» Artykuły » Wywiady » Jakub Ćwiek rozmawia z Anną Brzezińska i Grzegorzem Wiśniewskim v 2

Jakub Ćwiek rozmawia z Anną Brzezińska i Grzegorzem Wiśniewskim v 2


wersja do druku
Autor: Redakcja: Michał 'oddtail' Sporzyński

Jakub Ćwiek: "Wielka wojna" jest zapowiedziana jako trylogia. Na początek dostaliśmy pastisz słynnych na cały świat historyjek werbunkowych, jakimi weterani raczyli żądnych przygód młokosów, by ci zaciągnęli się do służby. Wiemy już, że później, w "Na ziemi niczyjej" nie będzie tak wesoło. Czyli, póki co, jak na prawdziwej wojnie, im głębiej tym mniej przygody, a więcej strachu i tragedii – takie jest założenie cyklu...

Grzegorz Wiśniewski: Tak to właśnie zaplanowaliśmy, przejście od lekkiej opowiastki w obszary, gdzie nikomu nie jest już tak wesoło. Obok waloru zmiany stylu, spojrzenia na opowiadaną historię czy nastroju, czytelnik dostanie też obraz dwóch stron tej samej monety – wesołej wojenki, o której zwykle w czasie bezpiecznego dzieciństwa nabywa się płytkiego i lekkiego wyobrażenia, oraz wojny odbieranej nie tak bezpośrednio, ale za to na poziomie bardziej osobistym, w małych, okrutnych wycinkach i bez szansy na jej szerszą analizę czy syntezę, która dałaby szybką odpowiedź na pytanie “Czy warto było?”. Ten kontrast powinien do odbiorcy przemawiać znacznie silniej.

Zaloguj się aby wyłączyć tę reklamę

Anna Brzezińska: Dodam tylko, że trzeci tom jest z założenia jeszcze inny, bo traktuje o losach Polaków na przełomie XIX i XX wieku. Szkielet tego tekstu jest taki, że podczas jednego z rajdów na teren belgijskiego Kongo, jeden z oddziałów armii podpułkownika Lettov-Vorbecka, składający się ze zwartej grupy zdyscyplinowanych askarisów pod niemieckim dowództwem natrafia na zamek, jakby żywcem przeniesiony do serca Czarnej Afryki ze średniowiecznej miniatury. Dowiadują się, że wzniósł go "polski baron", zesłaniec, który uciekł z Syberii i z namowy króla Leopolda osiedlił się na tym terytorium. A potem na jaw wychodzą kolejne tajemnice :)

JĆ: Mnie osobiście taki pomysł odpowiada, ale z drugiej strony nie obawialiście się podejścia w stylu "Rany, człowiek liczył, że nareszcie poczyta coś o wojnie, a tu potraktowano ją lekko, jakby to był spacer po lesie pełnym wróżek"?

AB: Dla odmiany odpowiem na poważnie. Wydaje mi się jednak jakąś porażką, że wielu czytelników nie orientuje się, że ta książka jest pastiszem, że wojna nie jest w niej prawdziwą scenografią, tylko wariancją na temat chłopięcych wyobrażeń "jak to fajnie postrzelać sobie do wroga". I to chyba dość dobrze pokazuje, do jakiego traktowania wojny przyzwyczaiła nas fantastyczna literatura popularna, jak nas znieczuliła na absurdy.

GW: Chcesz mnie zapytać, czy dałoby się nakręcić Złoto dla zuchwałych na poważnie? Może. Czy dałoby się to oglądać? Z trudem. Koncepcja od początku była taka sowizdrzalska, typu opowieści, jakie się wymienia z kumplami przy ognisku i po krzynce piwa. Pojawiają się w nich najwięksi bohaterowie, czyniąc rzeczy wspaniałe i niesamowite. Narrator i jego towarzysze to właśnie takie typy, żywcem przeniesione z australijskiego folkloru chłopy nie ułomki. Wyjątkowo luźne trzymanie się jakichkolwiek realiów czy zasad zdrowego rozsądku w snuciu opowieści z pewnością nie należało do ich wad. Co do obaw, od początku nie zamierzaliśmy w Za króla, ojczyznę i garść złota odtwarzać Remarque’a, zatem odpowiednia forma wydawała się sama narzucać.

