» Recenzje » Imperium Burz

Imperium Burz


wersja do druku
Imperium Burz
Królowa cieni udowodniła, że trudno oczekiwać po Sarah J. Maas, iż napisze dwa równie dobre tomy serii o zabójczyni pod rząd – jeśli poprzedni był całkiem dobry, to kolejny obowiązkowo musi być słabszy. Czwarta część cyklu nie była zła, ale miała zdecydowanie więcej braków od Dziedzictwa ognia. Jak zatem wygląda sytuacja z Imperium burz?

Opętany przez Valga król Adarlanu nie żyje, jednakże Aelin wie, że jej głównym wrogiem był Erawan – potężny władca Valgów, od lat przygotowujący ofensywę na ziemie całej Erilei. Aby zwyciężyć w tej wojnie była zabójczyni musi znaleźć sprzymierzeńców: przekonać do siebie wielmożów z Terrasenu, którzy od lat wspierali walkę z okupantem, utrzymać sojusz z Dorianem, nowym królem Adarlanu, a także pozyskać wsparcie ościennych państw zdolnych do stawienia czoła nadciągającym siłom ciemności. Aby tego dokonać dziewczyna będzie musiała zmierzyć się z demonami przeszłości, opanować płonący w niej ogień oraz wykazać niezwykłym sprytem i pomysłowością planując kolejne posunięcia szczególnie, że wróg wcale nie zamierza bezczynnie czekać na efekty jej działań.

Kilka pierwszych rozdziałów Imperium burz nie obfituje w dramatyczne wydarzenia – są one dość spokojne, służą budowaniu napięcia, przedstawieniu niektórych planów Aelin i jej dworu oraz pokazaniu, w jaki sposób niektóre osoby z zewnątrz, nie mające wcześniej styczności z byłą zabójczynią, postrzegają młodą królową i na nią reagują. Przez pozostałe kilkaset stron książki nie można już ani przez chwilę narzekać na brak dynamicznej akcji, bowiem pojedynki, krwawe starcia z Valgami i ich wysłannikami oraz zakrojone na szeroką skalę działania wojenne Erawana stanowią chleb powszedni i jedynie w niektórych (dość nielicznych) momentach akcja zwalnia tempo. Protagoniści wciąż balansują na krawędzi katastrofy, ale jak łatwo przewidzieć za każdym razem wychodzą z opresji cało, jedynie z mniejszymi lub większymi uszczerbkami na zdrowiu.

Historia podzielona jest kilka wątków skupiających się na poszczególnych bohaterach. Jeden prezentuje poczynania młodej królowej i jej dworu (i to on stanowi centralny punkt całej fabuły), inny skupia się na Manon Czarnodziobej, a kolejny pokazuje mozolną wędrówkę Elide Lochan przez bezdroża do Terrasenu. Jak łatwo przewidzieć, w pewnym punkcie drogi całej trójki zbiegną się w jednym punkcie, ale nim do tego dojdzie czytelnik będzie miał możliwość dokładnie przyjrzeć się ich przygodom indywidualnym. Podobnie jak w poprzednich dwóch częściach wątek dotyczący dosiadających wiwern wiedźm jest najbardziej interesujący, jednakże tym razem scen z ich udziałem jest zdecydowanie mniej niż w Królowej cieni. Najbardziej spokojne i oferujące czytelnikowi chwilę wytchnienia, choć nie mniej interesujące, są fragmenty prezentujące przygody młodej Elide po jej ucieczce z Morath. Dziewczyna mimo lęku i utrudniającego podróż kalectwa całkiem nieźle sobie radzi, jest zaradna, pomysłowa i imponuje wytrwałością oraz odwagą. Kiedy dołącza do niej jeden z nieśmiertelnych fae, dziewczyna rozpoczyna niebezpieczną grę z tymczasowym sprzymierzeńcem, który niezwykle łatwo mógłby przeobrazić się w śmiertelnie niebezpiecznego wroga. Mimo małej ilości brutalnych scen, ta część książki świetnie buduje napięcie i nie nudzi.

