Lesley. Przestała się śmiać. Zamknąłem dłoń i światło zgasło.
Lesley przez chwilę gapiła się na moją rękę, a potem wykonała taki sam gest, powtórzyła go dwa razy, powoli i metodycznie. Kiedy nic się nie stało, spojrzała na mnie i wiedziałem, że pod okularami i apaszką marszczy brwi.
– To nie takie proste – powiedziałem. – Przez miesiąc ćwiczyłem każdego ranka po cztery godziny, zanim zdołałem to zrobić, a to dopiera pierwsza rzecz, której się uczysz. Mówiłem ci o łacinie, grece...?
Siedzieliśmy przez chwilę w milczeniu, a potem szturchnęła mnie w rękę. Westchnąłem i zrobiłem następny ognik. Teraz potrafiłem to robić bez mała przez sen. Powtórzyła gest, ale niczego nie uzyskała. Nie żartuję, mówiąc, ile czasu to trwa, zanim człowiek się nauczy.
Emeryci na wózkach elektrycznych znowu śmignęli po esplanadzie jak bolidy. Zgasiłem światełko, ale Lesley dalej powtarzała gest, a jej ruchy z każdą próbą były coraz bardziej niecierpliwe. Znosiłem to tak długo, jak się dało, aż wreszcie złapałem ją za rękę i zmusiłem do przestania.
Wkrótce potem wróciliśmy do jej domu. Kiedy weszliśmy na werandę, poklepała moje ramię, weszła do środka i zatrzasnęła mi drzwi przed nosem. Przez witrażowe okienko patrzyłem na jej rozmazany kształt oddalający się szybko korytarzem i już jej nie było.
Miałem się odwrócić, kiedy drzwi się otworzyły i wyszedł przez nie ojciec Lesley.
– Peter – powiedział. Zakłopotanie nie przychodzi łatwo takim mężczyznom jak Henry May, więc nie potrafił go dobrze ukryć. – Pomyślałem, że moglibyśmy wypić filiżankę herbaty. Przy High Street jest kawiarenka...
– Dziękuję, ale muszę wracać do Londynu.
– Och – mruknął i przysunął się trochę. – Ona nie chce, żebyś ją zobaczył bez maski... – Machnął rękami z grubsza w stronę domu. – Wie, że jeśli wejdziesz, będzie musiała ją zdjąć, a nie chce, żebyś ją zobaczył. Rozumiesz to, prawda?
Pokiwałem głową.
– Nie chce, żebyś zobaczył, jak źle to wygląda.
– A jak źle to wygląda?
– Gorzej być nie może – odpowiedział Henry.
– Przykro mi.
Henry wzruszył ramionami.
– Chciałem tylko, żebyś wiedział, że cię nie spławiła. Nie chciała cię ukarać ani nic w tym guście.
Mimo to, zostałem spławiony, więc się pożegnałem, wsiadłem do jaguara i pojechałem z powrotem do Londynu.
Właśnie udało mi się trafić na A12, kiedy zadzwonił doktor Walid i powiedział, że ma ciało, które chciałby, żebym zobaczył. Przycisnąłem gaz do dechy. Wezwanie oznaczało pracę i byłem niezmiernie za nią wdzięczny.


_________________________________________________________________________________________


W każdym szpitalu, w którym byłem, unosi się ten sam zapach – woń środka odkażającego, wymiocin i śmiertelności. Szpital uniwersytecki był nowiutki, miał mniej niż dziesięć lat, ale ten zapach już zaczynał się do niego wkradać, z wyjątkiem – jak na ironię – podziemi, gdzie trzymano martwych ludzi. Tam, na dole, farba na ścianach nadal była świeża, a bladoniebieskie linoleum nadal skrzypiało pod stopami.
Wejście do kostnicy znajdowało się w połowie długiego korytarza obwieszonego oprawionymi zdjęciami starego szpitala Middlesex z czasów, kiedy mycie rąk przez lekarzy między kolejnymi pacjentami było najświeższą nowinką medyczną. Strzegła go para elektronicznie zamykanych drzwi przeciwpożarowych z napisem „ZAKAZ WSTĘPU OSOBOM NIEUPOWAŻNIONYM. TYLKO PERSONEL KOSTNICY”. Kolejny napis kazał mi nacisnąć guzik domofonu, co uczyniłem. Głośnik zaskrzeczał i, na wypadek gdyby to było pytanie, powiedziałem:
– Tu posterunkowy Peter Grant, mam się zobaczyć z doktorem Walidem.
Głośnik znowu zaskrzeczał, poczekałem i drzwi otworzył mi doktor Abdul Haqq Walid, światowej sławy gastroenterolog, kryptopatolog i praktykujący Szkot.
– Peter – powitał mnie. – Jak się miewa Lesley?
– Chyba dobrze.
