» Recenzje » Kłamca. Papież sztuk

Kłamca. Papież sztuk

Kłamca. Papież sztuk
Dziesięć lat upłynęło od chwili, kiedy w głowie Jakuba Ćwieka zagnieździła się myśl, aby stworzyć pewnego wielce charakterystycznego protagonistę. Prawdopodobnie pisarz nawet nie przypuszczał, iż jego Loki szturmem podbije serca i umysły czytelników. Jednakowoż jubileusz zobowiązuje, zaś Kłamca. Papież sztuk stanowi prezent dla rzeszy wiernych fanów. Jeno można się zastanawiać, czy nie jest zdecydowanym przerostem formy nad treścią.

Cykl o cynicznym, wrednym i złośliwym skandynawskim bogu, który arkana manipulacji opanował ze skrajną maestrią, sumienie zagrzebał głęboko w otchłaniach Hel (choć czasem wystawia ono swój nieposkromiony do końca łeb) i potrafi zawrzeć niemalże każdy alians, jeśli ma on posłużyć jego korzyściom (choć czasem zdarza mu się w ramach wypadku przy pracy poświęcić dla ogółu), dawno już został przez Ćwieka zamknięty. Rzec by można, iż Roma locuta, causa finita, zatem nie należy ekshumować dopracowanej historii i popularnych bohaterów, gdyż, prócz niebezpieczeństwa oskarżeń o odcinanie kuponów od sławy, można wypaczyć pozytywny obraz przez lata budowanej opowieści. Niestety, Ćwiek nie zastosował się do tej zasady i – wpierw w Machinomachii, a teraz w Papieżu sztuk – wyciska ze swych protagonistów ostatnie soki. Na szczęście czyni to w sposób na tyle sympatyczny, iż można mu wiele (choć nie wszystko) wybaczyć. Jego urodzinowa laurka dla Lokiego chronologicznie osadzona jest po wydarzeniach opisanych w Kłamcy 2,5 i Sługach Metatrona – zdecydowanie nie należy po nią sięgać bez znajomości poprzednich tomów, gdyż zbyt wiele w niej aluzji, sugestii i łopatologicznych wręcz odwołań do ich fabuły.

Loki się nudzi, co powinno wzbudzać uzasadniony niepokój. Nie wystarczają mu już kolejne intrygi i rozprawianie się z postaciami z mitologii, kultury i popkultury; ba, nawet współpraca z anielską wierchuszką cosik monotonna się stała, zatem złośliwiec postanowił znaleźć sobie nową rozrywkę, będącą jednocześnie zarówno wyzwaniem dla jego niezmierzonych pokładów konfabulacji, mesmerycznej siły oddziaływania, jak i grą z uskrzydlonym szefostwem, na dodatek prowadzoną przy pełnej nieświadomości tego szacownego gremium. Wykoncypował zatem serial – i to nie byle jaki, lecz opisujący rzeczywistość, w której równolegle egzystują ludzie i bogowie, na dodatek mocno osadzony na kanwie jego własnych doświadczeń. Tylko jednego faktu nie wziął nasz scenarzysta pod uwagę – iż motyle skrzydła, tudzież niebacznie strącone kamyczki, mogą znacząco wpłynąć na bieg całej historii. A nazbyt przekonująco wykreowani bohaterowie puszczeni samopas mają paskudną skłonność do opanowywania umysłów – nie tylko odtwarzających ich aktorów, lecz i całej ludzkiej populacji. A stąd już tylko jeden krok do boskości.

Ćwiek ów motyw specyficznej teogonii wykorzystał tak, jakby nie potrafił się zdecydować, która forma literacka jest jego celem. To materiał nieco zbyt prosty jak na bazę książkowej fabuły, a nazbyt wyrywkowy, szkicowy i nieuporządkowany, jeśli zamierzał celować w opowiadanie. Koncentruje się przede wszystkim na żonglowaniu dowcipami – słownymi oraz sytuacyjnymi (niektóre z nich niebezpiecznie zbliżają się do granicy dobrego smaku, ale owa ciężkawa rubaszność często pojawiała się na kartach cyklu o Kłamcy), lawirując pomiędzy rozmaitymi gatunkami literackimi i filmowymi, a także wkomponowując w swój niezbyt obfity objętościowo tekst stado ulubionych protagonistów. I zdezorientowany nieco tą klęską urodzaju czytelnik zastanawia się, co powinien zrobić – czy skupiać się na szczątkowej fabule, która stanowi w istocie pretekst do autorskiego słowotoku w mocno fanfikowym stylu, czy też wychwytywać, niczym prezenty od wielkanocnego króliczka, sprytnie zakamuflowane w gąszczu wydarzeń rozmaite smaczki, bon moty i eklektyczne wtręty, będące jednocześnie probierzem popkulturowego obycia pisarza. A może też wreszcie docenić łatwość przeskakiwania autora z jednej konwencji w kolejną, co czasami rozgrywa się wedle zasady Deus ex machina i jest całkowicie przewidywalne, a momentami naciągane (lecz w końcu imprezowe realia nie sprzyjają logice).

