» Fragmenty książek » Impuls

Impuls


wersja do druku

Impuls

1919

WSPOMNIENIA

 

Te kilka eksperymentów z inżynierem Stefanem Ossowieckim można uznać za czynione z początku dla zabawy. Zapewne chciałem przekonać sam siebie, czy zdolności, które posiadłem, są prawdziwe czy też śni mi się wszystko na jawie, a widzenia stały się projekcją dotkniętego chorobą umysłu. Z czasem jednak sens owych prób diametralnie się zmienił.

Potrzebnych mi było kilku świadków, takich jak generał Sosnkowski czy Wieniawa-Długoszowski, ale i tych sceptycznych, a może zwłaszcza ich, którzy pasją uczynili demaskowanie hochsztaplerów podobnych Stanisławie Popielskiej i Janowi Guzikowi.

Podjąłem ryzyko po raz kolejny, ale wiedziałem, o jaką stawkę gram i jak wiele zależy ode mnie.

Dzisiejszy eksperyment zaskoczył mnie samego. Umówiłem się z inżynierem, że równo o północy, każdy w swoim domu, skoncentrujemy się, a następnie wypowiemy w myślach zdanie – najpierw Ossowiecki, a po dziesięciu minutach ja. Rzeczywiście, równo o północy usłyszałem wyraźne słowa wypowiedziane przez pana Stefana i jednego z jego domowników. Była to żona Ossowieckiego, której, niech mi będzie wolno zacytować: „Liche warunki mieszkaniowe spędzają sen z powiek”.

Przyznam, wciąż nie mogę powstrzymać śmiechu, gdy przypomnę sobie, jak mieszkanie inżyniera porównała do wilgotnej jamy i jak narzekała na marnowanie przez męża elektryczności. Z szacunku dla Ossowieckiego nie wspomnę, że dokładnie rozróżniłem wszystkie słowa i pojąłem ich sens. Nie chcę go zawstydzić, sam wie na pewno, jak zrzędliwą ma małżonkę.

Jutro wyślę Wieniawę do pana Stefana i poproszę, żeby ten spotkał się ze mną u ministra Ignacego Paderewskiego. Jeśli potwierdzę, że słowa, które usłyszałem, wypowiedziane były przez inżyniera, będzie to kolejny dowód, iż moje wizje są rzeczywiste.

Obym potrafił wyciągać z nich korzyści dla ojczyzny w obecnej wojnie.

 

1919

WARSZAWA, SASKA KĘPA, DOM DOKTORA ANDRZEJA WINNICKIEGO

 

Marek zacisnął pięści i przymknął powieki. Serce waliło mu jak oszalałe. Odliczył do dziesięciu, ale to niewiele pomogło. Czekał na ten moment od dawna, planował go z najdrobniejszymi szczegółami. Niecierpliwił się, próbował ukryć zdenerwowanie, ale emocje przejmowały nad nim kontrolę. W końcu wyszedł ze swojego pokoju i znalazł się na korytarzu.

Patrzył, jak ojciec wkłada płaszcz podany mu przez Olafa. Jak obaj wymieniają kilka szybkich, urywanych zdań. Rytuał, który powtarzał się co rano od kilku miesięcy. Ojciec znów jechał do szpitala, do matki, spędzał przy niej każdą wolną chwilę. Marek rozumiał, że z mamą jest źle. Czytał w zmęczonej, zrezygnowanej twarzy ojca jak w otwartej księdze. Choć wszyscy domownicy ukrywali przed nim i rodzeństwem prawdę, jego serce i umysł powoli ogarniała ciemność. Wiedział, że mama wkrótce odejdzie. Myśli miał otępiałe, a postać wysokiej, chorobliwie chudej kobiety coraz częściej stawała się nieuchwytna, gdy próbował przywołać ją w pamięci.