Wewnątrz kostnica wyglądała właściwie jak reszta szpitala, tyle że mniej ludzi narzekało tu na stan publicznej służby zdrowia. Doktor Walid przeprowadził mnie obok ochroniarza w recepcji i przedstawił dzisiejszemu nieboszczykowi.
– Kto to? – zapytałem.
– Cyrus Wilkinson. Przedwczoraj zasłabł w pubie przy Cambridge Circus, zabrano go na oddział ratunkowy, gdzie stwierdzono zgon w drodze do szpitala i odesłano tu na rutynową sekcję zwłok.
Biedny stary Cyrus Wilkinson nie wyglądał najgorzej, jeśli nie liczyć, rzecz jasna, rozcięcia w kształcie litery „Y”, którym otwarto go od piersi po krocze. Na szczęście, doktor Walid skończył grzebać w organach i zaszył go przed moim przyjazdem. Cyrus był białym mężczyzną, który wyglądał na nieźle zakonserwowanego czterdziestoparolatka z niedużym brzuszkiem piwnym, ale nadal nie najgorszą rzeźbą na rękach i nogach. Dla mnie wyglądał na biegacza.
– I znalazł się tutaj, ponieważ...?
– Cóż, znalazłem oznaki zapalenia żołądka, zapalenia trzustki i marskości wątroby – powiedział doktor Walid.
To ostatnie z czymś mi się kojarzyło.
– Popijał? – zapytałem.
– Między innymi. Miał poważną anemię, co może się wiązać z problemami z wątrobą, ale wygląda to bardziej na coś, co kojarzę z niedoborem B12.
Znowu obrzuciłem ciało podejrzliwym spojrzeniem.
– Ma niezłą rzeźbę.
– Kiedyś był w formie, ale wygląda na to, że ostatnio sobie odpuścił.
– Narkotyki?
– Wykonałem wszystkie szybkie testy i nic. Minie kilka dni, nim otrzymam wyniki z próbek z włosów.
– Co było przyczyną śmierci?
– Niewydolność serca. Znalazłem oznaki kardiomiopatii rozstrzeniowej. Dochodzi wtedy do powiększenia serca, które nie jest w stanie prawidłowo wykonywać swojej pracy. Myślę jednak, że ostatecznie tamtej nocy załatwiła go martwica mięśnia sercowego.
Kolejny termin, który rozpoznałem z odbytych w Hendon zajęć na temat „co robić, kiedy podejrzany zasłabnie w areszcie”. Innymi słowy: zawał serca.
– Przyczyny naturalne?
– Na pierwszy rzut oka owszem – odpowiedział doktor Walid – ale tak naprawdę nie był aż tak chory, żeby paść trupem. Oczywiście, ludzie co rusz padają trupem, wiadomo.
– To skąd pan wie, że to jeden z naszych?
Doktor Walid poklepał nieboszczyka po ramieniu i mrugnął do mnie.
– Będziesz musiał podejść, żeby się zorientować.
Nie lubię podchodzić do trupów, nawet tak bezpretensjonalnych jak Cyrus Wilkinson, więc poprosiłem doktora Walida o maseczkę i okulary ochronne. Kiedy już nie było zagrożenia, że przypadkiem dotknę ciała, ostrożnie pochyliłem się, aż moja twarz znalazła się tuż obok jego twarzy.
Vestigium to ślad, jaki magia zostawia na przedmiotach. Bardzo przypomina mgliste odczucie, jak wspomnienie zapachu albo dźwięku, który kiedyś się słyszało. Człowiek czuje to setki razy dziennie, ale miesza mu się to ze wspomnieniami, marzeniami na jawie i nawet zapachami, które rzeczywiście czuje, i dźwiękami, które naprawdę słyszy. Niektóre rzeczy, na przykład kamienie, nasiąkają wszystkim, co dzieje się wokół, nawet jeśli prawie nie ma w tym magii – to właśnie nadaje starym domom charakter. Inne rzeczy, takie jak ludzkie ciało, bardzo słabo przechowują jakiekolwiek vestigia – potrzebny jest magiczny odpowiednik granatu, żeby cokolwiek zostawiło ślad na ciele.
To dlatego odrobinę się zdziwiłem, kiedy usłyszałem, że ciało Cyrusa Wilkinsona gra solówkę na saksofonie. Melodia ­szybowała z czasów, kiedy wszystkie radia były z bakelitu i dmuchanego szkła, a wraz z nią napłynęła woń placu budowy: ciętego drewna i cementowego pyłu. Pochylałem się tak długo, aż z całą pewnością rozpoznałem melodię. Dopiero wtedy się odsunąłem.
– Jak pan to zauważył? – spytałem.
– Sprawdzam wszystkie przypadki nagłej śmierci. Na wszelki wypadek. Wydało mi się, że to brzmi jak jazz.
– Rozpoznał pan melodię?
