» Artykuły » Inne artykuły » Książkowe podsumowanie grudnia

Książkowe podsumowanie grudnia


wersja do druku
Książkowe podsumowanie grudnia

W grudniu w dziale książkowym zostało opublikowanych 14 recenzji, których średnia ocen wyniosła 7,13. Stosunkowo niewielka ilość tekstów została jednak wynagrodzona innymi artykułami, jak na przykład wywiadami z Grahamem Mastertonem i Lavie Tidharem, oraz dyskusją o powieściach Joe'go Abercrombiego.

 

Wywiad z Lavie Tidharem

Nie uważam, że moją rolą jest zawsze być miłym, ale zawsze trzymać stronę słabych

Autor: Bartłomiej 'baczko' Łopatka
Redakcja: Piotr 'Clod' Hęćka, Tomasz 'earl' Koziełło, Staszek 'Scobin' Krawczyk

"Bartłomiej Łopatka: Chciałbym zacząć od pytania o Osamę – co skłoniło cię do stworzenia tak pokręconej historii alternatywnej z wieloma nawiązaniami, między innymi do Człowieka z Wysokiego Zamku Philipa K. Dicka?

Lavie Tidhar: Myślę, że Osama wziął się przede wszystkim z osobistego doświadczenia przebywania w pewnych miejscach o danym czasie. Dokładniej mówiąc, mam na myśli Dar es Salaam i Nairobi w 1998 roku podczas zamachu bombowego na ambasadę amerykańską, Synaj w 2004, Londyn w 2005 i tak dalej – i myślenie, co mogłoby się stać, jeżeli znalazłbym się w środku jednego z tych ataków (albo raczej: ja i moja żona). Po raz pierwszy zmierzyłem się z tym pytaniem w opowiadaniu My Travels with Al-Quaeda, które ukazało się bodajże w 2006 roku. Ma dwoje bohaterów, mężczyznę i kobietę, uwięzionych w jakimś rodzaju pętli czasowej pomiędzy tymi wydarzeniami. Myślę, że w jakiś sposób ta sama dwójka reinkarnowała w Osamie, jako detektyw z jednej strony i femme fatale po drugiej stronie. Są aktorami w ciągłej traumie, a ja potrzebowałem wyrzucić to z siebie, spisać to, żeby nadać temu sens.

Oczywiście, jestem, tak mi się wydaje, wielkim fanem Dicka, szczególnie Człowieka z Wysokiego Zamku, do którego wyraźnie kilkukrotnie nawiązywałem w Osamie. To jeden z punktów odniesienia obecnych w książce, ale w żadnym wypadku nie jedyny.

Niektórzy powiedzieli mi, że Osama mógłby być książką dowolnego gatunku i wciąż byłby OK – mogłoby to być, na przykład, epickie fantasy z elfami! Ale historia detektywistyczna jest czymś, co bardzo mnie pociąga jako sposób zadawania pytań; a to zazwyczaj główne zajęcie detektywa.

Więc jakoś w 2008 roku przeprowadziłem się do Laosu w Azji Południowo-Wschodniej i myślałem sobie, że będę próbował, w końcu, napisać Osamę. A jeżeli mi się to nie uda, to nic się nie stanie, bo nikt nigdy się o tym nie dowie. Spróbowałem więc to zrobić i, co wydaje mi się raczej zaskakujące, ta książka okazała się łatwa do napisania, być może z tego powodu, że bardzo długo czekała na to, abym do niej usiadł. Wiesz, co sobie uświadomiłem w kwestii książek? Samo pisanie niekoniecznie zabiera aż tak dużo czasu, ale doprowadzenie do niego może zająć lata.

Niektóre książki, jak moja najnowsza powieść, The Violent Century, która właśnie się ukazuje, były bardzo trudne do napisania. Nigdy nie jesteś w stanie powiedzieć, czy to będzie łatwe, czy nie, i nigdy nie wiesz, czy zadziała, czy nie. Czasami po prostu nie działa – i to są książki, których nigdy nikt nie widzi!

