» Fragmenty książek » Kapłanka w bieli
"

Kapłanka w bieli


wersja do druku

Prolog

Autor:
Auraya przestąpiła zwalony pień, uważając, by szelest zeschłych liści albo trzask łamanej gałązki nie zdradził jej obecności. Lekki nacisk na krtań ostrzegł ją i obejrzała się – skraj taula zaczepił o korę. Uwolniła go i ostrożnie zrobiła kolejny krok.
Jej cel poruszył się i dziewczyna zamarła.
Przecież nie mógł mnie słyszeć, powiedziała sobie w myślach. Nie wydałam żadnego dźwięku.

Wstrzymała oddech, kiedy mężczyzna wstał i spojrzał w omszałe konary starego drzewa garpa. Liście rzucały plamy cienia na jego kamizelkę tkacza snów. Po chwili znowu przykucnął i wrócił do badania poszycia.
Auraya zrobiła trzy kolejne ciche kroki.
– Wcześnie dziś przychodzisz, Aurayo.
Westchnęła zniechęcona i podeszła do niego, tupiąc głośno. Pewnego dnia go zaskoczę, przysięgła sobie w duchu.

Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę
– Mama wzięła wieczorem dużą dawkę. Będzie spała do późna.
Leiard podniósł kawałek kory, potem z kieszeni kamizelki wyjął krótki nożyk, wsunął ostrze w szczelinę i przekręcił, odsłaniając wewnątrz małe czerwone ziarenka.
– Co to takiego? – spytała zaintrygowana.
Wprawdzie Leiard już od lat uczył ją wszystkiego o lesie, ale zawsze było coś nowego, co mogła poznać.
– To nasiona drzewa garpa. – Wysypał je i rozsunął na dłoni. – Przyspieszają bicie serca i zapobiegają usypianiu. Używają ich kurierzy w dalekich podróżach, żołnierze i uczeni, by odpędzić sen, a także…
Umilkł nagle, wyprostował się i popatrzył w głąb lasu. W oddali Auraya usłyszała trzask drewna. Spojrzała między drzewa. Czy to ojciec przybywał, by zabrać ją do domu? A może kapłan Avorim? Zakazał jej rozmawiać z tkaczami snów, a ona lubiła w sekrecie mu się sprzeciwiać, ale pozwolić się przyłapać w towarzystwie Leiarda to całkiem inna sprawa.
Odstąpiła o krok.
– Zostań na miejscu.

Auraya znieruchomiała, zaskoczona tonem jego głosu. Słysząc kroki, obejrzała się i zobaczyła dwóch mężczyzn. Byli krępi, ubrani w twarde skórzane kamizele. Twarze pokrywały im czarne wiry i smugi.
Dunwayczycy, odgadła.
– Nie odzywaj się – mruknął Leiard. – Ja będę rozmawiał.
Obcy zauważyli ich. Kiedy skierowali się w ich stronę, spostrzegła, że obaj trzymają nagie miecze. Leiard stał w miejscu. Dunwayczycy zatrzymali się o kilka kroków przed nim.
– Tkaczu snów – odezwał się jeden z nich. – Czy w lesie jest więcej ludzi?
– Nie wiem – odparł Leiard. – Las jest duży, a ludzie rzadko tu przychodzą.
Wojownik skinął mieczem w stronę wioski.

– Chodźcie z nami.
Leiard nie dyskutował ani nie prosił o wyjaśnienia.
– Nie zapytasz, co się dzieje? – szepnęła Auraya.
– Nie – odrzekł. – Przekonamy się już niedługo.
Oralyn była największą wioską w północno¬ zachodniej Hani, ale Auraya usłyszała narzekania przybyszów, że nie jest zbyt duża. Zbudowana na szczycie wzgórza, wznosiła się nad ¬okolicznymi polami i lasem. Ponad domami wyrastała kamienna świątynia, a całą wioskę otaczał stary mur. Bramę usunięto pół wieku temu, pozostawiając bezkształtne grudy rdzy w miejscach, gdzie kiedyś były zawiasy.