– Nie. Słucham tylko rocka progresywnego i dziewiętnastowiecznych romantyków. A ty?
– To „Body and Soul” – odpowiedziałem. – Z lat trzydziestych.
– Kto to grał?
– Bez mała wszyscy. To jeden z wielkich jazzowych standardów.
– Tyle że nie można umrzeć od jazzu – powiedział doktor Walid. – Prawda?
Pomyślałem wtedy o Fatsie Navarro, Billie Holiday i Charliem Parkerze, którego po śmierci koroner omyłkowo wziął za dwa razy starszego człowieka.
– Wie pan, myślę, że jeszcze się pan przekona, że można.
Jazz z pewnością zrobił wszystko co w jego mocy, żeby załatwić mojego ojca.


__________________________________________________________________________________________


Takie vestigium nie pojawia się na ciele bez udziału poważnej magii, co oznaczało, że albo ktoś posłużył się magią wobec Cyrusa Wilkinsona, albo on sam z niej korzystał. Nightingale nazywał cywilów, którzy posługują się magią, „adeptami”. Według niego, adept, nawet amator, często zostawia ślady praktyk magicznych w swoim domu, więc pojechałem za rzekę pod adres podany na prawie jazdy pana Wilkinsona, żeby sprawdzić, czy istnieje ktoś, kto kochał go na tyle, żeby go zabić.
Jego dom był piętrowym edwardiańskim szeregowcem po prawej stronie Tooting Bec Road. To była kraina volkswagenów golfów, w której nieliczne audi i beemki lekko poprawiały ogólny ton. Zaparkowałem na żółtej linii i podszedłem kawałek w górę ulicą. Mój wzrok przyciągnęła jaskrawopomarańczowa honda civic – nie dość, że miała żałosny mały silniczek 1,4 typu VTEC, to jeszcze za kierownicą siedziała kobieta obserwująca interesujący mnie dom. Zapamiętałem sobie numer rejestracyjny samochodu, zanim otworzyłem furtkę z kutego żelaza, podszedłem krótką ścieżką i zadzwoniłem do drzwi. Przez chwilę czułem woń połamanego drewna i pyłu cementowego, ale wtedy otworzyły się drzwi i straciłem zainteresowanie wszystkim wokół.
Kobieta była – wbrew obowiązującej modzie – krągła, puszysta i seksowna w workowatym, chabrowym pulowerze z szetlandzkiej wełny. Miała bladą, ładną twarz i kłębowisko ciemnych włosów, które sięgałyby jej do połowy pleców, gdyby nie zostały związane w zgrubny węzeł na karku. Jej oczy były w odcieniu czekolady, a usta – duże i pełne – miały opuszczone kąciki. Zapytała mnie, kim jestem, więc się przedstawiłem.
– W czym mogę panu pomóc, panie posterunkowy? – zapytała.
Akcent miała tak wytworny, że brzmiało to niemal jak parodia. Kiedy mówiła, spodziewałem się, że nad naszymi głowami zakołuje zaraz spitfire.
– Czy to jest dom Cyrusa Wilkinsona? – zapytałem.
– Obawiam się, że raczej był, panie posterunkowy.
Zapytałem, kim jest. Uprzejmie.
– Simone Fitzwilliam – powiedziała i wyciągnęła rękę.
Uścisnąłem ją odruchowo. Dłoń miała miękką i ciepłą. Poczułem zapach kapryfolium. Zapytałem, czy mogę wejść, i kobieta odsunęła się na bok, żeby mnie przepuścić.
Dom wybudowano dla mającej aspiracje niezamożnej klasy średniej, więc przedpokój był wąski, ale miał ładne proporcje. Nadal leżały w nim oryginalne czarno-białe kafelki i stała zaniedbana, choć zabytkowa dębowa szafa. Simone zaprowadziła mnie do salonu. Zauważyłem, że ma solidne, ale ładnie ukształtowane nogi pod czarnymi legginsami. Dom poddano typowym przeróbkom podnoszącym standard nieruchomości: przebito ścianę, żeby połączyć frontowy pokój z jadalnią, oryginalny dębowy parkiet przeszlifowano, polakierowano i przykryto dywanami. Meble wyglądały na rzeczy z sieci sklepów John Lewis – drogie, wygodne i pozbawione wyobraźni. Telewizor plazmowy był tradycyjnie duży i podłączony do telewizji Sky oraz odtwarzacza Blu-ray. Na najbliższych półkach stały płyty DVD, nie książki. Reprodukcja Moneta wisiała w miejscu, w którym znajdowałby się kominek, gdyby nie został zniszczony w którymś momencie w ciągu ostatnich stu lat.
– Co panią łączyło z panem Wilkinsonem?
– Był moim kochankiem.