Jeżeli więc pomysł na Osamę był tak elastyczny, dlaczego wybrałeś akurat tę mieszankę konwencji? Tylko dlatego, że po prostu lubisz historie detektywistyczne?

Powiedziałem tylko, że ktoś zasugerował, iż to mogłaby być epicka fantasy – a nie, że zgodziłem się z tym! Dla mnie opowieść detektywistyczna jest sposobem zadawania pytań dotyczących nie tylko fabuły, ale także natury rzeczywistości czy nawet istoty samej narracji. Pod tym więc względem to był raczej oczywisty wybór. Ale jest też coś takiego w literaturze pulpowej – szczególnie w bardzo czarno-białym świecie noir – co świetnie pokazuje sposób, w jaki sprzedaje nam się własną rzeczywistość. Na przykład w kwestii przemówienia Busha, Axis of Evil. To sposób patrzenia na to, jak narracja pulpowa kształtuje naszą własną rzeczywistość tak mi się spodobał.

Twoja inna książka –  The Martian Sands – to także historia alternatywna, podczas kiedy seria The Bookman wydaje się szalonym miksem wybuchowych pomysłów. Skąd bierze się ta różnorodność?

Lubię mieszanie, przekraczanie gatunków. Kocham je łączyć, choć można zauważyć, że – przynajmniej w powieściach – jestem przeważnie przywiązany do rzeczy z elementami historycznymi. Oczywiście, w opowiadaniach bawię się znacznie bardziej niż w powieściach. Kocham eksperymentować, próbować nowych rzeczy i wciąż staram się znaleźć najbardziej odpowiednie dla mnie historie, historie bardziej osobiste. Myślę, że byłbym bardzo znudzony pisaniem wciąż i wciąż tej samej książki.(...)"

Wywiad z Grahamem Mastertonem

Nie samym horrorem człowiek żyje

Autor: Patryk Cichy

Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę
Redakcja: Marcin 'Edgar Allan' Waincetel

"Patryk Cichy: Ten rok okazał się rekordowy, bo odwiedzasz Polskę już po raz trzeci. Jakie to uczucie bywać w naszym kraju tak często?

Graham Masterton: Uczestniczyłem w aż dwóch konwentach. W marcu byłem na Pyrkonie, a w lipcu na Krakonie. Ale tym razem przyjechałem na ślub mojej przyjaciółki, którą poznałem dwa lata temu. Była wtedy trochę przygnębiona, bo nie miała chłopaka. Korespondowałem z nią i pocieszałem, że niedługo kogoś pozna i będzie szczęśliwa. Tak się stało, a teraz wzięli ślub. A zostaliśmy przyjaciółmi w ten sposób: dwa lata temu, gdy zmarła moja żona, stwierdziłem że jest mi trudniej pisać, ponieważ czytała każdy nowy rozdział, a potem zawsze pytała: "Co dalej?"

Żona była pierwszym krytykiem?

Tak, a przy okazji dawała mi motywację do dalszego pisania, bo ciągle była ciekawa co się wydarzy, dlatego wręcz musiałem napisać następny rozdział. Porozmawiałem więc z Marysią, która pracowała wówczas w wydawnictwie Albatros, i zapytałem czy miałaby coś przeciwko, żebym codziennie wysyłał jej mailem nową partię tekstu, ponieważ tak dobrze się dogadywaliśmy. Zgodziła się. Następną książkę, Śpiączka, pisałem właśnie w ten sposób, posyłając Marysi rozdział po rozdziale. Odpowiadała na przykład, że idzie świetnie, bardzo interesujące, ale… dlaczego stało się to czy tamto? Tak naprawdę to właśnie dzięki niej zacząłem znowu pisać na pełnych obrotach. Dlatego tak bardzo chciałem przyjechać na ten ślub. Było uroczo wreszcie zobaczyć ją szczęśliwą.

Czy możemy na to liczyć również w przyszłym roku?

Och, zdecydowanie możecie na to liczyć! Moja żona, Wiescka, była rzecz jasna Polką, choć nie urodziła się w Polsce. Gdy przyjeżdżaliśmy do Waszego państwa, ona czuła się w nim zupełnie jak w domu. Gdy odwiedzam Wasz kraj, doznaję wielu pozytywnych emocji, podobnie jak u siebie w Anglii. Mam tu mnóstwo przyjaciół, ludzi, których poznałem jeszcze w 1989 roku. Nadal się spotykamy. Jestem w Polsce bardzo szczęśliwy.