Dunwayscy wojownicy krążyli wzdłuż muru, a na otaczających go polach nie było robotników. Aurayę i Leiarda odprowadzono pustymi ulicami do świątyni i wpuszczono do wnętrza. Mieszkańcy wioski tłoczyli się w głównej sali. Niektórzy z młodszych mężczyzn nosili bandaże. Auraya usłyszała, że ktoś woła ją po imieniu, spostrzegła swoich rodziców i podbiegła do nich.
– Żyjesz… dzięki bogom – powiedziała matka, tuląc Aurayę do siebie.
– Co się dzieje?
Matka znowu osunęła się na podłogę.
– Ci obcy kazali nam tu przyjść – wyjaśniła. – Chociaż twój ojciec mówił im, że jestem chora.
Auraya rozwiązała sznurki taula, złożyła go i usiadła na nim.
– Wytłumaczyli dlaczego?
– Nie – odpowiedział ojciec. – Ale nie sądzę, żeby chcieli nam zrobić krzywdę. Niektórzy z naszych próbowali walczyć z wojownikami, kiedy kapłan Avorim przegrał, i żaden nie został zabity.
Aurai nie zaskoczyła porażka Avorima. Wprawdzie wszyscy kapłani byli Obdarzeni, ale nie wszyscy byli potężnymi czarownikami. Auraya podejrzewała, że niektórzy farmerzy mają większe zdolności magiczne niż Avorim.
Leiard przystanął przy jednym z rannych.
– Czy chcesz, żebym to obejrzał? – zapytał cicho.
Mężczyzna otworzył usta, by odpowiedzieć, ale zamarł, gdy obok stanęła okryta bielą postać. Popatrzył na Avorima i wolno pokręcił głową.

Leiard wyprostował się i spojrzał na kapłana. Choć Avorim nie był tak wysoki jak Leiard, jednak miał autorytet. Auraya czuła mocniejsze bicie serca, gdy obaj mierzyli się wzrokiem. Po chwili Leiard skłonił się i odszedł.
Głupcy, myślała. Mógłby przynajmniej ukoić ból… Czy to ważne, że nie czci bogów? Więcej wie o uzdrawianiu niż ktokolwiek tutaj.

Rozumiała jednak, że sytuacja nie jest taka prosta. Cyrklianie i tkacze snów zawsze się nienawidzili. Cyrklianie nienawidzili tkaczy snów, ponieważ ci nie czcili ich bogów. Tkacze snów nienawidzili bogów, gdyż ci zabili ich przywódcę, Mirara. Tak przynajmniej twierdził kapłan Avorim, choć Auraya nigdy nie słyszała, by coś takiego mówił Leiard.
Metaliczny brzęk zabrzmiał echem w całej świątyni. Wszystkie głowy odwróciły się w stronę wrót, które otworzyły się z wolna. Wkroczyli dwaj wojownicy Dunwayczyków. Jeden z nich miał linie wytatuowane w poprzek czoła, co nadawało jego twarzy wyraz wiecznego niezadowolenia.

Serce Aurai zamarło, gdy rozpoznała wzór. To ich przywódca. Leiard opisał mi kiedyś te tatuaże.
Obok szedł mężczyzna w ciemnoniebieskiej szacie, z twarzą pokrytą promieniującymi liniami.
A to ich czarownik.
Obaj rozejrzeli się po sali.
– Kto dowodzi w tej wiosce? – zapytał przywódca Dunwayczyków.
Wójt wioski, tłusty kupiec imieniem Qurin, wystąpił nerwowo naprzód.
– Ja.
– Jakie jest twoje imię i ranga?
– Qurin, wójt Oralyn.
Dunwayski przywódca zmierzył pulchnego mężczyznę wzrokiem.
– Ja jestem Bal, talm Mirrim, ka lem Leven ark.
Aurai przypomniały się nauki Leiarda. „Talm” to tytuł związany z własnością ziemską. „Ka lem” było wysokim stopniem wojskowym. Powinno się łączyć z nazwą któregoś z dwudziestu jeden wojowniczych klanów, ale „Leven ark” nic jej nie mówiło.
– To jest Sen – mówił dalej Bal, wskazując skinieniem czarownika. – Wojownik ognia Leven ark. Macie ze sobą kapłana. – Spojrzał na Avorima. – Podejdź tu i podaj swoje imię.
Avorim podszedł i stanął obok wójta.
– Jestem Avorim, kapłan – oznajmił, a zmarszczki na jego twarzy stężały w wyrazie pogardy. – Dlaczego napadliście na naszą wioskę? Uwolnijcie nas natychmiast!
Auraya stłumiła jęk. Nie można w taki sposób zwracać się do Dunwayczyka, a zwłaszcza Dunwayczyka, który właśnie wziął wszystkich mieszkańców wioski na zakładników.