Sprzęt stereo to był nudny luksusowy zestaw hitachi – tylko odtwarzacz CD i wzmacniacz, żadnego gramofonu. Stało kilka stojaków na kompakty: Wes Montgomery, Dewey Redman, Stan Getz. Resztę stanowiła przypadkowa zbieranina przebojów z lat dziewięćdziesiątych.
– Proszę przyjąć wyrazy współczucia – powiedziałem. – Chciałbym zadać pani kilka pytań, jeśli można.
– Czy to konieczne, panie posterunkowy?
– Często badamy sprawy, w których okoliczności towarzyszące śmierci są niejasne – odparłem.
Tak naprawdę to my, znaczy policja, niczego nie badamy, dopóki przestępstwo nie jest wręcz boleśnie oczywiste albo Ministerstwo Spraw Wewnętrznych nie wyda nowej dyrektywy, zgodnie z którą mamy w szczególności zająć się określonym typem czynów karalnych, na które akurat zaczęła się wyjątkowa nagonka w mediach.
– A są niejasne? Z tego co zrozumiałam, biedny Cyrus miał zawał. – Usiadła na pastelowo niebieskiej sofie i wskazała gestem, żebym usiadł w fotelu od kompletu. – Czy nie to nazywa się zgonem z przyczyn naturalnych?
Oczy jej zalśniły od łez, więc otarła je wierzchem dłoni.
– Przepraszam, panie posterunkowy.
Poprosiłem, żeby mówiła mi Peter, czego nie należy robić na tym etapie dochodzenia – niemal już słyszałem, jak Lesley wrzeszczy na mnie aż z wybrzeża Essex. Simone nadal jednak nie zaproponowała mi filiżanki herbaty. Cóż, najwyraźniej to nie był mój dzień.
Uśmiechnęła się.
– Dziękuję, Peter. Oczywiście możesz mi zadać kilka pytań.
– Cyrus był muzykiem?
– Grał na saksofonie altowym.
– I grał jazz?
Kolejny przelotny uśmiech.
– A istnieje inny rodzaj muzyki?
– Jazz modalny, mainstream, bebop? – zapytałem, popisując się.
– Grał cool-jazz, a ściślej West Coast jazz. Chociaż nie gardził hard bopem, kiedy wymagały tego okoliczności.
– Też grasz?
– Boże broń. Nie mogłabym katować publiczności swoim upiornym brakiem talentu. Trzeba znać własne ograniczenia. Za to chętnie słucham. Cyrus to doceniał.
– Słuchałaś go tamtego wieczoru?
– Oczywiście. Siedziałam w pierwszym rzędzie, chociaż to nietrudne w tak maleńkim lokaliku jak „The Spice of Life”. Grali „Midnight Sun”. Cyrus skończył solówkę i po prostu usiadł na odsłuchu. Rzeczywiście, zauważyłam wtedy, że trochę się zarumienił... I nagle po prostu przewrócił się na bok. Wtedy zorientowaliśmy się, że coś jest nie tak.
Odwróciła głowę, zaciskając dłonie w pięści. Poczekałem chwilę i zadałem jej kilka nudnych, rutynowych pytań, żeby znowu skupiła się na rozmowie. Pamięta, o której godzinie zasłabł? Kto wezwał karetkę? Była przy nim przez cały czas? Zanotowałem jej odpowiedzi w notesie.
– Chciałam wsiąść do karetki, naprawdę chciałam, ale zabrali go, nim się zorientowałam. Jimmy podwiózł mnie do szpitala, ale kiedy dojechałam, było już za późno.
– Jimmy?
– Jimmy to perkusista. Bardzo miły człowiek. Chyba Szkot.
– Możesz mi podać pełne imię i nazwisko?
– Nie sądzę. To okropne, prawda? Zawsze myślałam o nim jako o Jimmym-perkusiście.
Zapytałem, kto jeszcze należał do zespołu, ale znała jego członków tylko jako Maksa-basistę i Danny’ego-pianistę.
– Na pewno uważasz mnie za okropną osobę. Jestem przekonana, że musiałam poznać ich nazwiska, ale jakoś nie mogę ich sobie przypomnieć. Może to przez to, że Cyrus zmarł tak nagle. Może jestem jeszcze w szoku.
Zapytałem, czy Cyrus ostatnio chorował. Powiedziała, że nie. Nie znała też nazwiska jego lekarza pierwszego kontaktu, chociaż zapewniła mnie, że może to wygrzebać z jego papierów, jeśli to ważne. Zanotowałem sobie, żeby poprosić doktora Walida, by zdobył dla mnie tę informację.