Bardzo miło mi to słyszeć. Niedawno miałem okazję przeczytać i zrecenzować jedną z twoich najnowszych powieści, Panikę. Wydała mi się miejscami bardzo osobista i przepełniona nostalgią. Ile z Ciebie samego ma w sobie główny bohater, Jack Wallace?

Na pewno dużo. Kiedy piszesz książkę o kimś innym, tak naprawdę piszesz o sobie. Każda postać ma Twoje cechy, nawet czarne charaktery. Nie wstydzę się przyznać, że Panika jest w dużym stopniu wypełniona osobistymi refleksjami na temat odejścia Wiesławy. Proces pisania był jedną z tych rzeczy, które pomogły mi się uporać z utratą. Nie da się z czymś takim pogodzić, ale można chociaż nauczyć się to akceptować. Oprócz tego bardzo chciałem opowiedzieć w tej książce, głównie zachodnim czytelnikom, o masakrze w Puszczy Kampinoskiej, ponieważ większość z nich nic o tym nie słyszała.(...)"

 

Dyskusja o wszystkich powieściach Joe'go Abercrombiego

Część pierwsza Część druga Część trzecia

Autorzy: Melanto, Scobin, Clod, Asthariel
Redakcja: Tomasz 'Asthariel' Lisek, Piotr 'Clod' Hęćka, Matylda 'Melanto' Zatorska, Staszek 'Scobin' Krawczyk

"Staszek: Jestem zwierzęciem fabularnym. Może to dlatego ze znanych sobie książek Abercrombiego najwyżej oceniam Ostateczny argument królów. Ta powieść zamyka pewną historię, doprowadzając do końca wątki Glokty, Jezala, Logena, Westa (jeżeli część z nich powróci, to raczej już tylko w pobocznej roli), a zarazem przynosząc naprawdę istotną zmianę w przedstawionym świecie. Bohaterowie natomiast to bardziej epizod  życia na dalekiej północy. Wzrost potęgi politycznej Bayaza, zwiększenie władzy Caldera, nieudane próby samobójcze dan Gorsta, upadek Czarnego Dowa, powrót Curndena Gnata do życia pod bronią, pacyfistyczna przemiana Becka, a nawet wynalezienie armat i kanapek – wszystko to bardzo piękne, ale jeśli Abercrombie zamierza tak opisywać każdą nierozstrzygniętą bitwę, to ja dziękuję. Przypominają mi się Akta Dresdena Jima Butchera, które porzuciłem zrezygnowany bodaj po dziesięciu tomach.

Sądzę, że pisarz po pewnym czasie powinien zakończyć rozpoczęte wątki, pozostawić stary świat i przejść do nowego, jeżeli nie chce zacząć kręcić się w kółko. George R.R. Martin, Robert Jordan, Orson Scott Card, Frank Herbert – nietrudno wskazać autorów, którzy nigdy nie potrafili powiedzieć "stop", a ich cyklom nie wyszło to na dobre. Zaryzykuję tezę, że Bohaterowie lepiej by się sprawdzili jako powieść osadzona w zupełnie innym uniwersum; byliby wtedy mniej przejściowi. A tak jest to, owszem, niezła książka, warsztatowo może nawet najlepsza z dotychczasowych, ale napisana przez człowieka o związanych rękach.

Cóż, pozostaje mi liczyć na to, że zapowiadaną od dawna drugą trylogią Abercrombie doprowadzi do końca dzieje świata Pierwszego prawa. Jeżeli tak, to chętnie ją przeczytam. Jeśli natomiast Brytyjczyk pójdzie śladami Jordana i Martina, chyba nie będę ryzykował.