Bal nie przejął się żądaniem kapłana.
– Chodźcie ze mną.
Odwrócił się na pięcie. Qurin zerknął żałośnie na Avorima, który położył mu dłoń na ramieniu, próbując dodać otuchy. Obaj wyszli za Balem ze świątyni.
Gdy tylko wrota się zamknęły, uwięzieni zaczęli snuć domysły. Mimo że wioska leżała niedaleko Dunwayu, niewiele wiedzieli o sąsiedniej krainie. Nie musieli. Góry dzielące oba kraje były niemal nie do przebycia, więc handel odbywał się albo drogą morską, albo przez przełęcz daleko na południu.

Myśl o tym, co Qurin i Avorim mogą jeszcze powiedzieć, żeby rozzłościć Bala, wzbudziła u Aurai dreszcz lęku. Wątpiła, by ktokolwiek w wiosce, oprócz Leiarda, dostatecznie poznał Dunwayczyków, by wynegocjować jakieś wyjście z tej sytuacji. Jednak Avorim nigdy nie pozwoli, by tkacz snów ich reprezentował.
Wróciła pamięcią do dnia, kiedy pierwszy raz spotkała Leiarda, prawie pięć lat temu. Jej rodzina przeprowadziła się na wieś w nadziei, że czyste powietrze i spokój pomogą chorej matce. Nie pomogły. Auraya słyszała, że tkacze snów są dobrymi uzdrowicielami, więc odszukała Leiarda i śmiało poprosiła go, by leczył jej matkę.

Od tego czasu odwiedzała go co kilka dni. Miała mnóstwo pytań na temat świata – pytań, na które nikt nie potrafił jej odpowiedzieć. Kapłan Avorim opowiadał tylko o bogach, ale był zbyt słaby, by nauczyć ją jakichś magicznych Darów. Wiedziała, że Leiard jest magicznie silny, bo nigdy nie brakło mu Darów, których ją uczył.
Chociaż nie lubiła Avorima, rozumiała jednak, że cyrkliańskich zwyczajów powinna się uczyć od cyrkliańskiego kapłana. Uwielbiała rytuały i modlitwy, historię i prawa… Uważała, że sprzyja jej szczęście, gdyż może żyć w czasach, którym bogowie zesłali pokój i dobrobyt.

Gdybym została kapłanką, byłabym o wiele lepsza od niego, myślała. Ale to się nie zdarzy. Dopóki mama choruje, będę jej potrzebna; muszę tu zostać i się o nią troszczyć.
Otworzenie wrót świątyni przerwało ten ciąg myśli. Qurin i Avorim weszli do środka, a więźniowie otoczyli ich ciasno.
– Wszystko wskazuje na to, że ci ludzie próbują powstrzymać planowane przymierze między Dunwayem i Hanią – oznajmił Qurin.
Avorim przytaknął.
– Jak wiecie, Biali od lat starali się doprowadzić do przymierza z Dunwayczykami. Teraz wreszcie odnieśli sukces, ponieważ umarł podejrzliwy stary I¬ Orm, a władzę objął jego rozsądniejszy syn, I¬ Portak.
– To dlaczego tu przyszli? – zapytał ktoś.
– Żeby powstrzymać zawarcie traktatu. Kazali mi nawiązać kontakt z Białymi, by mogli przekazać swoje żądania. Uczyniłem to i… i rozmawiałem z samym Juranem.