– Marku, słuchaj Marty i pilnuj rodzeństwa. Marianna i Staszek powinni położyć się spać zaraz po kolacji. – Doktor Andrzej Winnicki nawet nie spojrzał na syna. Wydał kolejne polecenia, jakich wydawał tysiące w swoim życiu. Dzieci i żonę traktował tak samo jak asystentów w gmachu elektrotechniki.

– Dobrze, papo – odpowiedział chłopak. Chciał jeszcze coś dodać, ale jego słowa uleciały w stronę zamkniętych drzwi.

Ojciec i Olaf wyszli z kamienicy, a Marek poczuł na ramieniu szorstką dłoń kucharki.

– Pójdem obiad robić, a ty do rodzeństwa leć, niech sami nie siedzom.

Chłopak skinął głową. Marta była prostą kobietą i dyskusje z nią nie miały sensu. Wiedział, że najpewniej za chwilę zaśnie nad garnkami. Mógł się założyć, że znów coś przypali, a potem zmusi domowników do przełknięcia mięsa twardego jak podeszwa.

– Niech Marta idzie – odparł krótko. – Słyszałem, co ojciec powiedział.

Kobieta zawahała się, ale w końcu skinęła głową i podreptała do kuchni.

Młody Winnicki jeszcze przez chwilę nasłuchiwał. Staszek z Marianną bawili się na górze w niemal kompletnej ciszy. Ojciec nie lubił, gdy ktoś rozpraszał go przy pracy. Kłótnie, piski i krzyki tłumione były w kilku ostrych słowach. Młodsze rodzeństwo Marka na szczęście miało ze sobą bardzo dobry kontakt. On z kolei pozostawał na uboczu. Raczej z własnego wyboru. Wolał obserwować zabawy młodszych, sam nigdy nie brał w nich udziału. Marianna i Staszek już dawno zrezygnowali z zapraszania go do swojego pokoju. Wiedzieli, że w tej materii nic nie wskórają.

– Już czas… – wyszeptał Marek.

Odetchnął głęboko i wyciągnął z kieszeni klucz, który podebrał ojcu.

Jeszcze wczoraj się wahał. Uznał, że to, co robi, jest szalone, spodziewał się, że oberwie w skórę za swoją lekkomyślność. W nocy nie mógł zasnąć, wiercił się niespokojnie i z każdą upływającą chwilą coraz wyraźniej zdawał sobie sprawę, że po prostu musi zebrać się na odwagę. To był test jego męstwa. Nawet jeśli potem nie usiądzie na obolałych pośladkach przez kolejny miesiąc, już się nie wycofa.

Serce biło mu coraz mocniej.

Podszedł do drzwi prowadzących z korytarza do piwnicy. Wsunął klucz w dziurkę i po chwili przekręcił. Zamek szczęknął i drzwi stanęły otworem. Ot, i już. Liche zabezpieczenie jak na skarby, które kryły się w środku. Marek wiedział, że ojciec był pewny, iż wystarczy jego słowo, a nikt nie śmie przekroczyć bramy magicznego sezamu. Jednak staruszek się przeliczył.

Chłopak przekroczył próg, zamknął za sobą drzwi i wolno ruszył w dół.

W wąskim przejściu panował półmrok. W powietrzu unosił się dziwny zapach ni to smarów, ni formaliny. Nagle Marek stracił cały rezon, ugięły się pod nim kolana. Z miejsca, w którym się zatrzymał, dostrzegł wielki metalowy stół i wybrzuszenie pod śnieżnobiałym prześcieradłem.

Zdusił w sobie okrzyk strachu.

W pierwszej chwili wydało mu się, że pod przykryciem znajduje się trup, ale jego umysł szybko odrzucił to przypuszczenie. Ojciec wciąż prowadził praktykę medyczną, ale nie trzymałby w domu, w piwnicy, nieboszczyka. Poza tym gdyby rzeczywiście pod prześcieradłem znajdował się człowiek, musiałby być ponad dwuipółmetrowym olbrzymem. Płótno okrywało bowiem bryłę mniej więcej takich rozmiarów.