Uznałem, że zadałem dość pytań, żeby ukryć prawdziwe powody mojej wizyty, i zapytałem – tak niewinnie, jak tylko zdołałem – czy mogę rozejrzeć się trochę po reszcie domu. Zwykle już sama obecność policjanta wystarcza, żeby większość praworządnych obywateli ogarnęły niejasne wyrzuty sumienia, i dlatego ludzie niechętnie zgadzają się, żebyś szwendał się po ich domu w buciorach rozmiar jedenaście. Trochę się więc zdziwiłem, kiedy Simone tylko machnęła ręką w stronę przedpokoju, dając znać, że droga wolna.
Piętro wyglądało właściwie tak, jak się tego spodziewałem – główna sypialnia od frontu, druga sypialnia na tyłach; sądząc po uprzątniętej podłodze i pulpitach pod ścianami, tę drugą ­wykorzystywano jako salę prób. Poświęcono pokój pod skosem, żeby powiększyć łazienkę, mieszcząc w niej dzięki temu wannę, prysznic, bidet i sedes. Całość wyłożono bladoniebieską glazurą z wypukłym wzorem stylizowanych lilii. Szafka łazienkowa dzieliła się standardowo: w jednej czwartej męska, w trzech czwartych damska. On preferował jednorazówki z podwójnym ostrzem i żel po goleniu, ona często się depilowała i robiła zakupy w drogeriach Superdrug. Nic nie wskazywało na to, żeby którekolwiek z nich parało się sztukami ezoterycznymi.
W głównej sypialni obie szafy wnękowe były otwarte i trop na wpół poskładanych ubrań prowadził od nich do łóżka, na którym leżały dwie walizki. Rozpacz, jak rak, atakuje ludzi z różną prędkością, ale mimo to uznałem, że trochę za wcześnie, żeby Simone pakowała rzeczy swojego ukochanego Cyrusa. A potem zauważyłem biodrówki, których nie włożyłby żaden szanujący się jazzman, i zrozumiałem, że Simone pakuje swoje rzeczy, co uznałem za równie podejrzane. Chwilę nasłuchiwałem, żeby się upewnić, że Simone nie nadchodzi, i zacząłem grzebać w szufladach z bielizną, ale nic mnie nie uderzyło, poza mglistym poczuciem kompletnego braku profesjonalizmu.
Przynajmniej pokój muzyczny miał nieco charakteru. Wisiały tam oprawione plakaty Milesa Davisa i Arta Peppera oraz półki zawalone nutami. Zostawiłem sobie ten pokój na koniec, ponieważ chciałem poczuć to, co Nightingale nazywa sensis illic, a ja nazywam vestigium tła, zanim wejdę do pomieszczenia, które ewidentnie było sanktuarium Cyrusa Wilkinsona. Rzeczywiście wyczułem nagły przebłysk „Body and Soul” i wymieszany ze słodkimi perfumami Simone zapach gruzu i ciętego drewna, ale było to wrażenie stłumione i nieuchwytne. W przeciwieństwie do reszty domu, w tym pokoju na półkach stało coś więcej niż fotografie i śmiesznie drogie pamiątki z zagranicznych wakacji. Uznałem, że każdy, kto zapragnie zostać adeptem magii z pominięciem oficjalnych kanałów, będzie musiał przekopać się przez mnóstwo ­okultystycznego śmiecia, zanim natknie się na prawdziwą magię, o ile to w ogóle jest możliwe. Przynajmniej część tych książek powinna stać na półkach, ale Cyrus nie miał niczego podobnego, nawet „Księgi kłamstw” Aleistera Crowleya, z której przynajmniej można się pośmiać, bo do niczego innego się nie nadaje. Właściwie zbiór Cyrusa bardzo przypominał półki mojego ojca – głównie biografie jazzowe: „Straight Life”, „Bird Lives”, z dorzuconymi dla urozmaicenia paroma wczesnymi powieściami Dicka Francisa.
– Znalazłeś coś? – Simone stała w drzwiach.
– Jeszcze nie.
Za bardzo skupiłem się na pokoju, żeby usłyszeć, jak wchodzi po schodach. Lesley powiedziała, że zdolność przeoczenia zespołu grającego tradycyjną holenderską muzykę ludową za twoimi plecami to nie jest cecha tych, którzy przetrwają w złożonym, żyjącym w zawrotnym tempie świecie nowoczesnej policji. Chciałbym jednak zauważyć, że objaśniałem wtedy drogę nieco przygłuchemu turyście, a poza tym to była szwedzka trupa taneczna.
– Nie chcę cię popędzać – powiedziała Simone – ale zdążyłam wezwać taksówkę przed twoim przyjściem, a wiesz, jak ci goście nie cierpią czekać.
– Dokąd się wybierasz?
– Zatrzymam się u sióstr, dopóki się nie odnajdę.
Poprosiłem o adres i zapisałem, gdy mi go podała. Ku mojemu zdziwieniu był to dom w Soho, przy Berwick Street.
– Wiem – powiedziała, widząc moją minę. – Właściwie żyją jak cyganeria.