Auraya usłyszała kilka syknięć. Rzadko się zdarzało, by kapłani rozmawiali telepatycznie z jednym z Wybrańców Bogów, czworga przywódców cyrklian, znanych jako Biali. Na policzkach Avorima pojawiły się dwie plamy czerwieni.
– Co powiedział? – spytał wioskowy piekarz.
Kapłan zawahał się…
– Martwi się o nas i zrobi, co tylko możliwe.
– To znaczy co?
– Nie mówił. Pewnie najpierw porozmawia z I Portakiem.
Padły kolejne pytania. Avorim podniósł głos:
– Dunwayczycy nie chcą wojny z Hanią. Wyraźnie dali nam to do zrozumienia. W końcu wystąpić przeciwko Białym, to jak wystąpić przeciw bogom. Nie wiem, ile czasu tu pozostaniemy. Ale musimy być gotowi, by zaczekać jeszcze kilka dni.
Pytania wróciły do kwestii praktycznych. Auraya zauważyła, że Leiard marszczy czoło z niepokojem i obawą. Czego się boi? Czyżby nie wierzył, że Biali zdołają nas uratować?

Auraya śniła. Szła długim korytarzem o ścianach zastawionych zwojami i tabliczkami. Wyglądały na ciekawe, ale nie zwracała na nie uwagi. Wiedziała, że nie znajdzie w nich tego, co potrzebne. Coś pchało ją naprzód; w końcu weszła do niedużego, okrągłego pokoju. W środku na postumencie leżał wielki zwój. Rozwinął się i Auraya spojrzała na tekst.
Przebudziła się i usiadła wyprostowana. Serce biło jej mocno. W świątyni panowała cisza, jeśli nie liczyć zwykłych odgłosów śpiących ludzi. Rozejrzała się i zauważyła w kącie pogrążonego we śnie Leiarda.
Czy to on przesłał jej ten sen? Jeśli tak, to naruszył prawo, którego złamanie karane było śmiercią.
Ale czy to ważne, skoro i tak wszyscy mamy zginąć?
Auraya otuliła się taulem i zastanowiła nad swoim snem. Dlaczego nagle była pewna, że wioska jest skazana na zagładę?

Na zwoju znajdował się tylko jeden akapit:
„Leven ark” oznacza po dunwaysku „porzucającego honor”. Określa wojownika, który odrzucił wszelkie nakazy honoru i obowiązku, by być w stanie walczyć o sprawę ideologicznie lub moralnie słuszną.
Dla Aurai było niepojęte, że dunwayski wojownik decyduje się na pohańbienie swojego klanu, biorąc na zakładników nieuzbrojonych wieśniaków albo mordując bezbronnych ludzi. Teraz zrozumiała. Ci Dunwayczycy nie dbali już o honor. Nie cofną się przed niczym, nawet przed rzezią mieszkańców wsi.

Biali posiadają potężne Dary i łatwo pokonają Dunwayczyków w walce. Jednak zanim Biali ich zwyciężą, Dunwayczycy mogą pozabijać jeńców. Natomiast gdyby Biali ustąpili żądaniom Dunwayczyków, inni mogliby ich naśladować. O wiele więcej Hanijczyków czekałoby uwięzienie i groźba śmierci.
Biali nie ustąpią, pomyślała. Wybiorą raczej śmierć niektórych lub wszystkich z nas, niż ryzyko, że kolejne wioski staną się zakładnikami.
Auraya potrząsnęła głową. Dlaczego Leiard przesłał mi ten sen? Przecież nie dręczyłby mnie prawdą, gdybym nic nie mogła na nią poradzić…
Raz jeszcze pomyślała o informacji na zwoju. „Leven¬ ark”. „Odrzucił wszelkie nakazy honoru”. Jak można to wykorzystać?
Przez resztę nocy nie udało się jej zasnąć. Zastanawiała się. Dopiero kiedy do wnętrza zaczął się sączyć blask świtu, znalazła rozwiązanie.