Można wręcz powiedzieć, iż takie chwile spowolnienia akcji stają się niezwykle pożądane, bowiem w pewnym momencie czytelnik może zacząć odczuwać pewne znużenie spowodowane zbytnim nagromadzeniem wydarzeń wstrząsających, poruszających oraz typowych nawalanek. Trudno odczuwać przyspieszone bicie serca przy kolejnym starciu z potworami stworzonymi przez Valgów, które w teorii są niezwykle twarde i trudne do zabicia, jednak jakimś cudem nigdy nie są w stanie wyrządzić poważnej krzywdy żadnemu z bohaterów, a nawet uzbrojona w toporek kaleka dziewczyna potrafi dać sobie z nimi radę. Spiętrzenie przeszkód na drodze protagonistów jest tak duże, że po kilkuset stronach lektury zaczyna się odczuwać zdecydowany przesyt i wszystkie fragmenty dające odpocząć od tego natłoku większych i mniejszych katastrof wita się z uczuciem ulgi.

Niestety wrażenie przesady można zauważyć także w innych sferach recenzowanej pozycji, a na plan pierwszy wybija się wątek romantyczny (i to nie jeden). Od momentu gdy na scenę wkroczył Rowan stało się jasne, iż Sarah J. Maas znalazła idealnego kandydata na wybranka dla swej nieujarzmionej protagonistki. W poprzednim tomie widać było, iż autorka aż się pali, aby opisać jakąś romantyczną scenę, jednak ani razu nie popadła w przesadę. W Imperium burz uległo to zmianie, powieść wyraźnie dryfuje w kierunku gatunku paranormal romance. Jakby było mało wyswatania Ognistej Aelin i Rowana Białego Ciernia, Maas postanowiła znaleźć parę dla prawie każdej żeńskiej bohaterki, więc przyjdzie nam śledzić rozwój nie jednego, a czterech romansów. Każda z tych historii miłosnych jest umiejętnie skonstruowana, więc szybko zaczyna się kibicować poszczególnym parom i przejmować ich losami, jednak świadomość przekroczenia granicy prawdopodobieństwa i pewnej fanfikowatości tych wątków pozostaje aż do samego końca lektury.

Kolejny minus Imperium burz można skwitować jednym prostym stwierdzeniem – dla Maas ludzie są zbyt mało interesujący aby pozwolić im na dłużej zagrzać miejsce na kartach swej powieści. Z postaci pierwszoplanowych w Szklanym tronie, prezentowanych jako zwykli ludzie o kilku ponadprzeciętnych atrybutach – Aelin, Doriana oraz Chaola – Aelin okazała się obdarzoną dziedzictwem fae, władającą ogniem potomkinią legendarnego Brannona, Dorian rozwija w sobie zdolności magiczne, które zadziwiają wszystkich i wykraczają poza znane jego przyjaciołom kategorie, zaś Chaol został zwyczajnie usunięty poza główny nurt wydarzeń. Podobnie wygląda sytuacja z innymi postaciami – albo okazuje się, iż mają w sobie jakieś nadprzyrodzone magiczne zdolności (jak np. zmiennokształtna Lysandra czy posiadająca domieszkę wiedźmiej krwi Elide), albo spełniają swoją rolę i znikają. W gronie bohaterów pierwszoplanowych nie ma nikogo zwyczajnego. Na dodatek wszyscy są piękni, wspaniali i stanowią ucieleśnienie snów przedstawicieli obu płci. Autorka często porównuje również fae i normalnych ludzi, pokazując o ile jej bohaterowie przewyższają wszystkich wokół. Nic tylko dostać kompleksów lub od razu depresji, że takie ideały są poza naszym zasięgiem.