– Czy Cyrus miał jakieś inne nieruchomości? Garaż, może działkę?
– Nic mi na ten temat nie wiadomo – odpowiedziała, a potem się roześmiała. – Cyrus kopiący na działce, co za nadzwyczajny pomysł.
Podziękowałem za poświęcony mi czas, a Simone odprowadziła mnie do drzwi.
– Dziękuję za wszystko, Peter – powiedziała. – Byłeś bardzo miły.
Odbicie w bocznym oknie wystarczyło, żebym zauważył, że honda civic nadal parkuje przy domu naprzeciwko i że kobieta za kierownicą gapi się prosto na nas. Kiedy odwróciłem się od drzwi, szarpnęła się gwałtownie, odwracając głowę i udając, że czyta naklejki na tyle stojącego przed nią samochodu. Zaryzykowała i znowu zerknęła, a wtedy zobaczyła, że ruszyłem prosto do niej przez ulicę. Dostrzegłem panikę w jej zakłopotaniu, wahanie, czy włączyć silnik, czy raczej wysiąść. Wzdrygnęła się, kiedy zapukałem w okno. Pokazałem jej legitymację policyjną, a ona spojrzała na nią zdumiona. Ciągle mi się to zdarza, przede wszystkim dlatego, że większość obywateli w życiu nie widziała z bliska policyjnej legitymacji i nie ma zielonego pojęcia, co to, do cholery, jest. W końcu kobieta załapała i opuściła szybę.
– Czy mogłaby pani wysiąść z samochodu? – poprosiłem.
Skinęła głową i wysiadła. Była niska, smukła i elegancko ubrana w turkusowy kostium wysokiej jakości, chociaż nie szyty na miarę. Agentka od nieruchomości, pomyślałem, albo ktoś mający bezpośredni kontakt z klientami, na przykład w ekskluzywnym sklepie albo firmie od kreowania wizerunku. Większość ludzi, mając do czynienia z policją, opiera się o samochód, szukając w tym wsparcia moralnego, ale nie ona. Cały czas bawiła się pierścionkiem na lewej ręce i odgarniała włosy za uszy.
– Ja tylko czekałam w samochodzie – powiedziała. – To jakiś problem?
Poprosiłem ją o prawo jazdy, a ona potulnie skapitulowała. Jeśli zapytasz przypadkowego obywatela o nazwisko i adres, nie dość, że niejednokrotnie cię okłamie, to w dodatku w ogóle nie musi ci odpowiadać, dopóki nie zaczniesz spisywać protokołu. I na dodatek musisz wypisać raport, żeby udowodnić, że nie wybierasz niesprawiedliwie samych blondwłosych agentek od nieruchomości. Zasugeruj jednak, że chodzi o złamanie przepisów drogowych, a z radością oddadzą ci prawo jazdy, w którym znajduje się pełne imię i nazwisko, łącznie ze wszystkimi wstydliwymi drugimi i trzecimi imionami, adres i data urodzenia. Wszystko to spisałem. Nazywała się Melinda Abbot, urodziła się w 1980 roku, a jej adres wskazywał dom, który przed chwilą opuściłem.
– To pani obecny adres zamieszkania? – zapytałem, oddając jej prawo jazdy.
– W pewnym sensie. Był i tak się składa, że właśnie czekam, by go odzyskać. Dlaczego pan pyta?
– To część trwającego dochodzenia – odpowiedziałem. – Czy może zna pani mężczyznę o nazwisku Cyrus Wilkinson?
– To mój narzeczony – powiedziała i spojrzała na mnie ostro. – Coś się stało Cyrusowi?
Istnieją zatwierdzone przez policyjną wierchuszkę wytyczne na temat sposobu, w jaki należy przekazywać złe nowiny bliskim ofiar; nie obejmują one walenia prawdy prosto w oczy na środku ulicy. Zapytałem, czy nie usiadłaby ze mną w samochodzie, ale o niczym takim nie chciała słyszeć.
– Proszę mi od razu powiedzieć.
– Obawiam się, że mam złe wieści.
Każdy, kto kiedykolwiek oglądał jakiś serial policyjny albo medyczny, wie, co to znaczy. Melinda już chciała coś powiedzieć, ale ugryzła się w język. Prawie straciła nad sobą panowanie, lecz potem zobaczyłem, jak wszystko zassała za maskę swojej twarzy.
– Kiedy? – zapytała.
– Dwie noce temu. To był atak serca.
Spojrzała na mnie ogłupiała.
– Atak serca?
– Obawiam się, że tak.
Skinęła głową.
– Co pan tu robi?
Przed kłamstwem uratowała mnie taksówka, która zatrzymała się przed domem i zatrąbiła. Melinda odwróciła się, spojrzała na frontowe drzwi i w nagrodę ujrzała Simone, która wyszła z dwiema walizkami. Kierowca, wykazując się nietypową dla swego fachu rycerskością, poderwał się energicznie, żeby zabrać od niej walizki i załadować je na tył samochodu, podczas gdy Simone zamykała frontowe drzwi – na oba zamki, jak zauważyłem, yale i chubb.