– Spokojnie…

Jeśli chłopak łudził się, że jego własny drżący głos pomoże mu się uspokoić, to na próżno. Poczuł parcie na pęcherz. Wiedział, że tę nagłą chęć wyjścia za potrzebą spowodował strach. Gdyby teraz pod pretekstem skorzystania z wychodka opuścił warsztat ojca, już by tu nie wrócił. Znalazłby tysiące wymówek, by po raz kolejny nie przekraczać progu piwnicy.

Wziął głęboki oddech i ruszył wolno przed siebie, w stronę stołu.

Niespokojnie rozejrzał się wokół. Ściany zastawione były regałami z książkami, oprócz tego w kilku miejscach drogę tarasowały kolejne stoły z mnóstwem piętrzących się na blatach metalowych blach i rur. Marek dostrzegł spawarkę i inne urządzenia, których przeznaczenia nie był w stanie się domyślić.

Zatrzymał się przy stole. Zbierał się dłuższą chwilę na odwagę, a potem dotknął palcami prześcieradła i pociągnął w swoją stronę. Coś się zahaczyło, okrycie nie chciało zejść. Marek zapomniał o strachu, pociągnął mocniej. Płachta zafalowała i w końcu zsunęła się na podłogę.

Chłopcu zabrakło tchu w płucach. Był pewny, że uległ przywidzeniu, a może, w tym dziwnym stanie umysłu, w którym się znalazł, tak naprawdę śnił. Po wielu godzinach niecierpliwego przewracania się w łóżku i planowania włamania do warsztatu ojca zasnął i wciąż się nie obudził.

Wytrzeszczył oczy w bezgranicznym zdumieniu.

Przed nim leżał metalowy stwór. Ogromny, cały lśniący, z masywnymi odnóżami i diaboliczną głową. Marek wpatrywał się oniemiały w wąskie kreski oczu na srebrzystej powierzchni imitującej twarz.

– Do jasnej Anielki… – wydusił w końcu.

Stracił równowagę. Wystawił w bok rękę i oparł się o wajchę przymocowaną do boku stołu. Pod naporem jego ciała metalowy drążek szczęknął, zadrżał i opadł.

Młody Winnicki odskoczył jak oparzony. Coś zgrzytnęło. Wydało mu się, że przez swoją nieostrożność obudził metalowego potwora. Klapnął na podłogę, mocno obijając kość ogonową. Zastygł, wstrzymał nawet oddech.

Stół drgnął ponownie. Ku rosnącemu przerażeniu chłopaka tylna część blatu zaczęła się unosić. Wyglądało to tak, jakby leżący dotąd nieruchomo metalowy goliat ożywał, powstawał z martwych. W końcu ruch ustał.

Markowi pociemniało przed oczami, w skroniach pulsowała krew. Przed nim w pełnej okazałości stał stalowy rycerz. Choć przytrzymywany był w pionie szerokimi obręczami, wydawało się, że zaraz ruszy przed siebie i całym ciężarem metalowego cielska przygniecie intruza zakłócającego mu spokój.

Dopiero po dłuższej chwili chłopak odważył się podnieść z podłogi. Wciąż czuł, że kolana ma jak z waty, ale zwalczył słabość.

Zaczął nawet nerwowo chichotać, ale natychmiast przestał, gdy zobaczył, że rycerz znów zaczyna się poruszać.

Płyty pancerza i przyłbica rozsunęły się z groźnym sykiem. Ułamek sekundy później podobnie stało się z warstwą chroniącą odnóża. Potem i ten ruch ustał, a metalowy potwór zamarł.