Po kilku dniach ludzie stali się drażliwi, a stęchłe powietrze ciężkie od niemiłych zapachów. Kiedy kapłan Avorim nie ¬rozstrzygał kłótni między uwięzionymi, starał się dodawać im odwagi. Codziennie wygłaszał parę kazań. Dzisiaj opowiedział o mrocznych czasach sprzed Wojny Bogów, kiedy światem rządził chaos.
– Kapłanie… – odezwał się jakiś chłopiec, gdy opowieść dobiegła końca.
– Tak?
– Dlaczego bogowie nie zabiją Dunwayczyków?
Avorim uśmiechnął się.
– Bogowie to istoty czysto magiczne. Aby wpływać na ten świat, muszą działać za pośrednictwem ludzi. Dlatego właśnie mają Białych. Oni są rękami, oczami i głosami bogów.
– A dlaczego nie dali ci mocy, żebyś mógł zabić Dunwayczyków?
– Ponieważ istnieją lepsze niż zabijanie sposoby rozwiązywania problemów. Dunwayczycy… – Głos kapłana ucichł. Avorim wpatrzył się w jakiś odległy punkt, po czym uśmiechnął się. – Przybyła Mairae z Białych – oznajmił.
Auraya poczuła mrowienie w żołądku. Ktoś z Białych zjawił się tutaj, w Oralyn! Ale jej podniecenie zgasło, gdy otworzyły się wrota świątyni. Do środka wszedł Bal w otoczeniu kilku wojowników i jego czarownik Sen.
– Kapłanie Avorim. Qurinie. Chodźcie.
Avorim i Qurin wyszli za nim. Sen pozostał wewnątrz. Zmarszczka na czole zniekształciła linie tatuażu na jego twarzy. Wskazał na Ralama, ojca kowala.
– Ty. Chodź.

Starzec wstał i niepewnie zbliżył się do czarownika, powłócząc nogą, złamaną przed laty i krzywo zrośniętą.
Ma być ofiarą, domyśliła się Auraya. Serce biło jej szybko, kiedy ruszyła naprzód. Jej plan opierał się na tym, że niezależnie od intencji, Dunwayczycy niechętnie będą łamać swe obyczaje.
Stanęła przed Ralamem.
– Według nakazów Lore – powiedziała – żądam prawa zajęcia miejsca tego człowieka.
Czarownik zamrugał zdziwiony. Zerknął na wojowników strzegących drzwi i rzucił coś po dunwaysku, lekceważąco wskazując ją ręką.

– Wiem, że mnie zrozumiałeś – oświadczyła. Podeszła bliżej i stanęła o krok przed nim. – Tak samo jak twoi bracia wojownicy. Żądam prawa zajęcia miejsca tego człowieka.
Serce waliło jej jak młotem. Głosy przywoływały ją, mówiły, by odstąpiła. Starzec pociągnął ją za rękę.
– Daj spokój, dziewczyno. Ja pójdę.
– Nie. – Spojrzała w twarz Sena. – Weźmiecie mnie?
Czarownik zmrużył oczy.
– Czy taki jest twój wybór?
– Tak.
– Chodź ze mną.
Ktoś wykrzyczał jej imię i Auraya przygryzła wargę, kiedy rozpoznała głos matki. Opierając się chęci spojrzenia za siebie, wyszła za Dunwayczykami ze świątyni.