JĆ: Poniekąd tak, Greg, właśnie o to chcę zapytać, mając w pamięci opowieści o tym, jak potraktowano początkowo "Złoto dla zuchwałych". "Parszywa dwunastka" miała chociaż gorzki finał, a chłopakom od szeregowego Kelly’ego oberwało się za to, że brną przez front jak czołg przez szeregi Pigmejów, że wszystko idzie im za łatwo. W waszej książce pojawiają się bohaterowie o podwójnej sile uderzenia- po pierwsze prawdziwi twardziele, którzy równym sobie dają radę, po drugie uzbrojeni tak, że żadne przeszkody magicznego świata nic im nie robią. Widziałem takie zarzuty w recenzjach "Za króla...". Czy czytelnicy dość mają prawdziwych herosów? A może coś jest w tym, że gdzie sami twardziele, tam nie ma zaskoczenia i zabawy?

AB: Wydaje mi się, że jeśli ktoś sięga po pastisz powieści przygodowej, powinien się liczyć z tym, że na stronie nr 16 nie zmieni się ona nagle w pasjonujący thriller wojenny. Równie trudno byłoby mi dyskutować z zarzutem, że Za króla... nie jest pasjonującym romansem. No, nie jest. Nie jest też fraszką ani kupletem. Innymi słowy – punktem odniesienia jest Złoto dla zuchwałych, a nie Stąd do wieczności, choć lubię obie rzeczy. Nie umiałabym tego jaśniej pokazać – okładka jest pastiszowa, notka na IV okładce absurdalna, a tytuł ma kawałek zapożyczony z tytułu spaghetti westernu. Nie uważasz, że pozostała nam jeszcze tylko czerwona banderolka z napisem “pastisz”? :)

JĆ: Wiesz, ja cały czas mam wrażenie, że ci, którzy teraz wydają się zawiedzeni oczekiwali raczej czegoś pokroju "Paragrafu 22" czy właśnie "Parszywej dwunastki" - opowieści wesołej, ale z puentą zmuszającą do refleksji. To nie jest, rzecz jasna, żaden zarzut do Was, bo jeżeli czytelnik napisał sobie w głowie książkę zanim ją otworzył to jego rzecz, ale tu chyba kryje się sedno.

GW: Może i coś jest w tym, że Herakles i Perseusz mieliby przegwizdane u współczesnego czytelnika. Bohater musi być cyniczny, zgorzkniały i co dwie strony ocierać się o śmierć, inaczej grozi mu zostanie postacią z pastiszu.

AB: Popatrz, i to jest zabawne, że postać cynika, która przecież była formą kontestacji i jakąś tam reakcją na wzorzec bohatera obowiązujący w literaturze popularnej, też stała się potem wręcz kliszą popkulturową.

JĆ: Cóż, można to wpisać w dość utarty ostatnio pogląd, że wszystko co dziś powstaje to w mniejszym lub większym stopniu postmodernizm z jego scalaniem klisz. Neil Gaiman użył wręcz kiedyś określenia "montażyści literatury". A jak głęboko trzeba siedzieć w źródłach (i jakie to źródła, rzecz jasna) by czerpać pełną radość z "Za króla..."?

AB:Wrzuciliśmy tu z Gregiem sporo naszej wiedzy, ale ogólne założenie jest takie, że w tej książce bawimy, żonglując pewnymi, dość zresztą prostymi motywami. Jeśli ktoś jest w miarę zanurzony w kulturę popularną, bez trudu zrobi ich dekonstrukcję, są tak oczywiste, jak to, że w klasycznym amerykańskim filmie katastroficznym uratuje się dziecko, blondynka i Murzyn. A jeśli komuś ten kontekst ucieka, jeśli nie wyczuwa pastiszu? So let it be, liczyliśmy się z tym, że Za króla... będzie odczytywane jako prosta powieść przygodowa. Czytelnik nie musi wyłapywać wszystkich nawiązań, dowcipów o Nellie Melbie (mam tę przykrą przypadłość, że uwielbiam operę, Grega też skorumpowałam) czy Pikniku pod Wiszącą Skałą. Ma się po prostu dobrze bawić. A jeśli chce sobie poczytać o tym, jak wygląda prawdziwa wojna i co robi z ludźmi – zapraszam na Ziemię niczyją i mam nadzieję, że się nie zawiedzie.