Po rozbiciu pinaty z pomysłami Ćwieka i po wyłuskaniu z niej konkretnych "zbiorów gatunkowych" można się zabrać do ich głębszej analizy. Spoglądając na bohaterów występujących na kartach Papieża sztuk, można stwierdzić jedno – nihil novi. Są znajomi aż do bólu, stanowią klisze samych siebie z wcześniejszych powieści cyklu, na dodatek będące skoncentrowanym destylatem kilku najbardziej charakterystycznych cech, bez żadnych psychologicznych niuansów. Loki to uroczy drań bez wyrzutów sumienia, uwielbiający pakować się w sytuacje mocno problematyczne, z których oczywiście własna bystrość zawsze go wyratuje – i jest to tak oczywiste, jak fakt, iż słońce codziennie wschodzi. Nawet jego wizualny opis – wetknięta nonszalancko w kącik ust wykałaczka i nieodzowny pluszak po przejściach – automatycznie go szufladkuje. Bachus i Eros tradycyjnie stanowią duet przede wszystkim humorystyczny, zbudowany na zasadzie kontrastu wizualnego i charakterologicznego, lecz prosty niczym konstrukcja cepa. Michał spogląda karcąco spod zmarszczonych brwi i uskutecznia swoją wersję sprawiedliwości. Gabriel takoż nie odbiega od wykreowanego uprzednio wizerunku, a wszystkie postaci razem wzięte wydają się być bladą karykaturą swych portretów nakreślonych w "bazowych" tomach opowieści o Kłamcy.

Natomiast bohaterowie skonstruowani na potrzeby fetowej historii prezentują się nieco bardziej intrygująco, choć nie wykraczają znacząco poza ramy typów kanonicznych dla czysto rozrywkowej, lekkiej, łatwej i przyjemnej prozy. Aktor Marcus Lester, odgrywający w serialu "Bóg pośród nas" drugoplanową rolę potomka Thora i Lokiego, o jakże dramatycznym mianie Dezyderiusz Crane, który za sprawą pewnego wydarzenia aspiruje do miejsca w boskim panteonie w roli najbardziej medialnego uosobienia popkultury, początkowo nie robi wielkiego wrażenia. Natomiast wraz z narastającym w nim (co prawda na skalę stricte telenowelową) szaleństwem staje się postacią ciekawszą od Lokiego et consortes. Zaś cherubin Selar został stworzony na obraz i podobieństwo sztampowego służbisty, prześladującego Kłamcę niczym komiczne Nemezis, którego jednak łatwo się można pozbyć. I można dumać, czy jego obecność w książce ma jakiś większy – prócz działania wszystkim na nerwy – sens.

Sympozjon ku czci boga-konfabulatora stara się jednak czasami trzymać pion moralny (choć w niektórych momentach bliżej mu do poziomu) i zawrzeć w sobie treści poważniejsze, niż te zwyczajowo poruszane na hucznych imprezach. Aspiruje wręcz do godnych filozofów dyskursów na temat siły wiary i przekonania, iż prócz standardowych panem et circenses ludzie potrzebują konkretnego obiektu czci, do którego będą wznosić modły lub też obwiniać ową istotę o całe zło tego świata. Ćwiek obnaża skomplikowaną maszynerię kierującą procesem ubóstwienia, nie skupiając się jedynie na jasnych aspektach owego stanu, lecz eksponując również całe spektrum dowodów na to, iż trudno być bogiem.