Marek zdawał sobie sprawę, że przekroczył linię, zza której nie ma już odwrotu. Przypomniał mu się Cezar przekraczający Rubikon. Przeklęte staranne wykształcenie, o które dbał ojciec. Nieproszone porównania i metafory, które wciąż przychodziły mu do głowy. Doznał teraz mieszanki intensywnych uczuć, jakie pewnie nieobce były legendarnemu wodzowi. Podekscytowanie walczyło w nim ze strachem. Teraz pozostało mu jedno – wykonać kolejny krok. Przemógł się i wreszcie nabrał odwagi.

Nachylił się w stronę metalowego potwora i przyjrzał mu się uważniej. Wnętrze maszyny zostało obite miękkim materiałem, przypominało futerał na drogocenny instrument. Były też podpórki na ręce i nogi.

Chłopak szybko skojarzył fakty. Przypomniał sobie urywki rozmów taty prowadzone późnymi wieczorami z jego przyjacielem Tadeuszem Sieniawą i profesorem Zygmuntem Syboniem, a także z asystentami, z którymi pracował na Politechnice. Rozprawiali o problemach z nowym projektem. O operatorze potrzebnym do sterowania tajemniczym „Golemem”, o problemach z kontrolowaniem ruchu, o nowych rozwiązaniach przy montażu części skrętnych. Dopiero teraz wszystkie te z pozoru niezrozumiałe informacje nabrały nowego znaczenia i ułożyły się w całość.

Marek zaczął działać jak w transie. Wyciągnął dłoń w stronę pancerza, dotknął go. Zdziwił się, że metal jest ciepły. Podszedł bliżej i nie do końca zdając sobie sprawę, co właściwie robi, uniósł nogę i postawił stopę na metalowej podpórce. Chwilę później złapał się uchwytów i podciągnął. A potem… wystarczyło się obrócić, by wejść do środka.

Podpórki pod stopami drgnęły i uniosły się, dostosowując do długości kończyn Marka. Podobnie zaczepy przy ramionach zostały nieznacznie skrócone. Pokrywy drgnęły. Chłopak zawahał się dopiero teraz, ale było już za późno na zmianę decyzji. Metalowe płyty pancerza zasunęły się, a pokrywa hełmu z sykiem przylgnęła do prowadnic.

Marek miał wrażenie, że został zamknięty w stalowej trumnie.

Wystraszył się, zaczęło mu brakować powietrza. Wcześniej nie przypuszczał, że może znaleźć się w pułapce, nie wiedział, jak się z niej uwolnić. W skroniach łomotała krew.

Zamknął oczy i spróbował uspokoić oddech. Nie był w stanie zapanować nad rosnącym przerażeniem. Po chwili znów gwałtownie uniósł powieki. Odchylił głowę do tyłu i uderzył potylicą o miękką powierzchnię. To wywołało kolejny ruch maszyny. Z góry na włosy chłopaka zsunęło się coś kleistego. Marek zaczął krzyczeć. Miał wrażenie, że głowę oplatają mu oślizgłe węże. Przylgnęły do skroni, wczepiły się w tył głowy, objęły całą czaszkę.

Chłopak wydarł się teraz na całe gardło. Próbował kopać w metalowe pokrywy, próbował uwolnić unieruchomione ręce. Mechaniczny rycerz ani drgnął.

– Tato… – wyszeptał Marek. Przed oczami zawirowały ciemne plamy.

I wtedy przyszło najgorsze.

Ciałem chłopaka wstrząsnęły dreszcze, zemdliło go, gdy gdzieś głęboko we wnętrzu czaszki poczuł świdrujący ból, doświadczenie na granicy męki fizycznej i psychicznej. Wydało mu się, że w jego umysł wdarł się ktoś obcy, zimny i odpychający. Odczuwał to tak, jakby coś wciskało się w jego mózg, przenikało go, a co gorsza, myśli zaczynała wypełniać inna świadomość.

– Nieeee!