– Ty suko! – wrzasnęła Melinda.
Simone udała, że jej nie słyszy, i ruszyła do taksówki, co u Melindy wywołało dokładnie taką reakcję, jakiej się spodziewałem.
– Tak, ty! – wrzasnęła. – On nie żyje, ty suko! A ty, kurwa, nawet nie raczyłaś mi o tym powiedzieć. To mój dom, ty gruba zdziro!
Simone patrzyła w naszą stronę i myślę, że w pierwszej chwili nie poznała Melindy, ale potem skinęła głową i z roztargnieniem rzuciła klucze do domu z grubsza w naszym kierunku. Wylądowały u stóp Melindy.
Potrafię rozpoznać furię, kiedy się pojawi, więc złapałem Melindę za ramię, nim zdążyła przebiec przez ulicę, żeby sprać Simone na kwaśne jabłko. Utrzymanie królewskiego ładu – o to w tym wszystkim chodzi. Jak na małego chudzielca, Melinda nie była wcale taka słaba i skończyło się na tym, że trzymałem ją obiema rękami, podczas gdy ona wykrzykiwała wyzwiska ponad moim ramieniem, przez co dzwoniło mi w uszach.
– Chce pani, żebym panią aresztował? – zapytałem.
To stara policyjna sztuczka. Kiedy próbujesz ostrzec ludzi, często zwyczajnie cię ignorują, ale jeśli zadasz im pytanie, muszą się nad nim zastanowić. A jak już zaczną myśleć o konsekwencjach, prawie zawsze się uspokajają, no, chyba że są pijani, naćpani, mają od czternastu do dwudziestu jeden lat albo pochodzą z Glasgow.
Na szczęście, pytanie wywołało zamierzony efekt u Melindy, która przestała krzyczeć na dostatecznie długą chwilę, żeby taksówka zdążyła odjechać. Kiedy już się upewniłem, że nie zaatakuje mnie z czystej frustracji – ryzyko zawodowe, gdy pracujesz w policji – schyliłem się, podniosłem klucze i włożyłem w jej ręce.
– Może pani do kogoś zadzwonić? – spytałem. – Kogoś, kto przyjedzie i posiedzi z panią trochę?
Pokręciła głową.
– Po prostu poczekam w samochodzie – powiedziała. – Dziękuję.
„Niech mi pani nie dziękuje, proszę pani”, nie powiedziałem na głos. „Ja tylko wykonuję...”.
Kto wie, co właściwie tam robiłem? Wątpiłem, żebym zdołał wydobyć z niej cokolwiek użytecznego tego wieczoru, więc sobie odpuściłem.


___________________________________________________________________________________________


Czasem po ciężkim dniu harówki nic tak nie pomaga jak kebab. Zajrzałem do przypadkowego kurdyjskiego baru w drodze przez Vauxhall i zatrzymałem się przy Albert Embankment, żeby zjeść – żadnych kebabów w jaguarze, taka jest zasada. Jedna strona bulwaru ucierpiała w czasie wybuchu epidemii modernizmu w latach sześćdziesiątych, ale stałem plecami do tych nijakich betonowych fasad i patrzyłem na zachód słońca, który rozpalał Millbank Tower i Pałac Westminsterski. Wieczór był dostatecznie ciepły, żeby chodzić w samej koszuli, a miasto czepiało się kurczowo lata, jak panienki obiecującego środkowego napastnika.
Oficjalnie należę do dziewiątej jednostki wydziału przestępstw gospodarczych i innych, znanej jako „Szaleństwo” i jako jednostka, o której grzeczni, dobrze wychowani gliniarze nie wspominają w kulturalnym towarzystwie. Nie ma sensu zapamiętywać numeru jednostki i nazwy wydziału, bo londyńska policja reorganizuje się co cztery lata i zmienia wszystkie nazwy. To dlatego jednostkę od rozbojów w zespole zajmującym się przestępczością poważną i zorganizowaną nazywa się od chwili stworzenia w latach dwudziestych „lotną brygadą” – albo „Sweeneyem”, jeśli ktoś chce błysnąć jako rasowy londyńczyk. To oczywiście dlatego, że w londyńskiej rymowanej gwarze Sweeney Todd = Flying Squad, jeśli masz jakieś wątpliwości.