JĆ: Jeszcze chwilę, pozwólcie, podążę tym tropem, choć od nieco innej strony. Czy nie boicie się, że mówiąc "trylogia" czy też "tryptyk" i dając jako pierwsze humorystyczne fantasy, w planach mając wyłącznie części mroczniejsze, nie macie tak naprawdę, wybaczcie określenie, sprecyzowanego targetu? W końcu niekoniecznie wielu będzie takich, którzy zrozumieją Wasze założenie. Fanów heroic fantasy możecie stracić po tomie pierwszym, a potencjalnych czytelników drugiego mógł odrzucić tom pierwszy. To oczywiście czarny scenariusz, a ja życzę trylogii jak najlepiej, ale muszę zapytać: są podstawy do takiej wiary w zrozumienie ze strony czytelników?

AB: Założenie, że czytelnik jest głupszy od autora wydaje mi się co najmniej megalomańskie.

GW: To klasyczne ryzyko autora wychodzącego poza ramy jednej historii. Sprzedawanie cały czas tej samej opowieści w nowym opakowaniu nie wydaje mi się dobrym pomysłem, bo ani nie daje specjalnej radości, ani nie rozwija. Nadchodzi chwila, gdy pisze się coś innego niż dotychczas, licząc po prostu, że czytelnicy wezmą rzecz do ręki i ocenią pozytywnie. To wygląda na naturalny proces.

JĆ: Czytelnik z pewnością nie jest głupszy, ale przecież dostaje tę historię bez wiedzy zebranej w głowie autora, bez jego jasno sprecyzowanych intencji. Przecież gdy siedzisz długo w jakimś temacie, pewne rzeczy, kwestie, terminy stają się dla Ciebie tak oczywiste, że aż szkoda w nie wchodzić, prawda? A czytelnik, wchodząc prosto z podwórka nie do końca wie, co przyświecało autorowi, ma pewne swoje oczekiwania, które również wypaczają odbiór. Zresztą część opinii sugeruje dokładnie coś takiego. Rozumiem jednak, że wiara w czytelnika pozostaje w Was niegasnąca?

AB: Jest oczywiste, że czytelnicy wyrabiają sobie względem autorów pewne oczekiwania. Doświadczył tego Andrzej Sapkowski, kiedy odpępowinowił się od Wiedźmina, ale przecież nie tylko on, bo i Andrzej Pilipiuk, kiedy zaczął publikować książki fantastyczne dla młodzieży, co jest o tyle zabawne, że przecież pisywał sporo literatury przygodowej dla młodzieży, zanim stał się gwiazdą sceny fantastycznej. Nie wątpię, że czytelnicy moich książek przywykli, że bohaterowie mają przerąbane, ich psychologia odgrywa istotną rolę w fabule, świat jest budowany z epickim oddechem i nawiązuje do czasów przed rewolucją technologiczną, fabuła jakoś tam odnosi się do głębszego planu opartego na micie czy archetypie etc. I rozumiem czytelnika, który powtarza mi teraz Zagraj to jeszcze raz, Sam, bo też mam swoje ulubione melodie, ale palce rwą mi się do nowych piosenek. I dlatego Za króla... było dla mnie świetną zabawą, pozwoliło mi parodiować całą masę przygodowych, awanturniczych fabuł, którymi zaczytywałam się jako mała dziewczynka (ta łzawa literatura o pierwszej miłości dla dorastających panienek jakoś do mnie nie trafiała).

GW: Dlatego na bohaterów wybraliśmy grupę prostych chłopaków – by nie rzec "głupków" - którzy dokonują wyjątkowych czynów poniekąd za przyczyną kompletnego braku głębszej refleksji właśnie. Ale z tym brakiem refleksji to też jest śliska sprawa. W Za króla... są dwie warstwy obcości – bohaterowie wchodzą w baśniowe nigdzie-nigdzie, podczas gdy czytelnik wchodzi w krainę mitów australijskiego pogranicza, poszukiwania bungarry, wyścigów emu w specjalnie wykutej trasie skalnej, opowieści o legendarnej stacji Speewah i z jej bohaterami. Tutaj też zaryzykowaliśmy, że czytelnik zderzony z tym całkowicie obcym folklorem może być równie bezradny, jak chłopaki z australijskiej farmy w obliczu smoka.