Na zewnątrz Aurayę zaczęła opuszczać odwaga. Zobaczyła dunwayskich wojowników stojących półkolem przy wyrwie w murze wioski. Ostrza włóczni migotały w promieniach popołudniowego słońca. Nigdzie nie było Qurina ani kapłana Avorima.
Spomiędzy wojowników wyszedł Bal. Ujrzał Aurayę, zmarszczył brwi i powiedział coś we własnej mowie.
– Zaproponowała siebie w zamian – odparł Sen po hanijsku.
– Czemu nie odmówiłeś?
– Znała słowa rytuału. Honor nakazywał…
Bal zmrużył oczy.
– Jesteśmy Leven ark. Odrzuciliśmy honor. Weź…
Ktoś krzyknął ostrzegawczo i wszyscy się obejrzeli. W wyrwie muru stała kapłanka.
Była piękna. Złociste włosy miała ułożone w wyszukaną fryzurę, a jej duże niebieskie oczy obserwowały ich spokojnie. Auraya zapomniała o wszystkim prócz faktu, że oto może oglądać Mairae z Białych. Po chwili Sen objął jej nadgarstek żelaznym uściskiem i pociągnął za Balem, który maszerował już w stronę nowo przybyłej.
– Zostań tam albo ona zginie – warknął przywódca Dunwayczyków.

Mairae przyjrzała mu się uważnie.
– Balu, talmie Mirrim, ka¬ lemie Leven¬ ark, dlaczego uwięziłeś mieszkańców Oralyn?
– Czy wasz kapłan nie wytłumaczył? Żądamy, żebyście wycofali się z przymierza z Dunwayem. Jeśli nie, zabijemy tych wieśniaków.
– I Portak nie sankcjonuje działań, które podjęliście.
– Nie zgadzamy się z wami oraz z I Portakiem.
Mairae skinęła głową.
– Dlaczego nie chcecie dopuścić do przymierza, skoro bogowie pragną, by nasze krainy były zjednoczone?
– Nie nakazali, by Dunway był rządzony przez Białych, a jedynie byśmy byli sprzymierzeńcami.
– Nie chcemy wami rządzić.
– Dlaczego zatem żądacie władzy nad naszymi wojskami?
– Nie żądamy. Wasza armia jest i zawsze pozostanie dowodzona przez I¬ Portaka i jego następców.
– Armia bez wojowników ognia.
Mairae uniosła lekko brwi.
– Czyli sprzeciwiacie się raczej rozformowaniu klanu czarowników niż samemu przymierzu?
– Tak.

Zamyśliła się.
– Wierzyliśmy, że czarownicy wspierają likwidację klanu. I Portak dostrzegł liczne korzyści płynące z kierowania Obdarzonych Dunwayczyków do stanu kapłańskiego. Mogliby się tam nauczyć wielu rzeczy, których nie poznają w domu klanowym. Na przykład uzdrawiania.
– Nasi wojownicy ognia potrafią opatrzyć ranę – warknął Sen. Jego głos zahuczał głośno w uszach Aurai.
Mairae zwróciła się ku niemu.
– Ale nie wiedzą, jak wyleczyć chorobę dziecka, jak pomóc w trudnym porodzie albo jak poprawić wzrok starca.
– Takimi sprawami zajmują się nasi tkacze snów.
Mairae pokręciła głową.

– W Dunwayu nie może być ich wystarczająco dużo, by mogli się zająć wszystkimi takimi sprawami.
– Mamy ich więcej niż Hania – odparł sztywno Sen. – Nie próbowaliśmy ich pozabijać jak Hanijczycy.
– Sto lat temu Dunwayczykom tak samo jak Hanijczykom zależało na pozbyciu się Mirara, przywódcy tkaczy snów. Tylko nieliczni zbłąkani Hanijczycy próbowali zabijać jego zwolenników. My tego nie nakazywaliśmy. – Przerwała na chwilę. – Tkacze snów to zdolni uzdrowiciele, ale nie mogą wzywać na pomoc potęgi bogów. My możemy dać wam o wiele więcej.
– Chcecie nam zabrać tradycję, której dochowujemy od ponad tysiąca lat – odrzekł Bal.
– Czy z tego powodu postanowiłeś zostać nieprzyjacielem bogów? Z tego powodu chcesz wszcząć wojnę? Bo to właśnie się stanie, jeśli zabijecie tych wieśniaków.
– Tak – potwierdził ze znużeniem Bal. – Na to jesteśmy przygotowani. Wiemy bowiem, że to nie bogowie żądają rozwiązania klanu czarowników, ale I¬ Portak i Biali.
Mairae westchnęła.