Kreacja bohaterów wypada o niebo lepiej niż w pierwszych dwóch powieściach cyklu, jednakże trochę gorzej niż w Dziedzictwie ognia. Rowan jest oddanym kochankiem, wspaniałym wojownikiem i nic ponadto, bowiem autorka nie wniosła do jego charakterystyki żadnych nowości, Dorian po traumatycznych przeżyciach pod kontrolą Valga jest raczej zamknięty w sobie i poza kilkoma interesującymi scenami z udziałem uczącego go magii Rowana oraz wywołującej w nim mieszane uczucia Manon przez większość czasu pozostaje w cieniu, zaś Fenrys, Gavriel oraz Lorcan, są po prostu fae – napiętnowani więzią z Maeve, dźwigający ciężar nieśmiertelności i wcześniejszych, nie zawsze chwalebnych czynów. Fenrys mógłby przez większą część książki być nieobecny bo pełni głownie rolę statysty, Gavriel nabiera trochę indywidualności w kontaktach ze swoim synem Aedionem i jedynie Lorcan pokazuje jakieś życie wewnętrzne – niestety opierające się na utartym schemacie. Już zdecydowanie lepiej wypadają Aedion i Lysandra, u których widać zmianę przekonań pod wpływem przeżytych doświadczeń i relacji z innymi bohaterami, dzięki czemu zyskują na wyrazistości. Podobnie jak w poprzednich tomach kreacja Manon Czarnodziobej należy do najbardziej udanych (ta postać niejednokrotnie zaskoczy czytelnika), z dobrej strony prezentuje się też z początku niepozorna Elide.

Standardowo już najgorzej wypada protagonistka, bowiem Ognista Aelin z tomu na tom robi się bardziej irytująca i nieznośna. Wciąż chodzi zła, jest agresywna, wybuchowa i nadpobudliwa, zaś jej arogancja i buta niejednokrotnie prowadzą do całkowicie niepotrzebnych konfliktów (służących chyba tylko pokazaniu jaką dziewczyna jest twardzielką), a nazywanie jej przez jednego z bohaterów mianem "zionącej ogniem suki" wydaje się całkowicie trafne. Na dodatek prezentuje ona iście królewskie maniery i żąda posłuchu, lecz bez podpory w autorytecie, który zdobywa się wiedzą, doświadczeniem i rozsądkiem. Powtarza się też motyw z poprzedniego tomu, gdzie protagonistka snuła swoje plany w sekrecie i nie radząc się praktycznie nikogo wykazywała się niebywałą dalekowzrocznością, zmysłem taktycznym oraz zdolnościami organizacyjnymi. Po przeczytaniu opisów kilku zaplanowanych przez Aelin akcji rodzi się pytanie, jak w ogóle było to możliwe i skąd bohaterka przypuszczała, że coś takiego może być potrzebne – ot, typowa Mary Sue i to do potęgi n-tej.

Mimo opisanych powyżej dość licznych minusów, Imperium burz czyta się całkiem nieźle, bowiem pod względem fabularnym prezentuje się ona nadspodziewanie dobrze, a opowieść o zmaganiach z Erawanem (i nie tylko) wciąga bez reszty. Niestety skłonność Sarah J. Maas do przesady oraz folgowania własnym fantazjom (nie zawsze umotywowanym potrzebami historii) w dużym stopniu psują przyjemność z lektury.

6.5
Ocena recenzenta
-
Ocena użytkowników
Średnia z 0 głosów
-
Twoja ocena
Mają na liście życzeń: 0
Mają w kolekcji: 0
Obecnie czytają: 0

Dodaj do swojej listy:
lista życzeń
kolekcja
obecnie czytam
Tytuł: Imperium Burz
Cykl: Szklany Tron
Tom: 5
Autor: Sarah J. Maas
Wydawca: Uroboros
Data wydania: 5 maja 2017
Liczba stron: 920
Oprawa: miękka
Cena: 49,99 zł



Czytaj również

Cykl Szklany tron - przekrojowo
Czy warto?
- recenzja
Królowa cieni
Czas zemsty
- recenzja
Dziedzictwo ognia
Jak feniks z popiołów
- recenzja
Korona w Mroku
- recenzja
Zabójczyni i podziemny świat
Krok ku niezależności
- recenzja
Zabójczyni i władca piratów
Honor zabójcy
- recenzja

Komentarze


Jeszcze nikt nie dodał komentarza.

Komentowanie dostępne jest po zalogowaniu.

ZAMKNIJ
Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.