JĆ: No tak, a żeby to wszystko dotarło do czytelnika, musi on być człowiekiem- encyklopedią. Bo tu nie chodzi tylko o podstawy (choć i z tymi krucho, pamiętam jak Piotr W. Cholewa przed tłumaczeniem Ostatniego Kontynentu Pratchetta pytał ludzi, kto wie o czym jest "Waltzing Mathilda" i prawie nikt nie miał pojęcia), ale o spojrzenie z punktu widzenia kogoś obcego nam kulturowo na rzeczy, które znamy z naszych baśni, legend. Do tego potrzebna jest wiedza o kulturze bohaterów, o ich świecie. A wy ją tylko zaznaczacie, licząc, że czytelnik się odnajdzie.

AB: Zabawne, do tej pory pamiętam książkę, którą przeczytałam jako mała dziewuszka – Chwałę Cesarstwa d’Ormessona. Pasjonowałam się wtedy kulturami starożytnymi, ale za nic nie potrafiłam zidentyfikować kraju opisanego w tej książce. Spędziłam kilka upojnych tygodni, a może nawet dłużej, grzebiąc w rozmaitych opracowaniach, żeby wreszcie się dowiedzieć, co ten facet opisał, czym się inspirował. Rozpoznawałam pewne tropy – oczywiste nawiązania do Bizancjum – ale rozjeżdżały się daty i postaci. I w końcu, złachana tymi poszukiwaniami jak zwierzę, doszłam do wniosku, że to jest po prostu kraj fikcyjny – nigdy wcześniej nie zetknęłam się z podobnym zabiegiem literackim, więc było to dla mnie niebanalne odkrycie. Opowiadam o tym dlatego, że dla mnie naturalne jest, że czegoś nie wiem: wówczas sięgam do źródeł i sprawdzam. Żaden wstyd ostatecznie. No i z tamtych dziecięcych czasów została mi sympatia dla zagadek w książkach, układanek, których wszystkie elementy czytelnik musi złożyć, żeby zrozumieć fabułę. W "Za króla..." mniej to widać, bo sądzę, że da się tę książkę przeczytać jako zwyczajną przygodówkę. Ale "Chwała ogrodów" z drugiego tomu będzie lepszą zabawą, bo tam trzeba poskładać wspomnienia bohaterów, wizje i parafrazy tekstów literackich jednego z bohaterów, a na to wszystko nakłada się dopiero fabuła, inspirowana spirytualizmem z przełomu wieków. Uznaliśmy, że forma jest bardzo ważna, bo tego potrzaskanego światopoglądu ludzi z czasów wielkiej wojny nie da się dobrze pokazać w prostej fabule, na jednym planie. Bo nie uważasz, że to jest w jakimś stopniu niesamowite, że np. Conan Doyle, piewca nieubłaganej logiki i ludzkiego rozumu, po śmierci syna na froncie staje się jednym z najzagorzalszych apostołów spirytualizmu, kontaktowania się z duchami i wiary w ich duchowe przewodnictwo, objawiane żywym za pośrednictwem mediów, tablic z literami i tym podobnych? Dla mnie ten wpływ wielkiej wojny na ludność cywilną jest równie ciekawy, jak historie chłopaków w okopach.

JĆ: Pierwszym, co narzuciło mi się, gdy poznałem Reda i spółkę, było skojarzenie z bohaterami "Parszywej dwunastki" a także (może nawet bardziej) z kompanami szeregowca Kelly’ego ze "Złota dla zuchwałych". Skądinąd wiem, że inspiracją dla tamtych dwóch filmów były autentyczne epizody drugiej wojny światowej. A jak było z waszymi Australijczykami? Nie pytam, rzecz jasna, czy naprawdę dostali się do domeny Auberona, ale czy mieli swoje odpowiedniki w rzeczywistości?

GW: Oddziały australijskie i nowozelandzkie naprawdę były dość wyjątkowe w czasie Wielkiej Wojny. Zarówno pod względem traktowania przez żołnierzy innych kontyngentów, oficerów własnych i obcych, jak i ogólnego zachowania. Cechowała ich wyraźna hardość - żeby nie powiedzieć "bezczelność" - specyficzne podejście do regulaminów i zasad oraz morale i umiejętności bitewne. Natrafiłem na wiele anegdot na ich temat i postacie z Za króla, ojczyznę i garść złota na początku wzięły się właśnie z tych opowieści.