Z otchłani worka świętego Mikołaja możemy również wygrzebać ogromny pakunek z cytatami literackimi, komiksowymi i filmowymi, bowiem Papież sztuk jest nimi naszpikowany. Niemalże na każdej stronie autor popisuje się swoją erudycją we wszelkich możliwych dziedzinach, lecz czyni to bardzo często w sposób wywołujący uśmiech. Szczególnie, gdy sięga do dość zamierzchłych czasów kinematografii, w momentach inspiracji najmodniejszymi aktualnie serialami (z Supernatural na czele), jak i gdy przemyca w fabule koncept zaczerpnięty z piosenki tytułowej jednej z polskich produkcji dla gospodyń domowych, wedle którego życie jest nowelą.

Rozkrojenie urodzinowego tortu ujawnia także warstwy o różnorakiej strukturze, gdzie horror sąsiaduje z baśniowym retellingiem i nowatorską interpretacją popularnych powieści dla dzieci, które jednocześnie mocno wypaczają zamierzenia pierwotnych kreatorów tych historii (Kubuś Puchatek już na zawsze kojarzyć mi się będzie zdecydowanie mrocznie), a kryminał z sensacją. Zaś prócz mięsistej i sycącej części fabularnej da się wyodrębnić nieco mniej obfite, lecz również łechcące podniebienie, komiksowe fragmenty i nawiązania do gry paragrafowej. I wreszcie, niczym dziesięć rozżarzonych świeczek, smakołyk wieńczy ćwiekowa gawęda przeznaczona dla leniwych czytelników, którym nie chciało się wybrać na spotkania z autorem, opisująca rozliczne inspiracje towarzyszące zarówno samemu procesowi powstawania postaci Kłamcy, jak i anegdoty opisujące co ciekawsze, bardziej dramatyczne oraz zabawne momenty kreowania uniwersum Lokiego. A przy okazji przekonujemy się, iż pisarz nie ma zapędów do uznawania się za wszechwiedzącego guru, którego łask doświadczyć mogą jeno wtajemniczeni, lecz jest człowiekiem naturalnym, sympatycznym, tudzież niepozbawionym wielu ludzkich przywar.

Czytelnik, dobrnąwszy do ostatniej strony Papieża sztuk, konstatuje, iż the party is over i powinien przejść do spisania wrażeń, które towarzyszyły mu podczas mniej lub bardziej gorliwego korzystania z ujętych w formę pisemną obchodowych dobrodziejstw. I rzec może krótko – książka, jak każda impreza, ma swoje spektakularne, choć mocno ludyczne momenty, a również chwile, o których chciałoby się szybko zapomnieć. Ów zlepek pomysłów, koegzystencja form i misz-masz postaci, gdy potraktować je jako zabawę, w której uczestniczy zarówno Ćwiek, jak i fanklub postaci Kłamcy, potrafi się jeszcze obronić, ale dla osób, które po raz pierwszy pragną poznać twórczość pisarza, będzie to książka całkowicie hermetyczna i niezrozumiała. Najwidoczniej myśl przewodnia "kobiety (Eros się nie spisał), wino (Bachus jak zwykle niezawodny) i śpiew (mroczne murmurando w wykonaniu Lokiego)” nie zawsze wystarcza.

6.0
Ocena recenzenta
8
Ocena użytkowników
Średnia z 1 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 1
Mają w kolekcji: 0
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Kłamca. Papież sztuk
Autor: Jakub Ćwiek
Wydawca: Sine Qua Non
Data wydania: 6 maja 2015
Liczba stron: 304
Oprawa: miękka
Format: 125 x 195 mm
ISBN-13: 978-83-7924-377-8
Cena: 34,90 zł



Czytaj również

Zawisza Czarny
O Polsce czarno na białym
- recenzja
Grimm City. Wilk!
Owca w wilczej skórze?
- recenzja
Grimm City. Wilk!
Miejska dżungla i czerwony kapturek
- recenzja
VI Konwent Fantastyki Fantasmagoria
Od Fanów dla Fanów
- recenzja
Ciemność płonie
- fragment

Komentarze


kruewek
   
Ocena:
0

Muszę to mieć :) Nie mogę się doczekać!

20-07-2015 22:54
earl
   
Ocena:
0

Dla mnie z każdą częścią "Kłamca" był coraz gorszy, więc odpuszczę sobie lekturę tego utworu.

20-07-2015 23:11

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.