W przeciwieństwie do Sweeneya, Szaleństwo łatwo przegapić, po części dlatego, że zajmujemy się sprawami, o których nikt nie rozmawia, ale przede wszystkim z tego powodu, że nie mamy zau­ważalnego budżetu. Brak budżetu oznacza brak biurokratycznej kontroli i w związku z tym brak śladu w dokumentacji. Pomagało także to, że aż do stycznia tego roku jego cały personel składał się z jednej osoby: niejakiego nadinspektora detektywa Thomasa Nightingale’a. Mimo podwojenia składu osobowego, kiedy dołączyłem do Szaleństwa, i nadgonienia bitych dziesięciu lat roboty papierkowej, nasza obecność w biurokratycznej hierarchii policji stołecznej pozostaje owiana tajemnicą. I tak poruszamy się wśród innych gliniarzy naszymi tajemnymi ścieżkami, wykonując swoje obowiązki.
Jednym z naszych zadań jest badanie nieusankcjonowanych czarodziejów i innych adeptów magii, ale wątpiłem, żeby Cyrus Wilkinson praktykował coś poza wyśmienitą grą na saksofonie. Nie wierzyłem także, żeby zabił się tradycyjnym jazzowym koktajlem narkotyków i alkoholu, ale na potwierdzenie tej teorii trzeba będzie poczekać, aż przyjdą wyniki analizy toksykologicznej. Po co ktoś posłużyłby się magią, żeby zabić jazzmana w trakcie koncertu? Pewnie, sam nie bardzo trawię New Thing i resztę atonalnych eksperymentów w nowoczesnym jazzie, ale nie zabiłbym nikogo za granie takich kawałków – przynajmniej dopóki nie zostałbym z nim uwięziony w tym samym pomieszczeniu.
Po drugiej stronie rzeki katamaran wypłynął z przystani Millbank z rykiem dieslowskiego silnika. Zawinąłem kebab w papier i wyrzuciłem do kosza. Wsiadłem z powrotem do jaguara, włączyłem silnik i wyjechałem w zapadającym zmierzchu.
W końcu będę musiał zajrzeć do biblioteki w Szaleństwie i poszukać podobnych przypadków w historii. Polidori zwykle przydawał się przy drastycznych sprawach związanych z alkoholem i rozpustą – pewnie dzięki temu, ile czasu spędził, wariując, z Byronem i Shelleyami nad Jeziorem Genewskim. Jeśli ktokolwiek znał się na przedwczesnych i nienaturalnych zgonach, to właśnie Polidori, który dosłownie napisał książkę na ten temat, zanim wypił cyjanek. Nosiła tytuł „Dochodzenie w sprawie nienaturalnych zgonów w Londynie w latach 1768–1810” i ważyła ponad kilogram. Miałem tylko nadzieję, że jej czytanie nie doprowadzi w końcu i mnie do samobójstwa.
Był późny wieczór, kiedy dotarłem do Szaleństwa i zaparkowałem jaguara w powozowni. Toby zaczął szczekać w chwili, gdy tylko otworzyłem tylne drzwi, i nadbiegł, ślizgając się na marmurowej posadzce atrium, żeby rzucić mi się do łydek. Molly nadpłynęła z okolic kuchni niczym zwyciężczyni otwartego konkursu na najbardziej upiorną gotycką lolitę. Udałem, że nie słyszę ujadającego Toby’ego, i spytałem, czy Nightingale jeszcze nie śpi. Molly przekrzywiła leciutko głowę, co oznaczało „nie”, i posłała mi pytające spojrzenie.
Molly pracuje w Szaleństwie jako gospodyni, kucharka i deratyzatorka. Nie mówi, ma za dużo zębów i przepada za surowym mięsem, ale staram się nie mieć jej tego za złe; pilnuję tylko, żeby nigdy nie zagrodziła mi drogi do wyjścia.
– Jestem wykończony, idę prosto do łóżka – powiedziałem.
Molly zerknęła na Toby’ego, a potem na mnie.
– Cały dzień pracowałem.
Przechyliła głowę, co znaczyło „Mam w nosie, czy wyprowadzisz tego cuchnącego kundla na spacer, sam możesz potem po nim posprzątać”.
Toby przestał szczekać na dostatecznie długą chwilę, żeby rzucić mi pełne nadziei spojrzenie.
– Gdzie jego smycz? – zapytałem.
 

7.5
Ocena użytkowników
Średnia z 1 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 2
Mają w kolekcji: 0
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Księżyc nad Soho (Moon Over Soho)
Cykl: Rzeki Londynu
Tom: 2
Autor: Ben Aaronovitch
Tłumaczenie: Małgorzata Strzelec
Wydawca: MAG
Data wydania: 11 lipca 2014
Liczba stron: 384
Oprawa: miękka
Format: 135x200 mm
ISBN-13: 978-83-7480-437-0
Cena: 35 zł



Czytaj również

Księżyc nad Soho
Śledztwo w rytmie swinga
- recenzja
Księżyc nad Soho
Mag beebop
- recenzja
Rzeki Londynu
Disce puer latine, ego faciam te mości czarodziejem
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.