AB: Nie są to konkretne osoby, jakkolwiek dwie postaci – Wielki Bill i Przygięty Mick – są bohaterami folkloru australijskiego, a Dan Lloyd nosi nazwisko jednej z rodzin, która faktycznie była spokrewniona z Nedem Kellym, najsłynniejszym australijskim bushrangerem i poniekąd bohaterem narodowym. A Myszak i Kurczak są oczywiście prezentem dla naszych chłopaków.

JĆ: Czy bracia zawdzięczają Waszym brzdącom tylko przezwiska? Czy też może rzeczywiście prawdziwy "Kurczak" (Krzyś czy Antek?) jest tak bardzo ciekawski, ruchliwy i pełen empatii?

AB: Antek. Owszem, ruchliwy jest jak pchła. I równie dokuczliwy, że tak krótko utnę ten temat. Nie uwierzysz, ostatnio przysunął sobie krzesło do biurka, wylazł na biurko, z biurka na półkę, otworzył pudełko, wyciągnął offa, taki środek na komary, i się go nażarł. Właśnie się zastanawiam, czy robić płukanko żołądka, czy sam strawi :>

JĆ: No to skoro jesteśmy już przy temacie dzieciaków, trochę prywaty (choć może część czytelników będzie zainteresowana). Osobiście muszę się przyznać, że fakt iż jeszcze piszę zawdzięczam żonie, która bierze na siebie ciężar zajmowania się dziećmi, domem. Dzięki temu ja mogę chodzić przez jakiś czas z głową w chmurach. Jak udało się wam pogodzić wspólne pisanie z codziennym życiem, a przede wszystkim opieką nad chłopcami?

GW: Pisanie w takim trybie, z dziećmi na podorędziu, wymaga wielkiej samodyscypliny, bo nasi synowie zwykle zasypiają trwale dopiero w okolicach 21:30. Wszak przecież każdy dzień jest taki fajny i szkoda tak po prostu iść spać. Można tatę lub mamę zawołać z pokoju i poprosić o wodę, a potem o nocnik, a potem o misia, a potem o słuchowisko, a potem o wodę, a potem o nocnik, a potem i tak dalej. Ja w ciągu dnia pisać zwykle nie mogłem, zostawały późne godziny wieczorne - byle nie za późne, bo bezlitosna pobudka zwykle następuje u nas o 6:50. Od pół roku obiecuję sobie, że kiedy skończymy pisać Wielką Wojnę przynajmniej raz się porządnie wyśpię, ale zaczyna mi wyglądać, że czas na to będę miał tak gdzieś na emeryturze. Swoją drogą wyrazy uznania dla żony, Jakubie.

AB: Co mam na takie dictum powiedzieć? Jako że nie dysponuję żoną, która może mnie wyręczyć, muszę sobie organizować czas na pisanie, a może oszczędzę czytelnikom logistyki w stylu mrożenie zupy, żeby jej codziennie nie gotować. Na szczęście Krzyś zaczyna chodzić do przedszkola. Znaczy, we wrześniu gościł w nim całe osiem dni, bo resztę przechorował.

JĆ: Dzięki za wyrazy uznania, oczywiście przekażę. A co do dzieci, siłą rzeczy - co łatwo wywnioskować, ale i nietrudno wyczytać – większość waszego tak zwanego wolnego czasu oscyluje wokół nich. To, wiem z doświadczenia, wymaga przestawienia myśli na nieco inny bieg. Czy w konsekwencji nie zrodziła się wam chęć do napisania czegoś dla młodszych czytelników? Niekoniecznie razem, być może każde z Was osobno...

AB: He he, kiedy byłam w ciąży z pierwszym dzieckiem, znajome lekarki zarzekały się, że teraz złagodnieję, zacznę pisać o kwiatkach, ptaszkach i małych różowych kucykach. Na razie ta faza jest raczej odwrotnie, wydaje mi się, że wymyślam coraz bardziej ponure i makabryczne historie, ale to pewnie takie odreagowywanie słodyczy macierzyństwa.

GW: Ja się tego trochę boję. Napisać coś dobrego dla dzieci (podkreślam, dzieci, nie dla nastolatków) to jest bardzo duża sztuka. Większa niż kompetentne napisanie czegokolwiek dla dorosłych. Jak będę starszy i mądrzejszy, to może się pokuszę – będzie też łatwiej, bo dzieci podrosną.