Kolejny zawrót głowy. Stal, zimna i ciepła zarazem. Drętwienie rąk i nóg, zalewający je ołów. Klatka piersiowa chłopca przestała się unosić, wypełniła ją stal, zamiast serca pojawiła się żelazna bryła. Zmysły wyostrzyły się, zmieniło się postrzeganie świata. Dłonie, nogi… rozrosły się, przekształciły w silne, niezniszczalne kolumny. Kruche ciało, które służyło Markowi do tej pory, było jedynie miękkim pojemnikiem na umysł. Teraz zostało odrzucone jako ułomne, zastąpiła je forma doskonalsza.

Zimno wdarło się w umysł chłopaka jeszcze głębiej, zalewało go i przenikało. Marek dostrzegł w tym sens, przestał walczyć. Zacisnął metalowe palce, które były teraz jego palcami. Poruszył metalową głową, która była jego głową. Oto stał się metalowym rycerzem – a właściwie był nim zawsze, a teraz odnalazł zagubioną cząstkę siebie samego.

– To ja… – wyszeptał.

Nie usłyszał jednak swojego głosu. Głos nie był mu potrzebny. Wystarczyło działanie. Oswajał się z metalowym ciałem, a jego umysł szukał dalej, rozrastał się, był w stanie objąć coraz więcej, pragnął więcej. Ta metalowa forma była jedynie początkiem, przeistoczenie nie miało ograniczeń.

Ból… Ogień. Sprzężenie.

Gdy już wydawało mu się, że sięgnie gwiazd, skulił się w sobie. Połączenie zostało przerwane, umysł wyrzucił obcą świadomość. Marek znów stał się wystraszonym, słabym chłopcem uwięzionym w stalowej trumnie.

Krzyczał.

Jego ramię objęły płomienie, wżerały się w ciało, paliły ubranie. Skóra pękała pod wpływem temperatury.

Czyjeś wołanie dobiegło go z daleka, z ciemności. Ktoś płakał, ktoś uderzał w metalowy korpus.

Marek nie miał siły wydobyć głosu z opuchniętego gardła, ogień wędrował już w stronę głowy.

Zgrzyt. Ciałem metalowego rycerza wstrząsnął dreszcz. Palący płomień dotknął szyi i policzka, serce chłopaka zacisnęło się mocno, a potem pod wpływem wstrząsu przestało bić.

Był w pełni świadom tego, co się z nim działo. O dziwo nie ogarnęła go ciemność, której się spodziewał. Otoczyło go za to oślepiające światło. Chciał się poruszyć, jednak utknął w czymś na kształt kleistej, nieprzeniknionej mazi. Trwało to zaledwie chwilę.

Nagle uniósł się nad ziemię, na wysokość głowy metalowego rycerza. To było zadziwiające uczucie. Znów widział, choć to, co działo się z jego ciałem, obserwował jakby zza grubej, przydymionej szyby. Stalowe płyty Golema rozsunęły się. Marek zobaczył, jak drobny dwunastolatek osuwa się i pada bezwładnie na podłogę. Widział, jak ktoś obraca go na plecy. Dostrzegł trupioblade twarze Marty, Staszka i Marianny. Kucharka zarzuciła prześcieradło na jego twarz i pierś, próbowała zdusić ogień. Na schodach rozległ się tupot.

W polu widzenia pojawili się ojciec i Olaf. A potem Marek poczuł, że jego umysł znów wypełnia się ciężką, płynną substancją. Pozwolił, by to uczucie przejęło nad nim kontrolę.

-
Ocena użytkowników
Średnia z 0 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 0
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Impuls
Autor: Tomasz Duszyński
Wydawca: SQN
Data wydania: 30 sierpnia 2017
Liczba stron: 368
Oprawa: miękka
Format: 135 x 210 mm
ISBN-13: 978-83-65836-21-2
Cena: 36,90 zł



Czytaj również

Impuls
Jedna karta w dziesięciu odsłonach
- recenzja
Science fiction po polsku - antologia
Solidność ponad wszystko
- recenzja
Pietia i Witia - Tomasz Duszyński
Kiepska kalka Wędrowycza
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.