Tomasz: Ja za to jestem zupełnie odmiennego zdania – Bohaterowie są dla mnie świetną powieścią, i nijak nie odczułem spadku formy autora. O ile trylogia Pierwszego prawa zamyka pewien etap historii przedstawionego nam świata, to Bohaterowie skupiają się na, nomen omen, postaciach występujących w książce. Calder przechodzi przemianę i zaspokaja swoje ambicje, Gorst pokazuje, do czego prowadzi użalanie się nad sobą, Gnat uświadamia sobie, co czyni jego życie szczęśliwym, Beck dostrzega, że wojna nie ma nic wspólnego z pieśniami o herosach. A przecież jest też ciągnące się przez całą powieść pytanie: kto jest prawdziwym bohaterem? Polityk ciągnący za sznurki i walczący sprytem? Rzeźnik walczący za dobrą sprawę ze złych powodów? Lojalny żołnierz, walczący za stojących u jego boku przyjaciół? Widać tutaj różnicę między naszymi gustami literackimi – dla ciebie, Staszku, każda powieść z serii musi znacząco popychać fabułę do przodu, mnie wystarczy, jeśli opowiada własną historię ze znanymi czytelnikowi postaciami. A przecież znamienne jest, że Bohaterowie nie są de facto kontynuacją Pierwszego prawa, tylko samodzielną powieścią osadzoną w tym samym świecie...

Co do Czerwonej krainy i Zemsty... – z tego samego powodu nie przeszkadzała mi wspomniana przez Piotra zmiana atmosfery. W książkach Abercrombiego od samego początku główną rolę odgrywali bohaterowie i relacje między nimi, a także przewijający się w każdej jego powieści wątek przemiany człowieka i tego, czy takowa jest w ogóle możliwa. W obu pozycjach są te same składniki, które uczyniły świetnym Pierwsze prawo – niebanalne postaci, dobre dialogi, niejednoznaczność moralna, wszechobecny cynizm. Zemsta... może i jest najsłabszą pozycją w dorobku autora, ale mój Boże, żeby tak więcej pisarzy wydawało tak słabe dzieła!

Matylda: Bohaterowie byli moim pierwszym kontaktem z Abercrombiem i pewnie dlatego mają swoje specjalne miejsce. Dzięki tej książce w ogóle zainteresowałam się twórczością autora. To, co mnie najbardziej ujęło, to fakt, że wszystko, co toczyło się na kartach książki, mogłam sobie wyobrazić tak, jakbym oglądała świetny serial (notabene, to doskonały materiał na tego typu produkcję), rozgrywający się w półmroku (w każdym aspekcie), z minimalistyczną scenografią i porządnie przedstawioną batalistyką. Takie a nie inne realia, to świetne tło dla rozważań o naturze bohaterstwa i tego, co nim nie jest. To także dobre zakończenie dla tych rejonów geograficznych świata przedstawionego i dla tych akurat postaci, które, mam nadzieję, powrócą jeszcze, ale w innym charakterze. Akcja powinna przenieść się w inne miejsca (choć osobiście mam nadzieję, że mój "faworyt" Calder powróci i postrada kiedyś głowę, najlepiej w jakichś absurdalnych okolicznościach).

Powieść podobała mi się też dlatego, że o ile czytając następną w kolejce Zemstę, od razu domyśliłam się, z jakich to realiów historycznych wysnuł autor swój wątek, o tyle w Bohaterach są to nawiązania bardzo mgliste. Podobnie jest w przypadku trylogii, która – poza częścią drugą – jest dla mnie najmocniejsza fabularnie (Bohaterowie to jej rozbudowany epilog). Przedstawia spójną historię, opowiedzianą od początku do końca i posiadającą wszystko to, co powinna mieć dobra fantasy. Jeśli narysowałabym koronę z twórczości pisarza, to największymi diamentami byłyby Samo ostrze i Bohaterowie właśnie, Zemsta zaś nie byłaby żadnym klejnotem. Dlaczego? Dlatego, że jest przewidywalna, wprawdzie z jednym zaskoczeniem pod koniec, ale czy było ono tak duże? Czerwona kraina, choć według mnie słabsza niż wyżej wymienione książki, od Zemsty jest ciekawsza. Jej największą wartością jest dla mnie pewna niespodzianka, którą serwuje czytelnikom autor, a której zdradzenie byłoby niewybaczalnym spoilerem.(...)"