JĆ: Greg, miałem okazję czytać twoje opowiadania i zaliczam się do grupy marudzącej na fakt, że zabierasz się za pisanie tak rzadko. Czy jest szansa, że teraz będziesz pisał częściej?

GW: Swojego czasu bardzo mnie to zaskoczyło – oto są ludzie, spoza kręgu najbliższych znajomych, którzy pamiętają moje stare teksty sprzed lat. A wydawało mi się, że spełniłem wszystkie warunki, żeby popaść w zapomnienie. Oczywiście, że będę pisał, bo to jest fascynujące zajęcie. Liczę na dzieci, że mi pozwolą i na żonę, że będzie mnie wspierać. Mam w tej chwili na warsztacie space operę, rozgrywającą się w nie aż tak bardzo odległej przyszłości. Realizując międzynarodowy projekt Origami ludzkość zniszczyła Słońce i podzielona na narodowe diaspory w pośpiechu musiała emigrować byle gdzie. Polacy mieli szczęście o tyle, że nie trafili między Niemców i Rosjan, ale za to osiedlili się na skraju astrofizycznej anomalii, która nie jest tym, czym się wydaje. Co gorsza z powodu dylatacji czasu, jakiej doświadczyła jednostka kolonizacyjna, Rzeczpospolita ma grubo ponad wiek zapóźnienia technologicznego, w świecie gdzie rządzi Hanza i niczego nie daje za darmo.

JĆ: Brzmi jak zapowiedź cyklu. Masz już jakieś pojęcie jak długa to będzie historia?

GW: Sezon na cykle co prawda trwa, ale rzecz jest zaplanowana jako pojedyncza powieść, być może w dwóch tomach. I niemal na pewno nie rozedmie się do trylogii.

JĆ: Jak środowisko zareagowało na efekt waszej pracy i sam fakt, że napisaliście coś razem?

GW: Na razie głównie dowiaduję się, że Anna Brzezińska napisała nową książkę.

AB: Sondy nie robiłam, ale podobno pojawiły się głosy, że mężowie na Madagaskar, a literaci do zbója Twardokęska. A poważniej: pisarz zawsze podejmuje ryzyko, jeśli decyduje się napisać tekst wykraczający poza jego dotychczasowe zainteresowania. Podjęłam ją bardzo świadomie i zamierzam jeszcze nieraz czytelników zaskoczyć.

JĆ: Mówiąc szczerze, jeśli ktoś by mi powiedział, że tę książkę napisało jedno z Was, to niemal z całą pewnością obstawiałbym Ciebie, Greg. W końcu to bliższy Tobie temat. Na szczęście jednak, wiedząc jak jest naprawdę, nie muszę wymyślać i kombinować.

GW: To chyba dość naturalne założenie, w końcu jednak pisanie o walce/wojnie to w przeważającej części domena mężczyzn. Większość scen walk, działania małego (acz dość efektywnego) pododdziału napisałem sam – ale nie wszystkie. Ania ma dryg do batalistyki, co widać choćby w sadze o Twardokęsku. Wystarczy, że zapozna się ze scenografią oraz rekwizytami – i już jest w stanie kreować plastyczne, przemawiające do wyobraźni sceny. Tak samo było w Za króla..., a ubocznym tego efektem jest, że budzona w środku nocy potrafiła powiedzieć co to jest zamek czterotaktowy, soixante-quinze czy SMLE. Bez Google’a.

AB: Wydaje mi się, że trochę ta wiedza militarna jest zmitologizowana. Znaczy: nie przesadzajmy, nie jest to poziom wtajemniczenia porównywalny z teorią strun, po prostu kolejny kawałek prostej, faktograficznej wiedzy do opanowania. Owszem, miałabym problem, gdybym nagle musiała zacząć się uczyć wyższej matematyki, bo stetryczały, rozleniwiony mózg może się do tego nie nagiąć: w pewnym wieku, bez treningu, po prostu ciężko się takie rzeczy przyswaja. Aczkolwiek, skoro sobie tak rodzinnie plotkujemy, powiem Ci, że dzieci, przynajmniej moje, wymuszają szybkie pochłanianie informacji. Ostatnio podczas lektury bajki o słoniu ze słodkich ustek mojej trzyletniej pociechy padło pytanie: Mamo, a jak się nazywa poganiacz słoni? Nie wiem, odparła mama i w dwadzieścia sekund później oboje wiedzieliśmy, że koleś to mahout. Martwi mnie raczej, że nie potrafię potem takich rzeczy wyrzucać z pamięci i ten mahout razem z SMLE zostaną ze mną na zawsze razem z tyfopolis (poprzeczna bruzda na przewodzie pokarmowym dżdżownicy, jakby ktoś nie wiedział).