– Dlaczego nie zgłosiliście się wcześniej? Gdybyście pokojowo przekazali nam swoje uwagi, moglibyśmy zmienić warunki przymierza. Teraz jednak nie możemy wam ustąpić, bo gdyby inni zobaczyli, że się wam udało, oni także zagroziliby niewinnym, by postawić na swoim.
– A więc zostawisz tych wieśniaków ich losowi?
– Ich los spadnie na wasze sumienie.
– Doprawdy? Co ludzie pomyślą o Białych, kiedy usłyszą, że nie chcieli ratować swojego ludu?
– Lojalność naszego ludu jest silna. Masz czas do końca dnia, by stąd odejść, talmie Mirrim. Niech bogowie wskażą ci drogę.

Odwróciła się.
– Nasza sprawa jest słuszna – stwierdził cicho Bal. – Bogowie widzą, że to prawda.
Rzucił Aurai niepokojąco obojętne spojrzenie, po czym skinął na Sena. Auraya zesztywniała, czując na karku palce czarownika.
– Zaczekaj! – zawołała. – Czy mogę coś powiedzieć, zanim zginę?
Wyczuła, że Sen znieruchomiał. Mairae zatrzymała się i przez ramię spojrzała na Bala. Dunwayczyk uśmiechnął się.
– Mów – rzekł.

Auraya spoglądała to na Mairae, to na Bala; przypominała sobie słowa, które w myślach ćwiczyła od wielu dni.
– To może się rozwinąć na cztery sposoby – stwierdziła. – Po pierwsze, Dunwayczycy mogą ustąpić i pozwolić Białym robić swoje. – Zerknęła na Bala. – To mało prawdopodobne. Tak samo mało prawdopodobne, że Biali ustąpią i zaczekają, by zawrzeć przymierze w lepszym czasie, bowiem nie chcą, żeby ktokolwiek was naśladował.

Zaschło jej w ustach. Przerwała, by przełknąć ślinę.
– Wydaje się, że Biali muszą pozwolić Leven¬ ark nas pozabijać. Potem albo Biali, albo I¬ Portak wybiją Leven¬ ark. Wszyscy zostaniemy uznani za męczenników naszej krainy lub naszej sprawy. – Znów popatrzyła na Bala. – Ale czy rzeczywiście? Jeśli zginiecie, klan czarowników i tak czeka koniec. – Spojrzała na Mairae. – Musi być jakieś inne wyjście.
Wszyscy wpatrywali się w nią. A ona po raz kolejny zwróciła się do Bala.

– Niech to wygląda, jakby Leven¬ ark przegrali. Odrzuciliście honor i przybyliście tu gotowi poświęcić życie dla ratowania klanu czarowników. Czy jesteście gotowi, by zamiast tego poświęcić swoją dumę?
– Dumę? – zdziwił się Bal.
– Jeśli pozwolicie, by Biali odesłali was z Hani pod eskortą i pohańbionych… jeśli będzie się wydawało, że ponieśliście klęskę… to nie musimy się obawiać, że ktoś pójdzie w wasze ślady. – Zerknęła na Mairae. – Jeśli się zgodzi, czy zmienicie warunki traktatu?
– Żeby pozwolić klanowi trwać?
– Tak. Nawet ja, mieszkająca w maleńkiej wiosce, słyszałam o sławnym dunwayskim klanie wojowników ognia.
Mairae skinęła głową.
– Tak, jeśli ludzie w Dunwayu zechcą go zachować.
– Zmieńcie warunki paktu, ale nie tak od razu, bo inni domyślą się związku między przybyciem tu Leven¬ ark i tymi zmianami. Zorganizujcie coś innego, co mogłoby je spowodować.