 

Sezon burz - Andrzej Sapkowski

Powrót do przeszłości

Autor: Tomasz 'Asthariel' Lisek
Redakcja: Piotr 'Clod' Hęćka, Matylda 'Melanto' Zatorska, Staszek 'Scobin' Krawczyk

"Geralt, jak na łowcę potworów przystało, wędruje po świecie, szkaradztwa wszelakie usuwając i nagrody za nie inkasując – przynajmniej dopóki nie trafi do Kerack, gdzie zostaje wtrącony do lochów za malwersacje finansowe. Po wyjściu z więzienia odkrywa, że skradziono oba jego miecze. Chcąc nie chcąc, zostaje zmuszony do pozostania w mieście na dłużej, również dlatego, że czarodziejka Lytta Neyd, zwana Koral, ma go wkrótce zaznajomić z nowym zleceniem.

Akcja książki rozgrywa się gdzieś między opowiadaniami z Ostatniego życzenia, więc brak tu Ciri lub innych person z pięcioksięgu. Pojawia się za to niezawodny Jaskier, postacie komentują romans wiedźmina z Yennefer, a problem ze Strzygą nie został jeszcze rozwiązany. Powieść można czytać w zupełnym oderwaniu od reszty cyklu i choć jego znajomość pozwala wychwycić kilka smaczków, to nie jest w żadnym wypadku wymagana.

Pierwsze rozdziały są rozczarowująco przeciętne, jednak im dalej, tym lepsze jest pióro autora, i nawet nie zauważamy, kiedy znów chłoniemy kolejne zdania jak za czasów pierwszej lektury Sagi. Pisarz nie silił się na oryginalność, ot, czytamy o kolejnych tarapatach Geralta i o tym, jak ten się z nich uwalnia, ale wcale to nie przeszkadza w czerpaniu radości z czytania, podobnej do tej, jaką odczuwa się na widok dawno niewidzianych znajomych. Trudno jednak nie dostrzec, że Sezon burz to tak naprawdę zbiór opowiadań, które pisarz, z tylko sobie znanego powodu, zdecydował się przerobić na powieść. Takie wątki jak kradzież mieczy, zlecenie od czarodziejki, spotkanie z lisicą i dworskie intrygi przeplatają się, lecz nie mają z sobą zbyt wiele wspólnego, przez co intryga sprawia wrażenie chaotycznej. Osobiście wolałbym, aby Sezon burz składał się ze zwykłych opowiadań zamiast tego, co nam zaprezentowano, ale nie jest to mankament, który rujnowałby generalnie pozytywne odczucia.(...)

Krótko mówiąc, to, jak bardzo spodoba się wam Sezon burz, zależy od waszych oczekiwań. Ja podszedłem do książki, nie zakładając niczego, nauczony bolesnym zderzeniem ze Żmiją, i połknąłem całość w jeden dzień. Brak tu głębszej myśli przewodniej, uzasadniającej napisanie powieści po wcześniejszych zapowiedziach porzucenia Geralta i spółki, co może niektórych rozczarować. Ale jeśli zależy wam tylko na poczytaniu o nieznanych przygodach dobrze znanych bohaterów, to Sezon burz powinien przypaść wam do gustu, nawet jeśli jest najsłabszą książką opowiadającą o Białym Wilku. Co więcej, epilog zdaje się sugerować powstanie kolejnych książek osadzonych w świecie wiedźmińskim – mam tylko naiwną nadzieję, że z następnym utworem pisarz powróci do literackiej formy sprzed lat. Bo choć jego najnowsze dzieło nie jest złe, to od Sapkowskiego powinniśmy oczekiwać czegoś więcej."

 

Wbrew wskazówkom zegara - Philip K. Dick

Autor: Bartosz 'Zicocu' Szczyżański
Redakcja: Patryk Cichy, Bartłomiej 'baczko' Łopatka

"(...)Wbrew wskazówkom zegara to powieść, w omówieniu której należy odnieść się do dwóch skrajnie różnych stanowisk, jakie może zająć czytelnik: analitycznego i syntetycznego. Na początku warto zająć się tym pierwszym.