JĆ: Zanim zacznę się Ciebie naprawdę bać (przerażają mnie ludzie z za dobrą pamięcią, bo aż strach popełnić przy nich choćby drobną gafę ;) ), wrócę do Twojej wcześniejszej wypowiedzi. Coś jest w tym co mówisz, że z jednej strony niebezpieczeństwo szuflady, z drugiej obawa, że nie uda się trafić w czytelnicze gusta. Ale przecież masz już na koncie bardzo nie-Twardokęskowe “Wody głębokie jak niebo”. Tym razem skok tematyczny okazał się za duży dla fanów? I jak wielkiej niespodzianki można się spodziewać?

AB: Napisałam do Księgi strachu długie, współczesne opowiadanie o... no, właśnie, o czym? Chyba o grzechu pierworodnym i powojennej historii Europy Środkowej, rzutowanej na jeden z najpopularniejszych mitów fantasy, mit o zaginionej magicznej rasie. A potem? Może ten współczesny warszawski horror? A może starogrecka heroiczna fantasy? Albo powstanie listopadowe z ożywioną słowiańską magią romantyków? Nie wiem, mam teraz mnóstwo pomysłów, a w tym zawodzie najfajniejsze jest, że wciąż można zaskakiwać nawet siebie. I wydaje mi się, że trzeba podejmować to ryzyko, przeskakiwać do innych stylistyk, innych światów, zamiast cały czas przeżuwać tę samą historię.

JĆ: Nawet największa wojna kiedyś się skończy, a potem trzeba planować co dalej. Wy macie jakieś wspólne literackie plany na czas po cyklu?

GW: Ten wspólny projekt dał coś - i nadal daje – nam obojgu, ale sądzę, że po zakończeniu Wielkiej Wojny nasze pisarskie drogi jednak się rozejdą. Nie na stałe, bo od lat hołubimy też pomysł na powieść rozgrywającą się w czasie powstania listopadowego, ale zapewne na dłuższy czas.

AB: Najfajniejsze we wspólnym pisaniu jest wykraczanie poza własną wyobraźnię, tworzenie historii, których żadne z autorów nie zdołałoby wymyślić samodzielnie. Myślę więc, że machniemy za jakiś czas space operę, ale króciutką, bo tylko opowiadanie. Ostatecznie muszę w końcu zabić tego zbója Twardokęska. A potem, kiedy będę znów wolnym człowiekiem, zobaczymy.

JĆ: Pozostaje zatem czekać i życzyć powodzenia. Wielkie dzięki za rozmowę i cenne porady rodzicielsko-zawodowe :)



Czytaj również

Księga wojny #3
Jakub Nowak - Ciężki metal
Księga wojny
Anna Brzezińska – Jeden dzień (fragment)
Vanderus poleca na październik
Cykl: Redaktorzy polecają

Komentarze


Zicocu
   
Ocena:
0
Zdecydowanie jestem za wszystkimi powieściami z okresu pow. listopadowego, space operami i lokalnymi horrorami. Miód na uszy :P A jeśli Wielka Wojna ma przerodzić się w coś poważnego i mhhhhocznego to trzeba będzie się zapoznać.
09-01-2008 18:30
~Spriggana

Użytkownik niezarejestrowany
   
Ocena:
0
Nie no, umarłam.
Najpierw ten fragment:

"JĆ: Jak środowisko zareagowało na efekt waszej pracy i sam fakt, że napisaliście coś razem?
GW: Na razie głównie dowiaduję się, że Anna Brzezińska napisała nową książkę."

A potem pod wywiadem widzimy:

"Słowa kluczowe: Anna Brzezińska, Jakub Ćwiek"

Jakże znamienne :>
12-01-2008 00:02

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.