Bal i Mairae zamyślili się. Sen wydał jakiś cichy pomruk, po czym rzucił coś po dunwaysku. Słysząc odpowiedź Bala, zesztywniał, lecz nie mówił nic więcej.
– Czy chcesz jeszcze coś dodać, dziewczyno? – zapytał wojownik.
Auraya skłoniła głowę.
– Będę wdzięczna, jeśli nie zabijecie mojej rodziny i sąsiadów.
Bal wyglądał na trochę oszołomionego. Odwrócił się do Mairae. Auraya tłumiła narastające uczucie, że właśnie zrobiła z siebie głupca.
Musiałam spróbować, myślała. Gdybym znalazła sposób ocalenia wioski i nie spróbowała, to byłabym… byłabym martwa.
– Czy skłonni jesteście pozwolić, by świat uwierzył w waszą klęskę? – spytała Mairae.
– Tak – odparł Bal. – Ale moi ludzie także muszą się zgodzić. Jeśli to zrobią, to czy zmienicie warunki przymierza?
– Jeśli inni Biali i I¬ Portak się zgodzą. Może naradzimy się ze swoimi ludźmi i spotkamy tutaj za godzinę?
Bal przytaknął.

– I do tego czasu nie skrzywdzicie nikogo z mieszkańców wioski?
– Przysięgam na Lore, że nie spotka ich żadna krzywda. Ale skąd mam mieć pewność, że zmienicie pakt, kiedy już odejdziemy?
Usta Mairae wygięły się w uśmiechu ulgi.
– Bogowie nie pozwalają nam łamać naszych obietnic.
– Musi nam to wystarczyć – stwierdził Bal. – Wróć za godzinę. Poznasz naszą decyzję.
Kiedy Mairae wkroczyła do świątyni, wszyscy zamilkli.
– Udało się znaleźć pokojowe rozwiązanie – oznajmiła. – Dunwayczycy odeszli. Możecie wracać do domów.
W świątyni zabrzmiały radosne okrzyki.
Auraya weszła do środka za Mairae, Avorimem i Qurinem.

– Ty mała wariatko! – krzyknął znajomy głos. Matka podbiegła, by ją uściskać. – Dlaczego to zrobiłaś?
– Później wytłumaczę.
Auraya rozglądała się za Leiardem, ale nigdzie go nie było. Kiedy matka ją wypuściła, nagle zdała sobie sprawę, że Mairae stoi tuż obok.
– Aurayo Dyer – rzekła Biała. – Okazałaś wielką odwagę.
Dziewczyna poczuła, że się czerwieni.
– Odwagę? Przez cały czas byłam przerażona.
– Ale nie pozwoliłaś, by strach zamknął ci usta. – Kobieta uśmiechnęła się. – Wykazałaś się rzadko spotykaną intuicją. Avorim mówił mi, że jesteś inteligentną i Obdarzoną studentką.
Auraya ze zdziwieniem spojrzała na kapłana.

– Tak mówił?
– Tak. Myślałaś, czy nie zostać kapłanką? Jesteś starsza niż typowe nowicjuszki, ale jeszcze nie za stara.
Serce Aurai zamarło.
– Bardzo bym chciała, ale moja matka… – Obejrzała się na rodziców. – Jest chora. Opiekuję się nią.
Mairae przyjrzała się matce Aurai.
– Uzdrowiciele ze Świątyni są najlepsi w całym kraju. Jeśli przyślę tu jednego z nich, pozwolisz swojej córce się do nas przyłączyć?
Oszołomiona dziewczyna patrzyła wyczekująco na rodziców, szeroko otwierających oczy ze zdziwienia.
– Nie chciałabym sprawiać takich kłopotów… – zaczęła matka.
– Uznajcie to za wymianę – zaproponowała z uśmiechem Mairae. – Początkująca kapłanka za wyszkolonego kapłana. Auraya ma zbyt wielki potencjał, by go zmarnować. Co o tym myślisz, Aurayo?
Dziewczyna otworzyła usta i wydała z siebie całkiem dziecinny pisk, który jeszcze przez lata miała wspominać z zakłopotaniem.
– To by było cudowne!



Czytaj również

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.