Rozłożenie tej opowieści na części składowe to proces żmudny i trudny. Już pomysł wyjściowy, choć pozornie prosty, jest zwyczajnie niemożliwy do zrealizowania, a przynajmniej w pełni. Trudno wyobrazić sobie, żeby pisarz – jakkolwiek utalentowany – mógł poradzić sobie ze zrozumiałym przedstawieniem świata, w którym czas płynie do tyłu. Dlatego też Dick zdecydował się na przedstawienie odbiorcy zjawiska fizycznego zwanego Fazą Hobarta, które sprawia, że temporalnej rewolucji podlegają tylko niektóre aktywności. Strawione jedzenie pojawia się na  stołach, niedopałki wypełniają się dymem i jako nienaruszone papierosy znajdują się z powrotem w paczkach, a niegdyś zmarli ludzie powracają do życia i zaczynają młodnieć. Można znaleźć w tym pewną logikę, ale konsekwencji – ani trochę. Zresztą Dick niezbyt przejmuje się tym, że nie daje odbiorcy właściwie żadnych wskazówek, które mogłyby pomóc w zrozumieniu tej pokrętnej rzeczywistości; ochrzcił największą zmianę w dziejach ludzkości Fazą Hobarta i nie chce powiedzieć o niej nic więcej. Po zakończeniu lektury nie wiadomo nawet, czy młodnieli tylko ci, którzy wcześniej umarli, czy wszyscy – w powieści mowa jest o obu tych przypadkach. To powieść, która rodzi wiele pytań, ale jeżeli będziecie szukać prostych odpowiedzi, to raczej Was nie zadowoli.

Jednak ci, którzy z twórczością Dicka są choćby pobieżnie obeznani, z pewnością wiedzą, iż jego książki stają się zdecydowanie ciekawsze, kiedy spojrzeć na nie jako całość. Wtedy mniej ważne stają się drobne problemy z nadmiarem szalonych pomysłów, a na jaw wychodzi cel ich wykorzystywania. Uważny czytelnik szybko zapyta: po co starcy mieliby wracać z zaświatów? Odpowiedź na to pytanie jest bardzo prosta: żeby opowiadać o tym, co widzieli. Wbrew wskazówkom zegara to wyraz metafizycznej i eschatologicznej ciekawości, okraszony sporą dozą strachu i niepewności. Dick, nieustannie próbujący w tekstach zgłębiać tajemnicę rzeczywistości, tym razem podejmuje kwestię spraw ostatecznych. Jednak znowu: nie odpowiada na żadne pytania, tylko drąży, stara się dotrzeć do sedna. Gdyby jednak kiedykolwiek do niego dotarł, prawdopodobnie nie byłby uznawany za jednego z najlepszych twórców fantastyki naukowej, lecz za proroka. Ta powieść będzie ucztą dla tych, którzy znajdują przyjemność w obserwowaniu filozoficznych zmagań i zdają sobie sprawę z tego, że są one z góry skazane na porażkę.(...)

Wbrew wskazówkom zegara to jedna z tych powieści Philipa K. Dicka, która teoretycznie mogłaby zadowolić każdego czytelnika. Miłośnicy dobrej fabuły odnajdą w niej naprawdę wciągającą historię, intrygujących bohaterów oraz kilka trzymających w napięciu scen. Obawiam się jednak, że kręciliby nosem, kiedy jej szalony klimat stawałby się wyczuwalny (w tym tekście pojawiają się między innymi granaty z LSD). Dlatego też po tę książkę powinni sięgnąć przede wszystkim ci, którzy szukają w literaturze okazji do pobudzenia wyobraźni i rozruszania szarych komórek. Obie te funkcje Wbrew wskazówkom zegara spełnia bardzo dobrze."




Czytaj również

Niemy strach
Cień nadziei
- recenzja
Ostre cięcia
Okruchy życia postaci starych i nowych
- recenzja
Ostre cięcia
Stępione ostrze
- recenzja
Rytuał
Średnio to widzę
- recenzja
Nim zawisną
Gdzie herosów brak
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.